1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Po samobójstwie bliskiej osoby zostaje w nas pytanie: „Czy dało się to przewidzieć?”

Po samobójstwie bliskiej osoby zostaje w nas pytanie: „Czy dało się to przewidzieć?”

(Fot. Jorm Sangsorn via Getty Images)
(Fot. Jorm Sangsorn via Getty Images)
Niemal wszyscy krewni zadręczają się myślami, że powinni byli się zorientować. Że przeoczyli sygnały ostrzegawcze. Co jednak mówią badania? W jakim stopniu da się przewidzieć samobójstwo? Odpowiedzi szuka psychiatra prof. Christian Rück w książce „Życie warte życia”.

Spis treści:

  1. Dlaczego przewidywanie samobójstw jest tak trudne?
  2. Czynniki ryzyka samobójstw – co zwiększa zagrożenie?
  3. Poczucie winy po stracie – co naprawdę mówią eksperci?
  4. Dlaczego ograniczanie dostępu do środków jest skuteczną profilaktyką?

  • Przewidywanie samobójstwa jest wyjątkowo trudne, nawet dla doświadczonych lekarzy.
  • Czynniki ryzyka, takie jak płeć, wcześniejsze próby samobójcze, problemy psychiczne czy uzależnienia, zwiększają prawdopodobieństwo, ale same w sobie nie determinują decyzji o samobójstwie.
  • Sygnały ostrzegawcze są niejednoznaczne i łatwo prowadzą do poczucia winy u krewnych, którzy mogliby myśleć, że coś przeoczyli.
  • Badania pokazują, że ograniczanie dostępu do środków i miejsc (gaz, mosty) znacząco zmniejsza liczbę samobójstw, a osoby podejmujące się tego aktu często odczuwają ambiwalencję wobec śmierci.
  • Rozmowa z pacjentem jest kluczowa zarówno dla oceny ryzyka, jak i dla ochrony samego lekarza przed poczuciem winy. Każda interwencja może realnie ratować życie.

Artykuł pochodzi z magazynu „Sens” 6/2025.

Dlaczego przewidywanie samobójstw jest tak trudne?

Badania uwzględniają na ogół perspektywę personelu medycznego, nie krewnych. To znaczy mówią o tym, na ile jakiś lekarz jest w stanie poprawnie ocenić, że ktoś spróbuje odebrać sobie życie. Odpowiedź brzmi, że nie jest to wcale łatwe. W przypadku 85 proc. osób, które umarły w Anglii w wyniku samobójstwa, podczas ich ostatniego kontaktu ze służbą zdrowia ryzyko popełnienia przez nie samobójstwa w najbliższym czasie zostało ocenione jako niskie, a w przypadku 59 proc. z nich ryzyko to uznano za niskie nawet na dłuższą metę.

Trzeba też wziąć pod uwagę, że im dalsza jest perspektywa czasowa, w której się coś przewiduje, tym trudniej jest to zrobić. Prognozy dotyczące tego, jaka będzie pogoda za 20 minut, zazwyczaj się potwierdzają, ale ich sprawdzalność spada wraz z wydłużaniem się czasu. Przewidywanie tego, jaka będzie pogoda za tydzień, zawiera już sporą dozę niepewności, a powiedzenie, jaka będzie pogoda za rok, jest praktycznie niemożliwe. Dlatego trudno uznać, że lekarze, którzy określili to ryzyko jako niskie, popełnili błąd, mimo że dana osoba zmarła później w wyniku samobójstwa. Ich ocena mogła być poprawna, ale od chwili wizyty wiele rzeczy mogło się zmienić.

System ochrony zdrowia nie zawsze jest w stanie zidentyfikować tych, którzy popełnią samobójstwo, ale działa to też w drugą stronę – znaczna większość osób, u których ryzyko określono jako wysokie, na całe szczęście nie odbiera sobie życia.

Także w tym wypadku różne osoby mogą różnie oceniać to ryzyko. Łatwo ulec wrażeniu, że ci, u których stwierdzono „bardzo wysokie ryzyko” popełnienia samobójstwa, przeważnie faktycznie odbierają sobie życie, ale nawet w tej grupie ryzyko wynosi poniżej 1 proc. w ciągu najbliższego miesiąca. Ważne jest moim zdaniem to, żeby krewni zrozumieli, jak trudno jest przewidzieć samobójstwo, nawet jeśli wszystko zrobi się zgodnie ze sztuką. Nie zawsze jest tak, że krewni mogli coś wiedzieć. Może też wcale niczego nie przeoczyli. Może w ogóle nie było nic takiego, co mogliby przeoczyć.

Czynniki ryzyka samobójstw – co zwiększa zagrożenie?

Czynnikami ryzyka są płeć, to, że ktoś już wcześniej próbował odebrać sobie życie, że ma zdiagnozowane jakieś problemy psychiczne, że ktoś w rodzinie odebrał sobie życie. Czynnikami obciążającymi mogą też być problemy z alkoholem i narkotykami, bo tymczasowo zwiększają impulsywność, a zatem znacząco podnoszą ryzyko. Są także zdarzenia, które mogą je podnosić, na przykład: rozwód, śmierć członka rodziny, mobbing, upokorzenie i inne bardzo trudne sytuacje życiowe.

Poza czynnikami ryzyka mówi się także o czynnikach ochronnych. Należy do nich między innymi to, że ma się rodzinę, dobrych przyjaciół, psa lub coś innego, co trzyma człowieka przy życiu. Mnóstwo razy słyszałem: „Nie chcę żyć, ale mam dzieci, więc nie mogę nic zrobić”. Większość czynników ryzyka występuje powszechnie, jak choćby to, że jest się mężczyzną. Także wiele osób cierpiących na depresję – a wręcz zdecydowana większość z nich – nie robi sobie krzywdy. Zatem czynniki ryzyka to po prostu to, co – statystycznie rzecz biorąc – wpływa na ryzyko popełnienia samobójstwa. Same jednak go nie powodują, to znaczy nie są tym, co zajmuje czyjąś uwagę w szczególny sposób i co ta osoba uznaje za swoją motywację.

Przy określaniu ryzyka w przypadku jakiejkolwiek osoby twardym orzechem do zgryzienia, i dla krewnych, i dla personelu medycznego, jest to, że ten, kto zamierza odebrać sobie życie, być może nie mówi wszystkiego.

Ale taka już jest nieprzyjemna natura samobójstwa – jeśli chce się umrzeć, trzeba się z tym kryć i mniej lub bardziej aktywnie zwodzić najbliższych. Wiele kwestii zatem sprawia, iż trudno przewidzieć, kto odbierze sobie życie: to, że statystycznie zdarza się to rzadko, a ryzyko może szybko się zmieniać wraz z upływem czasu, oraz to, że niekoniecznie ma się prawdziwe informacje.

Poczucie winy po stracie – co naprawdę mówią eksperci?

Pomysł, żeby w ogóle mówić o sygnałach ostrzegawczych, został zainspirowany profilaktyką zawałów i udarów. W tych chorobach jednak dochodzi do konkretnego uszkodzenia naczyń krwionośnych i sygnały ostrzegawcze mają związek z ich zatykaniem, a to daje się wykryć w zupełnie inny sposób niż sygnały ostrzegawcze w przypadku samobójstwa – te są niestety dużo bardziej niejednoznaczne. Wymienia się wśród nich wszystko: od tego, że ktoś kupił broń i pije alkohol, aż do tego, że za dużo śpi albo śpi za mało. Flaga ostrzegawcza wędruje do góry także wtedy, kiedy ktoś jest wycofany albo ciężko przechodzi rozwód, jest zmęczony, przygnębiony lub boryka się ze stanami lękowymi.

Te sygnały bywają tak mało specyficzne, że nie są szczególnie przydatne – wiele osób jest zmęczonych, wiele przygnębionych, wiele też śpi za dużo lub za mało. Jeśli przyjmiemy, że wszystkie te zachowania są sygnałami ostrzegawczymi, to z grubsza u każdego człowieka, który popełni samobójstwo, będzie można mówić o przeoczonej fladze ostrzegawczej.

Problemem może tu być poczucie winy, jakie niosą ze sobą takie przegapione sygnały. Zarówno czynniki ryzyka, jak i mówienie o sygnałach ostrzegawczych oznacza, że jest coś, co powinno się było zauważyć. Coś, co należało zrozumieć.

Tyler Black, badacz zajmujący się samobójstwem, podsumowuje ten problem, pisząc, że krewni osoby, która odebrała sobie życie, nie powinni doszukiwać się takich sygnałów: „Nic nie zrobiliście nie tak. Niczego nie przeoczyliście. Śmierć, którą opłakujecie, była złożona i nie dało się jej przewidzieć.”

„Nasze mózgi płatają nam okrutne figle, kiedy wiemy, że ktoś zginął w wyniku samobójstwa: proste związki przyczynowe (zawsze błędne), fantazje o ratunku (rzadko możliwe) i wyobrażone, tworzone z perspektywy czasu koncepcje, co można było zrobić inaczej (nie do sprawdzenia). Zrobiliście wszystko, co mogliście, mając swoją wiedzę, dane możliwości i pozycję”.

Kiedy jako lekarz pytam pacjenta, czy odczuwa chęć życia albo czy ma myśli samobójcze, służy to temu, żeby dać tej osobie szansę opowiedzenia o swoich uczuciach. Jeśli dana osoba powie, jak jest, mogę dzięki temu dokonać dokładniejszej oceny ryzyka. Pytam jednak także ze względu na samego siebie. Nawet jeśli jestem świadomy, że ocena ryzyka nigdy nie jest do końca idealna i dlatego jej sens bywa czasem kwestionowany, sprawdza się to mimo wszystko jako ochrona przed wątpliwościami i wyrzutami sumienia, które wywołuje samobójstwo. Gdybym więc o to nie zapytał, a pacjent by zmarł, już zawsze zadręczałbym się myślami, czy mogłem dowiedzieć się czegoś więcej i jakoś go powstrzymać.

Dlaczego ograniczanie dostępu do środków jest skuteczną profilaktyką?

W Wielkiej Brytanii, po wzroście liczby samobójstw odnotowanym po drugiej wojnie światowej, liczba ta zmniejszyła się w 1963 roku. Czy wynikało to z tego, że w kraju poprawiła się opieka zdrowotna albo że organizacja Samaritans zaczęła prowadzić telefon zaufania dla osób, które rozważają odebranie sobie życia? Nie, wydaje się, że przyczyna była bardziej prozaiczna.

W brytyjskich domach kidney pie przyrządzano w piekarnikach gazowych. Gaz pozyskiwano z węgla kamiennego i zawierał on wysokie stężenie tlenku węgla. Ten bezbarwny i bezwonny związek jest niesłychanie zabójczy dla człowieka, ponieważ wiąże hemoglobinę w krwinkach czerwonych, co obniża zdolność krwi do transportu tlenu.

Na początku lat 60. XX wieku zaczęto wytwarzać gaz z innego węgla, a z czasem zastąpiono go gazem ziemnym. Ilość tlenku węgla w dostarczanym do domów gazie drastycznie spadła do poziomu, który nie był już groźny dla ludzi.

Fascynujące było tutaj to, że kiedy spadła liczba samobójstw popełnianych z użyciem gazu, nie wzrosła liczba samobójstw przy zastosowaniu innych metod. Szczególnie wyraźny spadek odnotowano wśród osób starszych. Podobne przykłady można znaleźć w Indiach, Chinach i na Sri Lance. Zaobserwowano tam spadek liczby samobójstw, kiedy na terenach wiejskich ograniczono dostęp do niebezpiecznych środków ochrony roślin.

Kilka kilometrów na północ od Białego Domu w Waszyngtonie, nad doliną rzeki Rock Creek, która biegnie przez miasto niczym zielona oaza aż do rzeki Potomac, znajdują się dwa piękne mosty. Oba są tej samej wysokości, jeden prowadzi prosto do centrum miasta, a drugi na wschód, do hipsterskiej dzielnicy Adams Morgan. Dla osób przybywających z północy oba mosty zaczynają się na skrzyżowaniu Connecticut Avenue i Calvert Street.

Most prowadzący na wschód nosi nazwę Duke Ellington Memorial i był tym z 10 mostów w mieście, na którym dochodziło do połowy wszystkich samobójstw. Żeby temu zaradzić, w 1986 roku postawiono bariery, przez co trudniej było skoczyć z niego do wody. Na tym drugim z kolei barier nie zamontowano.

Dwa mosty wznoszą się równie wysoko nad doliną i znajdują się rzut kamieniem od siebie. Jeden z nich ma zabezpieczenia, drugi ich nie ma. Na tym z barierami odnotowano wyraźny spadek liczby samobójstw, w gruncie rzeczy samobójstwa całkowicie ustały. Pytanie więc brzmi, czy ci, którzy natrafili na przeszkodę, pokonywali po prostu ten krótki odcinek do drugiego mostu (pozbawionego zabezpieczeń), żeby z niego skoczyć.

Nie, ani na tym drugim, ani na żadnym innym moście w mieście nie odnotowano wzrostu liczby samobójstw. Świadczy to o wewnętrznej ambiwalencji, jaką odczuwały osoby udające się na most z zamiarem popełnienia samobójstwa; wystarczyła tylko drobna przeszkoda, krótka przerwa, żeby przeszły na stronę życia.

Przekonanie o tym, że utrudnianie ludziom odebrania sobie życia nie ma najmniejszego sensu, bo i tak znajdą sposób, okazuje się bezpodstawne. To wiadomość niosąca nadzieję.

Christian Rück – prof. psychiatrii w sztokholmskim Instytucie Karolinska, doradca do spraw naukowych w American Foundation for Suicide Prevention oraz jeden z ekspertów w największym szwedzkim dzienniku „Dagens Nyheter”. „Życie warte życia” to jego druga książka.

Fragmenty książki „Życie warte życia. Esej o samobójstwie, czymś typowo ludzkim”. Christian Rück, tłum. Agata Teperek, wyd. Smak słowa. Tytuł, śródtytuł i skrót pochodzą od redakcji.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE