1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Porozumienie bez przemocy

Porozumienie bez przemocy

„Fundamentem porozumienia bez przemocy są pewne umiejętności posługiwania się mową i innymi narzędziami porozumienia pomagające nam nawet w niesprzyjających okolicznościach zachować człowieczeństwo” – napisał twórca tej metody Marshall b. Rosenberg.

Skąd się bierze agresja?

Amerykański terapeuta i doktor psychologii Marshall B. Rosenberg poświęcił temu zagadnieniu całe życie. Już w dzieciństwie, będąc świadkiem zamieszek rasowych w sąsiedztwie, a także wtedy, gdy jego żydowskie nazwisko spotykało się z agresywnymi reakcjami kolegów, zastanawiał się nad źródłem przemocy. Na pytanie, co skłania ludzi do zadawania cierpienia innym, próbował znaleźć odpowiedź w trakcie swoich psychologicznych studiów. Z uniwersytetu wyniósł jedynie teorię, że agresywne zachowania są objawem jakichś zaburzeń. W końcu sam postawił tezę, że przyczyn agresji należy szukać w sposobie, w jakim nauczyliśmy się myśleć, porozumiewać i używać władzy.

Po studiach w swojej terapeutycznej pracy pomagał pacjentom, szukając przyczyn ich depresji w strukturach społecznych, w których żyli, w języku, którego używali, w relacjach z bliskimi czy kolegami w pracy. Stosował empatię i współczucie, które pomagały znaleźć siłę, by rozpocząć w swoim życiu zmiany. Po latach zdecydował się zamknąć praktykę terapeuty i poświęcił się poszukiwaniu metody, która pozwoliłaby na zmianę sposobu myślenia i struktur władzy. I tak narodziło się porozumienie bez przemocy (Nonviolent Communication – NVC).

„Nie ma w tej metodzie niczego nowego; wszystkie jej składniki znane są od stuleci. Jej zadaniem jest nieustanne przypominanie nam o czymś, co już wiemy – o tym, jak my, ludzie, mamy zgodnie z pierwotnym zamysłem wzajemnie odnosić się do siebie”, podkreśla Rosenberg. Porozumienie bez przemocy to sposób porozumiewania się, dzięki któremu zaczynamy dawać z serca. To metoda, która opiera się na świadomej komunikacji z drugim człowiekiem czy z grupą ludzi. Wydaje się, że sposób wysławiania się, reagowania słowami nie ma nic wspólnego z przemocą, jednak w rzeczywistości jest zupełnie inaczej: nasze słowa często ranią i sprawiają ból zarówno nam, jak i innym. Ta metoda pozwala na zmianę stylu wyrażania się i słuchania innych. Jeśli praktykujemy ją na co dzień, nasze słowa przestają być efektem nawykowych, automatycznych reakcji, zaczynamy uświadamiać sobie nasze obserwacje, uczucia i pragnienia i dzięki temu formułujemy świadome i konkretne komunikaty. Celem wymiany zdań powinno być według Rosenberga zarówno uważne przyjrzenie się własnym głębokim potrzebom, jak i potrzebom drugiej strony. Zmienia się sposób myślenia: zamiast oceniania, stawiania diagnoz i osądzania osoba praktykująca porozumienie bez przemocy skupia się na jasnym wyrażaniu spostrzeżeń, uczuć i potrzeb. Dzięki temu rozwija też umiejętność uważnego słuchania, z czego rodzą się empatia i współczucie – filary metody stworzonej przez Rosenberga.

Model czterech kroków

Rosenberg nazwał komunikację bez przemocy językiem żyrafy, która swoją długą szyję kieruje w kierunku drugiej osoby, by jak najlepiej się w nią wsłuchać. Z kolei język, który oparty jest na ocenianiu, osądzaniu i krytyce, określił językiem szakala. Dla ułatwienia wprowadzania w codzienne życie metody porozumienia bez przemocy stworzył model czterech kroków pomocnych w kontakcie z drugą osobą:
 

1. Obserwacja – obserwowanie i formułowanie spostrzeżeń na temat zachowania drugiej osoby. Obserwacja powinna być jak najbardziej obiektyw-na, bez osądzania i krytyki, bez obwiniania drugiej osoby i stawiania siebie ponad nią. Chodzi tu o rzeczowe stwierdzenie faktu: co dana osoba robi czy zrobiła, bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie. Ważne, by obserwacja danej sytuacji nie prowadziła do uogólnień typu: jak zwykle się spóźniłeś, zawsze się spóźniasz – powinna odnosić się do konkretnego przypadku: w tym miesiącu po raz czwarty spóźniłeś się na zebranie. To trudny krok, bo wiele osób zakłada z góry, że ich osąd równa się faktom. Na ogół myślimy, że nasz sposób wysławiania się nie ma nic wspólnego z przemocą. Tymczasem nasze słowa często ranią i sprawiają ból

2. Uczucia – określenie, wyartykułowanie głośno, jakie uczucia wyzwala w nas takie, a nie inne postępowanie, zachowanie, zdanie drugiej osoby. Należy zadać samemu sobie pytanie: co czuję, gdy on / ona to mówi, tak robi. Może to być uczucie strachu, zdumienia, smutku, wściekłości lub radości, spokoju, miłości. Wyrażając swoje uczucia w pierwszej osobie, np.: czuję się / jestem smutna, wściekła, zawiedziona, łatwiej zdajemy sobie sprawę z tego, że to my jesteśmy odpowiedzialni za własne uczucia, że mamy wpływ na to, co czujemy, nasze nastawienie i reakcje. Natomiast mówiąc: złościsz mnie, jestem tobą zawiedziony, wywołujesz we mnie lęk, automatycznie odpowiedzialność za nasze uczucia przenosimy na rozmówcę. Obwiniamy go – a to jest właśnie sprzeczne z metodą porozumienia bez przemocy. Rosenberg podkreśla, że bardzo ważny jest dobór słów przy wyrażaniu uczuć. Często nieświadomie nadużywamy czasownika „czuję”, zamiast powiedzieć „myślę, sądzę, podejrzewam”, np.: „Czuję, że chcą mnie wpakować w niezręczną sytuację, zamiast: „Podejrzewam, że…”.

3. Potrzeby – są nierozerwalnie związane z uczuciami. Kiedy nasze potrzeby są zaspokojone, czujemy się dobrze, kiedy nie są – odczuwamy ból. Ważne jest więc, by uświadamiać sobie, nazywać swoje potrzeby i je wyrażać. Większość konfliktów i frustracji wynika z niezaspokojonych potrzeb, które nie mogą być zaspokojone, bo nie są uświadomione i nazwane. Osądy i krytyka, interpretacje czyichś zachowań to zastępcze ujawnianie własnych potrzeb, podkreśla Rosenberg. „Nigdy mnie nie rozumiesz” jest informacją, że potrzeba zrozumienia pozostaje niezaspokojona.

Często wiele potrzeb tłumimy i dlatego nie są zaspokojone. Rosenberg twierdzi, że to narzucane nam normy i stereotypy powodują wypieranie pewnych potrzeb. Na przykład dzieciom wpaja się, jak powinny lub jak nie powinny się zachowywać w zależności od płci. Dziewczynkom powtarza się, żeby nie krzyczały, nie biegały, żeby były łagodne, grzeczne, wychowuje się je w przeświadczeniu, że opieka nad innymi to największy zaszczyt dla kobiety, i w ten sposób stopniowo zmusza się je do tłumienia swoich pragnień. Chłopcy z kolei mają być twardzielami, nie mogą uronić łzy, nie mogą okazywać słabości, bo to niemęskie. Przez to mają później kłopoty z wyrażaniem uczuć i potrzeb takich jak czułość, bliskość, ciepło. W swojej książce Rosenberg przytacza słowa swojej matki: „Przez 36 lat miałam za złe twojemu ojcu, że nie zaspokaja moich potrzeb, a teraz właśnie zdałam sobie sprawę, że ani razu wyraźnie nie powiedziałam mu, czego potrzebuję”.

4. Prośba – to ostatni krok w modelu porozumienia bez przemocy. Prośba rodzi się naturalnie – po uświadomieniu sobie potrzeby łatwo ją zdefiniować, wiemy już, co w danej sytuacji umiliłoby, pomogło czy wzbogaciło nasze życie. Prośba musi być jak najbardziej konkretna, żeby mogła być spełniona lub odrzucona. Nie może to być aluzja, podtekst. Prośba nie może być zdaniem negatywnym, czyli wyrażać, czego sobie nie życzymy. Ma być wyraźnym komunikatem, czego chcemy. Aby prośba została dobrze zrozumiana przez drugą stronę, proś o informację zwrotną. W ten sposób sprawdzasz, co usłyszała druga strona, nawet pytając wprost: „Czy możesz powtórzyć, co do ciebie powiedziałem?”. Łatwo się wówczas przekonać, czy prośba była wystarczająco konkretnie wyrażona. Często zdarza się tak, że trzeba ją powtarzać kilkakrotnie innymi słowami. Ważne, by przy tym nie zacząć oceniać: „No tak, źle mnie zrozumiałeś”, tylko drążyć prośbę bez krytyki: „Może użyłem niewłaściwych słów, pozwól więc, że spróbuję jeszcze raz”.

 
Rosenberg podkreśla, że komunikacja według tego modelu działa w dwie strony. Poza tym, że sami obserwujemy, wyrażamy uczucia, potrzeby i prośbę, jednocześnie próbujemy nawiązać kontakt z partnerem poprzez próbę odgadnięcia przyczyny jego takiego, a nie innego zachowania.

Mówiąc: złościsz mnie, jestem tobą zawiedziony – odpowiedzialność za swoje uczucia przenosisz na rozmówcę. Obwiniasz go – a to jest sprzeczne z metodą porozumienia bez przemocy

Powyższą sytuację można więc dalej analizować. Warto przyjrzeć się reakcji męża i spróbować odgadnąć jego uczucia, które spowodowały, że nie zadzwonił i nie uprzedził, idące za tym niezaspokojone potrzeby i prośby, które mogłyby się pojawić. Nie atakując i nie oceniając, można zadawać pytania: nie zadzwoniłeś, bo bałeś się mojej reakcji? Bałeś się, że znowu wpadnę w histerię? Miałeś ogrom pracy na głowie i czułeś się zestresowany, że musisz mnie o tym poinformować? Czy oczekujesz większej wyrozumiałości z mojej strony, zrozumienia? Taka komunikacja najprawdopodobniej doprowadzi do rozwiązania konfliktu, a nie jego pogłębiania.

Żyrafie szkoły

Marshall B. Rosenberg od dziesięcioleci uczestniczy w rozwiązywaniu konfliktów jako mediator, stosując właśnie metodę porozumienia bez przemocy. Wyszkolił na całym świecie uczniów, którzy propagują jego metodę i uczą jej innych. Wykorzystywana jest ona przede wszystkim w szkołach. Obecnie w 50 krajach na całym świecie istnieją tak zwane żyrafie szkoły. Nie używa się w nich słowa „musisz”. Rosenberg wychodzi z założenia, że jeśli się do czegoś zmusza, to nie może to wiązać się z radością. W żyrafiej szkole wszystko odbywa się na zasadzie dobrowolności. Nauczyciel proponuje uczniom naukę tego, co uważa za sensowne, a uczniowie przyjmują taką propozycję tylko wtedy, gdy uznają, że wzbogaci to ich życie. Dla ucznia motywacją nie są oceny czy pochwały, lecz świadomość, że to, czego się uczy, wniesie w jego życie coś wartościowego.

Porozumienie bez przemocy wykorzystuje się w mediacjach rodzinnych, małżeńskich, w rozwiązywaniu konfliktów pomiędzy pracownikami a dyrekcją w firmach, między grupami politycznymi i w resocjalizacji więźniów.

Przykład komunikacji

Obserwacja: Po raz trzeci w tym tygodniu mój mąż wraca dużo później, niż zapowiadał, nie uprzedził mnie, a mieliśmy iść razem do kina, w związku z czym nasze plany wzięły w łeb.

Uczucia: Czuję się zignorowana, nieważna, rozżalona i wściekła.

Potrzeba: Szacunku, bliskości i akceptacji, uczciwości i wyczekiwanej rozrywki – te potrzeby nie zostały zaspokojone.

Prośba: Czy następnym razem, kiedy się umówimy na wspólne wyjście, a ty będziesz musiał zostać dłużej w pracy, mógłbyś do mnie zadzwonić i mi to powiedzieć? Wówczas będę mogła inaczej zaplanować sobie wieczór; lub: Czy mógłbyś tak spróbować zaplanować sobie pracę, byśmy mogli przynajmniej jeden wieczór w tygodniu spędzić wspólnie?

Warsztaty z porozumienia bez przemocy są organizowane przez Dojrzewalnię Róż i Fundację Porozumienia bez Przemocy

Warto przeczytać

Marshall B. Rosenberg w rozmowie z Gabriele Seils, Rozwiązywanie konfliktów poprzez porozumienie bez przemocy, Jacek Santorski & Co 2008, Marshall B. Rosenberg, Porozumienie bez przemocy. O języku serca, Jacek Santorski & Co 2003

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Agresja u dziecka - o czym świadczy i jak reagować?

Agresja u kilkulatka nie bierze się znikąd. Lepiej potraktować takie zachowania dziecka jak wołanie o pomoc. (fot. iStock)
Agresja u kilkulatka nie bierze się znikąd. Lepiej potraktować takie zachowania dziecka jak wołanie o pomoc. (fot. iStock)
Wszystko było w najlepszym porządku i nagle, bez żadnej wyraźnej przyczyny, z przedszkola czy szkoły zaczynają docierać do ciebie uwagi o agresji u dziecka.

Bije, gryzie, kopie, popycha, wyśmiewa albo przezywa. „Moje dziecko? To niemożliwe!” – dziwi się wiele mam. A jednak to jak najbardziej możliwe i może się zdarzyć każdemu, nawet najspokojniejszemu dziecku świata.

Kiedy po raz pierwszy słyszysz, że twoje dziecko uderzyło, kopnęło, przezwało kolegę, najczęściej myślisz, że to pomyłka. Być może tak jest istotnie: to tylko incydent. Druga uwaga na temat agresji dziecka musi jednak oznaczać bezwzględne zajęcie się tym problemem. Bagatelizowanie agresji dziecka jest bowiem wyrządzaniem mu krzywdy.

Każde agresywne zachowanie, to wielka prośba: „Mamo, nie radzę sobie”. Bagatelizując problem agresji dziecka, zostawisz je samo z wielkim ciężarem.

Co robić, gdy dziecko zachowuje się agresywnie?

1. Pozbyć się wstydu. Nie jesteś złą mamą tylko dlatego, że twoje dziecko kogoś ugryzło czy opluło. Będziesz nią, jeśli się nad tym problemem nie pochylisz.

2. Spojrzeć na życie swojego dziecka pod kątem, czy nie ma w nim agresji.
Czy ktoś z grona bliskich – rodzeństwo, opiekunowie, dalsza rodzina, nie zachowuje się agresywnie, tym samym nie ucząc dziecka zachowań agresywnych? (szturchańce, krzyki, pełne dezaprobaty miny lub spojrzenia). Czasem dziecko w domu jest bardzo ciche, wycofane, a w przedszkolu lub szkole bije, gryzie, kopie, dokucza innym. Warto zastanowić się, jaka jest pozycja dziecka w domu, bo być może ono odreagowuje swoje domowe role na gruncie rówieśniczym. Dzieci mają tendencję do powielania podpatrzonych zachowań. Jeśli w domu dziecko jest poddawane agresji, to na pewno będzie ją powielać na innym gruncie.

3. Ograniczyć filmy i gry, które wydają ci się zbyt brutalne.
Dzieci mają rozwojową potrzebę odtwarzania tego, co widzą i co je pasjonuje. Być może agresja dziecka to udawanie postaci z gry lub filmu.

4. Przez jakiś czas oglądaj z dzieckiem wszystkie filmy i dużo mu czytaj.
Komentuj wszystkie wydarzenia: „On nie powinien się tak zachować, zobacz, nikt nie lubi takich osób” itp.

5. Na wszelki wypadek wprowadź terapię z obcowaniem, czyli wróć do wspólnego spędzania czasu
; baw się, wygłupiaj, śmiej, gotujcie razem, sprzątajcie. Bądźcie razem jak najwięcej. Dzieci na różne sposoby manifestują potrzebę kontaktu z dorosłymi.

6. Pomóż rozładować nadmiar energii
za pomocą wybranego przez dziecko rodzaju aktywności sportowej, tanecznej, aktorskiej.

7. Dzieci agresywne są najczęściej bardzo nielubiane.
Nieprawidłowym odruchem jest izolowanie dziecka agresywnego od innych dzieci. Dziecko musi mieć okazję do ćwiczenia dobrych relacji. Zapraszaj więc inne dzieci do was, ale po jednym-dwóch kolegów. Nadmiar dzieci sprzyja agresji.

8. W domu w żadnym razie nie wolno dopuszczać do tego, żeby dziecko mogło cokolwiek osiągnąć agresją.
Zwracaj się do dziecka zawsze bardzo miło, uprzejmie i spokojnie.

9. Szukaj pomocy. Idź do psychologa.
Dziecko agresywne narażone jest na nienawiść rówieśników. Kiedy tylko będzie okazja, jego „ofiary” zwrócą się przeciwko niemu. Trzeba mu pomóc. Niekoniecznie potrzebne jest orzeczenie od psychologa, czasem wystarczy tylko miękka forma terapii rodzinnej.

  1. Psychologia

Jak wspierać dziecko w nauce i zdrowo angażować się w życie szkoły?

Warto wspierać dziecko w nauce sposobów uczenia się. (Fot. Getty Images)
Warto wspierać dziecko w nauce sposobów uczenia się. (Fot. Getty Images)
W jakim stopniu angażować się w szkołę? Dyskutować z nauczycielami, odrabiać lekcje, decydować o przyjaźniach? To odwieczne pytania rodziców. Jak dziecko wspierać, ale nie przesadzić – tłumaczy psycholog dziecięcy doktor Magdalena Śniegulska.

Czy to, w jakim stopniu uczestniczymy w życiu szkoły, dużo mówi o nas, rodzicach?
Trochę mówi. Większość rodziców ma ogromne oczekiwania, np. jak szkoła powinna wyglądać. Ale ilu rodziców i ile dzieci, tyle pomysłów i potrzeb. To powoduje, że coraz więcej słyszy się krytycznych głosów dotyczących funkcjonowania szkoły w Polsce. Mówi się, że jest mało elastyczna, nie nadąża za potrzebami zmieniającej się rzeczywistości, za cywilizacją.

To chyba nic złego, gdy chcemy, żeby nasze dzieci dorastały w bezpiecznych, dobrych warunkach?
Nie, to naturalne. Szkoła jest ogromnym wyzwaniem rodzicielskim. Szczególnie że w ostatnim czasie zasady opisujące relacje rodzic – nauczyciel uległy modyfikacji. Kiedyś nauczyciel był autorytetem, nie było mowy o dyskusji z nim. Taki stan rzeczy z jednej strony mógł się nie podobać, z drugiej – dawał rodzicowi poczucie bezpieczeństwa. To się zmieniło. Niestety, bo obiektywnie patrząc, wielu nauczycieli autorytetami nie jest. A czasami mogliby być, gdyby nie postawa rodziców. Abstrahując jednak od dyskusji nad kondycją polskiego szkolnictwa, warto pamiętać, że to od nas w dużej mierze zależy, czy dziecko będzie szkołę lubiło. Jeżeli my, rodzice, jesteśmy przekonani, że szkoła jest miejscem dobrym, że fajnie jest tam chodzić, uczyć się, rozwijać, to jest duża szansa, że nasze dzieci też tak będą myśleć.

Tak, ale szkoły są różne. Trudno lubić miejsce nieprzyjazne.
Ważne, w jakim stopniu szkoła jest gotowa na współpracę (podkreślam – współpracę, a nie realizowanie wszystkich fantazji rodzica) lub na ile ta współpraca jest niemożliwa, bo nauczycielom, dyrekcji na tym nie zależy. Na szczęście istnieje wiele naprawdę fajnych szkół, zarówno prywatnych, jak i (coraz więcej) państwowych.

Jak wiele zależy od rodziców? Znam takich, którzy zjedliby żywcem nauczycieli swoich dzieci. Bo ich zdaniem są niekompetentni i nieprofesjonalni.
To niedobrze, gdy rodzice zaczynają zachowywać się jak surowi wychowawcy nauczycieli. Szkoła powinna być wspólnotą. Nie możemy oczekiwać, że nauczyciel zaspokoi pragnienia wszystkich rodziców. Że będzie na tyle elastyczny, że dostosuje się do każdego modelu wychowawczego. To jest po prostu nierealne i niemożliwe. Myślę, że nawet niebezpieczne. Dobrze jest się zastanowić, czego ja jako rodzic mogę, a nawet powinienem oczekiwać od szkoły, a co jest moim zadaniem i moim obowiązkiem.

Proszę zatem pomóc rodzicom. Czego mogą oczekiwać?
Że szkoła będzie dostrzegać potencjał ich dziecka, pokaże, jaką przyjemnością może być zdobywanie wiedzy. Będzie też takim miejscem, gdzie dziecko zobaczy, co jest jego siłą, a nad czym jeszcze musi popracować. I jak ma to zrobić, żeby maksymalnie wykorzystać swój potencjał. Że będzie miejscem, które nauczy współpracy, pokaże, że różnorodność może być zasobem, wartością. Tak przynajmniej wygląda moja idealistyczna wizja.

Idealistyczna bardzo.
Tak, ale często bywam w różnych szkołach na obserwacjach psychologicznych i widzę, że są nauczyciele gotowi podjąć taką rolę, którzy potrafią powiedzieć dziecku, w czym jest dobre, i tak je zmotywować, żeby pracowało nad słabszymi stronami. Nie o to chodzi, żeby szkoła była łatwa. Wiele współczesnych badań z dziedziny psychologii pokazuje, że doświadczanie trudności, samodzielne radzenie sobie z nimi, przy akceptującej i wspierającej obecności dorosłego, jest jednym z ważniejszych czynników determinujących przyszły sukces dziecka i jego poczucie szczęścia w życiu.

A jeśli widzimy, że nauczyciel nie sprawdza się w tej roli, jak możemy na niego wpływać?
Bardzo ważny jest dialog. Na przykład dziecko przychodzi i mówi, że nie radzi sobie z matematyką. Wszyscy idą do przodu, a ono nie daje rady, spina się, wycofuje. Widzimy jednak, że w domu jakoś te zadania rozwiązuje. Dobrze wtedy iść do nauczyciela i powiedzieć: „Mamy taki kłopot. Co pani myśli o tym, żeby je wesprzeć, jakie są pani doświadczenia z takimi dziećmi, co można zrobić, żeby syn, córka czuli się pewniej?”. I często taka informacja pomaga nauczycielowi i dziecku. Wspólnie można poszukać dobrego rozwiązania. Oczywiście, znajdą się nauczyciele, którzy na taką rodzicielską postawę zareagują agresją. Powiedzą: „Co mi pani opowiada, mam 20 lat doświadczenia, nic nie będę zmieniać”. Wtedy mamy kłopot.

To co wtedy powinniśmy zrobić? Zmieniać szkołę? Zaangażować dziecko w inną działalność?
Nie ma jednej prostej odpowiedzi, to zależy od wielu elementów. Jeśli to coś, co utrudnia funkcjonowanie mojemu dziecku, muszę szukać pomocy. U innych rodziców, nauczycieli, rady rodziców, dyrekcji. Jeśli nie pomaga, to jest to argument za zmianą szkoły. Natomiast jeśli głównie ja widzę problem, przejmuję się tym, bo matematyka wydaje mi się bardzo ważna, ale równocześnie widzę, że moje dziecko lubi szkołę, lubi swoich kolegów, część z tych kolegów też ma problem z nauczycielką matematyki – to zostawiłabym to. Dziecko uczy się w takiej sytuacji ważnych rzeczy. Na przykład tego, jak istotne jest bycie częścią wspólnoty, mierzenie się z problemami w grupie. Razem nie lubimy pani od matematyki, jednoczymy się przeciwko niej. Dziecko uczy się też, czym jest frustracja i rozczarowanie, które i tak będzie przeżywało. Możemy je wspierać, dając narzędzia, jak z taką sytuacją sobie radzić. Pokazując, że to część życia, że spotykamy na swojej drodze różne osoby, z niektórymi mimo niechęci musimy współpracować. Tyle. Inna sprawa to zapewnienie mu pomocy z matematyki poza szkołą, bo np. dzięki fajnej korepetytorce będzie się z tego przedmiotu stawało coraz lepsze.

W jakim stopniu nasze doświadczenia ze szkoły wpływają na to, jak postrzegamy szkołę dziecka?
Bardzo wpływają. Kiedyś robiliśmy wywiady środowiskowe na temat tego, co decyduje o wyborze szkoły dla dziecka. I okazało się, że dużo większą skłonność do poszukiwania szkół prywatnych, nawet kosztem wielu wyrzeczeń, mają rodzice, którzy sami w swojej szkole doświadczyli trudności. Zapominamy, że nasze dziecko to nie my, że ma zupełnie inny charakter, temperament, potrzeby. Owszem, niejednokrotnie szkoła prywatna czy demokratyczna to dobry wybór, ale są dzieci, które budują świetne relacje na podwórku, mają wspaniałe przyjaźnie i jest dużo ważniejsze, żeby poszły do szkoły z tymi przyjaciółmi. Zdarzają się potem rodzice, którzy mówią: „Boże, wożę syna na drugi koniec miasta, spędzamy pół dnia w samochodzie, a potem on cierpi, bo schodzi na podwórko i koledzy podekscytowani opowiadają sobie, co było w szkole, a on w tym nie uczestniczy”. Dlatego, podejmując decyzję o wyborze szkoły, warto mieć szerszą perspektywę.

Rodzice często stresują się ocenami, zdarza się, że biegają do nauczycieli, interweniują, cisną dzieci.
Instytut Badań Edukacyjnych jakiś czas temu zrobił świetne badania na temat obiektywności ocen szkolnych. Co się okazało? Że nie ma nic bardziej subiektywnego niż ocena. To się nijak ma do tego, co dziecko rzeczywiście wie i potrafi. Tak więc na pewno nie należy koncentrować się na stopniach, ważne natomiast, jak dziecko podchodzi do obowiązków. Ale nasza postawa wobec szkoły przekłada się na funkcjonowanie dziecka. Ostatnio byłam na obserwacji w jednej z państwowych podstawówek w klasach I–III. Lekcje zaczynają się tam o 8.30. Wychowawczyni powiedziała mi, że nigdy nie zdarzyło jej się zacząć o tej godzinie zajęć. Rodzice docierają z dziećmi o 9.15, 9.30. I nie dowożą ich z drugiego końca miasta, tylko przyprowadzają z okolicznych osiedli. Jak takie dziecko ma się nauczyć punktualności, odpowiedzialności? Jeśli chcemy pomóc dziecku, przede wszystkim musimy dawać mu przykład.

Dużo jest teraz nadopiekuńczych rodziców. Znam mamy, które angażują się we wszystko. W środku dnia przynoszą kanapki, bo szkolne jedzenie jest niedobre i niezdrowe. Interweniują z każdego powodu. Czy to ma sens?
Nadopiekuńczość wynika z lęku, że dziecku dzieje się krzywda. Dobrze te lęki urealniać. Zadać sobie pytania: Ale co konkretnie się stanie? Czy już kiedyś coś się zdarzyło? Nie? To dlaczego uważamy, że zdarzy się teraz? Niejednokrotnie okazuje się, że dzieci potrafią rozwiązać wiele spraw samodzielnie. To daje im moc, poczucie wpływu. Cena, którą ponosi dziecko nadopiekuńczych rodziców, jest bardzo wysoka. Dziecko powinno być samodzielne, dbać o swoje potrzeby, pamiętać, że trzeba wziąć kanapkę, zjeść ją o określonej porze, pilnować obowiązków, pamiętać, co jest zadane, zabrać strój na WF itp. Oczywiście, uczy się tego stopniowo – to proces. Jeśli wyręczamy dziecko, pokazujemy mu, że z niczym się nie wyrabia, nadal potrzebuje opiekuna, który będzie je prowadził przez życie. Jaki to komunikat? Nie dasz rady, nie potrafisz. Z takich dzieci rzadko wyrastają samodzielni dorośli.

Czy tylko nadopiekuńczy rodzice odrabiają lekcje z dziećmi?
Są dzieci, które bardzo szybko uczą się, jak się uczyć. I takie, które długo, do czwartej, piątej klasy, potrzebują wsparcia. Tylko że wsparcie powinno dotyczyć sposobu uczenia się. Dziecko powinno dowiadywać się, co mu pomaga w uczeniu, co przeszkadza. Jakich technik może użyć, aby łatwiej coś zapamiętać, jak zrobić samemu dobrą notatkę, na co przede wszystkim zwrócić uwagę w zadaniach z treścią. My możemy pomóc tylko w planowaniu. Mówimy: „Słuchaj, może lepiej zacząć od prostych lekcji, szybko mieć je z głowy”; „Jeśli masz klasówkę i materiał jest duży, to podziel naukę na etapy. Czytaj dziennie dwa rozdziały sam, ja cię mogę z tego potem przepytać”. Towarzyszymy, pokazujemy drogę, ale nie uczymy się „za”. Realizacja i wykonanie zależy od dziecka. To ono ponosi konsekwencje, ale i to jego wówczas będzie sukces!

Jeśli boli nas, że dziecko jest przeciętne, nie ma zainteresowań, mamy działać czy nie?
Bardzo wiele dzieci długo nie wie, co jest ich pasją. W nasze życie wpisana jest pewna zmiana ról, przekwalifikowanie. Być może jeszcze nawet nie pojawił się zawód, który będzie wykonywało moje dziecko. Mówienie: „Musisz się uczyć, bo może pójdziesz na medycynę”, jest archaiczne. Nie każdy w ogóle musi mieć jakieś specjalne pasje, a już wymaganie tego od dziecka nie ma sensu. Możemy mu pokazywać pewne rzeczy, inspirować, i tyle. Ludzie często odnajdują swoją ścieżkę na studiach, czasem dopiero po kilku latach pracy odkrywają, że chcieliby robić coś zupełnie innego. Najważniejsze to nie ograniczać, nie myśleć za dziecko. I akceptować jego wybory.

Angażować się w szkolne wycieczki, wyjazdy?
Dzieci potrzebują choć jednej sfery dla siebie. Radziłabym więc zostawić to, chyba że jedzie jeden nauczyciel i potrzebuje pomocy. Ale jeżeli daje radę, to niech szkoła będzie miejscem prywatnym dziecka, gdzie może powariować, pobyć bez kontroli, bez naszego korygowania niewłaściwych zachowań. Trzeba odpuścić. Grupa społeczna, jaką jest klasa, też koryguje wiele zachowań. Jaś był nieuprzejmy wobec Stasia? To Staś albo mu sam to powie, albo zachowa się za jakiś czas podobnie.

Jest też druga skrajność – rodzice, którzy nie interesują się szkołą, nie pojawiają na zebraniach.
Kiedy mówimy o różnych zadaniach na poszczególnych etapach rozwoju, mówimy też o różnych zagrożeniach. Jednym z nich w okresie wczesnoszkolnym, między siódmym a 12. rokiem życia, jest zagrożenie nadmierną samodzielnością, gdy dziecko jest pozostawione samo sobie i przekonane o tym, że ze wszystkim musi sobie radzić. Na przykład rodzice dowiadują się, że ich syn jest od dwóch lat gnębiony w klasie. Słyszą o tym tak późno, bo dziecko nie wiedziało, że może na nich liczyć, było przekonane, że musi samo sobie z tym dać radę. Takie zachowanie często nie wynika z braku miłości rodziców, raczej z ich nieuwagi, problemów, w które są zaangażowani. Uważają, że jeśli nie dostają sygnału ze szkoły, że coś się dzieje nie tak, to znaczy, że wszystko w porządku. Nic bardziej mylnego. Dziecko powinno czuć, że my naprawdę interesujemy się szkołą i jego do tej szkoły stosunkiem. Sedno w tym, żeby towarzyszyć, ale nie wywierać presji.

Magdalena Śniegulska, doktor, psycholożka dziecięca z Akademickiego Centrum Psychoterapii i Rozwoju oraz wykładowca Uniwersytetu SWPS.

 

  1. Psychologia

Jak świat widzą Dorosłe Dzieci Alkoholików?

Etykietka chorego, którą dostaje się tylko z powodu alkoholizmu rodziców jest myląca. Bo bycie dzieckiem alkoholika to jest życiorys, a życiorysu nie da się wyleczyć. (Fot. iStock)
Etykietka chorego, którą dostaje się tylko z powodu alkoholizmu rodziców jest myląca. Bo bycie dzieckiem alkoholika to jest życiorys, a życiorysu nie da się wyleczyć. (Fot. iStock)
Ta etykieta czasami przytłacza. Nie dość, że miałam koszmarne dzieciństwo, nie dość, że męczę się z życiem i światem, to ktoś jeszcze mi wciska, że jestem nienormalna – mówi o syndromie DDA psychoterapeutka Magdalena Ilnicka.

Usłyszałam kiedyś, że dorosłe dzieci alkoholików to jeden z najbardziej poszkodowanych „targetów psychoterapeutycznych” – nic nie zrobiły, a lądują z metką psychicznego defektu, z którą nie wiadomo co zrobić. Czy cechy, które składają się na syndrom DDA, to choroba?
Sam pobyt w rodzinie chorej nie daje choroby, ale faktycznie, osoby wyrosłe w rodzinie alkoholowej mają większe problemy niż ludzie wychowani w „normalnych” domach. Niewątpliwie dorastanie w alkoholowym domu to bardzo trudne doświadczenie, ale bycie dzieckiem osoby psychicznie chorej, marynarza, który znika na pół roku, czy górnika, który może zginąć na każdej zmianie, też jest trudnym doświadczeniem.

Diagnoza: „Jesteś DDA”, pomaga czy odbiera siły?
Czasami ta etykieta przytłacza. Informacja, której według mnie brakuje, to: „Mimo że doznałaś krzywdy, świetnie poradziłaś sobie w tamtym momencie życia, przetrwałaś. A jak sobie wtedy poradziłaś, to i teraz dasz radę”. Poza tym ta etykietka chorego – którą dostaję nie z osobistych zasług, tylko z powodu alkoholizmu rodziców – jest myląca. Choroba to jest coś, co można leczyć. A nie da się sprawić, że zmienię przeszłość i nagle nie będę dzieckiem alkoholika. To już się stało i tę tożsamość mam na zawsze. Można ogarnąć swoje nerwice, inne przypadłości i kłopoty, a bycie dzieckiem alkoholika to jest życiorys. Życiorysu nie da się wyleczyć!

Znasz ludzi, którzy wyszli z alkoholowego domu i nie mają życiowych komplikacji spod znaku DDA?
Znam bardzo wielu ludzi, którzy świetnie sobie radzą w życiu, mimo że mają życiorys alkoholowy i mimo że nie byli na żadnej terapii. Jednak każda z tych osób ma w sobie jakiś szczególny rodzaj nadkontroli. Mogę powiedzieć niemal w ciemno, że jak jedzie wycieczka autokarowa, to w ciągu pierwszych sześciu godzin można poznać żony i dzieci (dorosłe) alkoholików.

Po czym?
Żony alkoholików sprawdzą, czy dziecko siedzące trzy rzędy dalej ma kanapkę. Albo czy tej pani z bandażem jest wygodnie. A dzieci alkoholików na ogół wiedzą, jaki napój pije kierowca. I nabywają tę wiedzę – zupełnie poza świadomością.

Normalni ludzie tak nie mają?
Nie, ludzie przeważnie nie zwracają aż takiej uwagi na to, co się dzieje dookoła. Dzieci alkoholików zwracają i wiedzą, np. od czego zaczęła się kłótnia w autokarze. Niby czytali książkę i mogą nawet powtórzyć, o czym czytali, a jednak ten kawałek mózgu w służbie bezpieczeństwa pracował. Tam, gdzie była przemoc w rodzinie, czujników kontroli jest więcej, są bardziej wyczulone. I często w dorosłym życiu te kontrolery są przedziwne, np.: „A wzięłaś paszport? Wzięłaś pieniądze?”. Jedzie grupa dorosłych ludzi, każdy odpowiada za siebie, a tu nagle takie pytania! Co ciekawe, te kontrolujące osoby dostają mnóstwo wsparcia dla swoich dysfunkcji. Chociaż to nawet nie jest dysfunkcja, to jest funkcjonalne: gdy żyjesz w świecie, w którym ludzie zapominają paszportów, normalne, że to sprawdzasz. Zwłaszcza że ludzie wyposażeni w tego rodzaju nadkontrolę tworzą bliskie relacje z osobami, które zapominają paszportów. A więc dostają nieustające potwierdzenie, że ta ich zapobiegliwość ma sens. I im bardziej pytają i sprawdzają, tym bardziej ich bliscy zapominają! Zdrowy człowiek, jeśli zapytam go trzeci raz o paszport, stuknie się w głowę, bo nie będzie w stanie znieść ciągłej kontroli. Ale gdy natknę się na sierotkę Marysię, zadam trzy razy to pytanie, potem poczuję się odpowiedzialna za to, że jej coś doradziłam, ona coraz mniej się będzie ogarniać, bo przecież ja za nią zadbam o wszystko, więc coraz mocniej na mnie zawisa. Ja jestem zła, zmęczona i absolutnie nie mogę tego zerwać, bo przecież ona beze mnie zginie, jak ja ją mogę teraz tak zostawić, bidulkę, prawie 40-letnią!? Jestem umęczona i przygnieciona. Wyjściem jest… picie. Picie zwalnia ze wszystkiego. Już mnie Marysia nie obchodzi, wreszcie mogę odpuścić. To jest sposób na odpoczynek.

Kontrola jest chorobą?
Jeśli jesteś wychowana w otoczeniu, w którym co chwila coś się wali i pali, to czy czujność i kontrola są chorobą? No, chyba nie. Jeżeli jesteś bardziej czujna, to społecznie często wchodzisz w role czujnika i kontrolera: strażaka, lekarza ratownika, prokuratora, pielęgniarki. Czy prokurator albo strażak mogą nie być czujni?

Więc nie powinno być problemu…
A jest. Najbardziej go widać wtedy, gdy wcale nie musisz być czujna, a i tak wyłapujesz wszystkie sygnały z otoczenia. W salonie toczy się miła pogawędka o pogodzie, a ty doskonale wiesz, co dzieje się w pokoju obok. Nawet na chwilę nie odpuszczasz. Tego rodzaju przeciążenia muszą zostawiać ślady. Ale jednocześnie jest to bardzo miłe społecznie – jest ktoś, kto odstawi szklankę w bezpieczne miejsce, złapie w locie dziecko, ostrzeże przed radarem.

To nie musi być wcale miłe, jeśli non stop napominasz: „Jedź wolniej”, „nie kładź tu noża”. Można uprzykrzyć innym życie.
Byłam ostatnio w węgierskiej restauracji, była tam rodzina z mniej więcej trzyletnim dzieckiem. Chłopiec biegał po sali, a jak to w węgierskiej knajpie – zupa gulaszowa na palniku, płonące naleśniki. Do sali prowadziły otwierane wahadłowo drzwiczki. Kelner idzie z wrzącymi talerzami, dziecko po stronie restauracji, tuż za tymi drzwiami… Zdążyłam. Kelner podziękował przerażony. W tym miejscu było dziesięć stolików, poza mną nikt, łącznie z rodzicami, niczego nie zauważył. I teraz, czy za uratowanie tego dziecka warto się tak umęczyć tym, że dziesięć razy więcej niepotrzebnie widzę? To jest takie trzecie oko. Terapeutycznie umiałabym z niego nie korzystać, ale czy tak naprawdę chcę?

Defekt czy zasób?
Otóż to. Z jednej strony DDA będzie się pakować w niebezpieczne sytuacje, głupie, raniące, nawet beznadziejne związki. Ale z drugiej – w razie wypadku, wojny, katastrofy to właśnie on sobie poradzi. Gdy masz oczy dookoła głowy, to będziesz zorganizowany, unikniesz niebezpieczeństwa, wykorzystasz szanse. To jest zasób. Osoby, które wierzą w służby, będą czekały na innych, bo same nie potrafią nic zrobić. Gdyby tylko dzieciom alkoholików zaoferować możliwość odpoczynku, czyli odpuszczania tej kontroli, to właściwie nie musiałoby być źle. Ale ja bym nie chciała żyć w świecie, w którym nie ma ludzi czujnych, zorganizowanych, z taką gotowością. Jednak widzę, że to zmęczenie nieustającym dyżurem jest trudne do uniesienia.

Czy można wyłączać tę czujność? Pojechać w miejsce, gdzie nikt nie będzie gubił kluczy, okularów, rysował sąsiednich samochodów przy parkowaniu. Czy da się odpocząć?
Nie, to nie tak. Nie chodzi o ucieczkę i eliminację z życia niebezpiecznych sytuacji. Można doprowadzić swoje poczucie bezpieczeństwa do takiego miejsca, w którym czujność włącza się przy zagrożeniu, a nie jest stałym elementem oglądu świata. Włącza się sprawnie, wcześniej niż u innych ludzi, ale nie jest nieustająca. A po drugie, jeśli tę czujność nazwać trzecim okiem, to czy pierwsza para oczu właściwie działa?

Czyli?
Często dzieci alkoholików tak bardzo widzą niebezpieczeństwo, że nie widzą już nic innego. Zbierają dowody na to, że świat jest niebezpieczny. Jechałam z kolegami pociągiem podmiejskim. Na stacji – intuicja, czujność, spostrzegawczość, nie wiem – zauważyłam grupkę niepewnie zachowującej się młodzieży, kręcili się przy jakimś zmęczonym człowieku. Tuż przed odjazdem pociągu wepchnęli go pod wagon. A ja go w ostatniej chwili wyciągnęłam. I teraz – mogę dołączyć tę historię do mojej kolekcji „Jak Magda uratowała świat” albo przyjąć, że zareagowałam właściwie, udało się uniknąć wypadku. I tyle. Tego dnia pod kołami pociągu zginęło pewnie kilkanaście osób. Pytanie, czy rzucę się ratować świat i tropić takie przypadki, czy dam radę normalnie żyć.

To co, mam reagować czy nie? Widzę, że koleżanka pozwala swojej dwuletniej córeczce bawić się ostrym nożem, mam się nie wtrącać?
Jeśli coś by się stało, to dla większości ludzi nie ty byś była odpowiedzialna. Ale co ty byś sądziła?

Że nie dopilnowałam.
Otóż to. Ponieważ widzę zbliżające się niebezpieczeństwo, to nie mogę nie zareagować. Dla własnego spokoju. Bo u mnie nie będzie wypadku, będzie moje zaniedbanie. A trzecie oko jest i ja nie umiem go zamknąć, nie widzieć. Leczenie tego uważam za absurd.

Ale dlaczego inni nie reagują?
Bo nie widzą!

Żartujesz sobie?
Nie, naprawdę nie widzą. Jeśli kogokolwiek zapytasz, czy należy interweniować, gdy dziecko bawi się nożem albo szklanką, to powiedzą, że oczywiście.

To dlaczego nie reagują?
Bo nie widzą. Idziemy ulicą, ja i mój mąż, który nie jest DDA. Mówię: „Robimy coś czy nie?”, bo widzę, że matka bije dziecko. On na to: „Ale z czym?”. I jak ja mu powiem: „Zobacz, ta baba bije dziecko, ja nie wyrobię”, to on wkroczy, nie ma żadnego problemu, żeby działać. Tyle że zanim mu nie powiem, on tego nie widzi. Nie słyszy popiskiwania, a ja słyszę. Nie dlatego, że jest głuchy. On nie ma na to radarów. A ja mam. DDA mają. Kiedyś myślałam, że ludzie wypierają to…

A nie myślisz, że widzą, tylko ich to w ogóle nie obchodzi?
Nie. Wiem, że nie widzą! Tam na ścianie wisi aniołek, mogłaś nie zwrócić uwagi. To może być bomba. Gdybyś była afgańskim dzieckiem, którego kolegom takie zabawki urwały ręce, to reagowałabyś na nią inaczej. To nie jest tak, że ty jesteś ślepa. Aniołek po prostu nie wzbudził w tobie żadnych podejrzeń, żadnego alarmu.

Wracając do tego zmęczenia ciągłym dyżurem – jak zamienić przymus widzenia i reagowania w wybór?
Można to zrobić świadomością. Nauczyć się, że taka reakcja jest odpowiedzią na zagrożenie. I sprawdzać, czy zagrożenie jest realne. Autentyczna historia sprzed bardzo wielu lat. Mojemu mężowi upadł w kuchni nóż. Jak łatwo się domyślić – mnie noże nie upadają! Spojrzałam ze zgrozą, on znając ten wzrok, mówi: „Spokojnie, nic się nie stało”, co sprawiło, że wpadłam niemal w furię. „Jak to nic się nie stało! Gdyby to był nasz jedyny nóż, a bylibyśmy w pociągu jadącym na Syberię, a tobie on tak by wypadł, to co by było?”. Hm, ale jesteśmy w kuchni. I to jest ten kłopot. Fakt, gdybyśmy naprawdę byli w pociągu, to ja jestem zbawieniem, ocalę najważniejszy sprzęt. Ale jeśli będąc w kuchni, jestem w pociągu na Syberię, to mnie to wykończy. I wykończy rodzinę. To, co mogę zrobić i robię, to gdy odwiedzają mnie wnuki, szklankę z herbatą odstawiam w niedostępne miejsce, ale talerzykiem z truskawkami się nie przejmuję, bo najgorszym, co może się zdarzyć, jest rozbity talerz. I nie muszę pilnować. Przy moim stole w ogrodzie mam mieć stół w ogrodzie, a nie pociąg na Syberię. Muszę zlikwidować prawdziwe niebezpieczeństwa i obserwować siebie, bo inaczej się w życiu nie przekonam, czy mogę być spokojna, jeśli nie kontroluję wszystkiego, jeśli nie stoję na straży całego świata. Natomiast w sytuacji z restauracji węgierskiej odpuścić nie mogę, bo widziałam to niebezpieczeństwo. Mogę tam więcej nie bywać, ale nie zareagować nie mogę, bo wyrzuty sumienia mnie zamordują.

Terapia DDA potrafi to wyleczyć?
Tak. Choć nie uważam, żeby potrzebna była terapia. Trzeba tylko wiedzieć, że się ma takie odruchy, i rozumieć, czemu one służą. Ale mam też spory szacunek do tych mechanizmów obronnych, nie chciałabym się ich pozbyć. Nie chciałabym być w grupie ludzi, którzy nie widzą bitego dziecka. Już rozumiem, nie jestem na nich zła, że nie widzą (sama umiem usiąść tak, żeby nie być w stałej czujności), ale cenię sobie ten zasób.

Czy coś się przez lata zmieniło w terapeutycznym/metodologicznym patrzeniu na DDA?
Jest więcej procedur. A ja ich nie lubię. Mam wrażenie, że np. w lecznictwie odwykowym przerabiamy pijących alkoholików na trzeźwiejących alkoholików i nikt nawet nie mówi o człowieku. Ale to jeszcze trochę rozumiem – trzeźwy alkoholik to jednak o oczko lepiej niż pijany. Natomiast fabryka przeleczonych DDA?

Chodzi o to, żeby dzieciństwo, szczególnie to niezbyt udane, przestało mieć taki wpływ na dorosłe życie, a nie żeby nosić na stałe etykietkę na czole. Terapia tak – dla ludzi, którzy jej potrzebują. I być może edukacja dla wszystkich osób z rodzin dysfunkcyjnych po to, żeby lepiej zrozumieli siebie i podjęli decyzję, czy potrzebują coś zmieniać. Żeby nie myśleli, że świat jest podły i nie reaguje na bite dzieci, tylko zrozumieli, że świat tego nie widzi. To jest duża różnica. Bo gdy myślę: „Boże, ten mój mąż to potwór – nie widzi”, to jest powód do rozwodu, a gdy wiem, że po prostu nie widzi, to mam powiedzieć: „Pomóż mi i coś zróbmy, bo ja widzę”. To zupełnie inna relacja emocjonalna. Tyle wystarczy, żeby mi poprawić funkcjonowanie ze światem i innych ze mną.

Magdalena Ilnicka, psychoterapeutka, terapeutka rodzinna, specjalistka terapii uzależnień. Pracuje m.in. z osobami współuzależnionymi i DDA.

  1. Psychologia

Uciekam, tylko dokąd?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Uciekamy dziś przed poczuciem bezradności, przed utratą kontroli, przed brakiem wpływu. Jedni uciekają w alkohol, inni w lęk, w agresję, w pilnowanie bliźnich, w zaprzeczanie faktom, w nadzieję, w nałogowe śledzenie wiadomości. Wszystkie te drogi ucieczki łączy jedno – kierują nami emocje. A gdyby pozwolić, by ustąpiły miejsca decyzji, rozumowi – mówi Iza Falkowska-Tyliszczak, psychoterapeutka.

W ciągu kilku tygodni nasz świat zmienił się nie do poznania. Wielu z nas próbuje uciekać. W co uciekamy?
Najpierw warto zadać sobie pytanie, od czego uciekamy. Po pierwsze, uciekamy od przekonania, że choroba, śmierć, różnego rodzaju utraty – pracy, miłości, statusu, majątku itd. – są częścią życia. A przecież są. Przecież to wiemy. Mój przyjaciel, nauczyciel zen Mikołaj Uji Markiewicz, zainspirował mnie wczoraj do sięgnięcia po pewien wiersz. To wiersz Elizabeth Bishop „Ta jedna sztuka” w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka. Brzmi tak:

„W sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy; /tak wiele rzeczy budzi w nas zaraz przeczucie/straty, że kiedy się je traci – nie ma sprawy./Trać co dzień coś nowego. Przyjmuj bez obawy/straconą szansę, upływ chwil, zgubione klucze./ W sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy”.

Czyli da się wyćwiczyć…
Tak naprawdę wszyscy wciąż to ćwiczymy… Po drugie, uciekamy od poczucia bezradności, od świadomości ograniczonego wpływu na to, co niesie życie, od tego, że nie wszystko działa według porządku „przyczyna – skutek”. Trudno nam zaakceptować, że różnego rodzaju kataklizmy, w tym epidemie, po prostu się zdarzają… Siedem lat chudych, siedem lat tłustych. Każdy z nas zna to z własnego życia.

Tylko teraz skala naszych zmartwień jest zdecydowanie większa. W co uciekamy najczęściej od poczucia braku wpływu, od bezradności?
Uciekamy w lęk. A lęk może być bardzo niebezpieczny. Nie bez powodu istnieje określenie „nerwowe podniecenie”. Lęk bywa ekscytujący, a adrenalina uzależnia. Falowanie od lęku do chwilowego uspokojenia może dostarczać nam ekscytacji. Nie wolno też zapomnieć, że lęk i agresja to są dwie strony tego samego medalu. Kiedy lęk przekształca się w agresję, rodzi się potrzeba, by znaleźć kozła ofiarnego sytuacji, w której się znaleźliśmy.

Atakujemy?
Tak, szukamy bliźniego, by skanalizować swoje napięcie. I to nazwałabym szeryfowaniem. Uciekamy w szeryfowanie.

Co to znaczy?
Szeryfowie i szeryfki będą nazywać, na przykład na łamach mediów społecznościowych, „debilem” kogoś, kto odważył się wyjść na spacer, nie wiedząc, jaki jest powód wyjścia z domu tego konkretnego człowieka. „Starą idiotką” będzie nazwana pod apteką starsza pani, która przyszła zrobić zakupy. Szeryf nie wie, że ta pani być może musi kupić i zażyć lek, który właśnie się jej skończył, a nie ma nikogo, kto mógłby zrobić jej przysługę, pomóc. Szeryfowie to ludzie „z misją”, pilnujący porządku za kogoś, zwykle w napastliwy, agresywny sposób. To też jest forma ucieczki przed brakiem wpływu na swoje własne życie.

Czy szeryfa da się w jakiś sposób powstrzymać, zanim zniszczy go jego mechanizm obronny?
Doktor Michael Ryan, główny ekspert WHO ds. sytuacji nadzwyczajnych, podczas jednej z konferencji prasowej zapytany został przez dziennikarza, czy nie uważa, że wprowadzone ograniczenia praw obywatelskich nie są przeciw prawom człowieka i czy nie staną się pretekstem do podejmowania podobnych decyzji w innych sytuacjach w przyszłości. Ryan odpowiedział, że niezwykle ważne jest to, by takie decyzje światowych władz mogły być odbierane przez społeczeństwa ze zrozumieniem, by ludzie rozumieli, dlaczego różnych rzeczy nie mogą robić. W Chinach można zakazać wszystkiego, tam nikt nie potrzebuje rozumieć, po prostu boi się wyjść na ulicę, bo wie, że władza użyje wobec niego przemocy. W krajach demokratycznych ludzie muszą wiedzieć, dostawać na bieżąco wiarygodne informacje, muszą rozumieć i ufać rządzącym. Jeśli nie wiedzą, nie rozumieją, nie ufają, łatwo uciec w szeryfowanie.

„Nikt nad niczym nie panuje, więc to ja muszę upilnować świat”.
Tak, muszę go uratować. Uciekamy też w agresję samą w sobie. Bo agresja nie płynie jedynie z frustracji czy lęku, może być również niezależna. I jeśli uciekamy w czystą agresję, tracimy zdolność myślenia. A chodzi przecież o to, by z dobrze pojmowaną miłością własną i życzliwością wobec innych dbać o siebie, bliskich i dalszych, a nie terroryzować siebie lękiem, a innych nieposkromioną agresją. Bo wtedy wszyscy bardziej cierpimy.

Ten czas jest czasem próby naszej zdolności ufania. Zaufania sobie wzajemnie, zaufania lekarzom, ale także naturze. Ciężko jest nam zachować nadzieję, a to ona jest najmocniejszym przeciwnikiem lęku, naszym sprzymierzeńcem, naszą bronią, której dziś wszyscy bardzo potrzebujemy.

Ale są chyba też tacy, którzy z nią przesadzają. Myślisz, że są ludzie, którzy uciekają w nadzieję właśnie?
Zdecydowanie tak. W moim zawodowym języku nazywa się to maniakalnym zaprzeczeniem. Takie osoby będą powtarzać sobie i innym, że nic się nie dzieje. Będą wyśmiewać tych, którzy się boją, będą kpić sobie z noszenia gumowych rękawiczek i próby zachowania dwumetrowego dystansu, będą go z premedytacją przekraczać – bo to ich sposób radzenia sobie z sytuacją. Tymczasem przecież ludzie realnie chorują i realnie umierają. Zatem jest się czego bać. Ale – i tu znowu druga strona medalu – można uciec też w konieczność śledzenia tego, co podają media. A one zawsze podkreślać będą czerwonym paskiem, ile osób umarło, a nie ile osób wyzdrowiało. Ciągłe sprawdzanie, niczym natręctwo, ile osób zachorowało, ile odeszło w ciągu ostatniej godziny to także dla niektórych forma ucieczki. Ucieczką jest bowiem wszystko, co uniemożliwia nam kierowanie się tylko i aż rozumem. Jeśli już szperamy w Internecie, spróbujmy skupić się na szukaniu tych dobrych wiadomości. One tam są, tylko głęboko zakopane. Ale da się je znaleźć. I wtedy przeczytamy na przykład, jak dużo ludzi wyzdrowiało.

Znajoma mówiła mi, że rzuciła jej się w oczy powiększająca się każdego dnia liczba pustych butelek w śmietniku. Tak też uciekamy. Czy to forma ucieczki tylko dla tych, którzy już wcześniej byli uzależnieni?
Prawdopodobne jest, że taki rodzaj ucieczki wybiorą też ci, którzy nie robili tego wcześniej. Dowiedziono, że dostępność alkoholu jest czynnikiem sprzyjającym ilości jego spożywania. A dostępność to nie tylko towar stojący na półce w pobliskim sklepie, dostępność to także czas: „Mam czas, możliwość, by pić alkohol”. Gdybym miał jutro o 9 być w biurze, nie piłbym, nie piłabym dziś butelki wina. Ale… pracuję w domu. Kac nie sparaliżuje ani wtorku, ani środy, ani czwartku. A co szkodzi, by wypić też kieliszek, kiedy rano usiądę do komputera? Ten trudny czas wymaga od nas pewnej dyscypliny, zatroszczenia się o siebie.

A czy są „dobre” ucieczki?
Można uciec w literaturę, w oglądanie dobrych filmów. W wirtualne, ale wciąż jednak rozmowy z bliskimi i dalszymi, dla których zwykle nie mamy czasu. Można uciec w… kontakt z własnym dzieckiem! Odosobnienie może też sprzyjać temu, by pogadać z samym sobą, coś przemyśleć.

Od czego zależy to, czy „dobrze”, czy „źle” uciekniemy?
Na pewno znaczenie ma tu sytuacja, w której jesteśmy. Każdy z nas w innej. Łatwiej zrobić „dobry” skok w literaturę osobie, która nie ma starzejącego się ojca chorującego na cukrzycę. Łatwiej sięgnąć po film, kiedy nie ma się chorowitego dziecka. Łatwiej oddać się sztuce, kiedy wiemy, że na koncie są środki, które umożliwią spłacanie przynajmniej przez kilka miesięcy kredytu. Obiektywne warunki mają duże znaczenie. Nie jesteśmy ze stali… Znaczenie mają też, oczywiście, nasze predyspozycje. Różnimy się reaktywnością centralnego układu nerwowego, jednym bliżej do lęku, innym jego okiełznanie przychodzi znacznie łatwiej. Ale ważna jest też nasza dojrzałość po prostu. Czy mamy zdolność, by objąć tę sytuację rozumem. Są emocje, ale – i chcę to podkreślić – są też decyzje.

Czyli decyduję, w co uciekam, a nie pchają mnie emocje.
Trzeba, mocniej niż zwykle, popracować nad tym, by nie kierowały nami automatyzmy. No i zgoda, akceptacja. Zgoda jest konieczna, zgoda pomaga. Ucieczki, o których mówimy, są formą walki. A walka nas wyczerpuje. Nie możemy wciąż stać na polu bitwy. Czasem trzeba się poddać, żeby wygrać. I to jest właśnie taka sytuacja. Na tyle, na ile mogę, działam, chronię siebie i bliskich, ale tam, gdzie już nic nie mogę, nie walę głową w mur. I jeszcze jedna ważna, kojąca rzecz, myśl zaklęcie: „To minie”. Pamiętajmy o tym, powtarzajmy to sobie. Biegniemy w maratonie, to prawda, ale meta jest zagwarantowana.

Iza Falkowska-Tyliszczak, psychoterapeutka, współzałożycielka Naukowego Towarzystwa Psychoterapii Psychodynamicznej, pracuje w Zespole Pomocy Psychoterapeutycznej w Warszawie.

  1. Psychologia

Agresja wśród młodzieży - jak postępować z agresywnym nastolatkiem?

Niestabilność emocjonalna, drażliwość, niezdolność do przewidzenia konsekwencji swojego działania – to stany typowe dla wszystkich nastolatków. (Fot. iStock)
Niestabilność emocjonalna, drażliwość, niezdolność do przewidzenia konsekwencji swojego działania – to stany typowe dla wszystkich nastolatków. (Fot. iStock)
Niestabilność emocjonalna, drażliwość, niezdolność do przewidzenia konsekwencji swojego działania – to stany typowe dla wszystkich dorastających nastolatków. Jak możemy pomóc im radzić sobie z emocjami, zanim zamienią się w agresję – wyjaśnia prof. Iwona Grzegorzewska z Instytutu Psychologii Uniwersytetu Zielonogórskiego.

Przyjmuje się, że agresja to umyślne działanie na czyjąś szkodę. Jednak nastoletnia agresja ma wiele twarzy...
Bardzo wiele. Może być jawna albo ukryta. Może polegać na wyrządzaniu krzywdy istotom żywym lub niszczeniu przedmiotów. Może być reakcją na zachowania lub sytuację – to tak zwana agresja reaktywna, albo celowym zachowaniem, którego celem jest sprawienie komuś fizycznego bólu lub psychicznego cierpienia, zwanym agresją proaktywną. Może polegać na biciu, szczypaniu, popychaniu – i wtedy mówimy o agresji fizycznej – lub obrażaniu, grożeniu, szantażowaniu, czyli agresji werbalnej. Współcześnie szczególne szkody wywołuje cyberprzemoc, czyli wysyłanie obraźliwych maili, poniżające wpisy na portalach społecznościowych, umieszczanie w Internecie ośmieszających filmików czy zdjęć lub charakterystyczna dla nastolatków agresja relacyjna, która obejmuje przede wszystkim rozpuszczanie plotek, manipulowanie przyjaźniami, społeczne odrzucenie, sarkazm, krytykowanie, obgadywanie, zdradzanie powierzonych sekretów, wyśmiewanie, wyrzucanie z mediów społecznościowych, nadmierne współzawodnictwo, poniżanie, konkurowanie we wszystkim czy zazdrość. Wykluczenia w grupie rówieśniczej przyjmują w ostatnich latach wyjątkowo wyrafinowane formy.

Wykluczanie jest rodzajem agresji, ale czy nie jest czasem też obroną przed nią?
Rzeczywiście, konsekwencją nasilonych zachowań agresywnych jest powolne wykluczanie nastolatka z tak zwanej pozytywnej grupy społecznej oraz wikłanie go w przynależność do grupy rówieśniczej promującej przemoc. Co oznacza, że na przykład agresywnego ucznia nauczycielka nie chce zabrać na wycieczkę, koledzy nie zaproszą go na urodziny, nikt mu nie powierzy żadnej funkcji w klasie czy grupie, nikt z nim nie chce rozmawiać – jego życie staje się coraz bardziej frustrujące. Agresja z jednej strony wyklucza nastolatka, a z drugiej niejako pcha go w kierunku osób stosujących agresję na co dzień. Dlatego tak ważne jest, aby szybko reagować na wczesne jej sygnały.

Czyli z powodu agresji cierpi także sam agresor.
Oczywiście. Uczeń agresywny z powodu swojego zachowania jest nielubiany, omijany i izolowany. Izolacja wpływa na poczucie osamotnienia i wywołuje frustrację, a jedynym znanym nastolatkowi sposobem zareagowania w tej sytuacji jest kolejny akt agresji, na przykład oplucie koleżanki – i powstaje klasyczne błędne koło. Wspólną cechą agresywnych dzieci jest wywieranie przez nich bardzo silnego negatywnego wpływu na osoby będące z nimi w interakcji – rodziców, rówieśników, nauczycieli. Nie wolno nam jednak zapominać, że za agresją kryje się samotność i cierpienie psychiczne. Ona jest często wołaniem o pomoc, obroną przed kolejną zdradą zaufania. Bywa walką o akceptację, zaspokojenie potrzeb psychicznych czy zapewnienie bezpieczeństwa. Problem polega na tym, że ze względu na ograniczone kompetencje emocjonalno społeczne nastolatka taka strategia jest nieskuteczna.

Wielu rodziców broni swoich dzieci, tłumacząc, że to inni je prowokują, to oni im dokuczają...
Do mojego gabinetu zgłasza się wielu rodziców, którzy ulegają myśleniu typu „moje dziecko nie jest agresywne, to koledzy go sprowokowali albo nauczyciel był niesprawiedliwy”. To bardzo niebezpieczna postawa, bo usprawiedliwia agresję i zwalnia nastolatka od refleksji i zastanowienia się nad swoim zachowaniem. Celem wychowania jest właśnie uczyć dzieci, jak nie ulegać prowokacji, jak radzić sobie z krytyką i negatywnymi emocjami. Najważniejszym zadaniem szczególnie dla rodziców i nauczycieli jest uświadomienie dzieciom, jak bolesne skutki pociąga za sobą agresja, zwłaszcza relacyjna. Ważne, aby zdawały sobie one sprawę z konsekwencji swoich zachowań. Żeby potrafiły postawić się na miejscu ofiary, zrozumiały, jak ich zachowanie wpływa na samopoczucie drugiej strony. Umiejętność przyjęcia innej perspektywy jest bardzo ważną kompetencją młodego, a potem dorosłego człowieka. Dlatego poruszanie takich tematów, jak przyjaźń, miłość, zaufanie, pomaganie czy cierpienie – to klucz do profilaktyki agresji. Co więcej, dzieci powinny czuć się bezpiecznie w domu, w klasie i szkole. Powinny być wysłuchane, rozumiane i traktowane z szacunkiem. Ignorowanie drobnych przejawów agresji może doprowadzić do samotnego cierpienia ofiar i poczucia bezkarności sprawców.

Małe dzieci też przechodzą fazę agresji, ale nie aż tak wyraźną jak nastolatkowie.
W rozwoju człowieka są dwa krytyczne okresy związane z agresją. Pierwszy wypada między drugim a trzecim rokiem życia i jest zwany fazą buntu lub przekory. Dziecko zaczyna wtedy odczuwać przyjemność z bycia autonomiczną jednostką. Drugim okresem rozwojowo łączonym ze wzrostem zachowań agresywnych jest wczesna dojrzałość. Agresja przejawiana przez nastolatków jest związana zarówno z ich dojrzewaniem biologicznym, jak i psychicznym. Może to powodować czasowy spadek umiejętności kontroli zachowań oraz problemy z samoregulacją, które znacząco utrudniają codzienne funkcjonowanie. Dodatkowo młody człowiek szuka teraz odpowiedzi na pytania „Kim jestem?”, „Dokąd dążę?”. Prowadzi to do wątpliwości dotyczących własnej osoby, a brak pewności siebie i spadek samooceny nastolatek może kompensować sobie przyjęciem postawy agresywnej. Niedawno okazało się, że źródłem antyspołecznych zachowań i agresji u młodzieży może być też niedojrzałość części mózgu odpowiedzialnych za racjonalne zachowania, planowanie i podejmowanie decyzji. Czyli choć postępowanie młodzieży, jej nieposłuszeństwo i łamanie reguł może się wydawać przemyślane i świadome, to w rzeczywistości jest wynikiem niedojrzałości kory przedczołowej mózgu odpowiedzialnej za planowanie działań i wczuwanie się w położenie innej osoby, czyli empatię.

Ale czy to usprawiedliwia agresję? W żadnym razie, ale trzeba umieć zrozumieć jej genezę. Gdy patrzymy na agresję rozwojową nastolatków, rozumiemy, że to ciężki czas: niestabilności emocjonalnej, drażliwości. Nastolatek chce być kimś ważnym, zauważonym i często walczy o to agresją. Zwłaszcza jeśli jego historia życiowa pokazuje, że to skuteczna strategia. Mówiąc „historia”, mam na myśli jego temperament, więź z rodzicami, bliskość wzajemnej relacji, uważność dorosłych na jego stany emocjonalne i potrzeby psychiczne oraz dotychczasowe reakcje na jego agresję.

Jak konkretnie można reagować?
Czasami małe dziecko bije dorosłych – zwłaszcza dziadków – którzy nie reagują, a nawet się z tego życzliwie śmieją. To błąd i prosta droga do utrwalania agresji. Należy więc reagować bezpośrednio po takim zachowaniu. W okresach późniejszych najlepiej, jeśli konsekwencja jest naturalnie lub logicznie związana z przewinieniem. Musi być wówczas zapowiedziana wcześniej, czyli dziecko ma znać zasady i wiedzieć, co grozi za ich złamanie. Dobrze jest przewidywać zachowanie dziecka i przypominać mu o konsekwencjach, tak żeby miało wybór co do rodzaju swojego zachowania i tym samym pozytywnych lub negatywnych jego skutków.

Czyli na agresywne zachowania należy reagować zawsze?
Tak, od najmłodszych lat. Wyniki badań są jednoznaczne: im wcześniej dziecko wykazuje nasilone i uporczywe zachowania agresywne, tym większe prawdopodobieństwo poważnych problemów w przyszłości. Oczywiście, o ile nie dostanie właściwego wsparcia i pomocy. Trzeba więc zauważać i interweniować, wyciągać konsekwencje za łamanie zasad, jednak nie karać surowo. Nieprawidłowe karanie zachowań agresywnych nie tylko ich nie eliminuje, lecz wręcz utrwala agresję. Najlepiej, aby konsekwencje zachowań były naturalne – wynikające z wyrządzonej krzywdy, na przykład osobiste przeprosiny, zadośćuczynienie wyrządzonej krzywdzie, naprawa zniszczonej rzeczy lub zwrot pieniędzy z własnego kieszonkowego. Warto podkreślić, że skuteczniejsze jest wzmacnianie zachowań pożądanych niż surowe karanie zachowań niepożądanych. Lepiej, żeby nastolatek pozytywnym zachowaniem zapracował na możliwość korzystania z telefonu czy komputera, niż miał ten przywilej zabierany jako karę za zachowanie agresywne.

Dlaczego niektóre nastolatki są bardziej agresywne niż inne?
Agresywne zachowanie młodego dojrzewającego człowieka jest sumą jego doświadczeń życiowych i konstrukcji psychicznej, czyli podatności genetycznej (badania wskazują, że dziedziczność wyjaśnia nawet do 50 proc. przypadków), jego cech charakteru, specyficznego układu czynników rodzinnych, w tym nadmiernej, zbyt słabej lub niekonsekwentnej dyscypliny w domu, braku nadzoru nad zachowaniami dziecka, braku więzi i kontaktu, braku autorytetu u dziecka czy niewłaściwego modelowania zachowań oraz niekorzystnego kontekstu społeczno-kulturowego rozwoju nastolatka.

Zatem na czym polega podatność na bycie agresywnym? Bywa, że nastolatek, nawet jeśli wpadnie w złe środowisko, wykazuje się jednak empatią.
W psychologii coraz częściej koncentrujemy się nie tylko na zagadnieniach związanych z podatnością na różnego rodzaju zachowania patologiczne, w tym agresję, ale także – lub przede wszystkim – na budowaniu odporności psychicznej. Budują ją tak zwane czynniki chroniące, które można podzielić na cztery grupy. Pierwsza z nich to czynniki biologiczno-rozwojowe, na przykład dobra sprawność intelektualna, łagodny temperament, zrównoważony typ układu nerwowego. Druga to predyspozycje indywidualne nastolatka: umiejętność nawiązywania i utrzymania satysfakcjonujących relacji rówieśniczych, adekwatne poczucie własnej wartości, pozytywny obraz siebie. Następne są czynniki związane z funkcjonowaniem rodziny, czyli prawidłowe relacje przywiązaniowe z rodzicami, spokojna atmosfera domowa, nieagresywne metody rodziców radzenia sobie ze stresem. I wreszcie – przesłanki związane z funkcjonowaniem dziecka w środowisku szkolnym i rówieśniczym: dobra pozycja w grupie, pozytywny klimat klasy i szkoły, brak presji na osiągnięcia, kultura wolna od nietolerancji i przeciwstawiająca się przemocy. Odporność psychiczna jest związana także z silnym charakterem, czyli takimi cechami, jak elastyczność zachowania, umiejętność czekania na swoją kolej, odraczanie przyjemności, wytrwałość czy akceptowanie porażek.

Jak rodzice mogą radzić sobie z agresją dzieci?
Po pierwsze, dbać o dobre relacje z dzieckiem od urodzenia. Kochać, rozumieć, przytulać, akceptować, tulić i rozmawiać. Po drugie, od początku dbać o wyraźne granice i reguły postępowania. Konsekwentnie przestrzegać tych zasad, stanowczo reagować na nieposłuszeństwo dziecka: spokojnie i bez agresji, ale zdecydowanie. Po trzecie, budować u dziecka własny autorytet, oparty na szacunku, a nie na władzy. I po czwarte, przyjrzeć się swojemu zachowaniu, zwłaszcza w sytuacjach trudnych, w obliczu bezradności czy złości.

Czy to my nakręcamy dziś agresję naszych dzieci?
Sprawa jest bardziej złożona. Znaczenie ma wiele zachowań dorosłych: ich indywidualne radzenie sobie w stresie, przyzwolenie na przemoc i agresję w przestrzeni domowej i społecznej, nadmierne oczekiwania wobec nastolatków, presja na sukces i osiągnięcia, klimat rywalizacji i tak zwany wyścig szczurów, ale też powszechność agresji w kulturze i przekazie społecznym. Jednocześnie obserwuję dwa równoległe nurty postrzegania i reagowania na agresję: demonizowanie i bagatelizowanie. Gdy dzieci się pokłócą, natychmiast wszczynamy śledztwo i szukamy winnych. Nie dajemy dzieciom czasu na refleksję i wypracowanie konstruktywnych sposobów zachowania w sytuacjach trudnych czy konfliktowych. Albo bagatelizujemy to, jak sami zachowujemy się w obecności dzieci, oraz to, jak dzieci traktują nas, dorosłych, i siebie nawzajem. I to jest znak, że przyzwalamy na agresję. Reagujmy więc na agresywne zachowania, na przykład uderzenie babci czy oplucie kolegi, ale gdy dzieci się pokłócą, dajmy im przestrzeń, żeby wyjaśniły to między sobą, pogodziły się.

Można w jakiś sposób kanalizować agresję nastolatków? Kierować ich energię na coś innego?
Z jednej strony warto wzmacniać osobowość dziecka, a potem nastolatka, o czym już mówiłam. A z drugie strony – pozwolić w naturalny sposób rozładować napięcie po- przez sport, aktywność fizyczną, rozwijanie pasji i zainteresowań. Czynnikiem skutecznie zapobiegającym agresji jest uczenie zaangażowania w życie. Dotyczy to zwłaszcza dzieci, które mają słabszą pozycję w szkole i potrzebują koniecznie obszaru, żeby ujawnić swój potencjał. Spełnienie w nim zwykle zapobiega agresji.

Iwona Grzegorzewska, profesorka w Instytucie Psychologii Uniwersytetu Zielonogórskiego, kierowniczka Zakładu Psychologii Klinicznej i Psychopatologii Rozwojowej. Inicjatorka i współredaktorka pierwszego w Polsce podręcznika „Psychologia kliniczna dzieci i młodzieży”.