1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Chemicznie sterowani

Chemicznie sterowani

Czy w przyszłości będziemy sterować swoimi talentami, nastrojami, a nawet marzeniami? Neurofarmakologia da nam leki, które pomogą na pamięć, złe wspomnienia, cierpienie. Cud? Francis Fukuyama, filozof, ostrzega: bierzemy antydepresanty, zamiast pracować nad sobą, zmieniać swoje życie. Co więc robić, gdy na złe samopoczucie dostajemy tabletki? Brać czy nie – odpowiada psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Fukuyama w książce „Koniec człowieka” pisze, że lekarze już nas nie leczą, ale poprawiają nam nastrój. Może to przesada, ale kiedy policzyłam, ilu znajomych bierze lub brało leki antydepresyjne, antylękowe, nasenne, przeraziłam się. Czy im wszystkim były one niezbędne?

Są dwa rodzaje leczenia: objawowe i przyczynowe. Leczenie objawowe można porównać do sytuacji, gdy w samochodzie zapali się lampka alarmująca, że coś złego dzieje się z silnikiem, a my, zamiast jechać do warsztatu, wykręcamy ją. Niestety, coraz częściej postępujemy tak w obliczu cierpienia psychicznego czy duchowego. Łudzimy się, że likwidując chemicznie objawy, rozwiązujemy problem. Tymczasem znika tylko sygnał konieczności udania się do warsztatu, czyli na przykład na psychoterapię, by tam sięgnąć do przyczyn cierpienia. Ale skoro dzięki lekom: lepiej śpimy, nie odczuwamy smutku, nie mamy natrętnych myśli, nie irytujemy się – to po co mamy się trudzić? W ten sposób leczenie objawowe zmusza organizm do poszukania innego sposobu powiadomienia świadomości, że coś z nami i z naszym życiem nie tak. A więc wytworzy się nowy, dokuczliwszy objaw. Gdy i wtedy poprzestaniemy na leczeniu objawu, doprowadzimy się do zdrowotnej katastrofy.

Ale jest wiele historii ilustrujących, jak leki poprawiają życie. Jedną z nich przytacza Fukuyama. Mówi o kobiecie, która dzięki prozacowi wyszła z depresji, zmieniła pracę, znalazła partnera, zyskała przyjaciół i szacunek do siebie.

Uśmierzanie lekami objawów utraty równowagi psychicznej (nerwicowych bóli, lęków) może zapoczątkować wyzdrowienie. Jeśli np. cierpiąca z powodu braku miłości kobieta ma tak silne weekendowe migreny, że nie może wyjść z domu, to gdy uda się te migreny wyciszyć, będzie mogła iść na spacer i spotkać kogoś, kogo z wzajemnością pokocha. Usunięcie objawu otworzy drogę do usunięcia przyczyny jej cierpienia. Przypadek może tak sprawić – ale tylko wtedy, gdy migrena nie jest przejawem konfliktu wewnętrznego wynikającego z niemożliwej do zaakceptowania przez nią sytuacji życiowej. Katastrofa, o której mówię, polega na tym, że gdy leczenie objawowe staje się podstawową metodą terapii nerwic i nastroju, nie szukamy już przyczyn psychicznego, egzystencjalnego cierpienia. Tracimy potrzebę autorefleksji, motywację do przeprowadzenia w naszym życiu czy w przekonaniach zmian niezbędnych dla poczucia spełnienia, spokoju, szczęścia.

O takich skutkach ubocznych nikt nie mówi. Słyszymy tylko, że po dwóch tygodniach zażywania leku będzie świetnie.

Zdarzają się ludzie mający niesprawny mechanizm produkcji poprawiającej nastrój serotoniny. Dla nich pigułki, które to regulują, mogą być zbawienne. Jednak dla ogromnej większości objawy depresji są sygnałem, że w ich życiu, w relacjach z ludźmi, w sposobie odżywiania się, myślenia czegoś brakuje. Smutek, lęk, bezsenność i inne objawy psychosomatyczne to sygnały, że najwyższy czas coś zmienić.

Realnie boimy się zmiany. Moja przyjaciółka przerwała psychoterapię, mówiąc, że jeśli na niej zostanie, rozwiedzie się z drugim mężem. Woli więc, żeby i ona, i jej syn z pierwszego małżeństwa brali antydepresanty.    

Konflikty z otoczeniem, które stają się przyczyną cierpienia, depresji, nawet psychozy, są siłą napędową do tego, żeby zrobić coś istotnego dla siebie. Gdyby dentyści na bolące zęby dawali wyłącznie środki przeciwbólowe, to wszyscy stracilibyśmy zęby. Dlatego leczenie objawowe powinno być stosowane tylko po to i tak długo, by uczynić nas zdolnymi do zajęcia się usuwaniem przyczyn tego, co nam dolega. Jeśli o tym zapomnimy, to „pigułki szczęścia” pozbawią nas szans na rozwijanie cnót charakteru, bo one dochodzą do głosu, gdy musimy sprostać wyzwaniom i cierpieniom, poszukiwać dróg wyjścia.

Fukuyama pisze, że zagrożona jest szlachetność serca i zdolność do poświęcania się. Dzieje się tak, gdyż środki neurofarmakologiczne nie pozwalają rozwijać się dumnej i impulsywnej części naszej duszy. Sokrates nazwał ją thymos.

Dojrzewanie to przekraczanie egocentryzmu, otwieranie się na współodczuwanie i miłość. To stopniowe wyłączanie zainstalowanych w naszych umysłach systemów przekonań powodujących cierpienie nas samych i otoczenia, w którym żyjemy. Niechętnie zmieniamy te przekonania, bo wydaje się nam, że stanowią istotę naszej tożsamości. Biorąc leki, zamiast pracować nad sobą, nie dajemy sobie szansy na doświadczenie, że nasze szczęście zależy od stanu naszego umysłu. Tracimy zdolność kształtowania swojego życia. A to rodzi bezradność i lęk, co jeszcze bardziej uzależnia od farmaceutycznych wynalazków.

Jednak ktoś, kto stracił pracę, został porzucony albo pochował kogoś bliskiego, nie chce latami pracować nad sobą, ale szybko poczuć się lepiej.

To jest nowe, niepokojące zjawisko. Do gabinetów psychoterapeutów coraz częściej przychodzą ludzie, którzy tydzień, dwa po odejściu kogoś bliskiego mówią: „Coś jest ze mną nie tak, jestem ciągle smutny. Czy nie potrzebuję leków albo terapii?”. Odpowiadam: „Masz dwa lata na żałobę. Jak ci po dwóch latach nie przejdzie, możesz zacząć się niepokoić. To, co przeżywasz, jest naturalne i potrzebne. Dzięki temu możesz więcej zrozumieć, odnaleźć nowe cele i wartości. Z tego cierpienia nie należy się leczyć”. Niektórzy mówią: „masz rację”. Ale większość chce jak najszybciej zatrzymać ten bolesny proces.

Fukuyama pięknie tłumaczy, po co nam cierpienie: ono czyni nas ludźmi. Skoro cierpieliśmy, możemy zrozumieć kogoś, kto rozpacza, i co najważniejsze – chcieć mu pomóc.  

Ale dziś nikomu nie zależy na tym, abyśmy byli empatyczni czy prospołeczni. Empatia nie jest w modzie, bo wyklucza bezwzględną konkurencję i pogoń za zyskiem. Ktoś nieempatyczny nie odczuwa współczucia dla tych, których nabrał na nieuczciwą umowę lub uzależnił od szkodliwego leku czy diety. Bez empatii nie bierzemy już za siebie nawzajem żadnej odpowiedzialności.

Skąd taki pomysł, żeby nie cierpieć, gdy na przykład kogoś stracimy?

Ludzie mówią: „bo to mi przeszkadza w korporacyjnych zadaniach”. Na pewno przeszkadza. Dlatego kiedyś chodziliśmy w żałobie – żeby otoczenie wiedziało, że okresowo potrzebujemy wsparcia i ulgowego traktowania. Teraz nie wypada epatować smutkiem, by nie obniżyć motywacji do pracy i wyników sprzedaży. Oczekuje się od ludzi, że przeżyją żałobę w dwa tygodnie, a potem będą normalnie pracować. Jednak aby po utracie najbliższych było to możliwe, trzeba się chemicznie znieczulić albo podkręcić. Czyli wziąć leki.

No, a potem?

Uzależniamy się od nich, bo niedokończony proces żałoby przekształca się w chroniczną depresję. I musimy brać ciągle te leki, aby ona nie doszła do głosu. Leki uniemożliwiają naturalne zakończenie żałoby, skazują na niekończącą się kurację.

A zaczyna się ona bardzo wcześnie. Fukuyama pisze, iż lek, który podaje się dzieciom z ADHD, ritalin, to pochodna narkotyku, tzw. speedu. A choroba, którą ma leczyć, najprawdopodobniej nie istnieje. Czy to znaczy, że narkotyzujemy dzieci – dla wygody, aby były grzeczne i lepiej się uczyły?

Lekarze są pod wielkim naciskiem rywalizujących o zyski korporacji farmaceutycznych. Wprawdzie instytucje państwa starają się temu zapobiegać, lecz producenci leków mają swoje sposoby. Jednym z nich jest wmawianie opinii publicznej (ustami różnych sponsorowanych autorytetów), że grozi nam jakaś nowa choroba, na którą na szczęście wynaleziono skuteczny lek lub szczepionkę. Jednym z takich marketingowych wynalazków wydaje się ADHD, które najprawdopodobniej jest zaburzeniem zachowania spowodowanym nadmiarem kontaktów z elektronicznymi mediami, chaosem w życiu rodzinnym, zbyt dużą ilością mięsa i cukru w diecie. Już ktoś zadbał o to, aby na pierwszej stronie poczytnego dziennika ogłosić, że „prawdopodobnie znaleziono gen ADHD”. Nie mówi się jednak o tym, że geny – także te odpowiadające za zachowanie – są uaktywniane przez informacje płynące z otoczenia.

Więc jeśli nawet gen ADHD istnieje, to uaktywniony zostaje przez okoliczności, w jakich dziecko żyje, aby mogło się do nich lepiej przystosować. Ale nikt tego rodzicom nie powie, więc nie będą musieli chodzić na kłopotliwą terapię rodzinną, zastanawiać się nad swoimi metodami wychowawczymi. Dowiedzą się za to, że jest lek, który likwiduje objawy ADHD. Gdy dziesięć lat temu w Kanadzie zbadano biorące ritalin dzieci, to okazało się, że ponad 50 proc. nie ma objawów przypisywanych ADHD. Tak silnie działa reklama i marketing.

Tak jest też wygodniej rodzicom, szkole i państwu.

W latach 60. XX w. powstała tzw. radykalna psychiatria, której zwolennicy odrzucili leki nawet w leczeniu psychoz. Uważali, że pandemia nerwic i depresji jest reakcją na warunki, w jakich większość ludzi żyje. A chemiczne uśmierzanie tych objawów cywilizacyjnego kryzysu sprawi, że zabraknie nam woli do zmiany świata. Podobnie myśli Fukuyama: jeśli będziemy brać leki psychotropowe na masową skalę, to zahamujemy rozwój cywilizacji. Nic nas nie będzie uwierać – leki nas znieczulą. Być może zdołaliśmy 20 lat temu obalić komunę, bo nie byliśmy chemicznie znieczuleni. Ale wygląda na to, że wybuch społecznego niezadowolenia nam już nie zagrozi, bo jak świat nas zacznie uciskać, weźmiemy pigułkę, popijemy piwem i popatrzymy na serial. Rzeka antydepresantów, środków nasennych, przeciwbólowych i alkoholu płynie przez świat bez ograniczeń. Tymczasem rządy wykonują teatralne gesty, np. walcząc z dopalaczami. Czyżbyśmy już żyli w „Nowym wspaniałym świecie” Aldousa Huxleya?

Ale to psycholodzy wciąż mówią: masz być szczęśliwy! No to jak robi się smutno, łykam, żeby szczęściu sprostać.

Nie ma przymusu szczęścia, jest dążenie do szczęścia.Oczywiście pozostaje pytanie: jak? Na pewno nie zajedziemy daleko, wymontowując lampki ostrzegawcze z deski rozdzielczej naszego pojazdu. Nie marzymy przecież o szczęściu sterowanym chemią, lecz o wyborze takiego życia, które sprawi, że serotonina i inne substancje regulujące stan naszego umysłu zaczną się same we właściwych ilościach wydzielać. A to jest stan bliski szczęściu. Ale dla tych, którzy wierzą, że nasze samopoczucie i zdrowie zależą od leków i genów, a nie od tego, co się wydarzyło w naszym dzieciństwie, co się dzieje w domu, czemu służy nasza praca – psychoterapia i inne metody pracy nad sobą to zawracanie głowy. Tymczasem w realnym świecie, aby doświadczyć sensu i piękna, trzeba się ciągle z czymś zmagać, cierpieć, uczyć. Trzeba mieć odwagę, by podejmować ryzyko zmieniania siebie, by świat nie zatrzymał się w rozwoju i nie skończył się człowiek – jak prorokuje Fukuyama.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Mężczyzn mogą uratować kobiety. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Kobiety skarżą się, że nie ma mężczyzn, którzy nadają się na partnerów. Badania mówią: będzie jeszcze gorzej.
Kobiety skarżą się, że nie ma mężczyzn, którzy nadają się na partnerów. Badania mówią: będzie jeszcze gorzej. "Mężczyzn mogą uratować kobiety" - twierdzi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. (Fot. iStock)
Związki przyszłości? Ale z kim? Kobiety skarżą się, że nie ma mężczyzn, którzy nadają się na partnerów. Badania mówią: będzie jeszcze gorzej. Co zrobić, żeby na świecie nie zostały tylko same one? I dlaczego mężczyzn mogą uratować kobiety – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Warren Farrell, amerykański publicysta, twierdzi, że wizerunek medialny mężczyzny się zmienił. Z odpowiedzialnego i poważnego przywódcy, mądrego ojca i dobrego męża mężczyzna zamienił się w okrutnika, złego szefa, bezwzględnego mordercę, pedofila, gwałciciela. Mężczyzna – samo zło! No i jak z kimś takim planować ślub?
Do niedawna patriarchat – tak jak każdy totalitarny system – mógł bez trudu ukrywać swoje słabości i zbrodnie, manipulując językiem, wartościami i umysłami. Ale teraz, gdy okazało się, że jego rządy doprowadziły do kryzysu cywilizacji, mężczyznom musi się oberwać. To też wyrównywanie rachunku krzywd. Potęguje się proces wyzwalania emocji, potrzeb i możliwości kobiet, które przez wieki nie mogły dojść do głosu. To nowa, bezkrwawa rewolucja. Ale jak każda rewolucja i ta nieuchronnie popada w nieznośną przesadę, arogancję i egzaltację.

Ale to nie tylko feministki są autorkami czarnego PR. Scenariusze powieści o złych mężczyznach piszą też mężczyźni.
Może kieruje nimi – nie do końca uświadamiana – potrzeba męskiej pokuty. Samooczyszczenia, którego chcą dokonać, uświadamiając zbiorowe i indywidualne winy, wydobywając z szafy męskiej zbiorowej podświadomości kościotrupa szowinizmu i arogancji. A poza tym taki temat jak upadek idola zawsze dobrze się sprzedawał. Więc teraz dobrze się sprzedaje upadek mężczyzny. Ludzie chcą to oglądać, bo antymęska nagonka opiera się na podobnym mechanizmie jak popularność tabloidów, które tworzą iluzję, że są głosem sumienia porządnych ludzi. Ten spektakl jest wspierany i podkręcany także przez mężczyzn, którzy uważają się za skrzywdzonych przez ojców, nauczycieli, szefów, premierów – a więc mających swoje powody, by także czuć się ofiarami patriarchatu. Oni patrzą na ten upadek i myślą: „no, nareszcie im się dostaje!”.

Znaczenie może mieć też to, że coraz więcej mężczyzn to synowie samotnych matek.
Ciągle jeszcze bardziej „samotne” niż „samodzielne” matki zazwyczaj, niestety, wychowują synów w duchu potępienia, lekceważenia, a nawet pogardy dla ich ojców. Nie zdają sobie sprawy, że dewaluowanie ojca niszczy poczucie wartości syna jako mężczyzny. W rezultacie ci chłopcy, szukając wzorca na bycie sobą, który zaakceptowałaby ich matka, nadmiernie czerpią z jej sposobu przeżywania i nazywania świata, z jej ocen, przekonań i emocji. Nie wyrastają więc na dzielnych mężczyzn, lecz na rozgoryczone, depresyjne i rozemocjonowane kobiety, tyle że przyobleczone w męskie ciała. Samotne matki wychowują też córki, którym również przekazują jednostronny, negatywny obraz mężczyzn: słabych, niedojrzałych, nielojalnych i leniwych. Tragikomiczny paradoks tej sytuacji polega na tym, że mężczyźni o takich psychologicznych parametrach to z reguły ci wychowani przez samotne matki. I tak powstaje błędne koło, które produkuje coraz więcej słabych, niedojrzałych mężczyzn i coraz więcej samodzielnych, rozgoryczonych, nieufnych i wyrachowanych kobiet.

Szczęśliwej pary taki mężczyzna i taka kobieta nie stworzą?
A jakim cudem kobieta obciążona negatywnym stereotypem mężczyzny i psychicznie wykastrowany przez swoją matkę, odcięty od ojca mężczyzna mogliby stworzyć szczęśliwy związek? Oboje nauczyli się przecież, że zaangażowanie emocjonalne w relacje z osobnikiem płci przeciwnej kończy się cierpieniem i upokorzeniem. Facet w takim związku jest z góry skazany na potwierdzanie negatywnego stereotypu mężczyzny zainstalowanego w umyśle partnerki, a kobieta – na przeżycie gorzkiej satysfakcji wynikającej z potwierdzenia jej najgorszych przewidywań.

Gdzie mamy szukać ratunku?
Aby dać szansę trwałym, partnerskim związkom, obie strony muszą zakwestionować jednostronny, negatywny stereotyp ojca. Odtworzyć w swoich sercach jego pozytywny aspekt i jednocześnie – co bardzo ważne – przestać idealizować matkę. Wtedy dopiero kobieta i mężczyzna będą mogli odpowiedzieć sobie na pytanie, czego naprawdę – a nie w imię rodzinnej tradycji czy politycznej poprawności – od siebie nawzajem oczekują? Czarno jednak widzę przywrócenie szacunku dla postaci ojca i odidealizowanie matki w czasach feministycznej rewolucji. Tym bardziej że zawalczyć o nie, i to na przestrzeni dwóch pokoleń, musiałyby kobiety. No ale: pierwszy krok to znalezienie przez kobiety prawdziwej odpowiedzi na pytanie, czego potrzebują od mężczyzn. Gdy ją poznają, wtedy będą wiedziały, jak wychowywać synów i córki. Bo chyba nie chodzi o to, by wyrugować ze świata takie tradycyjne atrybuty męskości jak: odwaga, odpowiedzialność, lojalność, niezależność, umiejętność walki i zdolność do solidarnej gry w zespole?

No nie. Te cnoty znikają, bo coś nie wyszło. Mężczyźni mieli być męscy, ale też wrażliwi. A są niemęscy i narcystyczni.
Uogólniona krytyka i dewaluacja mężczyzn przez matki demoluje wewnętrznie synów. Nie pozwalają młodym mężczyznom identyfikować się z własną płcią. I co wtedy mają robić? Priorytetem ich życiowej strategii staje się unikanie niezależnych, wymagających, często gardzących mężczyznami kobiet – czyli kobiet podobnych do ich matek. Ale testosteron działa, więc ich wyparta, niedojrzała seksualność realizuje się w kontakcie z internetową pornografią, w autoerotyzmie, w skłonnościach do pedofilii, a także w eksperymentach homoseksualnych. Dzieje się tak, bo kobiety nie dają im nadziei na bycie kochanymi. Z tego samego powodu mężczyźni coraz częściej nie chcą dorastać i mieszkają z mamą aż do jej śmierci, czyli do 40., a nawet 50. roku swego życia. Albo wybierają strategię casanowy, który swoją potrzebę miłości i uznania próbuje na próżno zaspokoić wykradanym, wyłudzanym seksem. Jeśli więc nadal krytyka patriarchatu będzie się przeradzać w krytykę męskości, wylejemy dziecko z kąpielą.

Chyba już wylaliśmy: w książce „Żelazny Jan” Roberta Bly znalazłam przejmującą scenę. Terapeuta każe mężczyznom skupionym w kręgu podnieść symbolicznie miecze w górę. A oni nie mogą, bo dla nich demonstracja siły i męskości jest równoznaczna z agresją. Tymczasem mężczyźni nie chcą nikogo skrzywdzić.
Podniesienie miecza w górę to także symbol męskiej erekcji, męskiej wydolności i siły – nie tylko seksualnej. To także symbol zdolności do walki, obrony siebie i wszystkiego, co mężczyźnie drogie. Siła ta drzemie w każdym i decyduje o jego dorosłym poczuciu męskości. Staje się groźna tylko wtedy, gdy mężczyzna nie nauczył się nią mądrze zarządzać. Pozostając pod opieką nastawionej niechętnie do mężczyzn mamy, ma na taką naukę marne szanse. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu młodzi mężczyźni mieli okazję nauczyć się tego przez sport, a także dzięki wojsku. Dziś sporty walki albo wojsko to dla większości wykształconych mężczyzn skrajny obciach. Ale testosteron i agresja nie wyparują z męskich ciał tylko dlatego, że nie są trendy. I nic tu nie pomoże wegetarianizm ani unikanie lekcji WF-u, kolczyki w uszach, malowanie paznokci. Męska agresja zamiatana pod dywan może zamienić się w bombę zegarową groźną dla świata.

Ale mężczyźni sami nie chcą być sobą. To widać choćby w modzie. Jeszcze wiek temu emancypantki przebierały się w męskie stroje, dziś odwrotnie – mężczyźni noszą kolorowe rzeczy, używają kosmetyków.
Wyraźnie się feminizują. Mają też coraz więcej problemów z ciałem. Chorują na anoreksję, bulimię, stawy, kręgosłup, przedwczesny wytrysk, impotencję. Zaczynają golić nogi, depilować torsy, farbują włosy. Wygląda na to, że robią coraz więcej, by upodobnić się do kobiet, a dzięki temu zejść z linii ognia. Jeśli tak dalej pójdzie, to przypuszczam, że kobiety na zawsze pozostaną w dzielnie wywalczonych spodniach, a mężczyźni niebawem zaczną chodzić w spódnicach. Nie znam statystyk dotyczących transseksualizmu, ale w kontekście naszej rozmowy zaryzykowałbym hipotezę, że więcej mężczyzn chce zostać kobietami niż kobiet mężczyznami, bo dziś bycie mężczyzną nie jest ani trendy ani sexy.

A 20-latki skarżą się, że nie ma mężczyzn. W książce „Męskie pół świata” piszesz, że wkrótce będziemy miały do wyboru albo Piotrusia Pana albo skamielinę przeszłości, czyli tyrana.
No tak. Piotruś Pan to mężczyzna, który nie chce dorosnąć, bo niby kim miałby wtedy zostać: przeklętym samcem alfa i szowinistycznym wieprzem, a może uległym podnóżkiem swojej kobiety albo... Właśnie, wyboru prawie nie ma. Dlatego mężczyźni muszą się sami za siebie wziąć i stworzyć nowy wzorzec męskości, który nie będzie się opierał na demonstrowaniu przewagi nad kobietami. Z drugiej jednak strony kobiety muszą stworzyć taki wzorzec kobiecości, który nie będzie się opierał na pogardzie dla mężczyzn. W przeciwnym razie ofiary przeistoczą się w prześladowców. Marzenia o tym, żeby w pełni zanegować męskość i wejść w nowy matriarchat, to strata czasu. Doniesienia z czasów matriarchatu mówią, że rolę prześladowców odgrywały wówczas kobiety. Mężczyźni byli w pogardzie i by sprostać oczekiwaniom władczyń, zademonstrować negatywny stosunek do własnego podgatunku i chęć znalezienia się w kaście sprawującej władzę, dokonywali masowych, rytualnych kastracji. W warstwie symboliczno-psychicznej podobne zjawisko pojawia się obecnie wśród chłopców i młodych mężczyzn.

Za kryzys męskości ma też odpowiadać antykoncepcja. Powoduje ona, że kobiety wybierają niemęskich mężczyzn, to znaczy bez zewnętrznych oznak wysokiego testosteronu. Dlaczego? Pigułka blokuje jajeczkowanie na podobnej zasadzie jak ciąża. A więc kobiety po jej zażyciu czują się tak, jakby spodziewały się dziecka. Spada im libidio (tracą ochotę na seks) i szukają miłych opiekunów, a nie supersamców.
To całkiem prawdopodobne, że kobiety stosujące hormonalną antykoncepcję mogą mieć chemicznie podkręcony instynkt opiekuńczy. Więc przytulają różnych chłopaczków, a potem się dziwią, że ci przy pierwszej scysji czy problemie lecą do mamusi albo przeprowadzają się do następnej opiekunki. Co więc mają począć ci faceci? Nie mieszczą się w mainstreamie, więc na społecznych peryferiach tworzą patriarchalne enklawy: harleyowcy, kibice, a szczególnie nacjonaliści, którzy na sztandarach głoszą szczególną wartość swojej krwi i spermy.

Może popularność cyklu „Millennium” wynika z tego, że tam możemy odnaleźć to, czego tak szukamy – pozytywny wzór mężczyzny. Bohaterem jest nowoczesny wojownik, feminista, który walczy o prawdę i staje w obronie kobiet – a jego polem bitwy są media.
Trzeba tworzyć nowe wzorce – to pewne. Próbują tego mężczyźni skupieni w męskich kręgach rozwojowych, sięgając do pierwotnych indiańskich i szamańskich tradycji. To interesujący kierunek, bo oni poszukują w kulturach opartych na wzajemnym szacunku płci. Do roli wzorców męskości urastają także popularne postaci z kręgu literatury fantasy, takie jak Wiedźmin czy Harry Potter. Są to mężczyźni, którzy rozwinęli w sobie nadprzyrodzone moce, a także dzielność i odwagę. Dla nich kobiety nie są osią życia. Ci i inni męscy bohaterowie zamieszkujący wyobraźnię współczesnych mężczyzn wyrażają ich ogromną tęsknotę za szlachetną mocą, intencją i misją, za autonomią, wolnością i godnością. Jednym słowem – za współczesną wersją wspólnoty Rycerzy Okrągłego Stołu. To ważne i budzące nadzieję.

  1. Psychologia

Mężczyźni i emocje – wyprawa do czyśćca

Psychoterapeuta Jerzy Mellibruda pisał, że agresja jest podstawową formą ekspresji uczuć mężczyzny. (Ilustracja iStock)
Psychoterapeuta Jerzy Mellibruda pisał, że agresja jest podstawową formą ekspresji uczuć mężczyzny. (Ilustracja iStock)
Nawet kilkuletni chłopcy, gdy stłuką kolano, nie są przytulani! Nikt im nie współczuje, a więc gdy dorosną, nie są zdolni do empatii. Mogą się jej nauczyć, ale muszą odpłakać dziecięce zranienia. Inaczej będą odcinać się od wszystkich uczuć poza złością i depresją – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Mężczyźni i emocje? Od razu myślimy: chłopaki nie płaczą! Bardziej poruszające jest dla mnie co innego: chłopaki nie współczują! Powiedzmy wprost: kiedy kobieta płacze, to mężczyzna często się wścieka. Bo świat męskich emocji nadal jest ubogi i często sprowadza się do złości lub doła. Czy tak musi być?
Zacznijmy od tego, dlaczego mężczyźni mają kłopot z doświadczaniem i wyrażaniem współczucia, a najczęściej wyrażaną przez nich emocją jest złość. Ta ich choroba duszy zwykle ma swój początek we wczesnym i bolesnym doświadczeniu przemocy lub całkowitego ignorowania przez psychopatycznego, często pijącego ojca. Matka jest na ogół bezradną, upokorzoną i współuzależnioną niewolnicą męża, która nie dość, że nigdy nie staje w obronie syna, to jeszcze „kabluje” na niego albo oczekuje obrony i wsparcia. W rezultacie ani dla ojca, ani dla matki syn nie jest dzieckiem i nie dostaje tego, czego wszystkie dzieci potrzebują, czyli: miłości, czułości, uznania i troski. Czuje się więc kimś, kto jest tylko obiektem rozładowywania rodzicielskich frustracji i okrucieństwa.

Przejmująco smutne i samotne dzieciństwo.
Z takiego domu chłopiec wychodzi z ogromną raną w sercu. I z przekonaniem, że jest kimś, kto nie zasługuje ani na współczucie, ani na szacunek, ani na żadne inne ludzkie odruchy. Niestety, właśnie w takich warunkach formowana jest w psychice chłopca psychopatyczna obrona (charakter), która jest dramatyczną próbą poradzenia sobie z bólem, którego doświadczył. Sposobem na ukrycie piekącego wstydu upodlonej, pozbawionej godności ofiary będzie więc stanie się samemu dręczycielem i złoczyńcą. Patrząc głębiej – chłopiec wyrośnie na mężczyznę, który będzie wypierał ze swojej świadomości tę upokorzoną i zawstydzoną część i umieszczał ją w innych, słabszych od siebie istotach. A potem będzie niszczył je – na próżno dążąc w ten sposób do unicestwienia własnego wstydu i bólu. Podsumowując, pod brakiem współczucia i agresją mężczyzny prawie zawsze skrywa się głęboka rozpacz.

Współczuję rany w sercu. Ale przeraża mnie sposób gojenia! Żona i dzieci stają się ofiarami, bo on zamienia się w ojca?
Zapewne tak, bo jego ojciec miał w sercu podobną ranę. Trzeba też zrozumieć, jak został sformatowany przez matkę stosunek syna do kobiet. A więc chłopiec, a potem mężczyzna odczuwa do matki żal za to, że go nie broniła. Czuje też do niej pogardę, bo stała się niewolnicą ojca. Te trudne uczucia jednak głęboko ukrywa nawet przed samym sobą, a w zamian ślepo idealizuje matkę. Robi tak nie dlatego, że chce ją oszczędzić. Aby psychicznie przetrwać terror, dziecko musi uznać choćby jednego z rodziców za kogoś, z kim ma pozytywną więź. Ta mieszanka trudnych emocji ukształtuje raz na zawsze w jego umyśle obraz kobiet i sposób budowania z nimi relacji. Im bardziej w głębi serca będzie spragniony kobiecego zachwytu, czułości, troski i lojalności, tym bardziej będzie kobiety uznawał za słabe, niedojrzałe i żałosne istoty: „lalki, cipy, świnki, dziwki”. Będą w nim budzić litość, pogardę i podświadomą chęć zemsty. Im bardziej będą dla niego zachwycające, godne szacunku i upragnione – tym bardziej będzie je dewaluował. Zaakceptuje tylko kobietę dzidzię. Zaopiekuje się nią, będzie rozpieszczać, ale też zdradzać, wykorzystywać, a nierzadko nawet bić.

To teraz rozumiem, czemu tak nieskuteczne są apele kobiet o to, by ich partnerzy mówili o swoich uczuciach. Choć w takiej sytuacji to może nawet dobrze, że nie mówią?
Jeśli kobieta zaproponuje swojemu psychopatycznemu partnerowi, żeby zajrzał w głąb siebie i zaczął okazywać prawdziwe uczucia i potrzeby, to usłyszy: „Mam tylko dwie potrzeby i dwa uczucia. Nienawidzę wszystkich frajerów i chętnie wpierdoliłbym każdemu, a poza tym przeleciałbym każdą fajną dupę, jaką spotykam na mieście”. Tacy mężczyźni bronią się przed jakąkolwiek refleksją na swój temat. Po pierwsze, nie biorą pod uwagę, że zostali specyficznie zdeformowani przez okoliczności swego dorastania. A po drugie, trafnie przeczuwają, że pod pancerzem, który ich chroni, kryje się skrajnie zrozpaczone, skrzywdzone dziecko. Wolą zginąć niż się z nim spotkać i odczuć jego ból.

Psychoterapeuta Jerzy Mellibruda pisał, że agresja jest podstawową formą ekspresji uczuć mężczyzny. Czy dlatego, że mężczyzna woli zaatakować niż ukoić ból serca?
Patriarchalna kultura mu na to zezwalała. Dlatego takich mężczyzn trudno zainteresować pytaniem: Czy jest się czym chwalić i czy to aby na pewno twoje prawdziwe uczucie? Warto pamiętać, że są trzy poziomy uczuć i emocji. Pierwszy poziom to emocje wyuczone i nawykowe, często neurotyczne, na przykład reagowanie agresją lub lękiem na każdy kontakt z ludźmi. Drugi poziom to uczucia głębokie, często wyparte i przykryte przez te pierwsze, na przykład rozpacz, tkliwość, pragnienie miłości, słabość. Trzeci poziom to uczucia związane z istotą naszego człowieczeństwa, takie jak: empatia, szacunek, czułość, miłość, szczodrość, radość.

Ktoś, kto ciągle chce tylko komuś przyłożyć, z pewnością nie ma kontaktu ze swoimi prawdziwymi i głębokimi uczuciami.
Właśnie. Jeśli więc taki mężczyzna zdecyduje się na psychoterapię, to dopiero wtedy będzie mógł dotrzeć do swoich prawdziwych, wypartych uczuć i potrzeb. Będzie mógł opłakać to, czego jako dziecko nie dostał. A dzięki temu zrozumie i wyłączy niepotrzebny mu już psychopatyczny mechanizm obronny, który pomógł mu mniej cierpieć, gdy był dzieckiem, a którym teraz krzywdzi innych i siebie.

(Ilustracja Paweł Jońca) (Ilustracja Paweł Jońca)

Widziałam poruszający filmik „Emocje i mężczyzna”, którego bohater, youtuber Grzegorz Szpilka, opowiada, jak z zimnego macho stał się mężczyzną, który potrafi współczuć. Ale ceną było wiele dni płaczu, otwierania się na kolejne zranienia z dzieciństwa.
Właśnie tak ten proces przebiega. Wiem to nie tylko jako psychoterapeuta, lecz także jako mężczyzna, który podczas własnej terapii sam otworzył się w końcu na ból wczesnych zranień. Łez jest wiele, bo pamiętajmy, że w męskich chorych duszach mieszka głęboko schowany chłopiec, który utracił całe swoje dzieciństwo. Przedwcześnie musiał stać się dzielnym wojownikiem, nieczułym na ból własny i innych.

Zraniony ranił innych.
Dlatego proces psychoterapeutycznego leczenia rany w duszy mężczyzny porównuje się często do czyśćca. Dopiero gdy opłacze swoje zranienia, zyska zdolność do współczucia. Bo żeby współczuć, musimy odnaleźć w sobie te emocje, których doświadcza drugi człowiek. A wtedy, widząc płaczącą partnerkę, nie tylko nazwie to, co widzi, smutkiem czy rozpaczą, ale też poczuje to w sobie, a nawet wesprze ją w ekspresji emocji. W rezultacie tej podróży w głąb swojego zranienia doświadczy uczuć i potrzeb z trzeciego poziomu, czyli tych fundamentalnych i jednoczących, definiujących jego prawdziwą tożsamość, jak radość, miłość czy właśnie empatia.

To optymistyczna wiadomość, ale zdaje się, że psychopaci rzadko idą na psychoterapię.
To prawda, bo obrona psychopatyczna polega na przekonaniu, że tylko ja jestem okay, a wszyscy inni, to „leszcze, cwele i frajerzy”. To szalone i skrajnie niebezpieczne przekonanie pozwala przykryć wstyd i upokorzenie dzieciństwa tak skutecznie, że człowiekowi z psychopatycznym charakterem bardzo trudno z niego zrezygnować.

Łatwo zacząć współczuć takiemu psychopacie. Zwłaszcza że, jak pisze Jerzy Mellibruda, kiedy kobieta widzi złoszczącego się faceta, myśli, że miał zły dzień czy dzieciństwo. Bo dla kobiety złość to przejawy emocji. Ale dla mężczyzn to często tylko narzędzie sprawowania władzy, narzucenia swojej woli. Czyli my, głupie, przez tysiące lat współczujemy tyranom?
To prawda, że mężczyźni używają agresji jako narzędzia sprawowania władzy i kontroli nad kobietami i słabszymi mężczyznami. Dlatego mimo tej wiedzy, że agresja odcina tyrana od jego głęboko skrywanego cierpienia, lepiej powściągnąć ostentacyjne współczucie i odważnie przeciwstawiać się tyranii. Tym bardziej że w zlodowaciałym sercu tyrana uległość budzi pogardę i nienawiść. Tragiczne jest też to, że partnerki tyranów, ulegając im, zapominają nie tylko o sobie, lecz także o ochronie dzieci. Tak więc mechanizm produkowania następnych pokoleń chorych dusz może trwać.

A więc kobieta powinna oczekiwać od mężczyzny, żeby on sam znalazł sposób na to, żeby sobie poradzić ze swoją agresją?
To prawda. Dodam jeszcze, że męskiej agresji nie należy zamiatać pod dywan, lecz warto ćwiczyć chłopców i mężczyzn w dedykowaniu jej działaniom pozytywnym, konstruktywnym i kreatywnym. Pamiętam, jak wiele wysiłku musiałem włożyć w to, by opanować moją młodzieńczą agresję. Zarówno tę wrodzoną, jak i tę zassaną z powojennej atmosfery: z domów dziecka, z obcowania z poranionymi wojną agresywnymi kolegami, nauczycielami wyżywającymi się fizycznie na uczniach i z innymi dorosłymi – w tym z matką. Sprawdziłem na sobie słuszność starej zasady, że aby opanować agresję, trzeba uprawiać dużo sportu i ćwiczyć sztuki walki. Jako młody chłopak często musiałem stawać do walki. Ale od czasu, gdy już jako dorosły w ramach treningu walki kilkakrotnie doświadczyłem całkowicie bezwstydnej i nieustraszonej eksplozji agresji wraz z tym, że nie musi się ona wiązać z nienawiścią, lecz z uznaniem i szacunkiem dla przeciwnika – poczułem, że to ja dysponuję moją agresją, a nie ona mną.

Dziś uważamy, że agresję można wyciszyć wychowaniem. Nie dawać chłopcom zabawek militarnych i nie pozwalać się bić, a będą łagodni.
Chłopiec, który ma kochających rodziców, nie ma tak wielkiego problemu z agresją, jak syn psychopatycznego ojca i wycofanej matki. Ale jednak jego organizm też wytwarza testosteron. Odczuwa więc potrzebę obrony, rywalizacji i walki. Zatem to wielka szkoda, że dziś nie uczy się chłopców, jak radzić sobie z własną agresją, a w zamian piętnuje się ją. W ten sposób doprowadza się do wyparcia jej ze świadomości. A przecież to, co wyparte, nie poddaje się kontroli, z ukrycia działa na różne pokrętne sposoby. Stąd zapewne aż tak wielu młodych mężczyzn, a także tych przekraczających cezurę połowy życia, albo nie potrafi panować nad swoją agresją, albo próbuje sobie z nią radzić za pomocą różnych uzależniających substancji chemicznych.

A więc mamy do czynienia z agresją mężczyzn, która ma wiele źródeł i postaci. A co z innymi emocjami?
Na szczęście nie wszyscy mężczyźni idą przez życie zakuci w szczelny psychopatyczny pancerz, choć większość mężczyzn ma mniej lub bardziej rozległy psychopatyczny rys. Ci zdolni są do przeżywania wielu innych uczuć. Ale trzeba się liczyć z tym, że jednak większość mężczyzn w sytuacjach dla nich trudnych zareaguje nawykową agresją lub zamrożeniem, wycofaniem. Kto wie, czy to mimo wszystko nie lepsze niż usiąść i płakać? Jeśli jednak mężczyzna zdecydował się na tę odważną podróż w głąb siebie i odpłakał dziecięce zranienia, to stał się naprawdę silny. Nadal potrafi być wytrzymałym i odważnym obrońcą czy brać na siebie duże ciężary. Nie upokarza już jednak tych, którzy są słabi, aby poradzić sobie z własną rozpaczą.

  1. Psychologia

Od czego zależy szczęście w związku? - wyjaśnia Wojciech Eichelberger

W miłości i w życiu często kierujemy się egoizmem i swoimi potrzebami, a to nie jest dobry fundament związku. (Fot. Getty Images)
W miłości i w życiu często kierujemy się egoizmem i swoimi potrzebami, a to nie jest dobry fundament związku. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jak stworzyć udany związek? Poradników jest bez liku, rozstań jeszcze więcej. Bo tak jak nie można zaplanować, w kim się zakochamy, nie można wpływać na to, jaki jest nasz związek. Zakochujemy się z tajemniczych powodów (o narodzinach miłości decyduje nieświadomość), a gdy zaczynamy być razem, rodzi się trzecia, niezależna i nieznana nam istota, Związek. Jeśli chcemy być razem musimy go poznać i zrozumieć. Warto, bo tak, paląc w ogniu miłości egotyczne mrzonki, dotrzemy do duchowej jedności – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Zanim przeczytałam „Mity o miłości”, niemieckiego psychoterapeuty par Michaela Maryego, chciałam spytać, jak z dwóch „ja” zrobić „my”? Z tej książki wynika, że to głupie pytanie. Autor przekonuje, że związek rodzi się, gdy zaczynamy być razem jako trzecia, niezależna od naszych chęci istota. Świadomie możemy tylko poznać go, zrozumieć i jeśli chcemy być razem – przyjąć jego reguły.
Związek jako byt sam w sobie, który może być jedynie odkrywany i poznawany, a nie kreowany, to koncepcja trudna do przyjęcia dla współczesnych ludzi. Pielęgnujemy przecież  poczucie wpływu, sprawczości i osiągania celów. Ale to prawda: związek jest żywym procesem – spontanicznym, podlegającym wielu wpływom. Ogromną częścią naszego życia kieruje przecież to, co w naszym umyśle nieuświadomione. Zygmunt Freud twierdził, że nie uświadamiamy sobie ponad 90 procent naszych przekonań, motywów, uczuć i doświadczeń. Niewiele więc o sobie wiemy. Niewiele wiemy też o tym, dlaczego zakochujemy się w tej właśnie, a nie w innej osobie. Nie możemy nawet wyobrazić sobie, co dało początek złożonej kombinacji zdarzeń, które doprowadziły do zakochania tych dwojga. Nasz indywidualny los jest w ogromnej mierze wyznaczany grą sił i wydarzeń dziejących się w odwiecznej, transgeneracyjnej przestrzeni. Niezliczona ilość przeszłych kul wprawiła w ruch tę, którą przeżywamy jako nasze życie. Napędzani jesteśmy energią systemu i w dodatku nie jest pewne, że energia pozostałych kul wyczerpała się w akcie wprawienia w ruch naszego życia. Może system nadal jest w ruchu i wpływa na nas w sposób niewidoczny? Z przeczucia tej możliwości bierze się wiara w oddziaływanie przodków lub tzw. przeszłych wcieleń. Jeśli dodać do tego historię obecnego życia, to niewiele miejsca pozostaje na wolną wolę i świadome wybory także dotyczące partnera.

A więc powód każdego zakochania jest tajemnicą? Czy to tylko poezja, bo tak na prawdę kieruje nami biologia?
Biologii chodzi tylko o to, aby podtrzymać życie, a zakochują się w sobie także ludzie niezdolni lub nieskłonni do prokreacji. Miłosne spotkanie ma ponadbiologiczny, nieodgadniony cel i powód. Szczególna jakość dochodzi do głosu, gdy spotykają się „sobie przeznaczeni”. Wydaje się jednak, że w dzisiejszym świecie takie niebudzące wątpliwości zakochania zdarzają się rzadziej. Buddyści nazywają je miłością karmiczną, czyli spotkaniem zgodnym z dynamiką systemów, z których wywodzą się zainteresowani. Może ta pewność: „to ten”, „to ta” jest coraz rzadsza, bo grzeszymy pychą i nie chcemy zaufać i poddać się wyborom losu, Nieba, Amora, karmy? Zapominamy, że jesteśmy nieświadomi i się łudzimy, że samodzielnie wybierzemy lepiej. Tymczasem kierujemy się narcystycznym wizerunkiem siebie, a nie prawdziwymi potrzebami, co też wpływa na jakość i trwałość związków.

Ale bywa jednak i tak jak ze mną, a ja byłam pewna: „to ten!”, kiedy pierwszy raz zobaczyłam mojego przyszłego mąż. Bo nim go poznałam – przyśnił mi się w nocy.
To niezwykłe. Być może ludzie, w których się zakochujemy, to ci, którzy nam się wcześniej śnili? Przecież większości snów nie pamiętamy. Może to po nich powstaje wrażenie, że ich znamy? Może tak rozpoznajemy osoby, którym jesteśmy winni miłość, bo zostały przez nas skrzywdzone w poprzednich wcieleniach? Oświeceni buddyści twierdzą, że każda osoba, którą spotykamy, w przestrzeni odwiecznych interakcji mogła być naszym dzieckiem, rodzicem, partnerem. Jeśli to prawda, jesteśmy powiązani z przeznaczonymi nam, zanim się poznamy. A to, co się wydarza między nami, jest jakimś dopełniającym elementem procesu rozwoju naszej świadomości. Jego celem jest doprowadzić nas do odkrycia, jakim kosmicznym nieporozumieniem jest utożsamianie się z „ja”, otworzyć na mistyczny wymiar miłości. W buddyzmie nazywa się to pojednaniem, współodczuwaniem z całym światem. W chrześcijaństwie: komunią lub pojednaniem z Bogiem.

Taka wielka transgresja zaczyna się od zakochania?
Zakochanie jest powszechnym i dostępnym doświadczeniem pomocnym w dokonaniu transgresji, w dodatku przyjemnym. Pomaga dźwignąć naszą świadomość z poziomu „ja” do poziomu „my dwoje”, a potem jeszcze wyżej – „my wszyscy”. Zakochani czujemy, że „ja” to „ty”, widzimy tylko to, co dla nas wspólne. Fantazjujemy, że dostarczymy sobie intelektualnego pokarmu i inspiracji, że będziemy kochać wszystko to, co kocha ta druga osoba. Mit identyczności to niebezpieczna iluzja. Jeśli nie pozwolimy drugiej osobie na bycie inną niż my, czeka nas ogrom napięć, frustracji i goryczy, który doprowadzi do rozstania. Urealnienie partnera i związku, czyli ujrzenie i docenienie tego, co nas różni i co jest wspólne, to warunek bycia razem. Ucząc się tego, przyswajamy najważniejszą wiedzę: że to różnorodność jest sposobem przejawiania się jedności. Prawdziwą próbą dojrzałości jest zdolność do kochania różnych od nas. Przejdziemy ją, gdy potrzeby drugiej osoby staną w kontrze do naszych, a my mimo to będziemy wspierać ją, jego w ich zaspakajaniu. Najważniejsze i wspólne powinno być dążenie – i to wszelkimi sposobami – do odkrycia sensu i tajemnicy spotkania dwóch osób, które się w sobie zakochały i razem troszczą o to, co najważniejsze: by związek dawał obojgu poczucie spokoju, radości i wolności.

Co może być tym poszukiwanym sensem związku?
To, co potrzebujemy dzięki niemu zrozumieć, nauczyć się. Kiedy związek dojrzewa, przestajemy wyłącznie patrzeć sobie w oczy, a zaczynamy patrzeć w jedna stronę – w stronę „my”. Dostrzegamy centrum, symboliczne ognisko w jaskini, które chcemy wspólnie podtrzymywać, by nam i naszym bliskim było ciepło, bezpieczne i jasno. Wtedy dobrowolnie i pogodnie rezygnujemy z części potrzeb, już nie na rzecz drugiej osoby, lecz wspólnego ogniska. Wrzucając do niego nasze egocentryczne i neurotyczne potrzeby i złudzenia, doświadczamy uczucia uwolnienia, jakbyśmy pozbywali się nadmiaru rzeczy i śmieci. Na przykład możemy spalić – jak to się patetycznie określa – „na ołtarzu związku” nasze indywidualne potrzeby prestiżowe, bo ognisko wymaga od nas poświęcenia, np. partner choruje i nie jest to czas na kupowanie nowego samochodu – potrzeba pieniędzy na leki i opiekę. Dopóki ognisko jest dla obojga najważniejsze i oboje mniej więcej po równo do niego dorzucamy, będzie pięknie płonąć i stanie się wartością samą w sobie. W ten sposób rozwój naszego związku staje się tożsamy z naszym własnym. „My” uwalnia nas z klaustrofobicznej twierdzy „ja” i otwiera na świat.

Zdaniem Michaela Maryego związki mają cztery różne podwaliny: chęć zaspokajania potrzeb (erotyzmu, bezpieczeństwa), uzupełnianie charakterów, urzeczywistnienie projektów (łatwiejsze, gdy jesteśmy we dwoje). I czwarta: mity dotyczące związku (np. daje szczęście). Podwalina ma ogromne znaczenie, bo jeśli od związku, który ma dawać bezpieczeństwo, chcemy pomocy w realizacji ambicji, rozbijemy go.
Jak już mówiłem, to mit, że partner zaspokoi wszystkie nasze potrzeby. Wcale to jednak nie znaczy, że nasz związek jest niepełny. Jednak nawet gdy poznamy swój związek, co nam daje, a co nie, nie łudźmy się, że wszystko będziemy mieli pod kontrolą – życie i tak nas wytrąci ze światopoglądowych kolein, ucząc radzić sobie ze zmianą i przemijaniem. Samemu można stworzyć azyl izolujący od dolegliwości przemijania: szukać młodszego towarzystwa, zmieniać gadżety i samochody. W związku patrzysz na partnera jak w lustro. Jeśli więc ktoś upiera się, by w pełni kontrolować swoje życie i pielęgnować iluzję wiecznej młodości – związek jest dla niego przerażającą perspektywą. Za to tym odważnie patrzącym w lustro pomaga pozbyć się fałszywych przekonań o sobie i innych. Stąd trafna obserwacja, że ludzie spędzający życie samotnie usztywniają się w swoich ulubionych, nieadekwatnych przekonaniach. Dobry związek może nas lepiej niż samotne życie przygotować do przejścia przez igielne ucho i odnalezienia prawdziwej natury. Uwalniając od zbędnego bagażu i ozdobników, czyli bogactwa, które mamy okazję spalić w „ogniu my”. A zgodnie z biblijnym ostrzeżeniem: „Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogacz wejdzie do raju”. Nie pokładajmy jednak całej nadziei w związku, bywa, że te zamierają w jakiejś teatralnej pozie i nawet nie zauważają, że „ognisko my” wygasło. Zapobiec temu można uważnością, otwartą komunikacją, gotowością na zmiany, partnerstwem i demokracją. Kochaj i rób, co chcesz... i pozwól innym robić to, co chcą. Jeśli obie strony tak czują, rozwojowa misja związku się dopełniła.

W książce „Zdobędziesz miłość, jakiej pragniesz” Harville’a Hendrixa przeczytałam, że wybieramy osobę, która przypomina nam rodziców. W związku z nią mamy jeszcze raz przeżyć to, co było najtrudniejsze w dzieciństwie, by tym razem pokonać te traumy. To musi boleć i dlatego udaje się to jedynie 5 proc. par.
Ognisko rozpalone z osobą z takiego klucza będzie tak gorące i gwałtowne, że wytrwanie przy nim może się okazać zbyt trudne. Krótko mówiąc – może nieźle dać popalić, bo wrzucimy do niego sprawy, najtrudniejsze, najbardziej bolesne. Jak się uda wytrwać, czeka nas nagroda: uwolnienie od wielkiego, generującego lęk ograniczenia. Dlatego gdy stajemy przed dylematem czy wybrać drogę łatwiejszą czy trudniejszą, wybierajmy trudniejszą. Pamiętam pacjentkę, która w dzieciństwie była zdominowana przez agresywnych starszych braci i ojca. Pozbawiona kobiecego wsparcia ze strony zalęknionej matki. W efekcie – w dorosłym życiu – asekuracyjnie wybierała słabych mężczyzn, lecz związków z nimi nie mogła utrzymać. Bo też jej głęboką potrzebą jest skonfrontować się – jako dorosła kobieta – z agresywnym mężczyzną i nie dać się zapędzić w kozi róg. Dzięki temu przekroczyłaby to, co uniemożliwia jej stworzenie szczęśliwego związku.

Właśnie: szczęśliwego... Michael Mary opisuje małżeństwo, które chciało, żeby było miło. Jednak kiedy tylko usiedli obok siebie, wybuchała kłótnia. Zdaniem autora dlatego, że ich Związek chciał czegoś innego niż oni, chciał, by się usamodzielniali, gdy oni dążyli do większej bliskości.
Związki służą m.in. temu, byśmy dojrzewali. Jeśli sprzeniewierzamy się tej ich funkcji i naginamy do naszych niedojrzałych, neurotycznych potrzeb, to związek zaprotestuje i doprowadzi do konfliktu. Konflikt jest wehikułem rozwoju. Jeśli jednak korekcyjne konflikty zamiatamy pod dywan, bo nie pasują do scenariusza „ma być miło”, to z czasem dojdzie do wybuchu, który rozwali związek. Nie można bać się konfliktów. Prawie nigdy nie są powodem, by się rozstawać, lecz sygnałem, że jedna lub obie strony powinny wrzucić coś do „ognia my”. Jeśli partnerów nie będzie na to stać, związek jest w niebezpieczeństwie. Konflikt doprowadzi do rozpadu i nie można wykluczyć, że w ten sposób nieświadome uwarunkowania partnerów decydują o przerwaniu związku, który stał się nierozwojowy, a nawet destrukcyjny. Wtedy sklejanie go na siłę generuje cierpienie. Z pewnością nie wszystkie rozwody wynikają z lenistwa lub tchórzostwa. Spotkałem wiele skleconych przypadkowo lub na zasadzie asekuracji, zbyt trudnych związków, których nie dało się uratować. Generowały tyle negatywnych emocji, że zamieniały ludzi w pozbawione zdolności do refleksji i opamiętania demony. Takie związki trzeba mieć odwagę przerwać i szukać innych, które wspierać będą naszą dojrzałość i duchowość.

Ale po co się rozstawać, skoro to, co w nas destrukcyjne, co przeszkadza w tym związku, i tak zatruje następny
Rozstajemy się wtedy, kiedy nasz związek nie może pomieścić i konstruktywnie zasymilować energii kryzysu, konfliktu. Gdy już nikt nie jest w stanie dorzucić niczego więcej do „ognia my”, z niczego więcej zrezygnować. Gdy następuje duchowa regresja partnerów i obie strony się skrajnie egocentryzują. Wtedy dalsze trwanie w takim związku zamieni go w niekończącą się destrukcję. Szkoda życia. Większe szanse na przekroczenie naszych ograniczeń będziemy mieli gdzie indziej – w psychoterapii czy w innym, mądrzej i świadomie zawiązanym związku. Ale najgorsze, co nam się może przydarzyć, to wyjść ze związku z przekonaniem, że wina za jego rozpad leży wyłącznie po drugiej stronie. Wtedy nieuchronnie i nieświadomie wleczemy nasze ograniczenia w kolejny związek.

  1. Psychologia

Czy ucieczka od konsumpcji jest w ogóle możliwa? Zastanawia się Wojciech Eichelberger

Najszczęśliwsi są ci, którzy mają minimalne potrzeby materialne, dzięki czemu mogą wydawać na inne, ważniejsze potrzeby, na pasje i zainteresowania, na poznawanie siebie i świata – na godne życie. (Ilustracja: Getty Images)
Najszczęśliwsi są ci, którzy mają minimalne potrzeby materialne, dzięki czemu mogą wydawać na inne, ważniejsze potrzeby, na pasje i zainteresowania, na poznawanie siebie i świata – na godne życie. (Ilustracja: Getty Images)
Czy jesteśmy gotowi na rewolucję antymaterialistyczną? Obciążeni kredytami, uwiązani w pracy, której nie lubimy, ale która daje nam stały zarobek, ledwo wiążemy koniec z końcem. Czy to świat stanął na głowie, czy może to my sami mylimy potrzeby z zachłannością? Psycholog Wojciech Eichelberger wyjaśnia, czy ucieczka od wszechobecnej konsumpcji jest możliwa.

Z czym się kojarzy Panu określenie „życie na kredycie”?
Z życiem ponad stan, z nadmiernie rozbudzonymi apetytami konsumpcyjnymi. Dzięki temu – niestety – kręci się system ekonomiczny, w którym żyjemy. Nie powiem tu nic nowego. Od dawien dawna wiadomo, że ogromna maszyneria marketingu i reklamy jest właśnie po to, by wmówić ludziom, że coś, co nie jest im potrzebne, jest bardzo potrzebne – nie do tego, by godnie i spokojnie żyć, lecz do tego, by nie wyglądać gorzej niż znajomi czy sąsiedzi. Ten ekonomiczny mechanizm działa dzięki chciwości, a chciwość to przecież jeden z najgorszych ludzkich „demonów”, blokujących możliwości pojawienia się w naszym życiu moralnych i duchowych aspiracji. Bo chciwość syci się przede wszystkim tym, co materialne – a gdy się rozkręci, to nic jej nie zdoła zatrzymać, ani rozum, ani sumienie, ani moralność, ani kara boska, ani zwykła przyzwoitość. W dodatku chciwość ściśle współpracuje z dwoma innymi potężnymi „demonami”: głupotą i nienawiścią. Aktualnie widać to wyraźnie w naszych polskich igrzyskach chciwości władzy, w których wszystkie trzy demony mają niebezpiecznie wiele do powiedzenia.

Dla mnie wieczne życie na kredycie to także ciągłe niezaspokojenie. Chcemy więcej, niż możemy sobie na to pozwolić, a kredyt daje nam ułudę tego, że jednak możemy.
To życie w nieustannej pogoni za uciekającym horyzontem konsumpcyjnego szczęścia. Bo nie dość, że musimy spłacać kredyt na mieszkanie czy samochód, to na dodatek co chwila pojawia się lepszy model telefonu, nowa moda odzieżowa, fajna oferta wakacyjna, którą wybierają wszyscy znajomi – no i oczywiście rosną ceny czynszu, usług, energii, benzyny, ubezpieczeń i żywności. Ale i tak ulegniemy. Marketing wraz z reklamą wmówią nam, że jeśli nie kupimy czegoś tam, to wypadniemy z towarzyskiego obiegu oraz z wyścigu do nieistniejącego konsumpcyjnego raju, w którym już wszystko będziemy mieli i zdołamy wreszcie odpocząć.

Brzmi jak koszmar senny…
Bo jak w koszmarze przebieramy nogami w miejscu. Wiele wskazuje na to, że polska inteligencka klasa średnia, która do niedawna stabilizowała rynek i demokrację, zanika, zanim się do końca ukształtowała. Jednym z powodów jest to, że ci świetnie wykształceni i przygotowani do swojej pracy, zdolni i kreatywni ludzie nie są w stanie zgromadzić buforowego kapitału zapewniającego im poczucie bezpieczeństwa na tyle, by mogli dobrze wykonywać swoją pracę, rozwijać się zawodowo. Większość z nich jest zmuszona uganiać się za pieniędzmi, pracując ponad siły w kilku miejscach, by spłacać stare kredyty i móc zaciągać nowe.

To frustrujące. Jak się temu bliżej przyjrzeć, to obecnie naszym dzieciom nie przekazujemy majątku, tylko długi.
Gorzej, bo wartość kredytu z reguły przewyższa wartość nabytych za niego dóbr prognozowaną na moment, gdy kredyt zostanie spłacony. Czyli na kredytach biedniejemy i nieuchronnie wpadamy w spiralę permanentnego zadłużenia. Bogaci się tylko bank. Świat stanął na głowie. Na pociechę możemy pomyśleć o tych, którzy mają gorzej. Na przykład w Ameryce dobrze przygotowani fachowcy po studiach, po doktoratach, muszą spłacać ogromne kredyty zaciągnięte na samą naukę. Kończąc studia, są już przykutymi do banku półniewolnikami z bardzo ograniczonymi możliwościami kreatywnych wyborów życiowych. Nie mogą pójść do klasztoru, gdy poczują taką potrzebę, albo wybrać życia na łonie natury, czy udać się w długą podróż. Muszą iść do takiej pracy, która im pozwoli spłacać kredyt, żyć na w miarę przyzwoitym poziomie i móc myśleć o założeniu rodziny.

Kredyt dramatycznie redukuje możliwość dokonywania przez nas wolnych wyborów życiowych, bardzo mocno uzależnia nas od systemu. Jak tu się zbuntować, gdy człowiek chodzi na smyczy kilkusettysięcznego długu? To tak jakby mieć wyrok w zawieszeniu. Trzeba być bardzo grzecznym i przewidywalnym.

To tak jakby chcieć się uniezależnić od rodziców, którzy płacą nam nadal za studia.
Ale rodzice przynajmniej nie ściągają z nas odsetek, chyba że te emocjonalne (śmiech). „Tyle na ciebie wydałam, że chyba mi się należy miłość, szacunek i opieka na starość”. Z odsetkami bankowymi znacznie trudniej sobie poradzić. Jak się ich nie spłaca, to ląduje się bez niczego, czyli w bezdomności albo w więzieniu. Jak tak dalej pójdzie, to coraz więcej z nas zazdrościć będzie ludziom żyjącym pod mostem – ludziom wolnym od długów, kredytów i podatków, mającym w nosie system. Będzie takich przybywać, bo im bardziej wymagający, kontrolujący i uzależniający system, tym więcej ludzi poszukiwać będzie antysystemowych rozwiązań na swoje życie. Dlatego z perspektywy interesu państwa nie jest dobrze dokręcać śrubę kredytową i intensyfikować wszelkie formy kontroli, bo coraz więcej ludzi będzie się przeciwko temu buntować.

Z jednej strony czujemy się zniewoleni, z drugiej prawie wszyscy spłacamy dziś jakiś kredyt, jesteśmy więc we wspólnocie kredytowej niewoli.
Średnio pocieszająca jest ta wspólnota niedoli. Raczej deprymująca. System jest chory, niedomaga i nikt nie próbuje go naprawić. A jeszcze 50 lat temu w Stanach jedna pracująca osoba mogła utrzymać rodzinę, kupić dom, samochód i opłacić dzieciom studia. Można było godnie żyć z własnej pracy.

Może problem polega na tym, co dziś znaczy „godnie”?
Niestety, znaczenie tego słowa na ogół ustalamy na drodze porównywania się z innymi. To napędza nasze konsumpcyjne apetyty i narcyzm. Jeśli zrezygnujemy z pewnego poziomu życia, to wypadamy z „towarzystwa”, bo już nie stać nas na wakacje nad ciepłym morzem i to cappuccino w Starbucksie, nie mówiąc już o sushi.

Czyli „godnie” zaczyna dziś oznaczać „na określonym poziomie”.
Definicja godnego życia jest dziś zrelatywizowana. Marketing i reklama, a także politycy definiują to pojęcie w zależności od swoich potrzeb. Zapomnieliśmy, że godnie można się poczuć wtedy, kiedy nie ma się długów, żyje się na przyzwoitym poziomie z tego, co się zarabia. Zgodnie z taką definicją, ktoś, kto ma dach nad głową i zarobek zaspokajający jego podstawowe potrzeby, może czuć się godniej niż uwiązany do kredytu i nielubianej pracy mieszkaniec apartamentowca. Godnie żyjących ludzi procentowo szybko ubywa na świecie. Ponoć w skali świata żyje tylko 5 proc. ludzi posiadających pewny dach nad głową, lodówkę, a w niej coś do jedzenia, jakieś drobne oszczędności i kartę płatniczą oraz podstawowe prawa ludzkie i obywatelskie. Ale i tak nie wiemy, ile z tych 5 proc. żyje na kredyt i ilu z nich należy do niegodnie i nadmiernie wzbogaconych. Na pewno jest tam ten słynny 1 proc., do którego należy 80 proc. bogactwa świata. Ale bogactwo często rozmija się z poczuciem godności. Możemy być bardzo bogaci, ale to nie znaczy, że żyjemy godnie – jeśli nasze bogactwo powstało i utrzymuje się wskutek pozbawiania innych ludzi szansy na godne życie. Deficyt godności i idąca z tym w parze nadprodukcja upokorzenia to bomba zegarowa, która może rozsadzić świat i zniszczyć naszą cywilizację. Niewiele czasu zostało, by zacząć ją rozbrajać. Światowe organizacje i fora polityczne dobrze o tym wiedzą, ale jakoś nikt nic nie robi. Zapewne dlatego, że trzeba by zdetronizować wszechpanującą chciwość.

Ale są też takie ruchy społeczne jak minimalizm czy shearing, które pokazują, że warto ograniczać swoje potrzeby i dzielić się z innymi.
Zgadza się, ale na razie zjawiska te dotyczą wyłącznie elit albo wyjątkowych jednostek znajdujących w sobie odwagę i wyobraźnię, by uciec z kultury upokorzenia i na przykład ruszyć w świat. Niedawno w Lublinie słuchałem opowieści pary młodych ludzi od lat żyjących w podróży. Jadą gdzieś daleko, zdając się na to, co przyniesie los, dorabiają po drodze i jadą dalej. Zwiedzili za grosze pół świata i bardzo to sobie chwalą. Okazuje się, że żyją nie tylko godniej, ale też na wyższym poziomie niż z kredytem i na umowach zleconych lub śmieciowych w Polsce. Są też oczywiście inne niż podróż strategie życiowe pomagające zachować poczucie kontroli nad swoim życiem, autonomię i wolność. Squoting, shearing, barterowa wymiana usług i produktów, czas jako pieniądz i inne antysystemowe oraz kontrkulturowe pomysły. Bardzo im kibicuję. Jeśliby się spopularyzowały i osiągnęły efekt skali, to globalny porządek ekonomiczny musiałby się całkowicie zmienić. Jak się temu bliżej przyjrzeć, to świat najbardziej potrzebuje takiej antykonsumpcyjnej rewolucji – w przeciwnym razie planeta nie da rady. Nie może to być oczywiście rewolucja niszczycielska i krwawa, bo taka – jak wszystkie rewolucje – nakręciłaby tylko dodatkowo to, co zamierzała zmienić. Musi to być więc rewolucja pełzająca, ale pełzająca szybko. Bo czasu mało. Dlatego w dostępnej mi skali praktykuję i promuję minimalizm, pod hasłem „Posiadać jak najmniej i tylko to, co niezbędne”. Nie jest to łatwe. Przyczyniłem się wprawdzie do stworzenia warsztatu on-line na temat minimalizmu, ale ciągle sam mam kłopot z powstrzymaniem się od kupowania w nadmiarze i pozbywaniem się tego, co zbędne.

Podobno dla najmłodszych pokoleń nie mają znaczenia marki czy nowe gadżety, ale przeżycia.
To fantastyczna wiadomość. Gdyby to się utrzymało i rozprzestrzeniło, wyszło poza wielkomiejskie elity – to byłoby zbawienne. Na razie połowa Polaków żyje w małych miejscowościach i na wsiach, gdzie takie postawy uważane są za fanaberie rozkapryszonych dzieci bogatych rodziców. Kibicuję młodym ludziom we wszystkim, co może ich czynić wolnymi. Kibicuję też ruchom wspólnotowym i samopomocowym takim jak choćby cohabitat, gdzie ludzie wspólnie budują domy dla członków swojej wspólnoty, uprawiają ekologiczne ogrody i sady, wymieniają się usługami, a co najważniejsze, tworząc społeczność ludzi ufających sobie oraz szanujących się i pomocnych. Członkowie takiej społeczności z pewnością nie myślą o zaciąganiu kredytów, bo poczucie wsparcia, bezpieczeństwa i wartości czerpią przede wszystkim ze społecznych więzi.

Kiedyś tak właśnie żyliśmy.
System komunistyczny, którego nie należy oczywiście promować w całości, miał taką zaletę, że generował pewien niedostatek, co wymagało od ludzi, żeby się dogadywali, kooperowali, pożyczali sobie różne dobra – żeby się wspierali. Chodziło się do sąsiadów, by pożyczyć szklankę cukru czy mąki, i to była normalna praktyka. Gdyby dziś ktoś taki pojawił się pod naszymi drzwiami, to pewnie puknęlibyśmy się w głowę.

Dawniej mieliśmy wspólnotę, która sobie pomagała, dziś mamy wspólnotę, w której każdy ma swój kredyt.
Niestety, to wspólnota tylko z szyldu. Nie działają tu prawie żadne mechanizmy wspólnotowe. Jest więcej rywalizacji i niechęci niż wzajemnego wspierania się. Przypomina to wspólnotę więzienną; każdy ma swój wyrok i każdy – przeciw innym – kombinuje, jak go sobie skrócić, a jak trzeba zaszkodzić innym współwięźniom, by mieć samemu choć trochę łatwiej.

Jedynym wyjściem jest niezaciąganie kredytów? Czy zaciąganie takich, jakie jesteśmy w stanie szybko spłacić?
Na ogół zaciągamy kredyt wtedy, gdy mamy pewność, a przynajmniej wiarę, że będziemy w stanie go spłacić. Cóż z tego, skoro potem musimy pracować ponad siły, zaniedbując wszystkie pozostałe obszary życia i nie mogąc spać po nocach. To dlatego dzisiaj coraz więcej młodych ludzi unika zaciągania kredytów i chodzi w ciuchach z second-handu. Nie dają się wkręcić w szpanowanie marką, mają jedną wiertarkę na kilkudziesięciu kolegów i nawet w zimie jeżdżą na rowerach. Wygląda na to, że pobierają lekcję, obserwując losy „frankowiczów”. Trudno im się dziwić, bo głęboką potrzebą każdego człowieka, a szczególnie bardziej wrażliwego i myślącego, jest wolność i niezależność. Dzisiaj, niestety, zanika chyba ostatnia ostoja ludzi w pełni niezależnych i wolnych, czyli tradycyjnych rolników potrafiących wyprodukować własną żywność. Zamieniają się oni masowo w wyspecjalizowanych, uzależnionych od kaprysów rynku producentów rolnych.

Chodzi o to, żeby dobrać poziom, na jakim żyjemy, do naszych zarobków?
Tak, ograniczać swoje potrzeby i nie dać się wkręcić w kupowanie sobie ciągle czegoś nowego i lepszego. Dawno temu jedyny raz w życiu wziąłem kredyt na samochód. Pomyślałem siebie: „Nieźle zarabiam, kupię sobie wreszcie nowy samochód”. Okazało się, że po trzech latach samochód prawie się rozleciał i był wart grosze, a ja spłacałem kredyt jeszcze dwa lata. Obiecałem sobie wtedy: nigdy więcej kredytu.

Na samochód możemy odłożyć albo kupić tańszy, używany. Ale mieszkanie bez kredytu już się nie obejdzie. Jak żyć, budząc się codziennie z tą świadomością?
Jeśli chcemy być wolni i decydować o sobie, kupujmy tylko to, na co nas stać. Unikajmy inwestycji, których nie będziemy w stanie unieść czy utrzymać. Nie kierujmy się potrzebą  robienia wrażenia na innych. Nie ulegajmy konsumpcyjnej presji reklamy ani naszej społecznej grupy odniesienia. Szukajmy stylu życia, który zapewnia najwięcej wolności, i wzorujmy się na wolnych ludziach. Pamiętajmy, że najszczęśliwsi są ci, którzy mają minimalne potrzeby materialne, dzięki czemu mogą wydawać na inne, ważniejsze potrzeby, na pasje i zainteresowania, na poznawanie siebie i świata – na godne życie.

  1. Psychologia

Problemy psychiczne. Jak żyć z depresją, nerwicą, psychozą?

10 października obchodzimy Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego. Warto więc przyjrzeć się zagadnieniom związanym z psychiką, tym bardziej, że coraz więcej osób doświadcza zaburzeń na tym tle. (fot. iStock)
10 października obchodzimy Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego. Warto więc przyjrzeć się zagadnieniom związanym z psychiką, tym bardziej, że coraz więcej osób doświadcza zaburzeń na tym tle. (fot. iStock)
Depresja, psychoza czy nerwica nie muszą oznaczać rezygnacji z planów na przyszłość ani stygmatyzować. Problemy psychiczne przychodzą i mijają jak wiele innych chorób. O to, jak żyć z chorobą i mimo niej – Ewa Pągowska pyta psychiatrę, dr Joannę Krzyżanowską-Zbucką.

Kiedyś usłyszałam od internistki, że nie ma ludzi zdrowych, są tylko „niezdiagnozowani”. Jak to wygląda z perspektywy psychiatry? Kiedy byłam młodą lekarką, sądziłam, że świat da się podzielić na zdrowych i chorych psychicznie, ale im dłużej pracuję i im więcej widzę osób szukających pomocy, tym ta granica staje się mniej ostra. Rzadko jest tak, że ktoś kładzie się spać zdrowy, a budzi chory. To, co jest uznawane za chorobę czy zaburzenie psychiczne, zmienia się też w zależności od tego, jak szerokie są kryteria w aktualnie obowiązującej klasyfikacji chorób i zaburzeń psychicznych.

Mam wrażenie, że coraz więcej zachowań czy stanów uznaje się za objaw choroby lub zaburzenia psychicznego. Rzeczywiście obecnie mamy do czynienia z powszechną psychiatryzacją, więc np. osobie, która cierpi z powodu różnych problemów psychicznych, bo spotkało ją coś trudnego – straciła pracę lub kogoś bliskiego, stawia się rozpoznanie: „zaburzenia adaptacyjne” albo „depresja reaktywna”. Kiedyś nazwalibyśmy to „kryzysem życiowym”, a dziś ten kryzys ma swój numer w klasyfikacji chorób i zaburzeń psychicznych. Nie zawsze też objawy choroby psychicznej świadczą o tym, że tę chorobę mamy, np. jedna z moich pacjentek skarżyła się: „Pani doktor, chyba zwariowałam, w środku lata słyszę kolędy”. Okazało się jednak, że nie miała psychozy, tylko niedosłuch i tzw. omamy muzyczne. Każdy z nas ma czasem objawy lękowe czy depresyjne i w związku z tym może potrzebować pomocy psychologa lub psychiatry, ale to jeszcze nie znaczy, że jest chory psychicznie.

Ale jeśli już chorujemy psychicznie, to na co najczęściej? Statystyki pokazują, że poza uzależnieniami w populacji najczęściej występują zaburzenia depresyjne. Według niektórych doniesień 50 proc. kobiet przynajmniej raz w swoim życiu doświadczyło depresji, włączając w to zaburzenia okołoporodowe i menopauzalne. Moim zdaniem mamy do czynienia z nadrozpoznawalnością depresji.

Kryteria choroby są tak szerokie, że mieszczą w sobie i epizod depresyjny, który może być spowodowany kryzysem życiowym, pojawić się raz i nigdy nie wrócić, i depresję endogenną, czyli nawracającą chorobę uwarunkowaną biologicznie. Tymczasem są to zupełnie inne przypadki. Wrzucanie ich do jednego worka i mówienie o tym, że powinno się je tak samo leczyć farmakologicznie, budzi we mnie mieszane uczucia.

Sądzi pani, że bierzemy zbyt dużo leków? Mam poczucie, że nadmiernie skupiamy się na farmakologii. Oczywiście czasem leki są konieczne, sama często je przepisuję, ale myślę, że w wielu przypadkach można by było trochę oszczędniej nimi gospodarować. Zresztą one też mogą okazać się niewystarczające i powinno się je wspomóc innymi formami leczenia, np. psychoterapią, która pomaga zwłaszcza w przypadku zaburzeń depresyjnych, osobowości czy lękowych.

No właśnie. Podobno leki antydepresyjne bierze się m.in. po to, by być w stanie pracować nad sobą na terapii. To prawda, bo pacjent, który ma objawy, może mieć problem z dotarciem na terapię. Czasem dopiero gdy ustąpią, jest w stanie w niej uczestniczyć. Psychoterapia jest bardzo ważna, bo często człowiek z zaburzeniami depresyjnymi, który poczuł się lepiej po wzięciu leków, nie ma refleksji, że może coś w jego stylu życia czy postawie doprowadziło do kryzysu. Nie zastanawia się nad przyczynami, a jeśli nie próbuje niczego zmienić, kiedy w końcu odstawi leki, szybko wróci do punktu wyjścia.

O psychoterapii warto więc pomyśleć, nawet jeśli mamy depresję endogenną, w której biologia gra decydującą rolę? Tak, bo nawet wtedy możemy zrobić coś, by zmniejszyć ryzyko nawrotu choroby. Niestety, wiele osób nie wierzy w psychoterapię, a ona naprawdę działa. Są nawet badania, które pokazują, jak zmienia się mózg pod jej wpływem. Tylko oczywiście terapia musi być odpowiednio długa. Czasem słyszę od pacjentów: „Już przeszedłem terapię i nie zadziałała”, więc pytam, ile ona trwała, i kiedy słyszę „Byłem trzy razy”, odpowiadam, że to chyba nie była psychoterapia tylko porada. Niektórzy wręcz domagają się leków. Mówią: „A może pani doktor coś by mi wypisała, tak na wszelki wypadek, jakbym się zdenerwował”.

Ale słyszałam też historie pacjentów, którzy podchodzili z rezerwą do leków, a psychiatra nie tylko ich namawiał, ale wciąż zwiększał dawkę i dokładał nowe specyfiki. Dlatego, jeśli człowiek ma wątpliwości i obawy, powinien porozmawiać z lekarzem, a ten powinien znaleźć chwilę, by wszystko wyjaśnić i samemu się zastanowić, czy na pewno trzeba tyle leków wypisywać – na rano, żeby się chciało wstać, na wieczór, żeby się dobrze spało… Może warto poszukać lekarstwa, które rozwiąże oba problemy albo zamienić jeden preparat na metodę niefarmakologiczną. W wielu sytuacjach rzeczywiście nie obejdzie się bez leków, np. często trudno jest stosować monoterapię u osoby z zaburzeniem afektywnym dwubiegunowym.

Co to za choroba? To inaczej psychoza maniakalno-depresyjna. Zmieniono nazwę, by nie stygmatyzować pacjentów, bo wiadomo, jaki jest stosunek do osób, które mają psychozy. Budzą lęk. Podobnie jak nie mówimy już „nerwica” tylko „zaburzenia lękowe”. W przypadku schizofrenii nie mamy dobrego „zamiennika”, nazwa tej choroby straszy już od 100 lat, więc sądzę, że pora na zmianę, by ludzie nie wstydzili się tego rozpoznania i byli bardziej skłonni uwierzyć, że jakoś mogą sobie z tym poradzić.

Co jest ważne, by człowiek z chorobą psychiczną mógł wrócić do zdrowia i dobrze żyć? Przede wszystkim trzeba wziąć odpowiedzialność za swoje leczenie, a nie biernie poddawać się lekarzowi. On ma tylko pomagać, można z nim zawrzeć sojusz, by osiągnąć cel, jakim jest powrót do zdrowia, ale to nie znaczy, że trzeba go ślepo słuchać, bo on czasem też może się mylić. Pacjent ma więc prawo dyskutować z lekarzem i, jeśli nie ma do niego zaufania, poszukać innego specjalisty. Dobrze, by chory uświadomił sobie, że ma wpływ na przebieg choroby – może brać leki lub nie, podejmować działania, które będą narażać go na nawrót i ponosić jego konsekwencje lub tego ryzyka unikać…

Czego dokładnie powinien się wystrzegać? To kwestia indywidualna. Na Oddziale Zapobiegania Nawrotom Instytutu Psychiatrii i Neurologii pracujemy z pacjentami nad stworzeniem „systemu wczesnego ostrzegania”. Najpierw zastanawiamy się nad tym, co u danej osoby może być zwiastunem choroby. Oczywiście jeśli ktoś ma już za sobą dwa epizody, to łatwiej dostrzec jakąś prawidłowość, np. że za każdym razem tuż przed pojawieniem się objawów choroby miał problemy ze snem, palił więcej czy częściej się modlił, ale nawet jeśli ktoś miał jeden epizod, to też można wyciągnąć jakieś wnioski. Potem pacjent wie, że kiedy zauważy już u siebie te zwiastuny, powinien reagować, czyli np. zgłosić się do lekarza. Ważne jest też określenie, w jakim czasie trzeba zgłosić się po pomoc. Niektórzy mogą poczekać trzy tygodnie na wizytę, a inni maksymalnie trzy dni. Oczywiście trzeba swojego lekarza poinformować o tych zwiastunach, żeby ich nie bagatelizował, bo niektórym pacjentom dwie nieprzespane noce nie zaszkodzą, a inni trzecią noc spędzą już w szpitalu. Potem trzeba zastanowić się nad czynnikami ryzyka, czyli tym wszystkim, co może doprowadzić do nawrotu choroby.

Podobno na czele listy jest alkohol. Rzeczywiście alkohol, marihuana czy inne substancje psychoaktywne są istotnymi czynnikami ryzyka nawrotu zaburzeń psychicznych. U wielu osób jest nim także stres, ale trzeba pamiętać, że nie każdego to samo i w takim samym stopniu stresuje. Miałam pacjenta, u którego następowało pogorszenie zawsze wtedy, gdy chorował ktoś z rodziny, i pacjentkę, dla której niebezpieczne były wyjazdy zagraniczne, bo kiedy ludzie zaczynali mówić w obcym języku, szybko dochodziła do wniosku, że ją obgadują. Ale ponieważ lubiła podróże, musiałyśmy opracować taką strategię, by wyjazd z kraju nie prowadził do nawrotu choroby. Częstym czynnikiem ryzyka jest też odstawienie leków, zwłaszcza nagłe, co w przypadku przewlekłej choroby zwykle prowadzi do zaostrzenia.

Czy to znaczy, że niektórzy muszą brać leki do końca życia? Tak bywa i wiem, że dla części pacjentów jest to trudne do zaakceptowania. Dlatego niektórzy psychiatrzy namawiają do przyjmowania leków, porównując to do brania insuliny przez chorych na cukrzycę. Myślę jednak, że lepszą analogią są środki antykoncepcyjne – bierze się je nie z powodu choroby, tylko profilaktycznie. Tak samo mogą myśleć osoby z doświadczeniem choroby psychicznej – teraz jestem zdrowy, ale zachorowałem raz i drugi, więc biorę leki, by nie zachorować po raz trzeci. Weźmy pacjentów ze schizofrenią – wbrew stereotypom większość nie ma objawów cały czas. Zdarza się, że przez całe życie mają tylko jeden epizod choroby. Mogą normalnie pracować i funkcjonować społecznie. Tymczasem osoby ze schizofrenią są stygmatyzowane. Co ważne, nie tylko spotykają się z dyskryminacją społeczną, ale też sami siebie uważają za wybrakowanych, wstydzą się choroby, nie przyznają do tego, że byli w szpitalu psychiatrycznym tylko mówią na przykład, że wrócili z sanatorium.

A jednak pojawiają się osoby, które mówią o swojej chorobie psychicznej publicznie, np. w ramach akcji społecznych. Tak. Na szczęście zaczyna się tworzyć ruch osób, które przeszły różne kryzysy zdrowotne. Ci ludzie mówią otwarcie o tym, co ich spotkało, przekonują, że choroba psychiczna nie musi degradować człowieka. Przyznają, że wprawdzie można przez nią okresowo wypaść z życia, ale potem się zdrowieje i człowiek może robić to, co sobie zaplanował. Oczywiście wiele zależy od tego, jak się pacjent do choroby „ustawi”. Czy stwierdzi, że to koniec – i wtedy rzeczywiście nic tylko na rentę przejść – czy się nie podda i uruchomi swoje wewnętrzne zasoby. Zwykle bowiem, mimo choroby, zachowujemy swoje zdolności i kompetencje. Czasem przestajemy wierzyć, że je mamy. Dlatego warto szukać pomocy wśród osób z doświadczeniem choroby psychicznej, gotowych wesprzeć tych chorujących, którzy są na początku drogi do zdrowia.

Dr Joanna Krzyżanowska-Zbucka: psychiatra, ordynator Oddziału Zapobiegania Nawrotom Instytutu Psychiatrii i Neurologii. Jest członkinią Zarządu Fundacji eFkropka, która zajmuje się zapobieganiem wykluczeniu społecznemu osób z doświadczeniem choroby psychicznej.

Jak żyć z problemami psychicznymi? (fot. iStock) Jak żyć z problemami psychicznymi? (fot. iStock)

4 powody, dla których warto rozważyć wizytę u psychiatry

  •  Cierpienie, z którym sobie nie radzisz. Jeśli jesteś pogrążony w smutku od dłuższego czasu, nic cię nie cieszy i z trudem rozpoczynasz kolejny dzień, nie warto zwlekać z wizytą.
  •  Skierowanie od innego lekarza, np. internisty, neurologa czy dermatologa. Na pewno nie warto się oburzać. Wiele chorób somatycznych, np. choroby skóry, ma swoje podłoże w psychice i czasem zadowalające efekty daje dopiero połączenie wiedzy z kilku dziedzin.
  •  Pogorszenie codziennego funkcjonowania. Jeśli problemy z koncentracją, nadmierna nerwowość, rozkojarzenie czy jakikolwiek inny objaw związany ze sferą psychiczną rodzi problemy, np. coraz częściej dochodzi do awantur w domu, dobrze jest porozmawiać o tym z lekarzem psychiatrą.
  • Namowy bliskich osób. Rady przyjaciół czy rodziny, by wybrać się do psychiatry, są zwykle najtrudniejsze do przełknięcia. Jeśli jednak radzą osoby, które zawsze były życzliwe i wspierające, warto ich posłuchać. Nawet jeśli nie do końca wierzysz, że wizyta u psychiatry ma sens.