1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak uwolnić się od przywiązań? - 12 kroków

Jak uwolnić się od przywiązań? - 12 kroków

123rf.com
123rf.com
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Z buddyjskiego punktu widzenia wszyscy jesteśmy uzależnieni od czegoś. A najbardziej chyba jesteśmy przywiązani do myśli, co nas uczyni szczęśliwymi a co spowoduje nasze cierpienie. Jak się uwolnić od przywiązań?

1. Zaakceptuj stan, który teraz jest

Wystarczy około 30 sekund odczuwania spokoju w związku z tym, co jest teraz. Dokładnie tak, jak jest. Postaraj się nie zmieniać niczego, nie usiłuj tego rozumieć, nie szukaj głębszych przyczyn, żeby zmienić cokolwiek. Zaakceptuj w ten sposób sytuację, w której się znajdujesz oraz siebie. Powiedz do lustra - „Akceptuję siebie i swoje życie dokładnie takim, jakim jest.”

2. Wzbudź w sobie zaufanie

Nasze życie płynie, nie jest stałe. Nietrwałość pieniędzy, dóbr materialnych, pracy, relacji, uczuć innych ludzi budzi nasz lęk. Dlatego potrzebna jest nam umiejętność wzbudzania w sobie zaufania do czegoś co jest większe od nas i wydarzeń, które się nam przytrafiają.

3. Stwórz sobie azyl

Dlatego, że życie jest nieustającą zmianą, stwórz sobie miejsce, w którym czujesz stałość i bezpieczeństwo. To może być stan spokoju podczas medytacji albo fizyczne miejsce – twój miękki fotel albo coś w rodzaju ołtarzyka, na którym stoją twoje talizmany i kwiaty. Bądź w tym miejscu codziennie i wzbudzaj w sobie zaufanie.

4. Zrób rachunek sumienia

Nie należy go mylić z raniącą samokrytyką, chodzi tu raczej o świadomość swoich mocnych i słabych stron. Zrób listę trzech swoich cech, z którym masz w życiu pożytek oraz radość i trzech, które wymagają transformacji. Możesz o tym porozmawiać z bliskimi tobie ludźmi.

5. Miej poczucie własnej uczciwości

Jest to niezbędny fundament rozwoju duchowego. Jeśli masz poczucie, że jesteś wobec siebie w porządku, otwierają się przed tobą drzwi do życia w zgodzie z tobą bez zbędnych przywiązań. Za każdym razem, gdy myślisz, czujesz, działasz, zapytaj się, czy siebie nie zdradzasz.

6. Bądź gotowa przekroczyć swoje ograniczenia

Przywiązania wynikają jedynie z lęku – nie zmienię pracy, bo lepszej nie znajdę, nie odejdę od partnera, którego nie kocham, bo boję się być sama. Zrób listę tego, co być zrobiła, gdybyś się nie bała i zrób to.

7. Pielęgnuj poczucie pokory

Poznanie prawdy o sobie to ciężka praca, w której przeszkadza nam brak pokory. Jeśli przyznasz się, że potrzebujesz w niej pomocy, uznasz swoją słabość, wygrasz.

8. Przebacz

Sobie i innym. Wszystko to, czego się wstydzisz, za co winisz siebie i bliskich. Trzymanie uraz powoduje ogromną stratę energii życiowej, którą po przebaczeniu będziesz mogła wykorzystać na tworzenie radości. Możesz ćwiczyć przebaczenie podczas medytacji.

9. Nie martw się

Umów się ze sobą w ten sposób, że nie będziesz się martwić. Przecież to zupełnie nie ma sensu, nie pomaga, tylko przeszkadza w cieszeniu się życiem. Zamiast się martwić, działaj tam, gdzie możesz, a odpuść to, na co nie masz wpływu.

10. Przyznaj, kiedy się mylisz

Udawanie, że nie popełniliśmy błędu, to przywiązanie do jakiegoś obrazu siebie. Nieprawdziwego. Uświadom sobie, że jeśli nawet się mylisz, jesteś w porządku. Nie jesteś swoimi działaniami. Zmień te niekorzystne dla siebie i idź do przodu.

11. Żyj duchowo

Dbaj o swoje życie materialne, o swoje ciało i ducha w proporcjonalny sposób. Sama najlepiej wiesz, co powoduje, że cieszy się twoja dusza. Joga, medytacja, czytanie duchowych lektur, uczestnictwo w warsztatach rozwoju? Regularnie rób coś dla swojej duszy. Uwolnienie się od przywiązań jest naturalnym efektem duchowego rozwoju.

12. Bezwarunkowo kochaj

Dalajlama mówi, że nasza praktyka duchowa ma niewielką wartość, jeśli nie ma nas dla innych ludzi. Bycie z kimś tak po prostu bez oczekiwań i stawiania warunków jest praktykowaniem bezwarunkowej miłości. Każdego dnia warto się w tym ćwiczyć.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Nie bójmy się zmian, puszczajmy się!

Czy nie lepiej się puścić w nieznane, zamiast pozwolić, by naszym życiem rządził lęk? (Fot. Getty Images)
Czy nie lepiej się puścić w nieznane, zamiast pozwolić, by naszym życiem rządził lęk? (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Jedna z zabawnych grafik Marty Frej przedstawia siedem kobiet wiszących na drążkach. Napis głosi: „Puszczamy się, kiedy chcemy!”. To stan postulowany. W rzeczywistości trzymamy się kurczowo byle czego niczym ostatniej deski ratunku.

O lęku przed zmianą pewnie już nieraz pisałam, ale co jakiś czas uderza mnie na nowo nasza wytrwałość w bronieniu się przed nią. Jest nam źle, cierpimy, ale zmienić to? Brr! Nie ma takiej możliwości. Tkwimy w kiepskich sytuacjach, choć z zewnątrz dobrze widać wyjście. Siedząc wewnątrz, nie chcemy go zobaczyć. A jeśli już widzimy, to nie wydaje nam się atrakcyjne. Jakby to wyjście prowadziło w pustkę, a nie na wolność.

Spotykam się ostatnio z grupą młodych kobiet, które chcą się nauczyć tworzyć dobre związki. Marzą o tym, żeby w końcu założyć rodzinę, mieć męża i dzieci, a ciągle są same albo ładują się w historie bez przyszłości.

Paula ma 33 lata, duże sukcesy w pracy, własne mieszkanie i wielu przyjaciół, ale od lat nie ma chłopaka. Jest bardzo atrakcyjna, łatwo nawiązuje kontakty, dużo podróżuje, obraca się w wielu środowiskach, więc dlaczego jest sama, skoro nie chce? Historia tajemnicza, ale Paula ją w końcu wyjaśnia. Od lat kocha mężczyznę, który wkrótce po zawarciu znajomości powiedział jej, że jest gejem. Nadal jednak okazywał jej zainteresowanie, a któregoś dnia wyznał, że ją kocha. Kocha również swojego partnera, z którym jest w szczęśliwym związku, ale z Paulą chętnie spędza czas. Czasem ją przytula; gdy Paula płacze, głaszcze po głowie, pociesza, ale nigdy nie zrobił nic, co wykraczałoby poza przyjacielskie gesty. Jego partner również lubi Paulę, więc ona często przebywa z nimi dwoma, patrzy na ich cudowny związek i cierpi, że jest poza nim, choć obaj otaczają ją przyjaźnią. Paula wie, że tu się pewnie nic nie zmieni i przeżywa tragedię.

– Dlaczego z tego nie zrezygnujesz? – pytają dziewczyny z grupy. – Jak mogę zrezygnować?! To największa miłość mojego życia!

Paula jest wściekła na dziewczyny, że nie widzą tragizmu sytuacji, która jest osią jej życia. Żałuje, że zdradziła nam swoją tajemnicę. Nie chce słyszeć, że on jej nie kocha, że to ślepy zaułek, choć w zainscenizowanej scence znacznie lepiej się czuje, gdy stoi dalej od tych dwóch chłopaków, niż wtedy, gdy jest z nimi. Lekceważy własne odczucia, bo za nic nie chce zrezygnować z tej iluzji związku.

– A jak z niego zrezygnuję, to co? Czy mogę mieć gwarancję, że jeszcze kogoś pokocham? I że on mnie pokocha? – pyta ze złością. – Nie możesz mieć gwarancji, ale możesz dać sobie szansę – odpowiadam. – Tu za to masz gwarancję, że będziesz cierpieć. – Odejdę, jak pokocham kogoś innego.

Ale jak ma pokochać kogoś innego, skoro swoje uczucia lokuje w tym mężczyźnie?

Na następnym spotkaniu Paula mówi o tym, że boi się być sama. Nie chciała tego zobaczyć, bo jest dzielną podróżniczką, kawał świata zjeździła w pojedynkę, a tu co? Strach przed samotnością, który kompletnie nie pasuje do jej obrazu siebie. Ale w końcu uznaje, że on jest. I że to on każe jej trwać w sytuacji, w której ciągle liczy na to, czego nie ma.

– Przyszłam na tę grupę po to, żebyście mi pomogły go zdobyć, a wy co?! – rzuca oskarżycielsko, a dziewczyny zaczynają się śmiać. Po chwili Paula śmieje się razem z nimi. Balon tragizmu pęka.

– A kto będzie zostawał z ich kotami? – pyta Beata. – Poradzą sobie – mówi Paula ze śmiechem, jakby już jedną nogą była na wolności.

Historia Pauli poruszyła 36-letnią Gabrysię, która od sześciu lat jest w związku ze swoim szefem.

On ma żonę, ale oczywiście jest nieszczęśliwy i zamierza się rozwieść. Mówił tak od początku ich znajomości, dwa lata później żona zaszła w ciążę i urodził im się syn, teraz żona spodziewa się córeczki. Gabrysia nadal tkwi w relacji starannie ukrywanej przed światem, choć coraz trudniej jej wierzyć, że ten mężczyzna kiedyś naprawdę będzie z nią. Ale on ciągle zapewnia, że to Gabrysia jest kobietą jego życia, i jak tu się oprzeć? Gabrysia kilka razy zrywała, nawet myślała o tym, żeby odejść z pracy, ale nim coś znalazła, znowu byli razem. To „razem” oznacza jeden wieczór w tygodniu, czasem jakąś wspólną delegację. Gabrysia codziennie robi wszystko, żeby mu się podobać, całe dnie w pracy na szpilkach, ostry makijaż, bo on tak lubi, a żona chodzi w kapciach i bez makijażu. Wszystkie myśli Gabrysi są wypełnione nim i nadzieją na wspólne życie. Gabrysia kończy opowiadać, dziewczyny milczą. W końcu odzywa się Paula:

– Witaj w klubie! – Nie musicie nic mówić. Sama wiem – stwierdza Gabrysia. Na następne spotkanie przyszła bez makijażu i w butach na płaskim obcasie. Wygląda świetnie. – A żebyście wiedziały, jak się czuję bez tej maski! Od kilku dni żyję swoim życiem!

Beata, lat 32, ma zupełnie inny problem, tak się wydaje na pierwszy rzut oka. Beata jest bardzo związana ze swoją rodziną. Od czasu studiów nie mieszka w domu, ale jeździ tam w każdy weekend. Kilka razy dziennie rozmawia z mamą przez telefon, bo mama jest chora i Beata bardzo się o nią troszczy. Zresztą rodzice także troszczą się o nią. Kupili jej mieszkanie i dali pieniądze na meble. Te meble też sami wybrali. Beata wolałaby inne, ale nie chciała im robić przykrości, zresztą skoro to ich pieniądze, to oni mają prawo decydować. Rodzice decydują także o wakacjach, na które jeżdżą w trójkę, bo bez niej by się nudzili. Beata jest grzeczną córeczką i spełnia ich oczekiwania.

W zainscenizowanej sytuacji Beata cały czas patrzy na rodziców, zapomina o istnieniu mężczyzny, którego sama wybrała i który stoi kilka kroków za nią. Gdy próbuje się od nich odsunąć, czuje lęk.

– Jak oni sobie poradzą? – pyta. – Poradzą sobie – odpowiadają dziewczyny. Beata robi krok i staje. – A czy ja sobie bez nich poradzę? – Nie dowiesz się, póki tego nie sprawdzisz – mówię.

Każda kobieta w tej grupie ma inną opowieść, ale jedno je łączy. Trzymają się tego, czego mogą się złapać, i nie sprawdzają, czy potrafią same chodzić. Czy nie lepiej się puścić w nieznane, zamiast pozwolić, by naszym życiem rządził lęk?

  1. Psychologia

Czy masz odwagę zmieniać swój charakter? Dlaczego warto to robić?

Nasze cechy charakteru nie muszą być wyznacznikiem na całe życie. Warto pracować nad ich zmianą, jeśli jest nam ze sobą niewygodnie. (fot. iStock)
Nasze cechy charakteru nie muszą być wyznacznikiem na całe życie. Warto pracować nad ich zmianą, jeśli jest nam ze sobą niewygodnie. (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Nie bój się porzucić człowieka, którym jesteś, na rzecz człowieka, którym chcesz być. To ukoronowanie skutecznego działania.

Magda ma 29 lat, jest z wykształcenia filologiem, pracuje w firmie importującej środki chemiczne. – Rok temu spotkałam kolegę z liceum – opowiada. – To był zawsze taki typ clowna – leń i zgrywus. Tymczasem teraz robi doktorat, ożenił się, buduje dom. Nie mogłam uwierzyć, że to ten sam człowiek. Co się stało ze „starym” Piotrem albo raczej: skąd się nagle wziął ten nowy? Dało mi to do myślenia, a wręcz wytrąciło mnie z równowagi. Ja też tak chcę!

Kto powiedział, że całe życie masz być tą samą osobą? Coś ci się w sobie nie podoba, zmieniaj się do woli! Zwłaszcza jeśli zmiana ma dotyczyć złych nawyków, które utrudniają ci życie. Pomyśl: skąd pewność, że właśnie teraz jesteś prawdziwą sobą, może musisz ją dopiero odkryć…?

Jaka jesteś? - Często mylimy prawdę o sobie z wymyślonym wizerunkiem

Zacznij od tego, kim jesteś dziś. Z wymienionych poniżej określeń wybierz i zakreśl kluczowe cechy swojego charakteru: miła, ładna, mądra, przyjacielska, rozsądna, punktualna, pracowita, prawdomówna.

To, co przed chwilą zrobiłaś, to nie jest twój portret, tylko twoja wizja samej siebie. Nie jesteś taka, ty tylko tak siebie widzisz. Nauczyłaś się i przyzwyczaiłaś tak siebie postrzegać. Te cechy automatycznie z siebie wydobywasz, jesteś biegła w ich używaniu. Tak o sobie myślisz, ale czy wiesz, na ile jest to zgodne z prawdą? Każdy z nas – w zależności od wypadkowej wielu zmiennych w rodzaju: okoliczności, bieżących rezerw psychicznych, kondycji fizycznej i zdrowotnej, aktualnego paradygmatu postrzegania sytuacji, siły motywacji – wykazuje najróżniejsze cechy, czasem nawet takie, których w ogóle nie kojarzy ze sobą, jak: agresja, zrzędliwość, upór, złośliwość, egoizm.

Magda: – Do siebie nie ma człowiek takiego dystansu, ale patrzyłam kiedyś na mojego męża. Kiedy ma umyć samochód, to aż kipi energią. Jest taki zorganizowany i pełen wigoru. Lubi o sobie mówić, że niczego nie zostawia na ostatnią chwilę, i rzeczywiście nie zostawia.

Mąż Magdy wyraźnie unaocznia psychologiczną prawdę: Jesteś taki, jaki myślisz, że jesteś. Zachowujesz się zgodnie z wizją siebie samego. W każdym jest wszystko: odwaga i tchórzostwo, pewność siebie i nieśmiałość, wrażliwość i grubiaństwo. To od nas zależy, na co nastawimy reflektor własnej uwagi. Cechy, na których się skupiamy, silniej wykształcamy, czyniąc z nich filary postrzegania siebie, a inne „leżą odłogiem”. Niektórych używamy nawykowo, innych bardzo rzadko. Dlatego, jeśli chcesz być szczęśliwa, nie blokuj się myślą, że pewne cechy są ci dane, wdrukowane, trwale zaszczepione. Ludzie się zmieniają. Jaskrawym przykładem jest realizacja roli ojca. W pierwszej relacji z dzieckiem mężczyzna może być archetypem złego rodzica, podczas gdy w nowej relacji z kolejnym dzieckiem staje się nagle mądrze kochającym ojcem. Mówimy, że ludzie się zmieniają, ale w rzeczywistości chodzi o to, że przeformatowali wizję samych siebie. Jeśli zgadzasz się z poglądem, że człowiek nie musi być całe życie uwięziony w jednej osobowości, że ma prawo porzucić swoją starą wersję dla nowej, lepszej – możesz zrobić kolejny krok.

Porzuć swoją starą wersję i stań się tym, kim chcesz

– Moim wielkim życiowym celem jest poprawa relacji z bratem – stwierdza Magda. – Dręczę się tym od lat, ale do tej pory nie umiałam ruszyć z miejsca. Grzebałam się wciąż w przyczynach tego stanu rzeczy, w urazach i próbach zmiany zachowania brata. Wiedziałam, oczywiście, że sporo winy jest po mojej stronie, w końcu zrozumiałam, że zmiana musi zacząć się ode mnie. No dobrze, tylko od czego zacząć?

Z perspektywy skutecznego działania droga do zmiany osobowości wiedzie poprzez twój osobisty cel. W przypadku Magdy wizja jest jasna: dobre relacje z bratem. Ty, jeśli już umiesz odróżniać wizje od toksycznych fantazji, wybierz jedną, najbliższą ci dziś wizję. Co byś chciała skutecznie zrealizować w swoim życiu? Wybierz jedną rzecz. Teraz następny krok: zapomnij, że ten cel dotyczy ciebie. Stań z boku i odpowiedz na pytanie: Jaka osoba może to osiągnąć? Zachowaj się jak pracodawca czy dyrektor castingu. Osoby o jakich cechach szukasz? Potraktuj ten problem abstrakcyjnie i wypisz te cechy. W ten sposób stworzysz portret psychologiczny osoby, która bez trudu osiągnie cel, który wybrałaś.

Magda: – Po zadaniu sobie pytania, kto skutecznie poprawi relacje z bratem, wypisałam: „ktoś tolerancyjny, nieoceniający, ale słuchający; ktoś, kto pierwszy podejmuje kontakt; ktoś, kto w ogóle wie, w jakiej rzeczywistości żyje jego brat; ktoś umiejący zamknąć za sobą drzwi przeszłości; ktoś chwalący się bratem, chętnie pokazujący go znajomym; ktoś lubiący i akceptujący ważne dla niego sprawy”.

Kiedy przestajesz myśleć w kategorii: „co JA muszę zrobić”, a zaczynasz zadawać sobie pytanie: „Co TRZEBA zrobić?”, od razu widzisz, czego do tej pory zaniechałaś.
Kolejny krok to hierarchizacja. Wybierz jedną, twoim zdaniem kluczową, cechę, która skutecznie umożliwi realizację wyznaczonego celu. Ponownie zapomnij o sobie. Myśl abstrakcyjne o problemie, a nie o swoim przypadku. Jakie konkretne zachowania trzeba podjąć, żeby w sobie tę cechę rozwinąć? Nie jest ci potrzebna żadna fachowa wiedza. Ty to wiesz. Wyobraź sobie, że chcesz wychować dziecko, żeby wyraźnie tę cechę manifestowało.

Magda: – Cecha, która według mnie jest bardzo pożądana w relacjach z tak trudnym i tak nieodpowiedzialnym człowiekiem jak mój brat, to tolerancja. Co bym robiła, gdybym u kogoś miała rozwinąć tolerancję? Starałabym się, by poznawał kultury i religie inne niż moja. Poszerzyłabym jego środowisko społeczne o ludzi, z którymi do tej pory się nie zadawał. Sprawiłabym, by słuchał zamiast mówić. Pytał, dlaczego, a nie mówił, że to głupie. Oglądał filmy, czytał książki, nie odrzucał czegoś tylko dlatego, że to nie jego klimaty. Zainteresował się czymś kompletnie nowym. Potem przełożyłam to na swój przykład. Zaczęłam od tego, że kupiłam pismo na temat motorów i je przeczytałam od deski do deski.

Zmiana jednej cechy charakteru może przynieść ogromne korzyści

Mimo że jeszcze długa droga przed tobą, jeśli teraz zaczniesz powoli robić coś, aby wypielęgnować w sobie jedną wybraną cechę, to z czasem wyraźnie przełoży się to na realizację celu.

Magda: – Przez lata przerażała mnie myśl: „Muszę wreszcie naprawić kontakty z bratem”. To mnie przytłaczało. Skupiłam się na podniesieniu u siebie poziomu tolerancji i dobre relacje przyszły same. Po prostu idąc do brata, nie odczuwam już żadnego napięcia. Jest dziś u nas w domu częstym gościem. To może dla kogoś nic wielkiego, ale dla mnie to całkowita zmiana mojego życia. I na dodatek wiele osób mi mówi, że się zmieniłam. Jestem weselsza, bardziej cierpliwa, spokojniejsza, pomysłowa – słowem: inna. Ja też to czuję. Skuteczna rewolucja w osobowości, a co za nią często idzie – rewolucja w życiu, nie musi być związana z napięciem. Zacznij od jednej cechy i po prostu sprawdź, co się stanie. Powodzenia!

  1. Styl Życia

Coaching. Czy to coś dla mnie?

Przed podjęciem decyzji o coachingu zastanów się, czy naprawdę jesteś gotowy zmienić swoje życie. (Fot. iStock)
Przed podjęciem decyzji o coachingu zastanów się, czy naprawdę jesteś gotowy zmienić swoje życie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Najlepiej porównać go do sportu. Masz jakiś cel, masz trenera, jest pot, czasem łzy, częściej satysfakcja. I upragniony cel wreszcie na wyciągnięcie ręki. Komu coaching pomoże, kogo zniechęci, a także z jakimi ekspertami warto zmieniać swoje ciało i psyche – pytamy uznanych polskich Coachów.

Najlepiej porównać go do sportu. Masz jakiś cel, masz trenera, jest pot, czasem łzy, częściej satysfakcja. I upragniony cel wreszcie na wyciągnięcie ręki. Komu coaching pomoże, kogo zniechęci, a także z jakimi ekspertami warto zmieniać swoje ciało i psyche – pytamy uznanych polskich coachów.

Coaching zrobił się modny. Nic dziwnego: jest pozytywny i nastawiony na przyszłość, obiecuje szybki efekt, nie grzebie w smutnym dzieciństwie i nie wymaga leżenia na kozetce. W czasie sesji można rysować, bawić się w teatr i przymierzać kapelusze. A po sesji zmienić swoje życie na lepsze. Na przykład Ania, moja koleżanka, jedną sesją przez Skype’a rozwiązała swój problem (kupić mieszkanie w mieście czy dom na wsi?). Druga koleżanka, menedżerka dużej firmy, została niejako karnie skierowana na coaching biznesowy i choć nie była do niego (ani do coacherki) przychylnie nastawiona, po 10 sesjach jej bardzo złe relacje z szefem zmieniły się na prawie doskonałe. Teraz awansowała i jest jeszcze ważniejszym menedżerem, dlatego pewnie chce zachować anonimowość. Ja wróciłam z wyjazdu coachingowego z Maciejem Bennewiczem i w ciągu 10 miesięcy napisałam książkę, nad którą rozmyślałam kilka lat. Ale bywają też coachingi nieudane. Magda po jednej sesji coachingu diety wyszła zmotywowana do schudnięcia 12 kilogramów. Przez pół roku schudła dwa. I więcej nie mogła. Czy to wina jej, czy coacha? Teoretycznie jej, bo coach nie bierze odpowiedzialności za to, co robisz czy też czego nie robisz ze swoim życiem. I nie może cię zmusić do ograniczenia porcji na talerzu. A co może?

Szukając nowych dróg

– Coaching jako jedna z niewielu współczesnych metod edukacji dorosłych tak bardzo koncentruje się na dostosowaniu do indywidualnych predyspozycji i potrzeb klienta-ucznia – wyjaśnia coach Maciej Bennewicz. – Oparty jest na intensyfikowaniu pragmatycznych doświadczeń klientów m.in. poprzez zadania praktyczne, eksperymenty, kontrolę rezultatów, ćwiczenia doskonalące, trening kompetencji, a także analizę prób i błędów – w kontekście spodziewanego i ustalonego celu.

Żeby ten cel osiągnąć, coach czasem zadaje ci niewygodne pytania, prosi o wylosowanie karty, interpretację zdjęcia… Czasem musisz wstać, zmienić miejsce, przespacerować się po rozrzuconych kartkach, zamknąć oczy… Niektóre metody przypominają ustawienia hellingerowskie czy psychodramę, mają elementy medytacji i wizualizacji. I każda z tych metod jest dobra, jeśli jest etyczna i prowadzi do celu.

– Dróg poszukiwania jest nieskończenie wiele, co więcej, wciąż powstają nowe – zauważa coach Ewa Mukoid. – Kiedy powstają nowe drogi? Gdy się ich aktywnie szuka. Można na nie wpaść przypadkiem, ale trzeba mieć to nastawienie poszukiwacza, aby w drodze dostrzec drogę. Lepiej i pewniej się na nie trafia w towarzystwie kompetentnej osoby – i mam tu na myśli coacha.

Taki coach zna mnóstwo narzędzi, więcej niż ty. Zadania, które ci daje, bywają trudne, wymagają przełamania barier, wyjścia poza schemat, poza strefę komfortu. Możesz odmówić ich wykonania, ale na ogół nie warto tego robić. Chodzi w końcu o twoje życie i twoje szczęście. A kodeks etyczny zobowiązuje coacha, by wszystkie informacje zachował dla siebie, więc nawet jeśli zrobisz coś głupiego albo podzielisz się swoim sekretem – zostaje to między wami. To znaczy ty masz prawo opowiadać o sesji wszystkim, twój coach – nie.

– Trening, kreatywność, sukces – tak opisałbym coaching w trzech słowach – mówi Maciej Bennewicz. – Fundamentem jest trening starych i nowych kompetencji. Następnie pojawia się kreatywna innowacja, która ulepsza dawne nawyki lub zmienia ich jakość. Jednak celem coachingu jest sukces, zindywidualizowany, bo dla każdej osoby istnieje inna jego miara.

Za jaką cenę?

Coaching wymaga inwestycji. I nie chodzi tylko o pieniądze, które są niemałe: jedna sesja może kosztować 150 zł, ale też 3000 zł (zależy od coacha i celu). Coachee, czyli coachowany, musi się też nieźle napracować. W przeciwieństwie do, na przykład, chirurga plastyka, coach nie ponosi praktycznie żadnej odpowiedzialności za zmiany, jakie zajdą w kliencie. Cała odpowiedzialność spoczywa na tobie. Zła wiadomość? Niekoniecznie. – Metoda coachingowa czerpie inspiracje przede wszystkim ze sportu, dlatego model sportowej efektywności jest kręgosłupem coachingu – wyjaśnia Maciej Bennewicz. – O sukcesie decyduje umiejętne wykorzystanie reguł gry, osobiste uwarunkowania zawodnika i dostosowany do potrzeb trening. Wybór coachingu to wybór treningu efektywności. Wiemy ze współczesnych badań, że samo marzenie o sukcesie może być rozleniwiające, jednak planowanie rezultatów motywuje i zwiększa skuteczność. Nasz mózg lubi aktywować działanie.

Dlatego warto być aktywnym. I dlatego wielu z nas, gdy jest niezadowolonych ze swojego życia, nie idzie na zabieg korekty nosa, ale właśnie na coaching. Podejmuje wysiłek, bo to się na dłuższą metę opłaca. Samodzielnie, ale w obecności specjalisty.

A można samemu?

Mam na myśli taką kolejność, że najpierw czytam o metodach, a potem aplikuję sobie coaching sama, bez nadzoru coacha. – Teoretycznie tak – twierdzi Ewa Mukoid. – Ale mało kto ma czas i determinację na konsekwentny autocoaching. Poza tym bez lustra nie widzimy samych siebie, stąd ogromna rola informacji zwrotnej. I to nie byle jakiej, ale takiej, która pozwala się rozwijać. A bez komunikacji, wymiany z drugim człowiekiem, bez stawianych przez niego wyzwań, trudnych pytań, ale także dostarczanego przezeń wsparcia – ma się tendencję do dreptania w kółko w kręgu własnych przeświadczeń i samopotwierdzających się założeń. Skoro jesteśmy w wieku profesjonalizacji i doceniamy, że ktoś, np. pielęgniarka, kosmetyczka, masażysta czy mechanik samochodowy, kompetentnie się nami (lub naszym sprzętem) zajmuje – to tym bardziej obszar tak istotny jak jakość swojego życia warto „obsłużyć” przy pomocy profesjonalisty, prawda?

Pod warunkiem że jest to profesjonalista, a nie hochsztapler. Bo coaching, jak każda metoda, jest skuteczny tylko wtedy, gdy zajmuje się nim ktoś, kto się na tym zna. Jak z operacją nosa. Chirurg musi wiedzieć, dlaczego chcesz go zmienić, dobrać odpowiedni dla ciebie kształt i jeszcze zręcznie posługiwać się skalpelem.

Po czym poznać profesjonalistę? Z tym jest pewien problem, bo coachem zostaje się dużo szybciej i dużo łatwiej niż chirurgiem plastykiem. Czy psychoterapeutą. Ale od czego jest Google? Można sprawdzić, czy coach ma licencję. Warto też polegać na rekomendacji znajomych. Dobry coach to skuteczny coach. Nawet gdy nie ma pięciu lat studiów i kilku dyplomów.

Ciemna strona mocy

Coaching zbiera ostatnio hejt. Krytykują go nie tylko psychologowie i inni terapeuci, których można by posądzić o zazdrość, ale też sami coachowani, którym wydaje się, że trafili w złe ręce. – Nie ma nic bardziej żałosnego niż hejter wypowiadający się w necie o coachingu, o którym nie ma pojęcia… – mówi coach Jarosław Gibas. – Chociaż nie, istnieje jednak coś bardziej żałosnego. Jest nim ten, który sprawił, że hejter myśli o coachingu to, co myśli… Największym problemem tzw. polokołczingu, opartego na komunałach i banalnych narzędziach, jest jego efektywność nieradząca sobie z próbą czasu. Od procesu mijają tygodnie i miesiące, a wraz z nimi zapał i entuzjazm zmiany odchodzi w zapomnienie. Wtedy coachee słusznie zadaje sobie pytanie: „Za co ja zapłaciłem te pieniądze?” i automatycznie staje się jednym z hejterów, powiększając grono tych, którzy na samo słowo „coach” dostają mdłości. W ten właśnie sposób polokołcz Stefan „wsiądź do Ferrari” Kowalski strzela nie tylko sam sobie w kolano, ale też całemu edukacyjnemu rynkowi.

Jarosław Gibas ma pewnie na myśli charyzmatycznych mówców motywacyjnych, którzy dysponują wyłącznie ową charyzmą i umiejętnością sprzedania siebie. Mają dobry marketing, za którym niewiele stoi. Być może nawet po jednej sesji, wysłuchaniu motywacyjnego wykładu na YouTubie czy przeczytaniu książki czujemy moc, ale… nie zmieniamy swojego życia.

– Dla mnie coachingowym koszmarem jest też realizacja celów – przyznaje Jarosław Gibas. – Wszyscy nagle muszą realizować cele i tabuny coachów prześcigają się w tym, by w tej realizacji pomagać klientom. Problem tkwi jednak nie w tym, jak wreszcie dopiąć celu, tylko w tym, dlaczego jak dotąd nie udało się go osiągnąć. Problem nie tkwi po jasnej stronie mocy, ale po ciemnej!

Umowa o dzieło

No i jeszcze jedna rzecz – musi być między wami chemia. Bo coachingu nie przeprowadza się w znieczuleniu. Dobrze, żebyście z coachem nadawali na tej samej częstotliwości. Na pierwszej albo drugiej sesji coachingowej coachee i coach podpisują kontrakt. Umowa obowiązuje zwykle na 10–12 spotkań, które nazywa się procesem. Klient nie ma problemu, tylko cel i niczego mu nie brakuje, by ten cel osiągnąć. Coach pomaga mu tylko sprawdzić, czy ten cel jest dobrze sformułowany, pozwala odkryć zasoby, zwiększyć motywację i zaplanować skuteczne działania. Jeśli nie uda się tego zrobić w ciągu umówionych 12 sesji, które odbywają się co 2–4 tygodnie, to znaczy, że już raczej się nie uda. – Coaching to praca projektowa, umowa o dzieło – wyjaśnia Maciej Bennewicz. – Mamy do czynienia z coachingiem, kiedy „dzieło” jest rozliczone, a ustalone na starcie efekty są osiągnięte zgodnie z ustalonymi wskaźnikami. Jeśli ktoś nie odczuwa spodziewanych efektów w wyniku coachingu, to najczęściej z tego samego powodu co w sporcie lub stosowaniu diety: niewłaściwego treningu albo braku konsekwencji. Nie sposób przebiec maraton zaraz po wstaniu z wielotygodniowego seansu telewizyjnego na kanapie.

Dlatego, nawet jeśli po przeczytaniu tego artykułu zdecydujesz się na proces, zastanów się, czy naprawdę jesteś gotowa zmienić swoje życie. Na lepsze. A zanim podpiszesz kontrakt, spędź z coachem przynajmniej godzinę. Osobiście, przez Skype’a czy nawet telefon. Bo inaczej, bez względu na twoje zasoby, raczej nie zrealizujesz celu.

  1. Psychologia

Kim teraz jesteś? Jak zmieniła nas pandemia i co z tym zrobić?

Dzięki ćwiczeniu zwanemu regnozą zobaczysz, co zyskałeś dzięki pandemii. (Fot. iStock)
Dzięki ćwiczeniu zwanemu regnozą zobaczysz, co zyskałeś dzięki pandemii. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
To może być trudne, ale spróbuj wyobrazić sobie... siebie za cztery miesiące od dzisiaj. Co robisz? Jak myślisz? Jak żyjesz? Co się w tobie zmieniło? Dzięki ćwiczeniu zwanemu regnozą zobaczysz, co zyskałeś dzięki pandemii. Bo mimo wielu dotkliwych strat ten okres też nam coś dał: bezcenną wiedzę o sobie. 

To może być trudne, ale spróbuj wyobrazić sobie... siebie za cztery miesiące od dzisiaj. Co robisz? Jak myślisz? Jak żyjesz? Co się w tobie zmieniło? Dzięki ćwiczeniu zwanemu regnozą zobaczysz, co zyskałeś dzięki pandemii. Bo mimo wielu dotkliwych strat ten okres też nam coś dał: bezcenną wiedzę o sobie. 

Przez pierwsze tygodnie pandemii czekaliśmy na to, by świat wrócił do normalności, czyli czasów sprzed „wirusa w koronie”. Dni mijały i coraz bardziej oswajaliśmy się z faktem, że już nigdy nie będzie tak jak dawniej. Zaczęliśmy snuć teorie, wybiegać myślami do przodu, bo „tu i teraz” wydawało się zbyt przerażające. A gdyby tak odwrócić nasze myślenie? Zbudować pomost pomiędzy tym, co w nas, a tym, co być może przyniesie jutro? Stworzyć future mind, czyli świadomość przyszłości opartą nie na prognozie, ale na regnozie, czyli patrzeniu wstecz na naszą teraźniejszość?

Regnoza to ćwiczenie często stosowane w opracowywaniu wizji dla przedsiębiorstw. My możemy wykorzystać je, by przyjrzeć się wizji swojego życia. Czyli patrzymy na obecną sytuację z punktu usytuowanego, dajmy na to, cztery miesiące później. Wiemy już, co się w nas zmieniło trwale, jacy staliśmy się dzięki wydarzeniom z tego czasu. Myślimy o przyszłości z pozycji nas samych i naszych aktualnych wewnętrznych przemian. Niemiecki badacz i prognostyk Matthias Horx w swoim eseju proponuje:

„Wyobraźmy sobie siebie jesienią, powiedzmy, we wrześniu 2020 roku. Siedzimy w kawiarni na ulicy jakiegoś dużego miasta. Jest ciepło, po ulicy znów przemieszczają się ludzie. Czy przemieszczają się inaczej? A może wszystko jest jak wcześniej? Czy wino, drink albo kawa smakują jak dawniej, jak przed epidemią? A może lepiej? Co będzie nas wprawiać w zdumienie, gdy będziemy patrzeć wstecz na czas pandemii?”.

Jak wyjaśnia, zwykle kiedy wybiegamy w przyszłość, widzimy raczej czekające nas zagrożenia i problemy, regnozy tworzą natomiast pętle poznawcze – uwzględniamy w rachunku przyszłości nas samych i nasze wewnętrzne przemiany. I na tych ostatnich warto się skupić.

Gwałtowanie zatrzymany pociąg

Nie jesteś w stanie zmienić świata, ba, dziś nie jesteś w stanie nawet go przewidzieć, ale masz wpływ na swoje życie. Kontaktując się z sobą samym, czyli poznając wewnętrzne mechanizmy funkcjonowania, możesz przewidzieć swoją reakcję na zmiany zachodzące w zewnętrznym świecie i zawczasu się do nich przygotować. Dzięki temu nie tylko twój lęk przed przyszłością się zmniejszy, ale pojawią się także naturalna ciekawość i podekscytowanie. Spróbujemy?

Wyobraź sobie pędzący pociąg, który nagle zostaje zatrzymany. Słyszysz przeraźliwy pisk kół trących o szyny, widzisz lecące iskry... A potem obezwładniająca cisza, totalne zatrzymanie... To był właśnie wybuch pandemii koronawirusa. Tuż po katastrofie część pasażerów czekała, aż pociąg znowu ruszy (będzie tak jak dawniej), inni się niecierpliwili, zrywali do działania (by jak najszybciej znaleźć nowy sposób dotarcia do celu). Byli też tacy, którzy odnieśli obrażenia, i z dnia na dzień przybywało ich coraz więcej (tak przynajmniej wykazywały statystyki). Przez megafony straszono nas, że liczba poszkodowanych i zmarłych będzie rosła – pik ciągle przed nami...

Wyobraź sobie teraz, że jesteś jednym z pasażerów. Od katastrofy minęły cztery miesiące. Wiele się w tobie zmieniło. Po okresie lęku, złości, buntu, rezygnacji i rozpaczy poczułeś wreszcie wewnętrzną siłę. Jesteś w zupełnie innym miejscu niż przed pandemią. Czujesz, że wszystko, co się wydarzyło od tamtego momentu do dziś, to... wcale nie był taki zły czas.

Sprawdź, jak radzisz sobie z emocjami

Pamiętasz swoje pierwsze odczucia na wieść o pacjencie zero w naszym kraju? I kolejne: o ograniczeniach, izolacji, konieczności noszenia masek? Prawdopodobnie najpierw poczułeś lęk, że zachorujesz ty albo ktoś z twoich bliskich. Lęk często zamieniał się w złość, złość w smutek, smutek w rezygnację. Czasami miałeś wrażenie, że ten emocjonalny koktajl cię zabije, że dłużej tego nie wytrzymasz, ale... dałeś radę. Zacząłeś medytować, obserwować swój oddech, a może najbardziej pomocny okazał się ruch? Albo znalazłeś inną, własną metodę okiełznania tego szaleństwa w sobie. Dziś już wiesz, że emocje są jak fale oceanu; przypływają i odpływają. Że jeśli spokojnie przyjmujesz wszystko, co się w tobie pojawia, nie dajesz się wciągnąć w analizy w stylu: „O rany, co teraz będzie?”, to po 90 sekundach nawet najsilniejsza fala odpływa. Dlatego teraz jesteś gotowy na wszystko, co się wydarzy; zamiast lęku przed nowym odczuwasz przede wszystkim ciekawość i podekscytowanie. Ta nowa, a właściwie obudzona, umiejętność to ważny element twojej wewnętrznej mocy. Spróbuj do tego dołączyć mocne stanie na ziemi; odkryj swoją indywidualną równowagę w ciele pomiędzy napięciem a rozluźnieniem – lekko ugięte kolana, luźna miednica, oddech brzuszno-piersiowy, luźne barki – pozycja, w której twoje ciało się nie męczy.

Zrób bilans strat i zysków

Przypomnij sobie, czego najbardziej brakowało ci w tych najtrudniejszych chwilach. Co straciłeś? Przerażała cię izolacja, brak relacji twarzą w twarz, konieczność zamknięcia w czterech ścianach? A może praca zdalna? Jak długo to trwało? Dwa, trzy tygodnie? A potem poczułeś, że ta cisza nie jest wcale taka zła. Praca w zaciszu własnych czterech ścian, przerwy, kiedy poczułeś się zmęczony, celebrowanie picia porannej kawy i drzemki w środku dnia. Bardzo szybko to polubiłeś. Po miesiącu zostałeś mistrzem zarządzania własnym czasem, a te dwie godziny zaoszczędzone na dojazdach przeznaczyłeś na coś, o czym marzyłeś od dawna. Spacer z psem i joga zamiast kolejnej kawy – czysty zysk. Przypomnij sobie, po jakim czasie przyznałeś sam przed sobą, że w zasadzie mógłbyś tak żyć do końca świata i o jeden dzień dłużej. A ci wszyscy, których na początku tak bardzo ci brakowało? No cóż, kryzys często rewiduje znajomości. Z iloma z tych osób naprawdę miałeś ochotę na kontakt? Ile nowych poznałeś? Ile starych kontaktów odnowiłeś? Kiedy wcześniej zdarzyło ci się prowadzić tak głębokie i ważne rozmowy przez telefon?

Święta bez rodziny w realu; każde z was przed monitorem komputera. Zgoda, to było trudne, ale... być może pierwszy raz od dawna poczułeś, jak bardzo ich kochasz, może nawet powiedzieliście to sobie na głos.

Pieniądze – tak bardzo bałeś się, że stracisz pracę albo że szef obniży ci pensję, być może tak się stało, ale... nie umarłeś z głodu, za to zrewidowałeś swoje potrzeby, zrobiłeś nawet porządki w swoich „dobrach materialnych” i zrobiło ci się tak jakoś lekko na sercu. Zacząłeś oszczędzać, najpierw z poczuciem wyrzekania się czegoś ważnego: jak można żyć bez sushi i profesjonalnego masażu? Po dwóch tygodniach zajadałeś się ziemniakami z jajkiem sadzonym i kefirem (zupełnie jak w dzieciństwie u babci na wakacjach), a szczotkowanie całego ciała stało się twoim codziennym porannym rytuałem – jak można bez tego żyć?

A kiedy dostałeś pierwszą pensję w czasach zarazy, poczułeś ogromną potrzebę podzielenia się: wsparłeś lokalny salon fryzjerski, przeznaczyłeś pieniądze na zakup maseczek dla lekarzy. Twoje finansowe lęki szybko przerodziły się docenianie rzeczy niematerialnych; spacer po parku, rozmowę z przyjacielem, czas na długie leżenie w wannie – to okazało się cenniejsze od pieniędzy.

Weź kartkę papieru i wypisz wszystkie swoje straty i zyski. Coś czuję, że w efekcie większość strat okaże się zyskiem, przynajmniej w moim przypadku tak się stało. I jaka cudowna lekcja na przyszłość – zanim zaczniesz opłakiwać coś, co straciłeś, pomyśl, czy z tej straty wynika coś pozytywnego.

Przyjrzyj się, jak zarządzasz swoją energią

Przypomnij sobie, jak bardzo złościły cię te wszystkie ograniczenia, zakazy, nakazy. Wściekłość rozrywała cię od środka. Chciałeś walczyć, ale wróg, główny sprawca był niewidoczny. „Nie zgadzam się”, „Nikt mnie o tym nie uprzedził”, „Wolałbym wiedzieć wcześniej” – to był twój podstawowy repertuar. Efekt? Puszczanie pary w gwizdek. Po pewnym czasie miejsce złości zajęły bezradność i brak siły. Obydwie emocje karmił lęk przed utratą kontroli. Na szczęście w pewnej chwili doznałeś objawienia, zrozumiałeś, że jednak jest coś, co możesz kontrolować – wydatek własnej energii. Zrozumiałeś, że możesz oddzielać to, na co nie masz wpływu, od tego, z czym możesz coś zrobić. Na przykład obniżka pensji czy honorarium za zlecenie – to jest fakt, na który nie masz wpływu, twój szef pewnie także niewielki. Za to możesz poszukać sobie nowej pracy albo przyjąć nowe warunki i nie tracić energii na bunt, który nic nie da, czy narzekanie, które pozbawi cię siły. Sposób, w jaki potrafisz zarządzać swoją energią, to twój potężny zasób, zwłaszcza w nowym świecie. Patrzysz, analizujesz, ustalasz fakty oraz strefy wpływu, i już wszystko wiesz. Jestem pewna, że dziś work life balance masz w jednym palcu. I to bez kosztownego szkolenia, w końcu doświadczanie jest najlepszym nauczycielem.

Znajdź równowagę pomiędzy działaniem a niedziałaniem

To chyba najcenniejsza umiejętność, którą miałeś szansę opanować. Do czasów epidemii wszyscy bez wyjątku żyliśmy w manii wszechmocy i naddziałania. Wydawało nam się, że możemy wszystko: przewidzieć, zaplanować, zrobić. A tu nagle... trach – pociąg się zatrzymał i w starym składzie dalej nie pojedzie. Niedawno przeczytałam cudowne rozróżnienie pomiędzy działaniem a działalnością. Otóż działanie to robienie z wewnętrznej potrzeby, działalność to kompulsja – służy temu, by rozładować napięcie lękowe, dowartościować nas, poprawić samopoczucie. Znów: para w gwizdek. Rób to, co możesz zrobić, a resztę – puść, nie odpuść, tylko puść. Jak? Zrób ćwiczenie: weź w obydwie dłonie surowe jajko, poczuj jego fakturę, temperaturę, ciężar, poprzekładaj z dłoni do dłoni. Potem obejmij mocniej i rozluźniając kolejno palce... puść. Najpierw się przestraszysz, zaraz potem poczujesz ulgę. W ramach działania posprzątaj skorupki.

Zrewiduj swoją hierarchię wartości

Zawsze chciałam mieć okazję ustalić na nowo, co jest dla mnie ważne. To jak zyskanie drugiej szansy, nowego życia. No dalej, spróbuj. Zamknij oczy i wyobraź sobie tablicę, na której zapiszesz swoją listę wartości. Umówmy się, że będzie ich pięć. Zdradzę ci, że mój nr 1 to: wolniejsze tempo życia, uciszenie tego wewnętrznego poganiacza, który wołał: „No dalej, tyle powinnaś jeszcze zrobić”. Uff, co za ulga.

Zajrzyj do plecaka

A teraz wyobraź sobie, że coraz bardziej oddalasz się od zatrzymanego pociągu. Coraz baczniej przyglądasz się „nowemu”. Kiedy pojawia się delikatna fala niepokoju, dla odzyskania pewności siebie dotykasz plecaka przewieszonego przez ramię. Masz w nim swoje najcenniejsze zasoby (walizki ze zbędnymi szpargałami z przeszłości zostawiłeś w pociągu), które dają ci poczucie bezpieczeństwa w nowym świecie. Wypracowałeś je podczas minionych miesięcy, kiedy miałeś niepowtarzalną okazję bycia w kontakcie ze sobą. Czy wiesz już, jakie one są?

Moje zasoby to metody dbania o ciało, przede wszystkim o dobrą odporność, a także sposoby radzenia sobie ze stresem. Jem tylko to, co mi służy. Dbam, by praca sprawiała mi radość. Pandemia pozwoliła mi „puścić” wszystkie zajęcia, z których już wyrosłam i które mnie bardziej męczą, niż cieszą. Każdego dnia robię jedną lekcję Feldenkraisa i kilka króciutkich sesji oddechowych. I każdego dnia odkrywam kolejne cenne dary od świata, które dostałam w czasach zarazy.

  1. Psychologia

Utrata jest zwyczajnym doświadczeniem. Tracąc, zyskujemy

 Iwona Lis, fot. Albert Zawada
Iwona Lis, fot. Albert Zawada
Zobacz galerię 1 Zdjęć
W naszych ciałach i psychice istnieją potężne mechanizmy odnowy i wzrostu. To znaczy, że jesteśmy w stanie podnieść się po każdej porażce i utracie.

Światowej sławy psychoterapeuta dr Peter A. Levine w książce dotyczącej traumy „Obudźcie tygrysa” pisze, że rodzimy się z naturalną zdolnością do przezwyciężenia wszelkich, najtrudniejszych nawet, doświadczeń utraty, a także regenerowania się po groźnych i stresujących wydarzeniach. Ciało, psychika i duch współpracują na naszą korzyść, napędzane potężną energią życia, która pragnie przejawiać się poprzez nas.

Aleksander Perski, założyciel szwedzkiej Kliniki Stresu, w swoich książkach (m.in. w „Poradniku na czas przełomu...”) zwraca uwagę na to, że biologicznie i psychicznie zostaliśmy wyposażeni tak, by zmierzać do zdrowia, harmonii i pełni. A także do odnowy. Nasze organizmy są mocne i ukierunkowane na życie. Nie zdajemy sobie sprawy, że nieustająco jesteśmy poddani potężnemu procesowi regeneracji organizmu. Około 20 lat temu południowoafrykański biolog Sydney Brenner odkrył zjawisko apoptozy, czyli „zaprogramowanego obumierania komórek”, za co w 2002 roku otrzymał Nagrodę Nobla. Apoptoza polega na tym, że komórka, która żyje jakiś czas – u dorosłego człowieka obejmujący około 20 podziałów komórkowych – musi zostać usunięta. „Zawiadamia” więc sąsiednie komórki, że przyszła na nią pora. Sąsiedzi wysyłają cząsteczki proteinowe, małe pociski, które mają ją zniszczyć. Wówczas komórka rozrywa się na maleńkie cząstki, które są wchłaniane przez pobliskie komórki lub zostają wydalone z organizmu. Przestrzeń po obumarłej komórce zapełnia się w wyniku podziału komórki sąsiedniej. Rozmach tego procesu jest ogromny – w ciągu sekundy zachodzi około 20 milionów podziałów komórkowych, w wyniku których w naszym organizmie codziennie zmienia miejsce około dwóch kilogramów komórek. W ciągu całego życia w ten sposób przekształca się 70 ton komórek!

To pokazuje, że utrata i regeneracja leżą w naszej ludzkiej naturze. Jesteśmy dynamicznymi istotami, które są w stanie zmieniać środowisko, przekonania, poglądy, stosunek do życia, "puszczać" przeszłość i otwierać na przyszłość. Służą temu naturalne procesy, które jednak zaburzamy. Czym? Niezgodą, oporem, przywiązaniem do żalu i bólu, zamartwianiem się, rozmyślaniem o przeszłości. Niezrozumienie, że utrata jest nieruchomą częścią życia i daje miejsce nowemu.

Może być tak, ze kawałek naszego życia się rozpada, bo tracimy pracę, pieniądze, prestiż, bliską relację, jednak paradoksalnie czujemy ulgę. Ból, ale też ulgę. Mówi o tym wiele osób, które przeżyły stratę. Jakby coś głęboko w nas wiedziało, że utrata jest zwyczajnym doświadczeniem. Szansą. Otwarciem.

Może nie lubiliśmy swojej pracy i zostaliśmy z niej zwolnieni, żeby wreszcie odkryć swoją prawdziwą pasję i na przykład wyjechać na drugi koniec świata, by pomagać chorym i potrzebującym - wiele takich historii czytamy ostatnio w prasie. Być może miłość już dawno przeminęła, więc rozstanie z ukochanym było jedynie przypieczętowaniem utraty więzi - ten wątek także często słychać w życiowych opowieściach. Być może zostaliśmy okradzeni, by... poznać smak prostego życia.

Kiedy czujemy, że strata otwiera drzwi do nowych doświadczeń, nowej twórczości i rozwoju, wtedy pogodzenie się z nią, puszczenie tego, co już się wydarzyło, staje się uwalniające i ożywcze.

Możemy jednak utknąć w żalu i lęku o przyszłość. Dlaczego to przytrafił się właśnie mnie? Dlaczego życie mi to robi? Takie pytania rodzą wyczerpującą wewnętrzną walkę z tym, co jest. Nie jesteśmy w stanie jej wygrać. Opór nie chroni, a jedynie wzmacnia ból i pozbawia sił.

Wiele osób zatrzymuje się na tym właśnie etapie i nawet nie próbuje poskładać życia na nowo. Tragedia utraty wydaje się im tak przytłaczająca, że nie dostrzegają możliwości wyjścia z tej sytuacji. Bardzo często obwiniają innych za to, co się stało, przekonują siebie, że świat jest zły, ludziom nie można ufać, a los przynosi same nieszczęścia. Zdarza się też, że obarczają winą siebie. I tkwią przez długie lata w takich przekonaniach, w sytuacji bez wyjścia.

Przejście od "nie tak miało być" do "wszystko jest tak, jak być powinno" może zająć jakiś czas. Potrzebujemy ciszy, aby pobyć ze sobą, zagłębić się w siebie i odkryć, że jesteśmy czymś znacznie więcej, niż tylko wątpliwościami, obawami, osądami i przekonaniami, co jest właściwe, a co nie. A wtedy utrata stanie się kluczem do głębszego zrozumienia.

Utrata służy wyższemu dobru; jest startem do lepszego życia. Takie podejście może wydawać się przytłaczające, budzić niechęć, a nawet złość - jednak patrząc na swoje życie z tej duchowej perspektywy, otwieramy się na możliwości, których wcześniej nie dostrzegaliśmy. A wtedy dostajemy pomoc. Wsparcie może nadejść w formie książki, terapeuty, grupy, nowego przyjaciela lub nowego pomysłu. Pisarz Albert Camus ujął to tak:

"W czasie głębokiej zimy nauczyłem się, że istnieje we mnie niezwyciężone lato"
Aleksander Perski codzienną praktykę kontemplacyjną uznaje za niezbędny czynnik odnowy, przywracający wewnętrzny spokój, akceptację, współczucie, miłość i wdzięczność. Wdzięczność za to, co utraciliśmy, to dobry początek.

Iwona Lis: "Podziękowałam"

W 2004 roku Iwona Lis straciła wszystko: dziecko, zdrowie, pracę, dom, cudem przeżyła. Dzisiaj prowadzi życie twórcze i aktywne. Pomaga, wspiera, cieszy się każdą chwilą, marzy, planuje. 

Iwona Lis, fot. Albert Zawada Iwona Lis, fot. Albert Zawada

Była w ósmym miesiącu ciąży, wracała ze świąt Bożego Narodzenia, gdy samochód, którym jechała, zderzył się czołowo z innym. Trafiła do szpitala z połamaną miednicą, żebrami, nogami i ręką. Dziecko nie żyło. Przez tydzień była w śpiączce. Cztery miesiące leżała unieruchomiona. Przed wypadkiem pracowała jako menedżerka w korporacji, zakładała salony operatora sieci komórkowej.

– Z kobiety niezależnej i sprawczej stałam się kimś całkowicie bezradnym, kto nie jest w stanie się poruszyć, sięgnąć po kubek z herbatą – opowiada Iwona.

Zaczął się czas żmudnej rehabilitacji. Zrezygnowała z pracy, rozstała się z mężem. Przygarnęła ją przyjaciółka Ania; mieszkały jakiś czas razem w kawalerce. „Moje życie się skończyło. Co dalej?” – pytała siebie. Wiedziała, że leki, rehabilitacja są ważne, jednak równie ważne jest odbudowanie wiary w siebie; że da radę, że może dalej żyć. Sprawdzała wszystko, co jej zdaniem mogło pomóc: chodziła na psychoterapię, skorzystała z programu dla ludzi z zespołem stresu pourazowego, zapisała się na roczny kurs sztuki złotniczej, otworzyła działalność gospodarczą i w piwnicy przyjaciółki robiła biżuterię. Korzystała ze wsparcia rodziny i przyjaciół. I czytała, czytała, czytała. Książki o rozwoju duchowym, wewnętrznej przemianie, o budowaniu dobrego życia stały się drogowskazami. Zrozumiała, że raz na zawsze musi opuścić miejsce „ofiary”. Ofiara to ktoś, kto żyje w krzywdzie i chce tylko brać: „Jestem taka biedna, życie mi tyle zabrało, więc teraz mi dajcie. Należy mi się”. Ofiara jest pochłonięta oczekiwaniami, pretensjami i roszczeniami. Ofiara pyta: „Dlaczego? Dlaczego przydarzyło mi się takie nieszczęście?”. Rozpamiętuje przeszłość i tonie w cierpieniu.

W drodze do nowego życia, do nowej siebie pomogło przeżycie żałoby. Chodziła na grób córeczki, śpiewała kołysanki, płakała.

Pytanie „dlaczego?” zamieniła na „po co?”. To był przełom. Odpowiedź przyszła natychmiast: „Po to, abym mogła pomagać ludziom”. Pięć lat temu założyła fundację, którą nazwała Forani – dla córeczki, dla Ani.

– Teraz wiem, że to nie dla Ani, tylko dzięki niej – mówi Iwona.

Fundacja mieści się w centrum Warszawy, przy ulicy Marszałkowskiej. Pomaga ludziom poszkodowanym w wypadkach na ulicy, w pracy i w domu. Takich ludzi jest każdego roku 200 tysięcy.

– Fundacja oferuje pomoc, której ja nie dostałam, ponieważ takiej instytucji nie było – mówi Iwona. – Jest bezpłatna infolinia. Zbieramy pieniądze na rehabilitację, na terapię, leki, pomagamy w sytuacjach życiowych, takich jak remont mieszkania.

Fundacja ma 26 stałych podopiecznych. Działa sklep charytatywny – można przynosić rzeczy i kupować, a tym samym pomagać. Dla potrzebujących fundacja przeznaczyła już ponad milion złotych.

Iwona marzy o stworzeniu stałego ośrodka pierwszej pomocy dla poszkodowanych w wypadkach, żeby mogli od razu dostać kompleksowe wsparcie – medyczne, psychologiczne, duchowe.

Jest nieustająco wdzięczna. Za wolontariuszy. Ci, którzy dostali pomoc, teraz pomagają, na przykład chłopak na wózku inwalidzkim projektuje ulotki fundacji. Za współpracowników. Dominika wspiera zarówno ją, jak i podopiecznych. Niewidoma Patrycja pomaga osobom po wypadkach. Za Ulę Dudziak, która mieszka niedaleko, robi zakupy w sklepie charytatywnym i została ambasadorką fundacji. Za podopiecznych, którzy z taką nadzieją i determinacją budują siebie na nowo. Za przeszłość – wszystko, czego się nauczyła, teraz procentuje. Skończyła studia biologiczne, w korporacji zarządzała projektami, kończy psychologię na Uniwersytecie SWPS (pisze pracę o wzroście potraumatycznym). Dzięki tej wiedzy i umiejętnościom może jeszcze lepiej zarządzać fundacją i pomagać ludziom.

– To nowe życie przepełnia mnie taką radością! – mówi. – Jestem wdzięczna za wszystko – za wypadek, za to, że mogłam być z moją córeczką przez osiem miesięcy, za przemianę. Za życie.

Piotr Mencina: "Dużo rozmyślań"

"Rozwód wiele mnie nauczył. Przede wszystkim tego, że potrzebujemy - zarówno mężczyźni, jak też kobiety - przestrzeni dla siebie poza domem i rodziną; pasji, która daje radość", mówi Piotr Mencina. 

Piotr Mencina, fot. Albert Zawada Piotr Mencina, fot. Albert Zawada

Nasza córka miała siedem lat, gdy rozstaliśmy się z żoną – opowiada Piotr Mencina, trener sportowy i coach. Byliśmy razem dziesięć lat. Rozwód to ciężka sprawa; jakby człowiek tracił część siebie. Tracimy wartości, które miały być na całe życie: miłość, nadzieję na wspólną przyszłość. Następuje bolesne cięcie. Odchodzi dobrze rozumiana rutyna codzienności, współodpowiedzialność, dalekosiężne plany. Trudno się odnaleźć, ponieważ nie znamy innego życia. Odczuwałem wręcz fizyczny ból samotności i niepewność przyszłości. Pracowałem, rozwijałem swoją firmę produkcyjno-handlową w branży reklamowej. To były gorące lata 90. ubiegłego wieku, czas budowania zawodowej pozycji. Przepełniała mnie troska o przyszłość, o siebie, o córkę; czy dam radę stworzyć dobre warunki życia dla nas.

Na szczęście szybko przeprowadziliśmy rozwód i uporządkowaliśmy sprawy finansowe. To bardzo ważne, żeby formalnie domknąć coś, co się skończyło. To takie odkotwiczanie przeszłości; uwalnia, wiadomo, na czym się stoi. Teraz już można próbować odnaleźć się w nowej sytuacji, zbudować siebie na nowo. Pomyśleć, co to dla mnie znaczy. Zredefiniować siebie.

Rozstanie sprawiło, że utraciłem część poczucia własnej wartości. A także zaufanie do kobiet; stałem się ostrożny w relacjach, które mogły zakończyć się związkiem, prawdziwą bliskością.

Ocaleniem okazała się sportowa pasja, powrót do aktywnego życia. Byłem sportowcem, skończyłem AWF, w trakcie studiów pracowałem jako trener tenisa. Po rozwodzie odkryłem nurkowanie, schudłem, wróciłem do fizycznej sprawności. Zwolniłem tempo, by mieć czas dla dziecka, poczuć codzienne przyjemności. Dobrze radziłem sobie w relacjach z córką. Sporo rozmawialiśmy na ten temat: dajemy sobie radę, jest dobrze. Powróciło poczucie własnej wartości.

Dar utraty? Rozwój. Szybko to zrozumiałem. Utrata otworzyła nowe drzwi. Miałem czas, aby pomyśleć, czy praca producenta i sprzedawcy to spełnienie moich marzeń. Rozpocząłem fascynującą przygodę własnego rozwoju. Stworzyłem nową firmę. Co trzy lata kończyłem studia podyplomowe, a w międzyczasie dziesiątki inspirujących szkoleń. Pracuję jako coach, trener, doradca. Przez kilkanaście lat byłem doradcą strategicznym w polityce; pomagałem ludziom, którzy zasiadają w parlamencie i decydują o losach państwa. Szkoliłem przedstawicieli samorządów i ludzi biznesu. Pracowałem jako dyrektor generalny polskiego programu międzynarodowej organizacji sportowej. Doświadczyłem uczestnictwa w ważnych procesach społecznych, wspaniałych relacji, niezwykłych miejsc.

Co jest kluczowe w budowaniu siebie i swojego życia na nowo? Spokojna refleksja – nieszczędzenie na to czasu. Ważne pytania i szczere odpowiedzi: Jak żyję? Czy jestem szczęśliwy? Co mnie pasjonuje? To jest możliwe pod warunkiem, że uodpornimy się na spontaniczne głosy wsparcia kolegów, rodziny i znajomych. Słyszałem: „Nie chcieliśmy ci mówić, ale wy w ogóle do siebie nie pasowaliście”. „A nie mówiłem, że to się tak skończy”. „Teraz wreszcie możesz zająć się firmą i zarabianiem pieniędzy”. Ludzie chcą pomóc, wnieść coś swojego, ale mówią z perspektywy własnego życia, która przecież nie jest nasza. Błędem jest podążanie za takimi głosami bez autorefleksji.

Nigdy nie mówiłem źle o byłej żonie; to jest szczególnie ważne, jeśli chodzi o dziecko. Wiem, że odnosi swoje sukcesy, szczerze jej gratuluję. A więc dla nas obojga rozstanie było startem do rozwoju. Córka wyrosła na piękną i mądrą kobietę, jest wykształcona, ma dobre życie, marzenia, ciekawą pracę. Właśnie została mamą, a ja dziadkiem.

Rozwód wiele mnie nauczył. Przede wszystkim tego, że potrzebujemy – zarówno mężczyźni, jak też kobiety 
– przestrzeni dla siebie poza domem i rodziną; pasji, która daje radość. Kryzys może być doświadczeniem dobrym i budującym. Gdyby nie tamten życiowy kataklizm, nie poznałbym mojej obecnej partnerki. To dzięki niej na nowo uwierzyłem w miłość, odzyskałem pewność siebie i radość bliskości.