Czy nowe technologie zmieniają relacje międzyludzkie?

"By wyróżnić się z masy informacji, muszę dziś wymyślać kolejne sposoby, żeby ściągnąć na siebie uwagę". (fot. iStock)

„Dzwonię do ciebie, bo nie mogę z tobą rozmawiać” – to zdanie z kultowego „Misia” w dobie nowych technologii nadal jest aktualne. – Od wieków narzekamy na spłycanie relacji. Technologie nas do tego zmuszają – mówi psychoterapeuta Tomasz Srebnicki. I co z tym zrobić? – pyta Joanna Olekszyk.

Przy wspólnym stole w restauracji siedzi grupa znajomych, ale zamiast być zatopieni w rozmowie, wszyscy wpatrują się w ekrany swoich smartfonów. Przejaw nieuprzejmości czy znak naszych czasów?
Nie jestem ekspertem od savoir-vivre’u, żeby osądzać, czy jest to nieuprzejme, ale mogę powiedzieć, że jeślibym był z kimś w restauracji i ten ktoś cały czas bawiłby się telefonem, to uznałbym to za niegrzeczne. Natomiast, kiedy siedzi razem pięć osób i każda z nich patrzy na ekran swojego tabletu czy telefonu, mamy do czynienia chyba z czymś innym niż kwestia kindersztuby.

Obecnie jesteśmy w tak dużym stopniu pouzależniani od nowych technologii – zaznaczam, że nie mówię tu o uzależnieniu w sensie klinicznym – że sam fakt, iż ktoś coś sobie bez przerwy sprawdza w telefonie, na przykład godzinę, jest tak powszechnie tolerowany, jak fakt, że dwóch alkoholików siedzi, rozmawia i pije sobie wódkę. To już weszło w obszar umowy społecznej.

A czy to, że w minutę mogę: skontaktować się z koleżanką w Dublinie i ocenić jej nowe buty, zamówić sobie bilety na samolot przez Internet czy sprawdzić newsy ze świata – pana cieszy czy raczej przeraża?
Ani jedno, ani drugie. Wzbudza moją osobistą niechęć. Po pierwsze, buduje to we mnie fałszywą iluzję wpływu na rzeczywistość – że na przykład w każdej chwili mogę skontaktować się z dowolną osobą na drugim końcu świata. Po drugie, powszechny dostęp do niesprawdzonych i pogłębionych informacji powoduje, że informacje jako takie straciły swoją wartość. Ta telegraficzność, skrótowość wiadomości przekłada się na skrótowość komunikacji między ludźmi. I znów, nie jest ona ani grzeczna, ani niegrzeczna, jest po prostu nową formą komunikacji.

Technologie uczą nas refleksu, a nie refleksyjności – i to właśnie budzi moją niechęć. Widać to w obszarze tzw. fake newsów, czyli zmyślonych informacji oraz legend miejskich, które się rozprzestrzeniają w kosmicznym tempie. Zniechęca mnie też to, że o fakcie, że spóźnię się dziś na naszą rozmowę, mogłem panią od razu poinformować. Już się nie musiałem zastanawiać, jak panią przeproszę i czy jest mi z tego powodu przykro, czy nie. Co więcej, nie jestem pewien, czy przypadkiem na to, że się dzisiaj spóźniłem, nie wpłynęła własnie możliwość natychmiastowego poinformowania o mojej „obsuwie”.

A ja w odpowiedzi wysłałam do pana SMS-a o pana spóźnieniu. Ta informacja miała trafić do koleżanki, z która jestem później umówiona.
W związku z tym dostałem dostęp do SMS-a, który nie miał być do mnie…

Przez omyłkowe SMS-y lub przypadkiem zobaczone zdjęcia na Facebooku ludzie dowiadują się, że na przykład ich partner zdradza. Podobnie jak o tym, że znajomy został ojcem czy kupił sobie samochód.
Ostatnie z wymienionych przez panią przykładów są właśnie taką skrótową, pocztówkową komunikacją. Wysyłam pocztówkę, że zostałem ojcem i wokół tego wydarzenia zbiera się 20 tysięcy lajków i gratulacji. Dziś komunikacja nie wymaga od nas praktycznie żadnego wysiłku, wystarczy wrzucić kilka zdjęć na Instagram, by zobaczyły je tysiące osób, kiedyś trzeba było przytachać albumy ze zdjęciami lub jakiś rzutnik i slajdy, pokombinować.

Na dodatek, by się wyróżnić od masy informacji, muszę dziś wymyślać kolejne sposoby, żeby ściągnąć na siebie uwagę. Jak portal, który przyciąga tytułami niemającymi nic wspólnego z treścią artykułów. Pojawiają się coraz nowsze formy zachowań ludzkich, na przykład skoczył z motu bez spadochronu czy zrobił sobie tatuaż na członku… I znów – nie są one ani dobre, ani złe, ale w społeczeństwie niestechnologizowanym uznalibyśmy je za jakąś formę ekstremizmu.

W moim życiu coś się musi ciągle dziać, żeby było atrakcyjne dla innych i żeby móc je relacjonować…
Chyba że jest atrakcyjne wizualnie, wtedy robię sobie selfie na łące i już jest powód do dania komentarza czy lajka. Oczywiście to działa w dwie strony – osoby komentujące moje zdjęcia też stają się uzależnione od stałego przypływu nowych informacji. Komórka pika i od razu muszą zobaczyć, co ktoś do nich napisał. Dlatego warto zadać sobie pytanie, ile to takich ważnych rzeczy dowiedzieliśmy się z Internetu, ile tak naprawdę ważnych rozmów odbyliśmy przez telefon i ile z nich tak naprawdę było koniecznych.

Przyznam, że jak ktoś do mnie dzwoni kilka razy pod rząd, wiem, że to na pewno nie jest nic ważnego. Kiedy oddzwaniam, okazuje się, że druga osoba nie pamięta, po co dzwoniła.

Ale kiedy dzwoniła, czuła, że to jest niesamowicie ważne, prawda? Na tym właśnie polega problem. Wszystkie rzeczy, potrzeby są równie priorytetowe. Każda ma tę samą wartość. Dlatego, jak nie mogę znaleźć długopisu lub maszynki do golenia, dzwonię od razu do żony, by spytać, gdzie je położyłem.

Naprawdę pan tak robi?
Ja nie, ale inni mężowie tak robią. Albo dzwonią z pytaniem: Co mam ci zamówić? Nie zastanowią się, co by żonie sprawiło przyjemność. Po co? Skoro od razu mogą ją o to spytać. Możliwości, jakie daje dzisiejsza technologia, ułatwiają nam życie. Natomiast ciemną stroną jest to, że technologia pośredniczy nam właściwie we wszystkim i staje się niezbędna.

Tracimy podstawowe umiejętności radzenia sobie w codziennym życiu.
Dokładnie tak. Mimo to jesteśmy w stanie inwestować coraz więcej pieniędzy w nowe urządzenia, które jeszcze bardziej nas od siebie uzależniają. Poza tym stajemy się coraz mniej wybredni, nie jest ważny rodzaj bodźca, ale jego siła. Zaczynamy mieć objawy klasycznej nerwicy.

Może chodzi o to, że nikt nas nie nauczył obsługi tej nowoczesności?
My tej nowoczesności uczymy się intuicyjnie, na zasadzie: jeśli urządzenie jest zbyt skomplikowane, to z niego nie korzystamy…

Uczymy się korzystać z narzędzi, ale nie zadajemy sobie pytania, czy te narzędzia są nam potrzebne.
I tu tkwi sedno problemu. My nie mamy wątpliwości, że te narzędzia są nam potrzebne. Idąc na wywiad, dziennikarz przeważnie nie ma wątpliwości, że ma przyjść z dyktafonem, telefonem i laptopem. Smartfony są dziś wyposażone praktycznie we wszystko. Tylko po co nam to wszystko? Człowiek, który ma dostęp do wszystkiego, gubi się. Wiem, że zabrzmię tu jak stary pierdziel, ale dlaczego nie możemy wstać rano i kupić gazety? Zamiast wchodzić jednym kliknięciem na pierwszy lepszy portal.

Są na szczęście tacy, którzy czynią z tego wartość. Obserwuję w młodszym pokoleniu powrót do tradycyjnych sposobów komunikacji czy zdobywania informacji i wiedzy. Młodzi coraz chętniej czytają książki i gazety, dziwnym trafem zwykle są do tego łysi, mają tatuaże i brody. Ale to świadczy o tym, że taka postawa jest kształtowana jako modna. I bardzo dobrze! Każde ekstremum powinno mieć jakąś przeciwwagę. Poza tym nawet jeśli zachłystujemy się nową technologią, powinniśmy umieć poruszać się także po świecie jej pozbawionym. Za bardzo jesteśmy zależni od rzeczy uzależnionych od tak banalnych warunków, jak energia elektryczna. Kiedy wsiadamy do samochodu i jedziemy w trasę, to tak ufamy, że ten GPS nas zaprowadzi na miejsce, na dodatek w sugerowanym czasie, że nie wyjeżdżamy wcześniej na wypadek, gdyby była zamknięta autostrada i wyładował się nam telefon…

(w tym momencie Tomasz Srebnicki odbiera telefon…)

To była oczywiście bardzo ważna wiadomość (śmiech). Ale wróćmy do przerwanego wątku. Ponieważ wydajemy coraz więcej pieniędzy na technologię, musimy coraz więcej zarabiać, czyli coraz więcej pracować. Sto lat temu na dom mogła zarabiać jedna osoba, dzisiaj nie tyle utrzymujemy dom, co urządzenia w nim się znajdujące oraz nasze zachcianki. Dzięki technologiom mamy wrażenie, że Barcelona jest o tam, na drugim końcu Warszawy. To znaczy, że jutro mogę polecieć do Barcelony na weekend. Co za świetny pomysł! I kilka tysięcy wydaję wolną ręką. Ale nie chcę demonizować. Myślę, że ludzie są na tyle inteligentni, by w pewnym momencie narzucić sobie ograniczenia i przestać tak nachalnie konsumować.

Nowe technologie mają nam ułatwić życie i sprawić, że będzie nas ono kosztowało mniej wysiłku. Ale czy to nie oznacza, że mniej wysiłku wkładamy zarówno w kupno biletu, jak i w nawiązanie z kimś kontaktu?
To jest właśnie to błędne koło. Oczywiście od wieków narzeka się na spłycanie relacji, natomiast prawda jest taka, że technologie ZMUSZAJĄ nas do spłycania relacji.

Pomysłodawca sieci WWW – Tim Berners-Lee napisał niedawno w liście otwartym, że najbardziej przerażają go trzy rzeczy w powszechnym dostępie do Internetu: tzw. fake news, lekkomyślne przekazywanie swoich prywatnych danych oraz wykorzystywanie Internetu do manipulacji ludźmi przez polityków i władze.
Zgadzam się z nim w zupełności. Kiedyś agencje rządowe musiały się przynajmniej napracować, żeby nas szpiegować, teraz wystarczy im 50 dobrych informatyków.

Z czego bierze się chęć upubliczniania swojego życia?
Z naturalnej ludzkiej potrzeby dzielenia się i akceptacji.

Ale dlaczego chcemy dzielić się tym z tysiącami ludzi?
Na tym polega problem technologii, że nie budujemy sieci kontaktów, a społeczności. Wszystkie osoby, które widzą nasze zdjęcia na Facebooku, są dla nas równorzędne. Stajemy się marką z katalogiem zdjęć, a nie człowiekiem.

W dodatku mocno podpromowaną. Podobno na Facebooku kłamiesz znajomym, a na Twitterze mówisz brutalną prawdę ludziom, których nie znasz…
Dzisiaj kamieniem można rzucić bez konsekwencji, w kogo tylko się chce i kiedy tylko się chce. Zwłaszcza Twitter pokazuje nasilenie pierwotnych instynktów i dążenia do utrzymania homoestazy – dopilnowania, by nikt za bardzo się nie wychylał ze społeczności. Co jest na Facebooku społecznością? Ano grupa tzw. znajomych. To jest społeczność, naród. A skoro w Polsce mamy 20 milionów użytkowników – mamy 20 milionów narodów, w których o naszej wartości jako jednostki świadczy liczba lajków, zasięg posta i liczba osób, które znamy.

A pan korzysta z nowych technologii?
Nie mam konta na Facebooku ani na Twitterze. Jedyne konto, jakie mam, to konto pocztowe na Wirtualnej Polsce. Jestem natomiast uzależniony od śledzenia portali z ogłoszeniami samochodowymi. Lubie je przeglądać, oczywiście bez zamiaru kupienia. Kiedyś skupiałem się na gazecie „Autobiznes”, dziś robię to w Internecie. Często sprawdzam pocztę, z powodu nieregularności wpływu mejli, i konto bankowe, z powodu nieregularności wpłat. Przyznaję, w pewnym momencie brnąłem ku uzależnieniu od portali i telewizji informacyjnych. Na szczęście się z tego wyleczyłem, a raczej zostałem wyleczony na skutek tzw. dobrej zmiany, czyli poziomu prymitywizmu, jakim wykazują się komentatorzy i dziennikarze, którzy w 95% postanowili się opowiedzieć po którejś ze stron. A jak się już dziennikarz opowie, to nie jest skłonny do głębszej refleksji.

A gdyby ktoś chciał się sam wyleczyć z kompulsywnego korzystania z telefonu, komunikatora lub przeglądarki? Co by mu pan doradził?
Odpowiem trochę szerzej. Ponieważ żyjemy w czasach skomercjalizowanych, radziłbym wykreować modę na ograniczanie technologii. Żeby za pieniądze można było sobie ściągnąć aplikacje, które będą selekcjonować, jakie SMS-y czy informacje do mnie docierają, a w konkursach można było wygrać większe nagrody, jesli przyśle się odpowiedź z pocztą. Żeby organizowano luksusowe wyjazdy do SPA, ale bez komórek. Uderzyłbym w ludzką potrzebę luksusu.

 

Tomasz Srebnicki – certyfikowany psychoterapeuta poznawczo-behawioralny