1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. W związku z narcyzem

W związku z narcyzem

On nieustająco domaga się dowodów miłości, ty wierzysz, że kiedy naprawdę go pokochasz, on odpłaci ci tym samym - tak wygląda związek z narcyzem. (Fot. iStock)
On nieustająco domaga się dowodów miłości, ty wierzysz, że kiedy naprawdę go pokochasz, on odpłaci ci tym samym - tak wygląda związek z narcyzem. (Fot. iStock)
W skrócie: kochasz go, a on… też kocha. Swoje odbicie w twoich oczach. Czy to w ogóle ma sens? On pozostanie taki, jaki jest, ale ty możesz się zmienić. I chyba powinnaś.

Owszem, narcyz początkowo wydaje się bardzo pociągający: zawsze w centrum uwagi, pewny siebie, dominujący, emanujący siłą, otoczony wianuszkiem kobiet, a na dodatek w oczach ma głód miłości. Ten głód budzi w niektórych kobietach pierwotny skrypt: ratowniczki, wybawicielki, opiekunki, dawczyni miłości. Obiecują sobie, że kiedy je wybierze, dadzą mu wszystko, czego pragnie. Będą dla niego matką, kochanką, boginią seksu, przyjaciółką. A on właściwie odczytuje ich intencję. To woda na młyn jego pragnień: bycia kochanym, podziwianym, docenianym, wychwalanym, rozpieszczanym, stawianym na piedestale. I tak uruchamia się prastary mit o Narcyzie, pięknym młodzieńcu, w którym kochały się wszystkie nimfy. Narcyz boleśnie zranił uczucia jednej z nich, za co bogowie surowo go ukarali. Sprawili, że zakochał się we własnym odbiciu w wodzie. Jednak za każdym razem, gdy wyciągał rękę, by go dotknąć, ono znikało i rozpływało się. Narcyz był zrozpaczony. Nie mógł oderwać wzroku od własnego odbicia i nie mógł przestać go kochać.

Jeśli więc odkryłaś, że jesteś w związku z narcyzem, to pewnie zdałaś też sobie sprawę z tego, że on nie kocha ciebie, a jedynie swoje odbicie w tobie. Tak naprawdę obydwoje tęsknicie za miłością, ale nie wierzycie, że na nią zasługujecie. On nieustająco domaga się jej dowodów, ty wierzysz, że kiedy naprawdę go pokochasz, on odpłaci ci tym samym… i tak bez końca. W tej grze nie ma zwycięzcy i pokonanego. Możecie wygrać obydwoje albo żyć dalej w poczuciu niezrozumienia, samotności i tęsknoty za wielkim uczuciem. Od czego zacząć? Oto kilka rzeczy, na których powinnaś się skupić.

Po pierwsze: on się nie zmieni

Każda pacjentka, która trafia do mnie z powodu problemów w związku, głęboko wierzy, że mam moc, która odmieni jej partnera. Z ogromnym smutkiem wysłuchuję opowieści o mężczyznach, którzy nieustannie domagają się zaspokojenia wszystkich swoich potrzeb, oczekują, że partnerka odgadnie ich oczekiwania, pragnienia i tęsknoty, będzie utrzymywać, wspierać, doradzać, rzucać świat do stóp. Kiedy pytam: „A co z tobą? Co ty dostajesz w waszym związku?”, słyszę opowieść o tym, jaki to on biedny, bo ma nadopiekuńczą matkę, albo że jest taki zdolny i wrażliwy, tylko świat ciągle go nie docenia, na dodatek ma nielojalnych przyjaciół i szefa tyrana. Potem dowiaduję się, że kolejny raz zapomniał o jej urodzinach, ale to przez to, że odnowiły się jego wrzody żołądka, a w ogóle to pewnie jej wina, bo pozwoliła mu objadać się fast foodami, a przy jego wrażliwym żołądku to przecież zabójstwo. Obiecał, że wyjadą na romantyczny weekend we dwoje, ale nie udało się, bo znowu źle zainwestował pieniądze i aktualnie jest bez grosza. Nie dotarł na jej firmowy bankiet, bo jego siostra miała stłuczkę i wezwała go, kiedy właśnie wychodził z domu. Drążę temat dalej: „Kiedy ostatnio on zainteresował się twoimi sprawami?” i słyszę: „Gdy kolejny raz zostałam w pracy po godzinach, zdenerwował się i powiedział, że jestem ciężką idiotką, bo pozwalam się tak wykorzystywać”, „Zawiózł mnie do lekarza, kiedy miałam kolkę nerkową, zostawił pod gabinetem i powiedział, żebym dała mu znać, jak wyjdę”, „Zadzwonił do mojej matki i wykrzyczał jej, żeby przestała się wtrącać do naszego życia”.

– A nie myślisz, że on to robi bardziej dla siebie niż dla ciebie? – dopytuję. Reakcja pacjentki na to pytanie jest ważną prognozą dla terapii.

Bo kobieta, która wiąże się z partnerem Narcyzem, robi to nie bez powodu. Choć z lubością opowiada całemu światu, jak on ją źle traktuje oraz ile energii, czasu, uwagi, pieniędzy i poświęcenia sama wkłada w to, by utrzymać ich związek, czerpie z tej relacji również zyski, bo gdyby tak nie było, dawno by się rozstali. Ona wprawdzie się stara, zabiega, ułatwia, podziwia, docenia, rozpieszcza, łata dziury w domowym budżecie, ale też karmi się cudzym współczuciem i podziwem, że daje radę.

Jedna z pacjentek z uśmiechem na ustach powiedziała, że w związku zajmuje miejsce… ostatnie po lodówce. Najpierw jest partner, jego syn z poprzedniego związku, jego matka, matka syna, praca, przyjaciele, pies, lodówka, potem długo, długo nic i dopiero ona. Opowiadając mi o tym, z uwagą patrzyła na moją reakcję. Kiedy powiedziałam: „To straszne, że pozwalasz się tak traktować, ale to twój wybór i tylko ty możesz to zmienić”, więcej się nie pojawiła. To może zabrzmieć okrutnie, ale jeśli związałaś się z Narcyzem i ciągle wierzysz, że ty albo ktoś może go zmienić, to znak, że macie przed sobą jeszcze parę lat życia w cierpieniu i poczuciu niezrozumienia. Jedyne bowiem, co możesz zmienić, to swoje podejście.

Po drugie: nie jesteś w stanie go nakarmić

Jeśli czytasz ten tekst, prawdopodobnie chcesz poznać przyczyny narcyzmu, oczekujesz opowieści o traumatycznym dzieciństwie, bolesnych doświadczeniach z byłymi partnerkami, a przede wszystkim – cennych rad, jak go zmienić. Wyobraź sobie, że mam czarodziejską różdżkę, za sprawą której przemieniam twojego Narcyza w mężczyznę troskliwego, opiekuńczego, empatycznego, kochającego. Co ty na to? Jak wyglądałby twój świat u boku takiego faceta?

Jedna z moich pacjentek, zapytana o poprzednie związki, powiedziała, że mężczyzna, z którym była w relacji przez cztery lata, gdy w restauracji kelner kładł na stole menu, pytał ją: „Kochanie, na co miałbym dziś ochotę?”. Odeszła od niego i związała się z człowiekiem silnym, decyzyjnym, pewnym siebie, brylującym w towarzystwie. Nowy partner w restauracji zamawia za nich obydwoje, nie pytając jej o zdanie, za to rachunek do zapłacenia podsuwa jej, bo u niego z pieniędzmi krucho, wiadomo – tak twórczych ludzi jak on w tym kraju się nie docenia.

Czy jesteś w stanie wyobrazić sobie związek na zasadach partnerskich? Związek, w którym coś dajesz i coś dostajesz w zamian. Wspierasz, ale potrafisz także przyjąć wsparcie, więc je dostajesz. Kochasz, szanujesz i akceptujesz, ale takie samo prawo do miłości, szacunku i akceptacji przyznajesz samej sobie.

Nina W. Brown, autorka książki: „Kocham Narcyza. Jak żyć z zakochanym w sobie partnerem”, pisze, że doświadczeni terapeuci podczas spotkań z narcystycznymi pacjentami przeżywają podobne uczucia jak ich partnerzy. Na początku terapii pacjent (Narcyz) zwykle idealizuje terapeutę, następnie dostrzega jego niedoskonałości, a potem stopniowo dochodzi do wniosku, że zyski, jakie czerpie z terapii, są nikłe lub żadne. Sama nieraz, pracując z narcystycznym pacjentem, czułam bezsilność, poczucie odrzucenia, niemoc, gniew, dewaluację, znudzenie, zobojętnienie, czyli to wszystko, z czym partnerzy Narcyzów żyją na co dzień. Dlatego najważniejsze, co musisz zrozumieć, to że – choćbyś nie wiem jak bardzo się starała – nie jesteś w stanie nakarmić głodnego miłości Narcyza. Jego głód jest nie do zaspokojenia, a twoje zasoby miłości, niezasilane z zewnątrz, powoli się wyczerpują.

Po trzecie: sprawdź, w którym jesteś miejscu

Kiedy, zamiast zastanawiać się: „Dlaczego on mi to robi?”, „Jak go zmienić?”, zapytasz: „Dlaczego z nim jestem?”, to znak, że jesteś na dobrej drodze. Pod warunkiem że nie wpadniesz w kolejną pułapkę – obwiniania za niepowodzenia swojej przeszłości: toksycznych rodziców, despotycznych partnerów, szefów manipulantów itp. Jeśli masz odwagę skonfrontować się z faktem, że za wszystko, co ci się w życiu przydarza, jesteś odpowiedzialna ty sama, że nie są winni „oni”, że w ogóle nie ma sensu mówić o niczyjej winie – masz szansę wygrać tę grę o miłość.

Partnerka Narcyza jest jego odwrotnością: on chce dostać miłość, żeby pokochać samego siebie, ona – daje miłość, by on udowodnił jej, że ona również na nią zasługuje. Ale nie możecie dać sobie czegoś, czego sami nie macie. Wasza relacja to karmienie się deficytami, wzajemne rozdrapywanie bolesnych urazów z przeszłości, szukanie pomocy na zewnątrz, ale takiej, która wskaże winnego i ukarze go. Narcyz żąda: „Powiedz jej, że kocha mnie niewystarczająco”, ty błagasz: „Powiedz mu, żeby oddał mi choć mały ułamek miłości, którą mu oferuję”.

Spróbuj skoncentrować się na swoich obecnych relacjach. Pomyśl: czy inni ludzie są dla ciebie ważniejsi niż ty sama? Często czujesz się odpowiedzialna za emocje bliskich, cieszysz się ich sukcesami i przeżywasz ich porażki bardziej niż swoje? Każdą krytykę odbierasz osobiście, stawiasz zbyt wysoko poprzeczkę sobie i innym? Masz za sobą kilka nieudanych związków, z których wyszłaś z poczuciem winy i do dziś nie rozumiesz, dlaczego wam się nie udało? Boisz się odrzucenia i straty kolejnego związku, dlatego jesteś w stanie walczyć o niego, nawet kosztem siebie? Jeśli czujesz, że ten opis dotyczy ciebie, prawdopodobnie w życiu grasz rolę szarej myszki, a wokół ciebie jest mnóstwo ludzi, którzy wołają: „Ja! O mnie! Dla mnie! Dzięki mnie!”. Mam rację? Pewnie jesteś przekonana, że to wszystko przez twoje niskie poczucie własnej wartości. Załóżmy, że to prawda – i co teraz? Kto jest winny twojego niedoceniania siebie? Ktoś ci tego zabronił, nie nauczył?

Masz dwa wyjścia: możesz chodzić po świecie z tabliczką na piersi: „Mam niskie poczucie wartości” albo obudzić swoją moc. Właśnie moc, a nie siłę. Wybór należy do ciebie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Niskie libido – o co należy siebie zapytać?

Przyczyn niskiego libido jest całe mnóstwo, poczynając od zdrowotnych, psychologicznych po społeczne czy kulturowe. (Fot. iStock)
Przyczyn niskiego libido jest całe mnóstwo, poczynając od zdrowotnych, psychologicznych po społeczne czy kulturowe. (Fot. iStock)
Zmniejszone potrzeby seksualne mogą się pojawiać tymczasowo w różnych okresach życia. Zdarzają się momenty, w których jedna sfera staje się najważniejsza i podporządkowuje się jej inne.

Tymczasowa koncentracja na pracy, nauce czy dziecku w sposób oczywisty może wpływać na potrzeby seksualne i nie ma w tym nic dziwnego ani złego (jeżeli zawsze spędzasz długie godziny w pracy, nie oszukuj się – z jakiegoś powodu nie masz ochoty wracać do domu). Co jednak zrobić, kiedy pozostaje się w satysfakcjonującym związku i teoretycznie chce się uprawiać seks, ale w praktyce okazuje się to niemożliwe i prowadzi nie tylko do obniżenia nastroju, lecz także do pogorszenia relacji między partnerami/partnerkami?

Przyczyn niskiego libido jest całe mnóstwo, poczynając od zdrowotnych, psychologicznych po społeczne czy kulturowe. Jeżeli znajdziemy się takiej sytuacji, to nie powód do paniki i zadręczania się. Warto wtedy spokojnie zastanowić się nad całą naszą sferą seksualną i emocjonalną oraz dokonać swoistego bilansu. Jeżeli wnioski sprawią, że coś w sobie zmienimy albo przekształcimy relację z partnerem, doświadczenie to okaże się zbawienne.

Dobra relacja i możliwość komunikowania swoich potrzeb dają podstawę do satysfakcjonującego seksu. Jeżeli w związku jest przemoc, jedna ze stron zmusza drugą do niechcianych zachowań seksualnych albo nie potrafimy pokazać, że coś nam nie odpowiada, potrzeby seksualne w sposób naturalny będą minimalne.

W pierwszej kolejności trzeba zadać sobie następujące pytania:

  • czy od początku uważałam partnera/partnerkę za atrakcyjnego/atrakcyjną fizycznie i seksualnie? Czy w naszej relacji dominowała raczej czułość i przyjaźń?
  • czy byłam zadowolona podczas naszych pierwszych kontaktów fizycznych? Jakim kochankiem okazał się mój partner? Czy mojej partnerce zależy głównie na swojej przyjemności?
  • czy wspólnie dbaliśmy o siebie podczas seksu? Czy także poza sypialnią partner okazuje mi szacunek i przywiązanie? Czy przedyskutowaliśmy sprawę antykoncepcji i czuję w pełni bezpieczna?
  • czy możemy otwarcie rozmawiać i wyrażać swoje potrzeby? Czy jestem przekonana, że kobieta ma prawo domagać się satysfakcjonującego seksu i to robię? Czy mówienie o seksualności wywołuje u mnie wstyd i wolę nic nie mówić? Czy komunikowałam to, czego chcę i czy było to brane pod uwagę?
  • czy mój partner zmienił się? Czy jest w nim coś, co mnie szczególnie niepokoi? Czy pojawia się coraz więcej napięć i konfliktów? Czy moja partnerka robi coś, co mnie denerwuje i nie możemy dojść do porozumienia?
  • czy zmieniłam się fizycznie? Czy chętnie oglądam się nago i akceptuję swoje ciało? Czy podczas seksu koncentruję się na tym, jak wyglądam i czy widać moje fałdki, cellulit i rozstępy zamiast skupić się na przyjemności?

Odpowiedzi na te pytania mogą boleśnie nas zaskoczyć. Warto badać swoje reakcje, szczególnie wtedy, kiedy czujemy jakiś dyskomfort. Nie próbujmy same przed sobą tłumaczyć partnera lub partnerkę: „ale ja go kocham”, „nie wyobrażam sobie, że mogłabym ją zostawić”. Nierozwiązane problemy seksualne same się nie rozwiążą. Konfrontacja z nimi to podstawa poradzenia sobie.

Zbyt łatwo wpada się w pułapkę najłatwiejszego rozwiązania. Wydaje się nim medycyna – kobiety szukają cudownego leku, który przywróci libido i energię. Na forach internetowych można znaleźć wiele pytań o dostępne na rynku suplementy. Jak sama nazwa wskazuje nie mają one statusu leków, czyli udowodnionego działania, więc ewentualnie można je potraktować jako placebo i przyjmować przez krótki czas. Nawet jeżeli naukowcy wymyśliliby cudowną pigułkę (a jeszcze do tego nie doszło), to i tak jej przyjmowanie jest rozwiązaniem tymczasowym.

  1. Psychologia

Kto trzyma kasę w waszym związku?

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Związek partnerski to także model finansowy. Jego kształt świadczy o relacji ludzi. A kłótnia o pieniądze to tak naprawdę kłótnia o uczucia – twierdzi coach Beata Markowska.

Kobietom zarzuca się, że są materialistkami. Z drugiej strony to one rodzą i wychowują dzieci, więc chcą, by partner otoczył rodzinę opieką, zapewnił przetrwanie. Czysta biologia.
I ten model w dużej mierze jest realizowany! Mężczyznom to na ogół nie przeszkadza, póki czują się panami domu, kobietom też – póki są paniami domu. Problem zaczyna się wtedy, gdy różnice postrzegania kwestii finansowych zaczynają parę dzielić. Bo jemu się np. nie podoba, że ona za dużo wydaje albo ona uważa, że on próbuje ją stłamsić. To jest jeden model społeczny – ale jest i drugi. Realizowany zwłaszcza w dużych miastach – to „równouprawnienie”, czyli sytuacja, w której obie osoby zarabiają.

No tak, ale jak wynika z badań, gros obowiązków w domu i tak spada na kobietę, nawet gdy zarabia i współfinansuje dom. Ma więc dwa etaty, ale ten domowy – nieopłacany.
Otóż to. Jeśli ona też zaopatruje dom w wartości materialne, to powstaje problem, kto ma ten dom „obsługiwać”, tworzyć ciepłą, przyjazną atmosferę, otaczać opieką dzieci. To jest zajęcie, „etat”, którym współczesna kobieta chciałaby podzielić się z mężem. Pytanie, czy mężczyźni są gotowi na tę zmianę i czy potrafią przejąć tę funkcję? Nie jest to problem, z którym mierzą się związki na poziomie indywidualnym, ale fragment większej całości, systemu. Jeśli kobiety nie zrezygnują z polowań na mamuta, to potrzebny będzie nowy model, adekwatny do zmian społecznych. Wątpię, by wrócił czas patriarchatu, w którym role były jasno określone i odpowiednio przydzielone. Transformacja jest nieuchronna.

Jest jeszcze trzeci model – związki, w których to kobieta zarabia więcej, a nawet takie, że tylko ona pracuje i utrzymuje męża i dzieci.
Ten model może, choć nie musi, rodzić szereg konfliktów w relacjach. Gdy mężczyzna mniej zarabia, może czuć się upokorzony przez kobietę, jego męskość (tak to może odczuwać) zostaje podważona. Jeśli jeszcze na dodatek będzie miał wrażenie, że jego kobieta go nie podziwia, nie adoruje – może go to skłonić do szukania rekompensaty poza związkiem. Zapragnie kogoś, kto się nim zachwyci.

A jeśli nie poszuka nowej wybranki, to w stosunku do tej stałej może być złośliwy, niemiły, żeby jakoś wyrównać tę stratę i poczuć się lepiej…
To prawda. Skoro ona ma wyższą rangę społeczną, on będzie chciał w relacji upokorzyć ją, umniejszyć, pokazać, że na czymś się nie zna, że jest gorsza. Zamiast podskoczyć do jej poziomu, ściągnie ją do swojego. To typowa metoda radzenia sobie z kompleksami.

A co sądzisz o takim podejściu, że żadne z partnerów nie jest ekonomicznie zależne od drugiego? To podobno prawdziwe partnerstwo. Ludzie są ze sobą dlatego, że chcą, a nie dlatego, że boją się zostać sami.
Moim zdaniem wtedy jest to pewien układ, nie związek. Każdy jest panem i władcą w swoim państwie. Możemy się czasem spotkać, nawet możemy mieszkać razem, współfinansować różne przedsięwzięcia, ale gdzieś postawione są granice do własnego świata każdego z partnerów. Najczęściej nieprzekraczalne. Tymczasem w związku chodzi o to, aby z rozmysłem stworzyć wspólną przestrzeń. Jeśli jej brak lub jest ona marginalizowana, zdominowana przez części odrębne każdego z partnerów, wówczas trudno mówić o związku. Bardziej o transakcji, umowie.

Rozwód to prawdziwy sprawdzian wiedzy o partnerze i jego stosunku do pieniędzy. Dawni małżonkowie potrafią toczyć boje nawet o sztućce, kołdry i telewizory! Walczą o podział majątku, alimenty dla siebie i dzieci, nie przebierając w środkach. Dlaczego?
Pieniądze mogą być narzędziem zemsty na partnerze czy partnerce, odwetem za to, że zabiera marzenia o relacji, z którą się pragnęło z nim czy z nią stworzyć. I nie ma znaczenia, kto podejmuje decyzję o rozstaniu. Zawsze winna jest ta druga strona. Nie ma też znaczenia, czy realizacja tego marzenia była blisko, czy i tak nie udałoby się nam go osiągnąć. Nawet jeśli małżeństwo nie było idealne, a obraz rodziny daleki od tego z reklamy, to na poziomie marzeń działa wiara, że tak. Gdy mydlana bańka pryska, otwiera się pole do popisu dla Wewnętrznego Krytyka. Sala sądowa staje się zatem areną, na której odgrywamy się za doznane upokorzenia, te realne lub domniemane, za utracone marzenia i brak wiary w siebie.

Czy spisanie przedślubnej intercyzy jest dobrym rozwiązaniem? Zabezpiecza przed spodziewaną krzywdą?
Jeśli ktoś ma przykre doświadczenia, a co za tym idzie, lęki związane z byciem wykorzystanym, intercyza będzie dobrym rozwiązaniem. Ale przed lękami się nie ucieknie. Będą się mnożyć, mutować. Rzeka pełna lęków czasem wzbiera i nawet jeśli jakiś fragment naszego życia zostanie ochroniony wałami przeciwpowodziowymi (w tym przypadku intercyzą), to żywioł i tak znajdzie inny, słabszy fragment życia, żeby zaatakować.

Dlaczego boimy się być choćby trochę zależni? Przecież po to właśnie jesteśmy razem, żeby się wspierać, pomagać sobie, a nie wykorzystywać czy krzywdzić.
Oparcie w partnerze, zaufanie jest podstawą dobrego związku. Z tym że jest różnica między byciem dopełnianym przez drugą osobę, a poczuciem zależności i obawą, że bez partnera sobie nie poradzę. Także finansowo. Z zupełnie innego miejsca tworzą się związki, gdzie każda ze stron jest spełnioną osobą, dającą sobie radę w życiu, potrafiącą się utrzymać, na której poczucie niezależności nie wpłynie fakt, że parter odejdzie, bo ona już tej niezależności doświadczyła i odnajdzie się w świecie. A z zupełnie innego, gdy ta druga osoba ma nam coś dać. Coś, czego sami nie mamy, na przykład bogactwo. Staje się wówczas protezą nieużywanych, czasem wypartych, kompetencji życiowych.

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. A kwestie finansowe to taki sam temat jak inne, choć traktowane są niekiedy bardziej intymnie niż seks. Jeśli stanowią dla partnerów problem, trzeba go rozwiązać. I sprawdzić, jakie prawdziwe obawy za sobą niosą (strach przed odrzuceniem, lęk o przyszłość, brak zaufania itd.). Szczerze ze sobą o tym rozmawiać, zamiast zamiatać pod dywan, konstruując tym samym bombę z opóźnionym zapłonem.

  1. Psychologia

Ghosting – co to dokładnie jest? Jak reagować na takie zakończenie relacji?

Ghosting powoduje wiele przykrych uczuć. Jak reagować, gdy ktoś kończy relację w tak egoistyczny sposób? (fot. iStock)
Ghosting powoduje wiele przykrych uczuć. Jak reagować, gdy ktoś kończy relację w tak egoistyczny sposób? (fot. iStock)
Choć to niedojrzała i tchórzliwa praktyka, to zdążyliśmy się już przyzwyczaić do tego, że ktoś przestaje dzwonić i odpowiadać na SMS-y po drugiej czy trzeciej randce. Amerykanie, którzy lubią mieć wszystko nazwane, wymyślili nawet na to określenie „ghosting” (od „ghost” – duch). Gorzej, że – jak pisze Hanna Samson – niektórzy uważają to bezsensowne zagranie za dobrą metodę zakończenia stałego związku.

Ghosting - co to jest i jak wygląda w praktyce?

Scenariusz zwykle jest podobny: poznali się na imprezie lub przez Internet, poszli do łóżka, było super, potem spotkali się jeszcze raz czy dwa, czasem nawet snuli wspólne plany, a potem on nie daje znaku życia. Ona czeka – jeden dzień, drugi, tydzień – nic, zero telefonów, e-maili, SMS-ów. Zniknął niczym duch. Jako najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie przychodzi jej do głowy, że na pewno zginął w wypadku... Bo jak inaczej zrozumieć to zniknięcie, którego nic nie zapowiadało? Ale jednak nie, żyje, widać jego aktywność na Facebooku. Nie odpowiada tylko na jej wiadomości i nie odbiera od niej telefonów – jeśli przypadkiem ona ma jego numer komórki. Podobne katusze przeżywa zresztą także wielu mężczyzn, choć mniej otwarcie się do tego przyznają. Ghosting to bardzo przykre przeżycie.

Sylwia, lat 34, prawniczka, wciąż nie może uwierzyć w to, co się stało. – To niemożliwe! – powtarza przez łzy. – Przecież było świetnie, umawialiśmy się na wspólny wyjazd, zrobiłam rezerwację, mówił, że z nikim nie było mu tak fajnie. On nie mógł mi tego zrobić! – Ale zrobił – stwierdzam. – Dlaczego? Co ze mną jest nie tak? – pyta zrozpaczona.

No właśnie, tak jest najczęściej. Zamiast się zezłościć na faceta, który nie miał odwagi powiedzieć, że to koniec, szukamy w sobie winy za nie swoje grzechy. Co zrobiłyśmy nie tak? Jaki popełniłyśmy błąd? Czym go zniechęciłyśmy do siebie? Ghosting jest perfidny, bo nie pozwala zrozumieć, co się stało oraz jakie są jego przyczyny. Nie mamy szansy, by zapytać o powody, jesteśmy zdane na własną fantazję. Stawiamy dziesiątki hipotez, zatruwamy się tą historią miesiącami i ostatecznie stanowi ona dla nas dowód, że to my nie jesteśmy dość dobre, to my nie potrafimy stworzyć związku i jesteśmy generalnie nieudane. A on? A on już dawno jest gdzie indziej i nie zawraca sobie głowy naszymi uczuciami.

Może nie z tobą coś jest nie tak, ale z nim? – podrzucam Sylwii. – Tak? To powiedz mi, dlaczego to zrobił? Dlaczego mówił, że jest mu ze mną fajnie? – odpowiada. – Może było mu fajnie, ale nie chce się angażować?Dlaczego?Może ma żonę i dzieci? Albo dziewczynę? – mówię w końcu. – No wiesz!No wiem, że to się zdarza. A ty wiesz o nim tyle, ile ci powiedział. – A jeśli nie ma żony ani dziewczyny? – drąży Sylwia. – Może spotyka się z wieloma dziewczynami równolegle, by podbudować swoje ego. Czuje się atrakcyjny, bo tyle kobiet zdobywa! Zobaczył, że się angażujesz, a on nie jest zainteresowany związkiem, wystarczy mu jedno lub dwa spotkania. Gdyby powiedział ci, że tak z nim jest, pewnie straciłby w twoich oczach…Albo bym chciała go zmienić! – zaczyna odzyskiwać poczucie humoru. – No właśnie! Wiedział, co robi, znikając bez słowa!

Śmiejemy się, ale tak naprawdę nie ma w tym nic zabawnego. Jeśli angażujesz się emocjonalnie w relacje z facetem, o którym nic nie wiesz, niesie to ze sobą ryzyko zranienia. Jeśli jesteście ze wspólnego środowiska, macie wspólnych znajomych, to po pierwsze – wiesz o nim więcej, a po drugie – nie tak łatwo będzie mu zniknąć, stosując taktykę ghostingu, nie narażając się na ostracyzm.

Ghosting - psychologia „podłego rozstania”

Znajomości z Internetu mają to do siebie, że sprzyjają niebraniu za nie odpowiedzialności, nawet jeśli spotkacie się w realu. Zresztą, co to za real, jeśli nie znacie swoich znajomych, wiecie o sobie tylko tyle, ile opowie druga strona? To nadal nie jest znajomość z prawdziwego życia. I nawet jeśli jedna ze stron uważa, że znalazła odpowiedniego partnera, druga może chcieć poszukiwać dalej, bo kto wie, czy z następną osobą nie będzie jeszcze lepiej?

Niedawne badania użytkowników jednego z popularnych portali randkowych wykazały, że blisko 80 proc. z nich przyznaje, że dopuściło się ghostingu. Dwa lata wcześniej takich osób było o 60 proc. mniej! Wygląda na to, że ghosting staje się modną metodą kończenia znajomości, na którą już nie mamy ochoty. A w dodatku wygodną – choć jedynie dla tego, kto znika. Nie musi się tłumaczyć, uzasadniać swojej decyzji ani konfrontować się z uczuciami drugiej strony. Nie musi zajmować się zarzutami, że zawiódł jej oczekiwania albo że stwarzał pozory. Nic nie musi, po prostu znika, a druga strona niech sama sobie radzi. Zdarza się nawet, że osoba, która znika, uważa, że jest w porządku. Nie dręczą jej wyrzuty sumienia. Nie oskarża się o egoizm ani brak empatii. Wręcz przeciwnie, uważa, że jej zachowanie świadczy o delikatności i trosce o drugą osobę, podając to jako główne przyczyny ghostingu. Wybiera zniknięcie, zamiast otwartej odmowy kontaktu, bo nie chce sprawiać nikomu przykrości! Ale przecież sprawia! Unika konfrontacji z uczuciami drugiej strony, ale one od tego nie wygasają. Wybiera łatwe dla siebie rozwiązanie – ghosting – skazując drugą stronę na domysły, co utrudnia jej zamknięcie sprawy.

Ryzyko ghostingu jest, niestety, wpisane w znajomości internetowe czy imprezowe. Niepokojące jest to, że zdarza się również w długotrwałych związkach, których końca, przynajmniej dla jednego z partnerów, nic nie zapowiadało.

Eliza, lat 47, oddana swojej pracy scenografka, od blisko 20 lat była w związku z dwa lata młodszym Piotrem. Mieszkali osobno, co było ich wspólnym wyborem, spotykali się raz u niej, raz u niego, chodzili razem do teatru i na imprezy, wspólnie spędzali wakacje, ich rodziny się znały i lubiły, no po prostu dobry związek, w którym Eliza chciała przeżyć resztę życia. Piotr był czuły, oddany, troskliwy, mieli wspólne zainteresowania, rytuały i poczucie humoru, które sprawiało, że często rozśmieszali się nawzajem i lubili ze sobą przebywać. Taki związek nie trafia się często i obydwoje to doceniali. Piotr mówił wiele razy, że kocha Elizę i jak się cieszy, że na siebie trafili. Aż nagle przestał dzwonić, nie odbierał też telefonu. Eliza najpierw myślała, że jest bardzo zajęty, bo miał jakiś nowy projekt w pracy, ona też była zajęta, więc nie robiła problemu. Potem się zjawił. Przywiózł jej książki, które były u niego w domu, bo robił porządki i postanowił jej oddać. Nie wzbudziło to jej podejrzeń, sama nieraz domagała się zwrotu. Wydawał się stęskniony, planowali wspólne wakacje, miał kupić bilety. I znowu zniknął. Dzwoniła do niego kilka razy, nie odbierał, pisała SMS-y i nic, pomyślała, że może ma depresję, zaczęła się niepokoić, pojechała do niego, ale nikt nie otworzył, choć w domu paliło się światło. Miała swoje klucze, ale Piotr dorobił nowy zamek, co też jej nie zdziwiło, bo wspominał o włamaniach na osiedlu. Zadzwoniła do matki Piotra, ale ta nie wiedziała, co się z nim dzieje. Znów dzwoniła do niego kilka razy, w końcu ktoś odebrał telefon. – Piotr nie może rozmawiać, bo się kąpie. Mówi żona, czy coś przekazać? – Eliza pomyślała, że to żart. – Proszę przekazać, że druga żona się o niego niepokoi. – Przekażę – powiedziała kobieta i się rozłączyła.

I znowu cisza. Eliza wysłała SMS-a, zadzwoniła i nic. Po kilku dniach zatelefonowała do pracy i dowiedziała się, że Piotr wyjechał w podróż poślubną do Norwegii. Nie była w stanie uwierzyć, nie wiedziała, jak sobie z tym poradzić, łudziła się, że to głupie żarty, ale fakty były faktami. Piotr nie dzwonił i nie odbierał telefonu. W końcu Eliza też przestała dzwonić. Dotarło do niej, że Piotr naprawdę ożenił się z inną kobietą. Zaczęła się obwiniać, że była nieuważna, zbyt zajęta sobą. I pewnie coś w tym było, co nie zmienia faktu, że po 20 latach Piotr zniknął jak duch. Bez uprzedzenia i bez żadnych wyjaśnień. Bez słowa.

Ghosting podszyty tchórzem - jak reagować?

Wpadli na siebie przypadkiem po roku, usiedli w kawiarni. Piotr krótko wyjaśnił, że nie wiedział, jak jej o tym powiedzieć. Nagle poczuł, że chce założyć rodzinę, mieszkać razem, mieć dziecko. Nie chciał jej ranić, bo ona już pewnie nie mogła mieć dziecka, zresztą nigdy nie chciała. On też, ale to się zmieniło. Poznał młodszą kobietę i rozpoczął nowe życie.

Nie chciałem cię ranić – powtórzył. – I myślisz, że mnie nie zraniłeś? – zapytała Eliza, która z tą raną borykała się przez rok. Przecież wiedział, że rani, ale nie miał odwagi skonfrontować się z uczuciami Elizy. Wolał zniknąć jak duch. A może raczej jak tchórz?

Nieraz słyszałam o kończeniu związku SMS-ami i już to wydawało mi się absurdalne. Czy szacunek dla drugiej osoby i dla tego, co nas łączyło, nie wymaga osobistego poinformowania o swojej decyzji? I pozwolenia, by ta osoba wyraziła to, co czuje, skoro to ja jestem adresatem tych uczuć? Mamy prawo zmieniać zdanie i podejmować decyzje niezgodne z oczekiwaniami bliskich osób, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy gotowi ponosić ich konsekwencje. Również takie, jak zmierzenie się z uczuciami innych. Ghosting, chowanie głowy w piasek nie zmniejszają cierpienia do niedawna bliskiej osoby, a wręcz przeciwnie. Zostawia ją w poczuciu krzywdy i bezradności, nie pozwala zrozumieć, co się stało i jak sobie z ghostingiem poradzić. Można zerwać kontakty po uczciwym rozstaniu, ale zerwać je przed rozstaniem, to zadbać o własny komfort kosztem drugiego człowieka.

Towarzyszyłam Elizie przez rok, nim znów nabrała zaufania do siebie i ludzi. Ale podobnych historii znam więcej. Mówię wtedy oszołomionym kobietom, które nie mogą uwierzyć, że to koniec, magiczne zdanie: „Jeśli to była miłość, to tak się nie skończy”. To zdanie daje nadzieję, ale w psychologii ma też drugie dno, które wyłania się, gdy on wybiera ghosting i nie wraca – skoro nie była to miłość, to nie ma czego żałować.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Echoizm – przeciwieństwo narcyzmu. Kim są echoiści? 

Echoista u boku narcyza ignoruje swoje potrzeby emocjonalne, bo narcyz z powodzeniem zajmuje sobą całą przestrzeń. (Fot. iStock)
Echoista u boku narcyza ignoruje swoje potrzeby emocjonalne, bo narcyz z powodzeniem zajmuje sobą całą przestrzeń. (Fot. iStock)
Zapewne prawie wszyscy wiemy, kim jest narcyz. Wiemy to z różnych publikacji, bo dużo mówi się i pisze o tym typie człowieka. Wiemy to także z codziennego doświadczenia, z życia po prostu, bo dość często spotykamy na swojej drodze ludzi bezgranicznie zapatrzonych w siebie. Ale zdecydowanie mniej wiemy o człowieku, który jest przeciwieństwem narcyza. Chodzi o echoistę.

Echoista - bez głosu

Narcyza kojarzymy również z greckiej mitologii, jednak znowu niekoniecznie kojarzymy już postać dalszego planu, nimfę Echo. Pozbawioną głosu, skoncentrowaną na narcyzie, bez skutku próbującą zdobyć jego miłość. Otóż, ta postać także znalazła swoje miejsce w psychologii. Postawę tę charakteryzują przede wszystkim totalna uległość oraz rezygnacja z własnych potrzeb.

Jednym z pierwszych, który pisał o echoizmie był psycholog kliniczny i wykładowca Harvard Medical School, Craig Malkin. W swojej książce „Rethinking Narcissism” wyjaśnia, że echoizm to także strach przed uczuciem wyjątkowości czy wyróżnianiem się w jakikolwiek dziedzinie. To obawa przed byciem zauważonym, a przez to potencjalnie oskarżonym o… narcyzm! Określenie „echoizm” używane jest głównie w kontekście związku z narcyzem.

Echoista to człowiek, który pasuje do narcyza jak puzzel, gotowy do rezygnacji z siebie, własnych potrzeb, chętny do koncentrowania się w stu procentach na oczekiwaniach drugiego człowieka, jest „idealnym” partnerem dla narcyza. Nietrudno się domyślić, że spotkanie tych dwóch „pasujących do siebie” połówek jest bardzo niebezpieczne.

„Mit o Narcyzie i Echo bardzo dużo mówi o relacjach dwojga ludzi”, pisze Craig Malkin. „Kiedy myślałem o tym, jak Echo reagowała na potrzeby i uczucia ukochanego, przeżyłem tzw. moment „aha!”. Zdałem sobie sprawę, że ludzie, którzy utrzymują bliskie relacje z osobami narcystycznymi, w pewnym momencie rezygnują ze swoich potrzeb na rzecz i dla „dobra” związku, koncentrują się tym, jak czuje się druga strona.”, dodaje psycholog. Ale bez wątpienia, by w taką rolę wejść trzeba mieć w sobie odpowiedni potencjał…


Z domu echoista

„Większość ludzi, którzy zmagają się z echoizmem, nienawidzi własnych potrzeb. Nie czuje się z nimi dobrze, ponieważ z ich dotychczasowych doświadczeń wynika, że gdy za bardzo skupili na sobie uwagę, tracili kontakt z ludźmi, na których im zależało.”, tłumaczy Malkin. Zresztą on sam ma za sobą takie doświadczenie. Jak wspomina był wrażliwym dzieckiem wychowywanym przez matkę, która skupiała na sobie całą uwagę. Mały Malkin chcąc nawiązać z nią jakąkolwiek relację, sam musiał zejść na daleki plan. Zrobił to i niczym echo powtarzał jej potrzeby oraz pragnienia. Nauczył się rezygnować z własnej przestrzeni, potrzeb, zwłaszcza potrzeby uwagi, bycia dostrzeżonym. Nauczył się, że to, co w nim, jest nieistotne. Jeśli zyskuje cokolwiek, to tylko wtedy, kiedy wsłuchuje się w to, co czuje i czego potrzebuje matka. Tylko w ten sposób może „ugrać” okruch uczucia, zainteresowania. Do takiego przekazu dziecko bardzo szybko się adaptuje, to pozwala mu „żyć”. Ale jedynie tu i teraz. Bo w dorosłym życiu ta sama broń go niszczy. Zatem Malkin znalazł sposób na to, by poczuć bliskość z matką, ale stało się to dużym kosztem. Wykształcił w sobie mechanizmy, które w dorosłym życiu są dla człowieka krzywdzące.

Innym potencjalnym źródłem wykształcenia się w człowieku echoizmu jest sytuacja, w której rodzice czy rodzic powtarzają swoim dzieciom, że nie wolno koncentrować się w życiu na sobie. Ten niepozorny komunikat powtarzany często i regularnie potrafi skutecznie zabić w dziecku poczucie wyjątkowości.

Dorosły echoista działa wedle silnego wewnętrznego schematu, który zna. Zakładając, że mamy skłonność do odtwarzania nie tylko swoich zachowań, ale także rodzaju relacji, które znamy, echoista szybko odnajdzie się na przykład, kiedy u jego boku pojawi się narcyz. On to zna, więc wie, jak narcyza „obłaskawić”. I wszystko gra. Jest komplementarnie, pozornie bezpiecznie. Echoista u boku narcyza może nadal ignorować swoje potrzeby emocjonalne, bo narcyz z powodzeniem zajmuje sobą całą przestrzeń.

Przełamać schemat

Co mogłoby sprawić, żeby echoista dostrzeże siebie? Pierwszy krok, to zauważyć swój wdrukowany schemat, że bycie z drugim człowiekiem jest jednoznaczne z zaprzedaniem samego siebie. Bo przecież nie jest! Prawdziwa relacja oznacza być z kimś, przy kimś, ale jednocześnie być przy sobie. Bycie empatycznym, a echoista ma w sobie tony empatii, nie oznacza absolutnie całkowitego porzucenia samego siebie. I to dotyczy nie tylko związków partnerskich, miłości, ale także choćby przyjaźni. Mogłoby się wydawać, że echoista jest doskonałym materiałem na świetnego przyjaciela – potrafi słuchać, poradzić, pomóc, pobyć blisko, itd. Otóż, psychologowie twierdzą zgodnie, że to absolutnie nie jest rys dobrego przyjaciela, bo przyjaźń, jak każda interakcja z drugim człowiekiem, wymaga od nas jednocześnie umiejętności dawania, ale i brania. Trzeba umieć jedno i drugie. Inaczej każdy związek staje się sztuczny, a wtedy nie ma mowy o bliskości. By być naprawdę blisko z drugim człowiekiem trzeba umieć być elastycznym, dopasowywać swoje reakcje do zewnętrznych okoliczności, i tego musi nauczyć się echoista.

  1. Psychologia

Kobieta wyzwolona i domator – jak się rozwijać w związku, kiedy się różnimy?

Kiedy zauważymy, że „jedziemy” jednymi tylko torami, warto mieć odwagę żeby powiedzieć partnerowi, że czegoś mi brakuje, że coś bym chciała. (Fot. iStock)
Kiedy zauważymy, że „jedziemy” jednymi tylko torami, warto mieć odwagę żeby powiedzieć partnerowi, że czegoś mi brakuje, że coś bym chciała. (Fot. iStock)
Wyobraźmy sobie, że kobieta z tego przykładowego związku jest osobą aktywną, ciągle coś wymyśla, jeździ, poznaje, rozpoczyna. Mężczyzna, który traci dla niej głowę, to domator, lękający się zmian. Zachwyca się, że ona jest taka ruchliwa i sobie fantazjuje, że będzie wspaniałą żoną, matką i będą tworzyć cudowne domowe ognisko.

Na początku, kiedy jest jeszcze fascynacja, zazwyczaj wszystko idzie gładko. Kobiecie przez chwilę odpowiada klimat domowy, a mężczyzna od czasu do czasu daje się namawiać na wypady za miasto. W wersji idealnej, gdyby mieli dość siły wewnętrznej, on mógłby odkryć w sobie chęć większego działania w strefie erosa - dostać skrzydeł i robić rzeczy, których sam nigdy nie miał śmiałości nawet zacząć. Z kolei kobieta mogłaby odkryć, że nie musi być zawsze silna i działająca, tylko czasem może usiąść sobie w fotelu albo zrobić pyszny makaron i odczuwać z tego powodu radość i odprężenie. Taki rozwój wypadków w życiu nie zdarza się jednak często. Można założyć, że ten układ po fazie zakochania będzie przechodził kryzys. Jeżeli mężczyzna nie będzie w stanie przejść swojego progu na to, żeby być bardziej aktywny ani też nie zmusi kobiety, żeby była bardziej bierna, zacznie się między nimi walka.

Takie trudności są czasem nie do pokonania. Może się okazać, że dla mężczyzny z naszego przykładu ten związek jest za słabą siłą, żeby zaczął działać. Nie wyrwie go z poczucia, że on się nie nadaje się do ekspansji. Może został wychowany w rodzinie, w której ojciec był całkowicie podporządkowany matce. Jego kobieta też wcale nie musi się pod jego wpływem uspokoić. Może w jej rodzinie i matka, i wszystkie babki były aktywne. Za tym zwykle kryje się jawna lub ukryta krytyka przeciwstawnego modelu. Kobieta mogła słyszeć coś takiego - „Żebyś nie była taka jak ta Kryśka, co już z trzecie dziecko ma i nic z życia, zobaczysz, jak skończysz tak jak ona, to facet cię wystrychnie na dudka a ty będziesz siedziała w domu w garach”. Cały system takich przekonań rodzinnych, ale też kulturowych skutkuje ograniczeniami, które blokują, ograniczają nasz rozwój. Jeśli dla mężczyzny z naszego przykładu ważne jest, by zacząć działać na zewnątrz, jest duża szansa, że gdy rozstanie się z tą, za chwilę zakocha się w podobnej kobiecie. Pozna ją, kiedy właśnie u cioci lepi pierogi ale za chwilę oświadczy mu, że wybiera się w podróż dookoła świata. To będzie jego kolejne podejście i może się okazać, że jest ono łatwiejsze niż poprzednie, bo będzie już w innym punkcie swojego rozwoju.

Co robić, kiedy wchodzimy w fazę trudności, konfliktów i nasz związek zaczyna wyglądać beznadziejnie? Gdy nie ma energii, aby zmienić związek, ani żeby z niego wyjść, pojawia się stan depresji albo zaczynamy szukać innego partnera lub partnerki. Czasem różnica między ludźmi jest za duża a indywidualne progi za wysokie, żeby w danym związku coś się dopełniło. W każdym jednak czegoś się uczymy, coś integrujemy. Bo to, na jakiego trafiamy partnera, zależy od tego w jakim punkcie rozwoju jesteśmy. Czasami warto jest dopuścić do siebie myśl, że to nie partner jest paskudny, tylko może to, co mnie w nim denerwuje, jest dla mnie czymś ważnym. Może warto zastanowić się dlaczego dostaję szału, bo on tylko ciągnie mnie do łóżka. Może uważam, że w życiu powinnam tylko poświęcać się rodzinie i w związku z tym daję dużo przestrzeni na wymiar miłości zwany caritas, a seks zaniedbuję? Taki kierunek myślenia jest najbardziej rozwojowy, ale także najtrudniejszy, bo konfrontuje nas z naszymi kompleksami, ograniczeniami. Zmusza nas do tego, żebyśmy zrobili coś więcej niż tylko zmienili partnera. Do takiego myślenia zachęcałabym w sytuacji, kiedy podobny układ powtarza nam się w kolejnym związku.

Czasem jest tak, że potrzebujemy innego partnera, bo z obecnym już niczego nowego, ważnego dla nas nie doświadczymy. Podam przykład. Wchodzę w związek z mężczyzną, który odkrywa przede mną wspaniały świat seksu i jest mi cudownie. On natomiast poznaje przy mnie co to znaczy być kochanym, zaopiekowanym, wspieranym. Przez jakiś czas wszystko jest super, ale nagle stwierdzam, że to już, że on nic więcej przede mną nie otworzy, a ja też nie mam mu już nic więcej do dania. To jest ten moment, że pewne jakości się dopełniają i albo pojawi się coś nowego, co będziemy odkrywać w tym związku, albo zaczną nas fascynować inni partnerzy. Cały czas mówimy o wymiarach indywidualnych, natomiast pozostaje jeszcze pytanie jak to działa w związku jako całości, bo pewne obszary są wspólne dla nas obojga. Często pary mówią - my to uwielbiamy się kochać, czyli dla nich ważny jest seks, inni - największym sensem naszego życia są dzieci, co oznacza, że nacisk kładą na caritas. To są wymiary, w których oboje czujemy się komfortowo, natomiast zawsze są też takie, które dla nas obojga są trudniejsze. Kiedy jest kryzys w związku, warto się zastanowić co się dzieje w tych obszarach, których w naszym życiu nie ma lub które są najsłabiej reprezentowane.

Często jednak latami tkwimy w jakimś jednym schemacie i potrzeba poważnego kryzysu, żeby to zauważyć. I czasami jest już za późno, bo jedna ze stron nie chce już niczego. Kiedy zauważymy, że „jedziemy” jednymi tylko torami, fajnie mieć odwagę żeby powiedzieć partnerowi, że czegoś mi brakuje, że coś bym chciała. Umieć stanąć za sobą. Często jest tak, że blokujemy się, myślimy – nie ma co o tym mówić, on i tak mnie wyśmieje, nie zrozumie, to wcale nie ważne. Niemożliwe jest przecież, żebyśmy zostawili dzieci i pojechali na weekend nad Biebrzę albo cały dzień spędzili w łóżku. A dlaczego nie?