1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czy da się zaplanować swój los? Odpowiedzi szuka psycholożka Katarzyna Miller

Czy da się zaplanować swój los? Odpowiedzi szuka psycholożka Katarzyna Miller

fot. iStock
fot. iStock
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Nikt nie dostaje gwarancji, że uda mu się dobry związek do końca życia. 20-latek zupełnie serio opowiedział mi, jak będzie wyglądało jego życie: „24 lata – kończę studia, 24 do 26 – ustawiam się w pracy, 27 – kupuję samochód, 28 – mieszkanie, 29 – żenię się, 30 – dziecko”. „A 75?” – zapytałam złośliwie. Nie zrozumiał.

Więc kontynuowałam: „A jak zakochasz się wcześniej albo ze znalezieniem pracy coś pójdzie w innym tempie?”. „A niby dlaczego?” – spytał serio. Dałam spokój. Ewentualnej wybrance współczuję. Jego dziecku – jeszcze bardziej, choć to już nie ja będę je terapeutyzować. Może rodzice dumni, że taką poukładaną progeniturę udało im się wyhodować. Może to jaskółka coraz bardziej cyborgowej populacji? A najsmutniejsze będzie, gdy mu tak właśnie wszystko wyjdzie.

Znajomy kiepsko pracującemu podwładnemu zapowiedział, że daje mu trzy miesiące na poprawienie wyników, a tamten na to: „umówmy się na 30 sierpnia!”. „A dlaczego akurat tak?” – zdziwił się szef. „Bo ja wtedy kończę 35 lat” – jak najpoważniej odpowiedział dorosły mężczyzna, który najwyraźniej zatrzymał się w rozwoju wewnętrznym około wieku parolatka. Jedni próbują zatrzymać czas, inni pokroić go w równe kawałki, inni rozciągnąć lub zastąpić stereotypem.

Najbardziej mnie poruszają (bo z nimi mam najczęściej do czynienia) kobiety (w wieku od 20 do 60 lat), które jako swój problem podają „nieułożone życie”. Oczywiście, wiem, o co chodzi, ale pytam: „Pracuje pani?”. „Tak”. „Nieźle pani zarabia?” „Tak”. „Ma pani mieszkanie?” „Tak”. „Przyjechała pani swoim samochodem?” „Tak”. „Lubi pani jeździć?” „Tak”. „Ma pani znajomych?” „Tak”. „Lubi ich pani?” „Tak”. „Ma pani przyjaciółkę lub przyjaciółki?” „Oczywiście”. „A wakacje?” „Właśnie wróciłam z Grecji”. „Fajnie było?” „O tak”. „Była pani sama?” „Nie, ze znajomymi, ale sama też już raz wyjechałam, poznałam miłych ludzi”. „Umie pani poznawać nowych ludzi, zakolegować się z nimi?” „Tak”. „W pracy pani jest lubiana?” „Nawet bardzo”. „Jest pani bardzo ładnie ubrana, zadbana, sprawia pani przyjemność dbanie o siebie?” „Oczywiście”. „Ma pani świetnie ułożone życie”. „No niby tak” – odpowiada pani. „Ale się pani nim nie cieszy”. „No, tylko czasami, pewnie za rzadko. Bo nie ma w nim stałego związku”.

„Stałego. Niestałe się nie liczą. Byłe się nie liczą. I ma być – na zawsze. A jak to się nie uda?” – pytam. „To ja sobie tego nie wyobrażam". Rozumiem, że nie ma pani chęci wyobrażać sobie, że się pani pragnienie może nie spełnić, ale przecież sporo ludzi żyje w pojedynkę. Niektórzy, bo tak wolą, inni, dlatego że się nie złożyło. Nikt nie obiecywał ani nikt nie dostaje gwarancji, że uda mu się długoletni, do końca życia i do tego dobry związek. Chyba, że pani godzi się na niedobry?” „O nie!” „Chciałaby pani tego młodzieńca, co tak sobie wszystko zaplanował?” „Nie. Przecież on musi być okropnie nudny!” „A tego, co to się poprawi na 35. urodziny?” „Eeee, to dzieciak...” „A niższego od siebie?” „Mowy nie ma”. „A takiego, co go trzeba utrzymywać?” „W żadnym wypadku! Ale co mi pani chce powiedzieć, że ja nigdy nikogo nie spotkam?!” „Nie, przecież ja ani nikt inny nie wiem, czy pani kogoś spotka i czy on będzie pasował pani, a pani jemu, i na jak długo to wystarczy”.

„Ale ja przyszłam, żeby mi pani pomogła kogoś znaleźć”. „Ale terapeuci nie dostarczają narzeczonych. Kiedyś była swatka, a teraz są fora internetowe. To prawda, że wiele moich klientek spotkało miłość”. „No właśnie, ja też chcę! Jak one to zrobiły?” „Najpierw pokochały siebie i swoje życie. Takie, jakie mają. Ale niektóre nadal są singielkami”. „I co? Lubią siebie i swoje świetne życie?”

Nie chodzi przecież o to, żeby nie planować lub nie mieć marzeń, ale o to, żeby pozwolić życiu się dziać. Jest tylko to, co jest, i albo możemy próbować to przerabiać, albo się tym cieszyć. Spróbujcie!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Na czym polega skłonność do uzależnień?

Osoba uzależniona tkwi w iluzji, że kontroluje substancję lub zachowanie, bo potrafi na określony czas się od nich powstrzymać. Tymczasem gdy minie czas, na który się ze sobą umówiła, wraca do uzależnienia. To tzw. system dumy i kontroli. (Fot. iStock)
Osoba uzależniona tkwi w iluzji, że kontroluje substancję lub zachowanie, bo potrafi na określony czas się od nich powstrzymać. Tymczasem gdy minie czas, na który się ze sobą umówiła, wraca do uzależnienia. To tzw. system dumy i kontroli. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Dlaczego niektórzy popadają w narkomanię czy seksoholizm szybciej od innych? Nie do końca wiadomo, ponieważ jest to uwarunkowane wieloma czynnikami, także genetycznymi. Jednak podłoże biologiczne nie oznacza, że jesteśmy dożywotnio skazani na nałogi. Na czym zatem może polegać skłonność do uzależnień - pytamy psychoterapeutkę Natalię Jurys. 

Na ile skłonność do uzależnień to fakt, a na ile wygodna wymówka, by usprawiedliwiać uzależnienie? Są dowody na istnienie genetycznego uwarunkowania uzależnień. Może za to odpowiadać kilka mechanizmów: specyficzne neuroprzekaźnictwo, wrażliwość receptorów, określony metabolizm. Niektórym wystarczy niewielki kontakt z konkretną substancją lub zachowaniem, by przetrzeć szlak dopaminowy i utrwalić nawyk, jednak posiadanie genetycznego obciążenia wcale nie oznacza, że ktoś będzie uzależniony. I odwrotnie - uzależnić się można bez genetycznej skłonności. To prawda, że istnieje biologiczne podłoże uzależnień, ale oprócz tego istnieje szereg uwarunkowań środkowiskowych i osobowościowych.

Czyli zatem jest skłonność do uzależnień? Jako psychoterapeutka postrzegam skłonność do uzależnień jako rodzaj deficytu radzenia sobie z napięciami emocjonalnymi.

To ciekawe, dla wielu skłonność jest czymś, co mamy - ty mówisz raczej o braku. Praktycznie wygląda to tak: zamiast wypracowania konstruktywnego radzenia sobie z napięciami, pojawia się substancja lub zachowanie, które regulują napięcie. Gdy to się utrwali, trudno z tego "ratunku" zrezygnować, zwłaszcza jeśli destrukcyjny sposób regulowania napięcia pojawił się w młodym wieku. Kolejnym istotnym mechanizmem podtrzymującym uzależnienie jest też brak innych sposobów regulowania napięcia. Każdy z nas doświadcza stresu, ale nie wszyscy muszą się napić, aby poczuć ulgę, niektórzy nauczyli się pracy w ogródku, uprawiania sportu, konstruktywnej rozmowy...

Co musi wydarzyć się w życiu człowieka, by przejawiał skłonność do uzależnień? Przed wieloma laty pracowałam z osobami uzależnionymi w poradni odwykowej. Przypomina mi się określenie, które wtedy usłyszałam. Padło ono z ust pani Jolanty Koczurowskiej, która była wtedy szefową MONAR-u i ośrodka uzależnień dla młodzieży. Powiedziała, że uzależnienia są chorobą braku miłości. Zapadło to we mnie jako mocne, jednoznaczne. Od razu pomyślałam o różnych pacjentach, którzy potwierdzają to określenie.

Po latach praktyki nie wiem, czy jest to trafna diagnoza. Jednak z pewnością wiele osób uzależnionych doświadczyło zaniedbania, porzucenia emocjonalnego, konieczności radzenia sobie samemu.  To, w jaki sposób w dzieciństwie tworzy się więź z podstawowymi opiekunami, jest istotne. Na tym wyrastają nasze potencjały, ale też zaburzenia – w zależności od tego, czy więź ta była karmiąca, wypełniona miłością, czy nie.

W jaki sposób wpisuje się w to skłonność do uzależnienia? Brak wzorca, brak otrzymania odpowiedniej opieki wpływa na brak umiejętności zdrowego regulowania napięcia. Chodzi o doświadczanie opieki, w której można wyrażać swoje emocje z poczuciem, że kochający dorosły zajmie się nimi. Skłonność do uzależnień mogą mieć osoby, które w dzieciństwie słyszały, że mają się zamknąć, nie przeszkadzać, nie wkraczać w przestrzeń zarezerwowaną przez rodziców i opatrzoną słowami: „święty spokój”. Wtedy dziecko nie ma co zrobić ze swymi emocjami, z tym, co w nim buzuje. Młody umysł nie potrafi przetworzyć różnych trudnych doznań, a obok nie ma dorosłego, który może powiedzieć i pokazać, jak sobie z nimi poradzić. Gdy dziecko dorasta, nie ubywa mu stresu, napięć, a dodatkowo nie ma modelu radzenia sobie z nimi. A jeśli dołożyć do tego wszechobecne zachwalanie picia jako środka na odstresowanie, to droga do uzależnienia się skraca.

Dlaczego jedna osoba, trafiając na uzależniającą substancję albo aktywność, taką jak oglądanie pornografii czy uprawianie seksu, uzależnia się, a druga nie? Uzależnienie nie powstaje po jednorazowym kontakcie z substancją czy aktywnością. Powiedzmy, że ktoś pomylił butelki, napił się alkoholu. Albo trafił w środowisko osób, które bierze narkotyki, spróbował. A może odkrył Internet i jego przyjemności. Przecież to nie jest cały świat. Są rówieśnicy, którzy mają do tego inny stosunek, są dorośli i ich rady, są przeszłe doświadczenia. Jeśli ktoś ma alternatywne wzorce zachowania, łatwiej mu wybrać to, co jest zdrowe i służy życiu, niż wskoczyć w uzależnienie. Dlatego tak istotna jest profilaktyka.

Na czym polega sensowna profilaktyka uzależnień? Badania udowadniają, że sensowna profilaktyka nie polega na straszeniu, grożeniu, przedstawieniu zagrożeń, wzbudzaniu lęku związanego z konsekwencjami – lecz jest oparta na prawdziwym kontakcie, więzi, stworzeniu miejsca na emocje osób ze skłonnościami do uzależnień. To znaczy, że mają one zapewnione warunki, w których mogą wyrażać swoją bezradność, swój lęk czy swoją złość – w sposób konstruktywny. Istotne jest, czy – zwłaszcza młode osoby – mają alternatywne środowisko, w którym uczą się, angażują, tworzą. Albo czy mają dostęp do grupy wsparcia lub grupy terapeutycznej. Ważne jest, by człowiek, który już się uzależnił, umiał siebie pokochać.

Jak ma siebie pokochać, jeśli bardziej kocha substancję lub nawyk? Na początku trzeba zastąpić pewne rzeczy czymś w rodzaju protezy. Potrzebna jest opiekuńczość, ale i normatywność. A zatem życzliwość, otwartość, ale również konkretna struktura. Fikcją jest założenie, że wystarczy podjąć decyzję: „od dzisiaj nie piję”. Wytrwanie w postanowieniu to codzienna praca. Dlatego na początku mówienie o tym, czy ktoś może siebie pokochać, jest abstrakcyjne. Najpierw ten ktoś musi nauczyć się nie chodzić obok monopolowego i odmawiać zaproszeń na imprezy.

Mam przyjaciela, który po ponad 10 latach brania silnych tabletek nasennych postanowił je odstawić. Jest świadomy uzależnienia, ale nie chce  korzystać z pomocy psychoterapeutycznej, woli to zrobić sam. Co byś poradziła w takiej sytuacji? Czasami odstawianie silnych leków wymaga nadzoru lekarza. Podobnie jest z delirium, które bywa śmiertelne. Niekiedy odtrucie jest niezbędne. A jeśli ten ktoś mimo wszystko odmawia, dobrze, by poinformował bliską osobę, że jest w procesie odstawiania, tak by w razie potrzeby ta osoba mogła zareagować, na przykład wezwać karetkę. Nie trzeba iść do psychoterapeuty, ale przyznanie się do bezradności jest częścią zdrowienia i porzucania nałogu. Jeśli ktoś upiera się, że ma kontrolę nad substancją, to bardzo możliwe, że tym samym potwierdza silne uzależnienie. To tak zwany system dumy i kontroli. Osoba uzależniona tkwi w iluzji, że kontroluje substancję lub zachowanie, bo potrafi na określony czas się od nich powstrzymać. Niektórzy robią sobie okres abstynencji, tydzień nie piją, nie oglądają pornografii, tym samym udowadniają sobie, że wszystko z nimi w porządku. Tymczasem gdy minie czas, na który się ze sobą umówili, wracają do uzależnienia.

Co utrudnia zdrowienie? Często zaburzenie osobowości, które oznacza konieczność odreagowań. Taka osoba nie radzi sobie na przykład z wyrażaniem złości w konstruktywny sposób. Tłumi ją, przetrzymuje, a później prowadzi samochód z nadmierną prędkością albo wypije alkohol, albo skrzywdzi innych. Osoby z zaburzeniami osobowości często się uzależniają, a gdy podejmują leczenie, zazwyczaj idzie im dobrze, dopóki pozostają w systemie leczenia. Jednak gdy kończy się pobyt w ośrodku odwykowym albo terapia, człowiek wraca do nałogu.

Dlatego, że zaburzenie osobowości nie zostało wyleczone? Tak. Dotyczy to na przykład osób uzależnionych od alkoholu, które stają się zależne od leczenia się z alkoholizmu. Nie piją, ale nie potrafią funkcjonować poza leczeniem. Nauczają, „ewangelizują”, nie można ich zaprosić na imprezę, bo mówią wciąż o skutkach picia. Podłożem tych trudności jest zaburzenie osobowości, a uzależnienie jest jednym z symptomów, i jest wtórne. Zaburzenie osobowości zmusza ich do trzymania się określonego systemu, ramy, gdyż nie potrafią jej stworzyć wewnątrz.

Rozumiem, że osoba z zaburzeniem osobowości, która leczy się z uzależnienia, może chodzić na terapię, a później iść do baru na kielicha. Albo na orgię czy po narkotyki. Tak, to właśnie odreagowanie, zwane też „acting-out”, wynikające z braku możliwości wyrażenia trudności i emocji wprost. Terapia może pobudzać silne emocje. Taka osoba przytakuje, wszystko rozumie, twierdzi, że terapia jest świetna, ale musi ją odreagować, pogłębiając uzależnienie. Tymczasem celem jest umiejętność oglądania uczuć wtedy, gdy powstają, adresowanie ich i wyrażanie bezpośrednio, a nie po czasie, na przykład w barze. W tym pomaga odpowiednia diagnoza i psychoterapia.

Jakie przekonania ukrywają osoby uzależnione? Wizję świata, w której nie można na nikogo liczyć, a inni ludzie są zagrażający. To często efekt trudnych doświadczeń. Dla tych osób jedyną ochroną przed bólem jest zaprzeczanie rzeczywistości, utwierdzanie się w tym, że wszyscy, łącznie z terapeutami, są źli.

Jak rozpoznać u siebie albo bliskiej osoby początki uzależnienia? Już sama myśl o tym, że ja lub bliska osoba jest uzależniona, bywa niepokojącą wskazówką. Inną sprawą są powtarzające się kłótnie dotyczące określonej substancji albo zachowania. Ktoś mówi bliskiej osobie, że jest zaniepokojony tym, ile tamta pije. W zdrowej relacji można o tym porozmawiać, przyjrzeć się, skąd pochodzi ta wątpliwość. Reakcja w postaci złości, furii albo skrajnego zamknięcia się sugeruje uzależnienie. Podobnie ukrywanie się z określonym zachowaniem lub substancją.

Co jest najskuteczniejsze w radzeniu sobie z uzależnieniem? To jak z szukaniem Świętego Graala – wizja, że muszę tylko to coś odnaleźć, bywa kusząca... Poza decyzją o rzuceniu nałogu i pragnieniem życia w wolności, pomocne będzie wsparcie. To jak biżuteria złożona z mnóstwa koralików. Wychodzenie z uzależnienia porównuję do nawlekania tych koralików na nici, czyli dyscyplinę i stałą, mozolną, ale przynoszącą satysfakcję pracę.

Natalia Jurys, psycholożka, psychoterapeutka, certyfikowana specjalistka terapii uzależnień, rekomendowana trenerka II stopnia Polskiego Tow. Psychologicznego. Prowadzi psychoterapię dla dorosłych i młodzieży oraz konsultacje wychowawczo-rozwojowe dla rodziców, www.psychoterapia-poznan.org.

  1. Psychologia

Dlaczego kobiety zakochują się w żonatych mężczyznach?

Są kobiety, które zakochują się tylko w zajętych, żonatych mężczyznach. Widzą w nich często nie tyle co partnerów, a facetów do zdobycia należących do innej kobiety.
(Fot. iStock)
Są kobiety, które zakochują się tylko w zajętych, żonatych mężczyznach. Widzą w nich często nie tyle co partnerów, a facetów do zdobycia należących do innej kobiety. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Są kobiety, które zakochują się tylko w zajętych, żonatych mężczyznach. Co zrobić, jeśli jesteś właśnie tą, która pcha się na trzeciego? A co, jeśli to w twoim domu kłusuje ktoś taki? No i jak powinien się zachować ów wyrywany sobie przez dwie kobiety mężczyzna – wyjaśnia psycholożka Katarzyna Miller.

Moja przyjaciółka M. zakochiwała się wyłącznie w mężczyznach, którzy byli zajęci. Tłumaczyła, że to silniejsze od niej. A kiedy jeden z jej wybranków zdecydował się odejść od żony, pogoniła go, mówiąc, że już jej nie pociąga… Oczywiście, bo on ją interesował nie jako jej partner, tylko jako mężczyzna do zdobycia, i to mężczyzna należący do innej kobiety. Żeby to zrozumieć, trzeba wziąć pod uwagę dwie rzeczy. Pierwsza to poczucie wartości M. Opiera się ono na tym, że ten, kogo uda się jej zdobyć, jest nic niewart. Bo gdyby był coś wart, toby jej nie chciał. Dlatego wartościowy i atrakcyjny jest ten mężczyzna, którego musi zdobywać. Drugi aspekt to trójkąt rodzicielski. To istota całej sprawy. Zacznijmy od tego, że kiedy M. była dziewczynką, niedobrze się działo między państwem małżeństwem, czyli tatusiem a mamusią. Nie byli już ze sobą blisko, choć może kiedyś tak, a gdy pojawiła się córeczka, niespecjalnie się już nawet lubili. Oboje się od siebie oddalali, czuli zawód seksualny, żal i nic w tej sprawie nie robili. No i co się wtedy stało? To, co zazwyczaj w takiej sytuacji: dziecko płci żeńskiej stało się córeczką tatusia. M. rozumiała go lepiej niż żona, lepiej niż ona się z nim dogadywała. I tatuś miał poczucie, że jego córeczka to najsłodsza istota na świecie, która go kocha nad życie: „No, przynajmniej córkę mam dobrą, bo żona to mi się nie udała”, myślał.

Trochę tej dziewczynie zazdroszczę kontaktu z ojcem, a trochę czuję, że ta ich bliskość to jednak nadużycie… Jakiś jego rodzaj na pewno, choć nie musi dochodzić do żadnego molestowania. Córka jednak bardziej jest towarzyszką tatusia niż mamusia, i to nie jest naturalne. Matka jest oczywiście o córkę zazdrosna. To jest aż nudne dla mnie jako dla terapeutki, bo wciąż to muszę powtarzać, ale powtarzam, bo wiem, jakie to niezwykle ważne dla ludzi, którzy tego doświadczają. Otóż ta mamusia nie kocha córki, bo nie kocha samej siebie, a przecież córka to mała ona. I dlatego zawodzi męża, bo jeśli nie kocha siebie, to czuje się niepewnie, wstydzi się, nie lubi swojego ciała, a więc i unika seksu. Jest więc mamusia takiej dziewczynki niespełniona jako kobieta, a i jej mąż – niespełniony jako mężczyzna.

No ale wracając do córeczki: ponieważ mama jej nie lubi, to tym bardziej ona lgnie do tatusia. Tatuś tym bardziej czuje, że to córeczka jest jego, a nie żona. A więc tworzy się w głowie dziewczynki taki oto wzór: mama jest żoną tatusia, ale nie całkiem są razem, nie ma między nimi więzi. A więc córka chciałaby, żeby mamusi nie było i żeby tatuś był jej. Ale przecież nie byłoby dla niej dobre, gdyby mamusi w ogóle nie było, bo mamusia jest jej potrzebna. Ba! Tatusiowi też jest potrzebna, żeby był dom.

No i mamy grecką tragedię… Dziewczynka wyrasta w poczuciu, że tatuś nie jest jednak do zdobycia. Uczy się więc, że mężczyzna, który jest jej najbliższy, nie jest jej. A jednocześnie nie może zaakceptować też tego, że tatuś jest mamusi. Mogłaby to zaakceptować, gdyby rodzice się kochali i wychowywali ją jak dziecko, a nie jak zastępczą partnerkę tatusia. Ta dziewczyna nie może mieć też do końca poczucia, że identyfikuje się z kobiecością, bo to można dostać tylko od matki. A ona tego od matki nie dostaje. Liczy więc, że koronę królowej da jej mężczyzna, którego zabierze innej kobiecie. No i teraz wróćmy do M. Zabrała tego pana innej pani i w tym momencie przestał być dla niej ważny. Bo tatuś nie może być jej partnerem. To byłoby kazirodztwo. Nie o to też chodzi, żeby go mieć, tylko żeby go zdobywać. No bo na czym miałoby polegać zdobycie tatusia w rodzinie?

Mamusia powiedziałaby: „Dobrze, córuś, tatuś jest twój”. Dopiero byłoby dziwnie. Ponieważ córka poczułaby się przeciążona, a ponadto zdradzona i przez matkę, i przez ojca. Dziecko potrzebuje obojga rodziców. A więc nie może jej się udać tego faceta zdobyć, bo nawet nie byłoby wiadomo, co z tym zrobić. Poza tym ta kobieta, która jest z tym mężczyzną, jest jej matką. Więc córka chce z nią wygrać tylko trochę, żeby się poczuć lepiej. Bo czuje się źle. Matka jej nie traktuje jak córki, ojciec też, bo zastępuje nią żonę, z którą jednak nadal jest, więc córki nie wybiera. Córka nie jest zatem sobą, nie jest po prostu dzieckiem. Gdyby wygrała z matką, spadłby na nią cały ciężar tej sytuacji. A ona tego nie udźwignie, bo przecież jest niedojrzała, niepewna siebie. Nikt jej nie nauczył, jak to jest być zadowoloną z siebie.

Więc romans z żonatym może być fajny, ale tylko jako romans? Tak, bo ona sobie udowadnia, że jakiś mężczyzna dla niej zdradza żonę. I właśnie: moim zdaniem chodzi o to, że on zdradza, a nie, że zostawia żonę. A więc on woli ją. Nie chodzi nawet o seks z nim, ale o to, że ten mężczyzna jej pragnie. Ponieważ tatuś nie pragnął mamusi, a jej nie mógł pragnąć. Chodzi o to, że dziewczyna czuje, że w jakimś małżeństwie źle się dzieje, bo tatuś nie pragnie mamusi, swej żony, ma więc pragnąć jej. A nawet odwrotnie – ponieważ żonaty mężczyzna jest na nią łasy, to oznacza, że w jego relacji z żoną jest kiepsko i ona ma nawet obowiązek go ratować!

A czy M. i podobne do niej kobiety nie są seksolubne? One wabią mężczyznę seksem, bo to jest ich sposób na to, by zbudować z nim relację, która ma być ważniejsza niż inne. Co więcej, dla tych mężczyzn, których M. sobie wybiera, seksualne wabienie jest szczególnie atrakcyjne, bo ich żony seksualnie atrakcyjne nie są lub przestały być. Mężczyzna nie potrafi rozbudzić seksualnie żony, bo nie umie poradzić sobie z jej chłodem, lękiem itd. Albo nie chce, bo związał się z taką kobietą, by nie musieć być wydolny seksualnie na takim poziomie, który zaspokoi dorosłą kobietę. M. łatwo go sobą zainteresuje, ponieważ dorosłą, wymagającą kobietą nie jest. Chce adoracji, musi być uwodzicielką, lolitką. Naprawdę chce ojca i matki, ale nie dostała tego od własnych rodziców, więc przynajmniej dostaje uwagę od kolejnego cudzego męża. Sprawdza się jako upragniona kobieta wcześniej niż jako kochane dziecko. Mężczyźni lecą na te dziewczyny, które im obiecują załatwienie ich własnych, niedojrzałych interesów.

A jak powinna się zachować mądra żona, kiedy taka kobieta szkodnik pojawi się w jej domu? Mądra kobieta powinna być dla niej dobra. To jest najbardziej lecznicze, bo tej dziewczynie potrzebna jest akceptująca matka. Gdy żona jest dobra, dla mężczyzny przestaje to być przygoda na boku. Poza tym zaczyna widzieć, kim ta dziewczyna naprawdę jest: dzieckiem. Ale to trudne dla małżonki, która czuje się nieatrakcyjna, której się wydaje, że wyższość dziewczyny tkwi w tym, że jest młodsza. A tak naprawdę atrakcyjność dziewczyny dziecka tkwi w tym, że ten mężczyzna jest dla niej arcyważny. No bo któż jest tak ważny jak tatuś, którego można w końcu zdobyć.

Powiedzmy, że żonie uda się nie widzieć w niej modliszki, ale dziecko, i wejdzie w rolę ciepłej pseudomatki… Da wtedy tej dziewczynie coś nieoczekiwanego, co ją rozbroi. Bo – paradoksalnie – ona zwraca uwagę na jej męża właśnie w tym celu, żeby ta kobieta ją zaakceptowała. Czyli po to wchodzi w relacje z ojcem, by pokazać matce: „Nie mogę dostać się do ciebie, przyjdź do mnie. Jestem bardzo samotna”. Od tak zwanych sprytnych kobiet słyszałam pozornie podobną radę: „Zaprzyjaźnij się z jego flamą, a on ją zostawi”, ale to manipulacja. Ja mówię o czymś prawdziwym, czyli o zupełnie innej motywacji do pozornie podobnego działania. A więc jeśli wokół twojego męża kręci się małe dziecko, to się nim zajmij. Zabierz je na zakupy, na kawę, na damskie pogaduchy, powiedz, że ją rozumiesz, porozmawiaj o jej rodzicach, pomóż znaleźć terapeutę. Opowiedz o tym mężowi, niech on też wie, że to naprawdę dziecko i że nie jest fajnie być pedofilem. Dla żony to trudne, ale może mieć z takiej relacji sporą satysfakcję. To jednak wymaga świadomości. A musimy tu sobie powiedzieć, że postacie z tych historii są nieświadome, czemu robią to, co robią. Najsilniej kieruje nami to, co najbardziej ukryte. Zatem im więcej się odsłoni, tym mniej to niebezpieczne.

Czyli nie zabraniać, nie kłócić się… Tylko czy ta dobroć jest bezpieczna? Czy okazja nie czyni złodzieja? Czyni. Zajmij się nią, ale nie tak, żeby on z nią bywał. No i nie zrób z tego trójkąta. Wtedy to krzywda dla wszystkich, zwłaszcza dla niej, bo to dziecko bedzie z obu stron nadużyte – i przez pseudomatkę, i przez pseudoojca. Oczywiście, zachowanie żony nie determinuje tego, co zrobi mąż, choć może bardzo na to wpłynąć.

A co powinien zrobić? Najlepiej, gdyby postąpił tak jak bohater filmu „American Beauty”. Mamy tam sytuację: słaby facet, odrzucony przez romansującą żonę, lokuje swoje uczucia w dziecku, na szczęście nie w córce, tylko w jej koleżance. Ta koleżanka to nimfetka, czyli osóbka udająca, że jest doświadczona w sypianiu z panami. Uwodzi więc Kevina, który stara się na nią ciągle niby to przypadkiem wpadać, śni nawet o niej. I w końcu są tylko we dwoje. Ona jak najbardziej zgadza się mu oddać, chciałaby, żeby ktoś ją w końcu rozdziewiczył, a wie, że ten facet ją uwielbia. Ale też się straszliwie boi. I co on robi? Nie korzysta z okazji, ale mówi najwspanialsze słowa: Jesteś cudowna, pragnę cię, gdybym tylko mógł to zrobić, tobym to zrobił i byłbym szczęśliwy. Ale tego nie zrobię, właśnie dlatego, że jesteś taka wspaniała, że cię uwielbiam... Ona dostaje więc to, co jest jej naprawdę potrzebne, a nie zostaje nadużyta. On jej daje to, co można dać potrzebującej, głodnej miłości dziewczynce. I zostawia ją jej procesowi dorastania.

Jeśli któraś z naszych czytelniczek pomyśli: „kurde, to o mnie”, to co powinna zrobić? Najlepiej pójść na terapię. Można spróbować pogadać z tatą, z mamą. Zobaczyć, jak oni dalej żyją... Podstawowym procesem wewnętrznym ma być zobaczenie rodziców jako pary. Czyli na przykład postawić sobie na komodzie ich zdjęcie ślubne, narysować ich jako parę, wyobrażać sobie ich razem idących za rękę. Wyobrażać ich sobie, jak byli młodzi i się w sobie zakochali, jak ze sobą spali. Jak bardzo chcieli ze sobą być, bo przecież istniał taki czas, kiedy byli sami, bez córki. A ona jest małą dziewczynką, która co najwyżej może trzymać ich za ręce. (To są zresztą dziewczyny, które jako dzieci nie leżały w łóżku między swoimi rodzicami. One rzadko chodziły z nimi razem do zoo, kina). To taki Hellingerowski sposób, żeby dziecko zobaczyło, że jest mniejsze od rodziców. A oni są razem, nawet jeśli się nie kochają teraz, to kiedyś uprawiali seks. Są parą i ich dziecko nic do tego nie ma. A jeśli się na to ich bycie razem porwie, będzie miało poczucie tragedii. Można się napawać poczuciem zemsty, ale na dobre to nam nie wychodzi.

Jeśli jesteś podobna do M., zastanów się: czy gdy ugania się za tobą wolny facet, to go lekceważysz, a ciągnie cię zawsze do mężów? Jeżeli tak, zastanów się, czy to dla ciebie dobre. Chcesz czegoś, co jest wbrew porządkowi. Mam nadzieję, że kobiety, które tak jak M. kilka razy zainteresują się zajętym mężczyzną, nasycą się tym, co wtedy dostają. One, tak jak każdy z nas, dobierają sobie partnerów, by zakończyć coś niezakończonego z rodzicami. Więc jeśli raz a dobrze zaspokoją potrzeby związane z trójkątem rodzinnym – a są chociaż trochę refleksyjne i przetwarzają swoje doświadczenia – choćby nieświadomie – znajdą swoje szczęście.

M. wyszła za mąż po trzydziestce za mężczyznę, który został sam z dwójką dzieci… A więc jest też i takie rozwiązanie… I dobrze, bo te dziewczyny mają często nieudane życie. Bywają pogotowiem seksualnym, hotelem dla mężczyzn, którzy skłócili się z żonami. Ale żaden z nich nie wiąże się z nimi na poważnie, bo wszyscy wiedzą, że to nie na stały związek. A jeśli znajdzie się taki, który pokocha, to dostanie w nos, tak jak przyjaciel M. Trochę żartobliwie powiem: opłaca się wchodzić w relacje z ludźmi, którzy już coś przeżyli i coś o sobie wiedzą. Samej też warto do tego dążyć…

  1. Psychologia

Wpływ rodziców na związek. Rozmowa z Katarzyną Miller

Jaki najlepiej mieć stosunek do rodziców i teściów? - Po prostu ich lubić (...). Nie zakładać, że będziemy się z nimi idealnie dogadywać, ale też nie koncentrować się na tym, co złe. To nie jest naiwne, ale głęboko mądre - mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Jaki najlepiej mieć stosunek do rodziców i teściów? - Po prostu ich lubić (...). Nie zakładać, że będziemy się z nimi idealnie dogadywać, ale też nie koncentrować się na tym, co złe. To nie jest naiwne, ale głęboko mądre - mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
O tym, jak ważne jest, by zminimalizować wpływ rodziców na swój związek, ale też zdać sobie sprawę z tego, że dom nosimy zawsze w sobie – z psycholog Katarzyną Miller rozmawia Joanna Olekszyk.

Niektórzy porównują związek do podróży. Jak często wybieramy się w nią na jednym wózku z rodzicami? Bardzo często, dlatego powinniśmy ich z tego wózka jak najszybciej wysadzić.

Z drugiej strony psychoanaliza mówi, że dzieciństwo ma wielki wpływ na to, jacy jesteśmy, więc wprawdzie wysadzić rodziców z wózka powinniśmy, ale czy i tak nie będą na nim siedzieć w archetypicznym wymiarze? Ja mam na myśli to, żeby podziękować rodzicom za to, co nam dali, i dalej pójść swoją drogą. Ale masz rację, z rodzicami jesteśmy związani na zawsze. Poza tym dzieci bardzo często chcą, by rodzice jak najdłużej na nich coś łożyli: pieniądze, opiekę, uwagę. To są dzieci nie do końca wypuszczone spod skrzydeł, przyzwyczajone do bezwolności, które na przykład chcą, żeby ich matki opiekowały się ich dziećmi. To, jaka ilość kobiet w Polsce jest na etatach babć, jest nie do uwierzenia. Na pewno jedną z przyczyn stanowi to, że nadal jesteśmy trochę za biedni, by pozwolić sobie na opiekunkę do dziecka. Z jednej strony dziadkowie dają wnukom wiele dobrego i są przeciwwagą dla rodziców, z drugiej robią im też wiele krzywdy, a to rozpieszczają, a to wkładają do głowy dziwne rzeczy... Ja na przykład miałam paskudną babcię, i to jedyną, jaką znałam. Dewotka, nic jej nie obchodziło, tylko zdanie księży. Rzymski katolicyzm bardzo się dokłada do naszych złych wspomnień z dzieciństwa, jest dosyć histeryczny i bardzo emocjonalny, no i często prowadzi do obłudy, typowo polskiej dulszczyzny.

Jaki najlepiej mieć stosunek do rodziców i teściów? Po prostu ich lubić, nie jakoś bardzo, ale wystarczająco, czyli bardziej lubić niż nie lubić. Nie zakładać, że będziemy się z nimi idealnie dogadywać, ale też nie koncentrować się na tym, co złe. To nie jest naiwne, ale głęboko mądre. Jeśli tylko znajdziesz coś fajnego w swojej mamie, tacie, teściu czy teściowej, to doceń to i powiedz na głos. Przecież spędzisz z nimi kawał życia – wspólnie tkacie dywan, po którym będziecie razem chodzić. Tkajcie go więc w ładnych kolorach, choć wiadomo, że w miarę używania trafi się też brzydka plama. Jeśli nic dobrego nie możesz powiedzieć o teściowej, to chociaż jej podziękuj: „Dziękuję ci za twojego syna”. Oczywiście wiele babek się zapiera, że nie będą mówiły innym czegoś miłego, bo oni im też nie mówią. Albo się zrażają: „Ja mu to już raz powiedziałam, ale on nie zareagował, więc przestałam”. Nie można przestawać, trzeba kontynuować. Jeśli cokolwiek chcesz osiągnąć, to musisz to robić wytrwale. Przecież jak się chcesz nauczyć jeździć, to trzeba się do tego na początku zmusić i regularnie powtarzać. Zmuszasz się, żeby się czegoś nauczyć, bo ci na tym zależy. A na relacjach ci nie zależy?

Do związku wnosimy też często naszego wewnętrznego rodzica... Boże, ile osób bierze udział w jednym związku! Moi rodzice, jego rodzice, nasi rodzice wewnętrzni, a do tego byli partnerzy. Seks łączy nas jak więzy krwi.

Jak często rodzic wewnętrzny okazuje się podobny do prawdziwego rodzica? Bardzo często. Mało tego, jeszcze częściej partner jest podobny do tego naszego wewnętrznego rodzica. Super, jeśli to jest ciepły rodzic, gorzej jeśli sekujący.

Sami wybieramy sobie takiego partnera? Oczywiście. Ludzie nieustannie mylą się w jednej sprawie: wydaje im się, że w życiu dokonują określonych wyborów, łącznie z wyborem partnera, by lepiej się poczuć. Otóż nie, my chcemy się czuć tak, jak czuliśmy się w domu – bo to już znamy, to jest bezpieczne. Owszem, jeżeli ktoś się napracuje, to może sobie ofiarować nowy start, z którym będzie dużo bardziej szczęśliwy, ale musi być dla siebie na tyle ważny, żeby mu się chciało i żeby nie zaprzestać tego wysiłku.

Czyli znów konsekwencja. Tak jest. Ja na przykład po latach zdałam sobie sprawę z tego, że facet, z którym jestem już bardzo długo, czyli mój Edek, często dowala mi tak jak moja mamusia. Kiedy to zrozumiałam i sobie ponazywałam, nagle zaczęłam zupełnie inaczej ustawiać to nasze wspólne życie. Przede wszystkim przestałam cierpieć – bo my zawsze cierpimy na własne życzenie. Skoro więc chcę z nim nadal być, to muszę zmienić coś w sobie, w moim podejściu. Zdać sobie sprawę z tego, że niby się z mamusią rozstałam, ale za to szybko podrzuciłam ją w jego skórę. Dalej ją sobie funduję, na własne życzenie. Jego zachowania interpretuję jako krzywdę, bo to samo robiła mi mama. Poza tym ja go prowokuję. Oczywiście on gra też w swoją grę. Ale jeśli ja się wycofam, to on też przestanie.

Czyli jest pewna prawda w twierdzeniu, że dobieramy sobie partnerów takich jak nasi rodzice? Pewnie, że jest. Ktoś powie: „Ale moja mama była gospodarna, a moja żona nie jest”. No ale gospodarność nie musi być tą najważniejszą rzeczą, może jest podobna w innych.

A czy wybieramy sobie partnerów podobnych do rodzica, z którym byliśmy bardziej związani, czy z którym się częściej kłóciliśmy? Kwestia, z kim byliśmy bardziej związani, jest dość skomplikowana. Wiesz, jaka jest psychoterapeutyczna prawda? Że jeśli najpierw przepracujesz rodzica, z którym twoim zdaniem było ci gorzej, to potem okazuje się, że z tym drugim też tak wesoło nie było. Kiedy rodzice się często kłócą, to nie dają się zaakceptować jako para. Jako dziecko musimy wybrać, czyją stronę bierzemy. Więc decydujemy i potem ładujemy pozytywy w tę jedną osobę, a drugą zaczynamy odsądzać od czci i wiary.

Chcemy udowodnić sobie, że dobrze wybraliśmy... A potem po latach okazuje się, że nie było wcale tak czarno-biało. To są czasem wstrząsające odkrycia. Moja przyjaciółka po kilkuletniej terapii zrozumiała, że jej biedna mama, uciemiężona żona alkoholika, tak naprawdę leżała na swoich dzieciach, żądała od nich współczucia i każde w pewien sposób skrzywdziła. Podczas gdy tata był ciepłą, fajną osobą, którą ona też stopniowo wykańczała, może i tak by pił, ale na pewno przez jej historię cierpiętnictwa nie miał szansy się przebić ze swoją.

Ja dokonałam dobrego wyboru w dzieciństwie, czyli przyznałam rację tacie, ale po latach, jak przepracowałam sobie konflikty rodziców, dostrzegłam w tym wszystkim też winę taty. Mama miała więc podstawy – jako kobieta – by go nie do końca uszanować.

Edka wybrałaś jednak kluczem mamy? Nie do końca, on ma też dużo z mojego taty. Ja dzięki ojcu mam bardzo dobre relacje z mężczyznami, bo stoję za sobą i nigdy się im nie daję. Potrafię być wredna, nie przeraża mnie, gdy ktoś tak o mnie mówi. Choć w sumie to nie jestem wredna, ja po prostu umiem o siebie zawalczyć. Natomiast w związku z Edkiem na początku zachowałam to cierpiętnictwo, które wyniosłam z domu, cierpiętnictwo mojej mamy. Ale już się go pozbyłam.

Chcemy wyjść z domu, lecz ciągle go w sobie nosimy. Tak, to odwieczny paradoks. Nie możemy się całkowicie odciąć od tego, co znamy z domu, bo to dół góry lodowej nas trzyma, nie góra – dół, czyli to wszystko, co w nas nieuświadomione, ukryte. Poza tym rodzice często nie chcą wypuścić nas na wolność i ciągniemy ich za sobą w postaci ogona. Dlatego gdy jesteś pierwszy raz w domu swojego chłopaka, patrz na jego rodziców. Jeśli tatuś jest kapeć, a mamusia po nim jeździ, to twój chłop prawdopodobnie będzie chciał, żebyś to ty była tą silną stroną w związku, która go niesie, a w dodatku ubóstwia. Jeśli tatuś jest macho i rozstawia rodzinę po kątach, zobacz, jak traktuje syna. Jeśli go gnoi, to jest to zniszczone dziecko, a jeśli syn jest do niego podobny i tatuś jest z niego dumny, gadają sobie o osiągnięciach, a mama lata dookoła stołu – to ty będziesz miała tak samo. Albo może być tak, że jego rodzice są ze sobą mocno związani, a on jest gdzieś z boku – wtedy dostałaś od losu małego, niedokochanego chłopczyka, który będzie się czepiał twojej spódnicy. Oczywiście przyszli teściowie mogą okazać się bardzo fajnymi i sympatycznymi ludźmi, ale i tak zobaczysz w nich coś, co ci się nie spodoba. Co nie znaczy, że masz każdego chłopaka z tego powodu odrzucać...

Wystarczy, że pomyślisz o swoich rodzicach... No właśnie, zastanów się, co on zobaczy, jak przyjdzie do ciebie. Z każdym facetem warto bardzo jasno porozmawiać o rodzicach – swoich i jego. Na pewno wasz związek ma być ważniejszy niż związek z rodzicami. Bardzo wiele dorosłych dzieci jest uwikłanych w różne zaszłości. Oczywiście jeśli chcesz szukać tylko takiego, który jest samodzielny, to możesz długo szukać. Masz takiego, jakiego masz, jeśli cię nie gnębi, nie poniża, nie nadużywa – to z jego psychologicznymi problemami można sobie poradzić. Ty też pewnie masz jakieś swoje.

Może byłoby nam łatwiej w związkach, gdybyśmy od razu sobie to mówili: „Słuchaj, nie będzie ci ze mną łatwo, mam skomplikowaną relację z mamą, ojciec był w moim życiu praktycznie nieobecny, do tego w mojej rodzinie kiepsko jest z komunikacją”. Kiedy miałam kilkanaście lat i zakolegowywałam się z chłopakami albo zaczynałam z jakimś chodzić, to my sobie o tym wszystkim mówiliśmy, i to bardzo szczerze. Nastolatki są bardzo uczciwe wobec siebie i takie wyznania bardzo ich do siebie zbliżają. Mają o czym porozmawiać, mogą sobie powspółczuć, wysłuchać się nawzajem, pośmiać się z tego i też to unieważnić, powiedzieć: „Daj sobie spokój z matką, mamy siebie”.

Bardzo czule wspominam chłopaka, z którym byłam od siódmej klasy – strasznie nas połączyło to, że mogliśmy sobie pourągać na nasze mamuśki. Wiedział, co ja z moją przechodzę, pocieszał mnie, rozumiał i stawał w mojej obronie. Był moim rycerzem, moją tarczą przed domowym chłodem. Oczywiście, że wolałabym mieć fajniejszą mamę, która by powiedziała: „Wpadnij kiedyś na herbatę” czy „Nie łaźcie tyle po ulicach, posiedźcie sobie w domu”, bo my ciągle chodziliśmy, a to do kina, a to do parku, bo w domu nie było nam wolno. Jak patrzę, jak moja sąsiadka przyjmuje kolegów swojego syna na korytarzu, to zawsze sobie myślę: „Boże, to jak oni tam przyjmą przyszłą synową?”.

Poza tym jeśli ona nie zna jego znajomych, to jakby nie znała jego... ...a on czuje się tak, jakby nie miał domu, nie uczy się, jak przyjmować gości, jak zapraszać ich do siebie, jak zapytać, co im potrzeba. No, jak się dostaniesz do takiego domu, dziewczyno...

…przyjmą cię w korytarzu. Albo sprawią, że tak się poczujesz.

Może wtedy zrozumiesz, jak on miał z nimi ciężko... ...i zaczniesz mu współczuć. Chciałam przestrzec kobiety przed dwiema rzeczami. Po pierwsze, żeby za bardzo nie żałowały swoich ukochanych, bo będą im matkowały, a do tego babki mają niesłychaną tendencję. Po drugie, aby za bardzo nie chciały, żeby to on im wyrównał to, czego nie dostały w dzieciństwie. I jeszcze jedno – żeby nie marzyły o tym, że teściowa będzie ich mamą. A marzą. To znaczy te, które mają niedobrą mamę. Jak mają naprawdę fajną, to myślą, że żadna inna nie będzie lepsza, więc wychodzą za mąż razem ze swoją mamusią. Natomiast jak mają niedobrą, to marzą, że teściowa im to wynagrodzi. Oczywiście zdarzają się fajne teściowe, ale i tak żadna nie będzie twoją matką. Jest taka zmyła w mówieniu do teściowej „mamo”...

No właśnie, zalecasz czy przestrzegasz przed tym? Obecnie jest tendencja do mówienia po imieniu i to jest dobra tendencja. Według mnie słowo „mama” można mówić tylko do jednej osoby w życiu. Oczywiście można komuś powiedzieć: „Chciałabym, żebyś była moją mamą”, ale to zawsze jest tylko zastępstwo, czyli inna kobieta się nami opiekuje w imieniu mamy.

Matki często mają idealną wizję partnerki dla swojego syna i czasem on z taką dziewczyną rzeczywiście się wiąże, tylko potem coś im nie wychodzi, on ma już nową, a mama nadal wzdycha do tamtej. I często nadal się z nią przyjaźni.

No ale czy ona rzeczywiście wybiera wtedy idealną dziewczynę dla syna, czy raczej dla siebie? Raczej dla siebie, czasem podobną do niej, czasem taką, jaką chciałaby być. To naturalne i ludzkie, a czasem nieświadome. Na pewno jak się zakolegowałaś ze swoją byłą teściową, to nadal się z nią koleguj. Przecież to nikomu nie szkodzi, a jest więcej sympatii w świecie. Dlatego tak lubię francuską literaturę i filmy, w których aż roi się od podobnych relacji, gdzie była żona mojego faceta jedzie z nami na wakacje i w dodatku wszyscy się lubimy. Ale to jest możliwe tylko przy wysokim stopniu świadomości i akceptacji tego, że wszyscy jesteśmy zarówno fajni, jak i ułomni.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym.

  1. Psychologia

Toksyczny? Socjopata? Sprawdź mężczyznę na początku związku

Kobieta w toksycznym związku całą energię wkłada w staranie o to, żeby być taką, jaką PAN sobie życzy.(Fot. iStock)
Kobieta w toksycznym związku całą energię wkłada w staranie o to, żeby być taką, jaką PAN sobie życzy.(Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Mężczyźni robią tylko to, na co im pozwalamy lub dają nam to, czego chcemy. Naprawdę więc warto wiedzieć, czego chcemy.

  • Socjopata to osobnik, który wie, czego kobiety potrzebują i daje to tylko po to, żeby coś osiągnąć, a nie że po prostu chce to dać. Rachunek za to jest potem bardzo wysoki.
  • Niewinna kobieta, a szczególnie ta bardzo spragniona miłości jest bardzo łatwym łupem – czytaj 90 procent kobiet.
  • Kobieta taka zostaje zaczarowana, upita, zahipnotyzowana tym wszystkim, co chciała usłyszeć na swój temat. Socjopacie bardzo łatwo jest mówić takie rzeczy, słodzić i obiecywać, ponieważ wie, że nic z tego nie da – więc obiecać może wszystko.
  • Normalny facet nie obiecuje, bo by się czuł głupio, gdyby tego nie dał lub czuje, że może tego nie dać, albo nie wie jeszcze lub czułby się zobligowany.
  • Socjopata żeruje na głodzie kobiet i ich braku doświadczenia. Bardzo dobrze by było, żeby każda „poznała” takiego i nauczyła się łatwo rozpoznawać, bo jest ich sporo.
  • Więc po pierwsze, nie spieszyć się. Jest to bardzo trudne dla tej, która tak bardzo już czeka i jest głodna...
  • Więc pierwsza zasada, powściągać siebie i swoje uczucia.
  • Jeśli nie umiesz tego zrobić na początku i wpadasz jak śliwka w kompot, w zakochanie, podaruj sobie ten stan, ale po jakimś czasie bardzo uważnie siebie zapytaj: „No dobrze, już się trochę zanurzyłam, a teraz wychylam głowę na powierzchnię i zaczynam obserwować, co tu się dzieje takiego, że tak bardzo chciałam wpaść?”.
  • Zacznij go sprawdzać, na przykład prośbami o przysługi, zapoznaj go z brzydką koleżanką i zobacz, jak się będzie do niej odnosił, lub z bardzo ładną.
  • Odmów mu parę razy.
  • Sprawdź, ile miał żon i ile dzieci po drodze – sprawdź, co one o nim sądzą (gdy masz okazję – naprawdę tego słuchaj). Słuchaj też, co on mówi o swoich byłych.
  • Socjopata po okresie uwodzenia nudzi się swoją ofiarą i zaczyna sprawiać sobie przyjemności, czyli się znęcać – musi sobie przecież odkuć ten okres inwestycji w nią – kretynkę. Zauważysz wtedy moja droga, że wśród komplementów będą zdania typu: „jesteś za gruba”, „zobacz jak tamta wygląda” i ty nieszczęśnico, zaczniesz się starać – „Boże, on ma rację, jestem głupia i za gruba, muszę nad sobą pracować...”. I co zaczynasz robić? Kopać sobie własny grób. A trzeba jemu spokojnie powiedzieć: „Widziały gały, co brały”.
  • Jak działa psychopata? Mówisz mu: „Jest mi przykro, jak tak do mnie mówisz”, a on ci na to: „To się postaraj, to nie będę musiał tak do ciebie mówić”. Wyjechał, nie wrócił wtedy kiedy miał wrócić, obiecał że się odezwie, nie odezwał się, poniża cię coraz bardziej, raptem jesteś nieinteligentna, gorsza niż inne, on nagle nie ma pieniędzy, nic nie kupuje, nic nie załatwia. Jest coraz bardziej wściekły i niezadowolony, odcina cię od koleżanek, właściwie od wszelkich atrakcji, już nie pomaga ci i nie współczuje, za to ma pretensje, że jesteś wymagająca i leniwa. Jak mówisz, że się źle czujesz, to on mówi, że to twoja wina – i tu niestety ma rację...
  • Jeśli będzie eskalować wymagania – a będzie, to już wie- my, że to jest ten przypadek – psychopata nam się trafił. I jeszcze dwa, trzy sprawdziany dla pewności i pana wysyłamy na drzewo, a same wracamy do domu – do siebie.
  • Psychopaty nie uleczy żadna miłość. On kocha władzę.
  • Kobieta psychopaty gaśnie w oczach. Jak na początku świeciła i rozkwitała i wszystkie jej zazdrościły, to teraz więdnie i to w szybkim tempie. W oczach ma lęk i błaganie – oszczędź... Ale on jest bez litości, ponieważ tym się właśnie karmi – swoją złą mocą. A najgorsze jest to, że ona ciągle czeka, że on będzie taki jak przedtem i w dodatku wierzy, że to się stanie. Całą energię wkłada w staranie o to, żeby być taką, jaką PAN sobie życzy.
  • Jest to uzależnienie porównywalne do heroiny. Żeby utrzymać swoją władzę kat od czasu do czasu dokarmia swoją ofiarę – dobrym słowem, komplementami, obietnicą ślubu, podziwem – żeby mu starczyła na dłużej i zbyt szybko nie umarła albo się nie zabiła.

Siłę manipulowania świetnie zobrazuje takie doświadczenie: mamy dwie beczki z wodą; w każdej z nich pływa myszka. W jednej z beczek pływa, pływa, pływa aż w końcu się topi. W drugiej beczce wkładamy myszce patyczek, którego ona się chwyta na chwilę, ona odpoczywa, my patyczek wyjmujemy. Wkładamy ten patyczek co jakiś czas, nieregularnie. Myszka bardzo, bardzo długo pływa. Dużo więcej wytrzymuje niż tamta bez patyczka. Rozumiesz, o co tu chodzi? Ona ma nadzieję, że patyczek ją uratuje i że warto czekać. Lepiej szybko sobie zdać sprawę, że patyczek jest właśnie po to, żebyś jak najdłużej wytrzymała w koszmarnej dla ciebie sytuacji, która i tak skończy się tragicznie. Trzeba uciekać i to od razu. Nie można chwytać się patyczka – iluzji. Gdyby miał być ratunkiem, uratowałby od razu i nie kazał się tak długo męczyć. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet zaczynają od doprowadzenia kobiecości do absurdu, reklamiarskiego absurdu. „Jesteś godna najlepszych perfum, jesteś inna niż wszystkie, masz wyjątkowe ciało – żadna takiego nie ma, tylko ty tak potrafisz prezentować luksusowe rzeczy, jesteś mądra, masz starą duszę...”. Taki cwaniak wie, co każda kobieta chce usłyszeć, ponieważ sprawdza twoje reakcje i jest nastawiony na czytanie ciebie – czym cię porazi najbardziej. Jednej powie, że jest najpiękniejsza, a drugiej – że jest najmądrzejsza. A prawda jest taka, że jesteś inna niż wszystkie, ale też jesteś taka jak wszystkie.

Piękna, ale nie najpiękniejsza, mądra, ale nie najmądrzejsza i tak dalej, i tak dalej. On tymi super adoracjami nakręca ciebie na nierealne pragnienia, na nierealną samoocenę i tym mu łatwiej, o ile gorzej o sobie myślisz. Dziewczyny źle myślące o sobie marzą, żeby być naj, a nie żeby być zwykłą, normalną dziewczyną. Wydaje im się, że z dna swojej biedy wewnętrznej muszą się wznieść na wyżyny, żeby tej biedzie zaprzeczyć. Podczas gdy realność jest taka, że jestem OK. Ale to się wydaje takie nudne... Normalny facet chce normalnej dziewczyny; zwyczajnej, średniej, pasującej do niego.

Socjopata nie może mieć normalnej dziewczyny, bo ona go obnaży i zostawi. Jeśli powie: „A jakaż pani jest niezwykła...”, normalna kobieta odpowie: „Niech pan nie przesadza” lub: „Wiem, dziękuję”, a głodna odpowie: „Naprawdę?” z błyskiem w oku... I poczuje się nagle wreszcie doceniona i odkryta... I on to świetnie zobaczy. Ale nie po to władował dziewczynę w dobre samopoczucie, żeby jej było dobrze i żeby z tym została, tylko po to, żeby mieć nad nią władzę. Do czego używa tej władzy? A do czego używają władzy ci, którzy jej pragną? Do manipulowania i wykorzystywania ludzi – i niszczenia ich na końcu. Najłatwiej niszczyć taką, która i tak o sobie źle myśli, bo zrobi to za nas. Wystarczy zagrozić jej, że znowu będzie niezauważona i niczyja, a już służy na dwóch łapkach. Niestety kobiety o takim pokroju obdarzają kata szczególną mocą zamiast go odrzucić.

Najczęściej taka dziewczyna miała ojca tyrana, o którym nie wiedziała, że jest nadmuchanym balonem przez lęk jej matki. Myślała o nim, że jest supersilnym bogiem tylko niedobrym dla niej, bo ona nie spełnia jego oczekiwań. Marzyła, że kiedyś jej bóg zobaczy jak bardzo ona go kocha i jak bardzo czeka na dobre słowo – tatuś tego nie powiedział, ale nasz socjopata tak. Spełnia on jej marzenie i staje się czymś niebywale potrzebnym i istotnym. Nareszcie jej lata męki, udręki i nadziei zwróciły się. Powodem braku samoakceptacji może też być dla dziewczyny, toksyczna, niekochająca matka. Przeczytajcie Suzan Forward „Matki, które nie umieją kochać” i Karyl McBride „Nigdy dość dobra”.

Rozumiecie jak trudno potem z tego zrezygnować, jak trudno to podważyć, jak trudno wrócić z powrotem do bycia nierozpoznaną, niezadowoloną, nieważną, żadną...

Rozwiązanie jest gdzie indziej – nie w mężczyźnie.

Chyba że spotkasz i zgodzisz się na normalnego, poczciwego chłopaka i pozwolisz mu się trochę podleczyć i przyjmiesz jego miłość bez fajerwerków. Trochę się ukoisz, trochę się nakarmisz, ale resztę i tak musisz zrobić sama. Bowiem masz się rozliczyć ze swoją przeszłością, która jest źródłem twojej wewnętrznej biedy – najważniejszym źródłem. Nie możesz zrobić tego sama – bo jakbyś mogła, to byś zrobiła.

Rzecz w tym, że najbliżsi ludzie nas skrzywdzili i potrzeba innych, życzliwych, żeby nas nauczyć miłości do siebie. Część z tego może dać partner, ale na pewno nie wszystko, część z tego mogą dać przyjaciółki, ale nie wszystko, bo nie są terapeutkami. Czasem rodzice przepraszają za przeszłość, ale to rzadkie. Można się tego nigdy nie doczekać, a poza tym nasi rodzice dają nam tyle, ile MOGĄ dać. Potrzebna jest porządna terapia, gdzie uleczymy największe rany z przeszłości i nauczymy się samoakceptacji. Tylko tak możemy wygrać z mężczyznami, którzy nienawidzą kobiet, że nie będziemy czekać na ochłapy od mężczyzny, tylko nauczymy się dawać sobie samej miłość.

Fragment książki "Instrukcja obsługi faceta". 

  1. Psychologia

Źródło radości jest w każdym z nas. Rozmowa z Katarzyną Miller

Aby doświadczyć prawdziwej radości, należy zdrowo traktować siebie, nie ganić się za pomyłki i gratulować sobie sukcesów - zaleca psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Aby doświadczyć prawdziwej radości, należy zdrowo traktować siebie, nie ganić się za pomyłki i gratulować sobie sukcesów - zaleca psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Jest w każdym z nas, choć nie zawsze mamy do niego łatwy dostęp. To nasze źródło radości. Dzięki niemu umiemy dostrzec promień słońca w najciemniejszej rozpaczy. Psychoterapeutka Katarzyna Miller radzi, jak wyćwiczyć umiejętność bycia dzieckiem.

Podczas jednego z naszych live'ów ktoś spytał cię, dzięki czemu zachowujesz pogodę ducha, nawet w ciężkich czasach. Odpowiedziałaś: "Dzięki małym radościom". Dzięki małym radościom, czemuś śmiesznemu i dzięki poczuciu humoru - dzięki temu całemu zakresowi uśmiech znów pojawia mi się na twarzy. Nawet kiedy jestem bardzo zdołowana, a zobaczę coś zabawnego albo słodkiego (bo co najbardziej lubią dziewczynki? małe kotki, małe pieski i małe dzieci) - już poprawia mi się humor. Ale to może być też piękny obraz przyrody albo nastrojowa muzyka. Oczywiście człowiek w trudnych momentach traci czasem inteligencję i zapomina, czym się ratować. Ale kiedy sobie przypomni i na przykład puści sobie piękną ścieżkę muzyczną, od razu jest różnica. No puść sobie na przykład takiego Kacpra Kuszewskiego, jak w programie "Twoja twarz brzmi znajomo" udaje Marię Callas. Pan Kacper powinien mnie chyba uznać za honorową przewodniczącą jego fan clubu. Bo każdemu, kogo spotkam, każę oglądać go w tej roli. Sam jest w niej niebywale piękny i niebywale pięknie śpiewa. Bardzo wielu artystów w tym programie mnie zachwyciło.

I kiedy tak słuchasz pana Kacpra... ...zapominam absolutnie o wszystkim. W ogóle gdy słucham muzyki, zapominam o wszystkim. Zaczynam tańczyć albo się naglę wzruszę w taki przyjemny, tkliwy sposób. Tkliwość to już nie jest taki czarny dół, prawda? Mieści się w niej pewna doza radości, nawet jeśli główna nuta brzmi smutno. Muzyka bywa tak piękna, że można się popłakać. Dobrze też robi na smutek wzruszający, mądry film. Bo mój stan rozpływa się w czymś wspólnym, ludzkim.

Płacz potrafi być dobry i oczyszczający, niekiedy jest nawet konieczny. Natomiast stanem, którego bardzo nie lubię, o czym zresztą już kiedyś ci mówiłam, jest rozpacz. To dla mnie najgorsze uczucie. Nie lęk, a rozpacz. Zdarza mi się czasami, ale na szczęście nie tak często, żeby się załamać.

Na dnie takiej rozpaczy czasem trudno dojrzeć światło... A skąd się bierze ta "nieprzepuszczalność"? Jak zwykle z przyzwyczajenia, z wyuczonego nawyku. Jeśli byliśmy zmuszeni, by w dzieciństwie długo ćwiczyć przystosowywanie się do: lęku, poniżenia, zagrożenia, bezsilnej złości czy osamotnienia - to mamy na sobie taki kożuch albo grubą, zbitą pierzynę, w dodatku sfilcowaną. Ohydne, prawda? I ta pierzyna oddziela nas od wszystkiego innego. Mogę uderzać w pierzynę albo głaskać ją czule, bez znaczenia, bo ty nic nie czujesz. A jeśli widzisz kogoś, kto się śmieje i cieszy, to uważasz, że albo udaje, albo "nie ma żadnych problemów". A przecież nie ma ludzi bez problemów! Tylko komuś tak poszkodowanemu czy uszkodzonemu na emocjach trudno uwierzyć, że to możliwe, żeby ktoś miały problemy i, mimo to, się cieszył...

Wiesz, jaką radość ogromnie lubię odczuwać? Kiedy ktoś, kto przyszedł do mnie na terapię w kołdrze albo zbroi (kołdra jest nawet lepsza do pracy niż zbroja, bo ktoś w zbroi czuje się silny, a w kołdrze jest tylko zamulony), po pewnych czasie zaczyna się czuć inaczej. Na przykład pierwszy raz czuje brak lęku albo radość właśnie... I mówi: "Niemożliwe! Naprawdę to czuję".

Historyczny moment, należy go zapisać w kalendarzu i na zawsze zapamiętać. Oczywiście trzeba też wiedzieć, że ten moment nie będzie trwał długo, bo to zaledwie pierwszy promień słońca. Niektóre dziewczyny mówią: "Całe dwa tygodnie byłam szczęśliwa, ale potem mi niestety przeszło". Na co ja odpowiadam: "Kochana, to jest i tak bardzo długo, doskonały wynik, to znaczy, że świetnie się przyjęło". No ale to nie może trwać i trwać. Skoro latami były rozpacz i smutek. Teraz trzeba się skupić na ćwiczeniu wprawiania się w ten nowy, dobry stan i na utrwalaniu go. Istnieje na to dużo procedur i sposobów. A jednym z zadań jest pilnowanie, by - kiedy wracasz do starych myśli - mówić sobie: "Stop, to już minęło. Jestem w innym miejscu, znam już inny stan". Masz świadomie "przełączać się" na zdrowe traktowanie siebie, nie ganić się za pomyłki i gratulować sobie sukcesów.

Dwie bardzo ważne rzeczy, których nauczyłam się od Krishnamurtiego: nie usprawiedliwiać się i nie potępiać siebie. Zamiast tego: poznawać siebie, rozglądać się po sobie i cieszyć się ze wszystkiego, co znajdziesz; czy to będzie wspaniałe, czy to będzie trudne. Cieszyć się z tego, bo to pokazuje, jakie bogactwo masz w sobie.

Kilkuletnie dzieci mojej przyjaciółki, kiedy wpadają w rozpacz, to jest to rozpacz bezbrzeżna... Bo dzieci mają taką umiejętność, że są całe w tym, co czują. I na przykład rozpaczają, bo wyjeżdżają po feriach od babci. To nic, że za tydzień znów ją zobaczą, dla dziecka każdy wyjazd jest jak na zawsze, tak bardzo są w "tu i teraz".

...ale ta rozpacz w jednej chwili mija, bo ktoś się poślizgnął albo dał małego kociaka do ręki. Łzy jeszcze lecą, ale już się pojawia uśmiech. I na tym polega bardzo przydatna, także dorosłym, umiejętność bycia dzieckiem. Bo my dzieckiem - wewnętrznie - jesteśmy do końca życia, tylko nie wszyscy z tego korzystamy. Nie wszyscy mamy do tego dojście, a często też sobie na to nie pozwalamy, bo nie wypada. Albo myślimy: "Obrywałam jako dziecko, nie będę już dzieckiem". Bo może jeśli się śmiałaś, to mogłaś w twarz dostać. A kiedy tatuś być wściekły, to lubił mówić "I co się tak, bachorze, śmiejesz? Zaraz ci zetrę ten uśmiech z twarzy". Nic dziwnego, że takie dziecko zamyka śmiech na trzy spusty. No albo się buntuje totalnie i obrywa, bo to też czasem jest metoda na to, by zwrócili na mnie uwagę.

Radość zawsze pochodzi od naszego Wewnętrznego Dziecka? Tak, bo dziecko jest od uczuć, od ruchu, od siły witalnej. Mówi się o niektórych ludziach: "rusza się, chodzi, ale jakby był nieżywy". Bo ma w sobie zatłuczone lub schowane Wewnętrzne Dziecko.

Co robisz, gdy ktoś taki do ciebie przychodzi? Tacy ludzie zwykle do nikogo nie chodzą, bo nie wierzą, że to w ogóle jest coś warte. A jeśli przychodzą, to znaczy, że ich Dziecko się w nich jeszcze kołacze. Że czegoś jednak pragnie, w coś jeszcze wierzy, na coś jeszcze czeka. Że jest w nich nadzieja. I tę nadzieję trzeba ukochać i uszanować, bo to najzdrowsza część. Moje podstawowe myślenie o pomocy jest takie, że ponieważ nas ludzie zatruli, to i ludzie nam muszą pomóc się odtruć.

Jest taka scena w filmie "Buntownik z wyboru", kiedy bohater grany przez Matta Damona po raz pierwszy przychodzi do psychologa, którego gra Robin Williams. Williams przegląda jego kartotekę, w której są opisane wszystkie rodziny zastępcze, które go krzywdziły, oraz rozboje których się dopuszczał. Mówi: "To wszystko nie jest twoją winą". Chłopak wzrusza ramionami: "Wiem". "To wszystko nie jest twoją winą" - powtarza psycholog. "Wiem" - mówi już trochę zły chłopak. "To wszystko nie jest twoją winą" - powtarza psycholog, tak długo, aż widać, że pancerz chłopaka opada. Ten terapeuta z "Buntownika..." to świetna postać, bardzo go lubię i cenię. Opowiem ci moment z mojej terapii. Mówię mojemu terapeucie, że byłam po raz kolejny na wigilii u mamy, gdzie po raz kolejny bardzo źle się czułam. Na co on pyta: "A po co tam jeździsz?". "Jak to, po co? Do domu się jeździ, dlatego, że jest to dom, no i to była wigilia". A on dalej pyta: "Po co? Po co?". Tak długo pytał, aż powiedziałam: "Po wpierdol. Jeżdżę tam po wpierdol. Bo to znam".

Ja i miliardy innych osób musieliśmy się w dzieciństwie po prostu zgodzić na to, co nas spotkało, bo nie mieliśmy innego wyjścia. To taka "strategia na przetrwanie", i ona długo z nami zostaje. To są te wszystkie zbroje, kołdry, maski, fasady. Czasem to są prześliczne, wesołe maski, jak domowa maskotka. Niby podskakuje, na kolankach siada, wszystkim coś miłego powie, zatańczy, zaśpiewa - ale to nie jest prawdziwa radość. Domowa maskotka gra, bo wie, że za to będą głaski albo że dzięki temu nie oberwie. Ciężka praca z czegoś takiego potem się wyrwać.

Takiej osobie trudniej jest dotrzeć do prawdziwej radości? Strasznie trudno, bo najpierw musi przejść przez prawdziwy smutek i rozpacz, no i zrozumieć okrutną prawdę: "To ja tyle energii, cały swój potencjał ładowałam w TO?".

Joe Biden, amerykański prezydent, doświadczony przez życie rodzinnymi tragediami, kiedy był jeszcze wiceprezydentem, wygłosił mowę do rodzin zmarłych policjantów, w której powiedział, że obiecuje im, że kiedyś spojrzą na zdjęcie syna czy męża, którego teraz żegnają, i się uśmiechną - to będzie znaczyło, że wracają do życia. Radość zwraca nas ku życiu? No jeśli była to tak wielka tragedia, to tak, na pewno jest to dowód na to, że wychodzimy z mroku. Podobnie jeśli się było w depresji i nagle człowiek zaczyna się znowu rozglądać: na coś ma ochotę, coś mu się podoba. Ludzie sobie często wyrzucają tę pierwszą radość po stracie kogoś kochanego, bo przecież jak można się cieszyć, kiedy go już nie ma? Ale to znak, że jest w nich wola życia. Tamto życie się skończyło, ale przecież ich trwa.

A poczucie humoru? Czymś różni się od doświadczania radości? Radość jest emocją, poczucie humoru jest bardziej związane z rozumieniem czegoś, z sensem, znaczeniem, pojmowaniem takiej cudownej cechy życia, jaką jest paradoks. Moim zdaniem poczucie humoru to głównie widzenie paradoksów czy tego, o czym uwielbiam mówić, a mianowicie jedności przeciwieństw.

Poczucie humoru nieraz nas ratowało podczas tej pandemii. Co prawda jest teraz mniej dowcipów opowiadanych z ust do ust, bo ludzie się rzadziej ze sobą spotykają, ale ile memów, ile rysunków i parodii krążących w Internecie! To nasza fajna cecha narodowa. Mnie jest strasznie żal ludzi, którzy mówią: "Z tego się śmiać nie wolno". I dlatego opowiem dowcip o papieżu Janie Pawle II, który właśnie trafił do nieba. Święty Piotr poklepał go po ramieniu i powiedział: "Rozumiem, że musiałeś być bardzo święty na ziemi, ale tu jest niebo, więc powiedz mi: czy jest coś, o czym marzyłeś, a ci się nigdy nie spełniło? Jeśli tak, to tutaj to dostaniesz. Na co papież: "Jest coś takiego. Czerwona corvetta. Marzę o tym, że kiedy do niej wsiądę i przycisnę gaz do dechy, to nikt mnie nie prześcignie". Na co Piotr wręcza mu kluczyki. Jan Paweł wsiada i pędzi, aż mu piuskę zwiewa. Nagle mija go jakiś lansiarski motor z głośnym wiuuuuu. Papież wraca do Piotra rozgoryczony: "Piotrze, przecież obiecałeś. Miałem być najszybszy, a tu minął mnie facet na motorze w czarnej skórze z rozwianym włosem". "A, wybacz, kompletnie zapomniałem, to syn szefa". W niebie jak w życiu.

Ciężko dogadać się z kimś, kto ma inne poczucie humoru, prawda? Jeśli śmiejesz się z kimś z tego samego, to już wiesz, że odnalazłeś kogoś ze swojej paczki. No i kto ma największe branie u bab? Ten, kto je rozśmieszy. To nas rozbraja. Bo kiedy się śmiejesz, to przestaje cię boleć. Dlatego uwielbiamy ludzi, którzy potrafią nas rozbawić.

Najlepszym przykładem na to jest film "Nietykalni", gdzie spotyka się dwóch bohaterów. Jeden na wózku, ale bogaty, drugi biedny, ale z jakim biglem w sobie. Ten drugi jest pielęgniarzem pierwszego, ale robi więcej, ratuje mu życie. Bo wprowadza do tego życia radość. Wystarczy, że pomyślę o tym filmie, a już śmiać mi się chce. Ile jest w nim cudownych scen!

Moja ulubiona to ta, kiedy bohater grany przez Omara Sy goli François Cluzeta i jednocześnie próbuje go rozbawić. Fajna! Ja kocham scenę w samochodzie, kiedy goni ich policja. Pociąga nas radość innych, bo z takimi ludźmi jest nam po prostu łatwiej, przeważnie są tolerancyjni i mają krótką pamięć (śmiech).

A czy my sami możemy zwiększyć swoją podatność na odczuwanie radości? Oglądając takie filmy? Przebywając z takimi ludźmi? Oczywiście. Jest też mnóstwo procedur czy ćwiczeń, które stosuje się w terapii i na warsztatach służących temu, żeby człowiek wyszedł ze swoich starych kolein i zaczął myśleć inaczej. Wizualizacje, ćwiczenia dla ciała, praca z głosem... I bardzo ważna wskazówka: spróbuj zrobić coś inaczej. Idź inną drogą do pracy, zamów coś innego w restauracji, odpowiedz wściekłemu klientowi inaczej niż zwykle... Albo taka zabawa: Co możesz zrobić z żelazkiem, oprócz prasowania? Do czego jeszcze możesz użyć gazety? Im więcej zastosowań, tym lepiej. Bo radość i poczucie humoru mają wiele wspólnego z kreatywnością.

No i bardzo polecam rozwijanie kontaktu z Wewnętrznym Dzieckiem. Weź zdjęcie samej czy samego siebie z dzieciństwa, na którym się uśmiechasz. Powiedz coś miłego do tej dziewczynki czy tego chłopczyka, przypomnij sobie, jak się wtedy czuli. Zachowaj ten obraz w sobie. No i baw się z małymi dziećmi, to wspaniali nauczyciele radości.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. "Instrukcja obsługi toksycznych ludzi" czy "Daj się pokochać, dziewczyno" (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).