fbpx

Opowiedzcie dzieciom, co się z nami stało

Opowiedzcie dzieciom, co się z nami stało
fot. Łukasz Gawroński / Sabina Baral

Wyjechała do Ameryki po wydarzeniach marcowych w ’68 roku. Na długie lata wyparła z pamięci wszystko, co polskie. Skończyła studia na elektronice, była wiceprezydentem firmy z Doliny Krzemowej, właścicielką własnej firmy konsultingowej, wreszcie odkryła pasję do designu… Teraz Sabina Baral już przyjeżdża do Polski, ale zdystansowana, jak na inną planetę.

– Kiedy po raz pierwszy od emigracji przyjechała pani do Polski?

– W 2002 roku. Już wcześniej można było, ale nie jechałam, bo nie wiedziałam po co. Przyznam pani, że strasznie się na Polskę obraziłam. Przez 20 lat nie mówiłam po polsku, wyrzuciłam wszystkie polskie książki, zaklęłam się, że nie będę recytować polskiej poezji, taki był mój protest. Nasze dzieci są Amerykanami, nie mówią po polsku, z Polską nie mają nic wspólnego. Najpierw musiałam wyzbyć się żalu i złości, jakoś dojść do ładu ze sobą.

– Przeszkadzał pani ten brak ładu?

– Można być zagniewanym przez całe życie. Mnie chodziło o to, aby zamknąć polski rozdział w jakiś dobry dla siebie sposób. Bo to, co stało się w ’68 roku, a także i to, co obserwowałam wokół siebie między ’48 a ’68, czyli całe moje polskie życie, było dla mnie niezrozumiałe. Wyjeżdżając, jasno zdałam sobie sprawę, że wszystko, co czułam do Polski, było nieodwzajemnione, że mnie tu nie chcieli. Było to tym bardziej trudne, że wyjeżdżałam z całym polskim bagażem. Z obrazem kasztanów pod oknem, ze wspomnieniem Jacka, mojej pierwszej miłości (poznaliśmy się na Politechnice Wrocławskiej).

– Przeczuwała pani, że do tego dojdzie?

– W całą moją egzystencję w Polsce wpisana była niepewność. Miałam ciotki, które przeżyły wojnę, ukrywając się po polach, i potem wyjechały do Kanady. Chciały nas ściągnąć do siebie, przysyłały oferty studiów dla mnie, a my ciągle mówiliśmy „nie”. Pisałam, że tu mam najlepsze wykształcenie na świecie, znam „Redutę Ordona”, że to też jest moje.

– Spotykała się pani na co dzień z przejawami antysemityzmu?

– Niestety tak. Żydzi mieszkający po wojnie w Polsce dzielili się na tych, którzy do pochodzenia żydowskiego się nie przyznawali, młodych, którzy o tym nie wiedzieli (w ten sposób rodzice ich chronili), i takich jak moi rodzice, którzy zawsze otwarcie o tym mówili. Byli prostymi rzemieślnikami. Jestem jedynaczką, podobnie jak wielu moich żydowskich kolegów i koleżanek. Ludzie, którzy przeżyli Holocaust, mieli mało zapału do życia. Jedno dziecko i dosyć. Dokoła synagogi we Wrocławiu, gdzie moi rodzice trafili jako przesiedleńcy, mieszkało sporo Żydów. Dorastając, myślałam, że wszyscy ci ludzie są wariatami. Jakaś kobieta waliła głową w ścianę, bo straciła dzieci w Oświęcimiu. Moja koleżanka, Lala Mociuplińska, była tak gruba, że się jej kożuszek nie dopinał. Gdy Lala wychodziła na podwórko, to miała wypchane policzki jak chomik, a pani Mociuplińska krzyczała z balkonu: „Lala, połknij!”. Naturalną reakcją był śmiech i myśmy się śmiali. A mama mówiła mi, żebym tego nie robiła, bo pani Mociuplińska przeżyła wojnę w szafie, przez trzy lata głodując. I w takiej atmosferze wyrastałam jako dziecko.

– Szkoła była azylem?

– Uczniowie liceum musieli przyszywać tarczę do płaszcza i do fartuszka, a wszyscy wiedzieli, że „Siódemka” to żydowska szkoła. Reagowali różnie. Zastanawiałam się później, już jako matka, jak to jest, że matki pozwalają rzucać kamieniami w inne dzieci. I tak mi się wydaje, że może dzieci byłyby strofowane za rzucanie kamieniem w psa albo w gołębia, ale nie w Żyda. Ja przynajmniej nie mieszkałam daleko od szkoły. Ale wiele koleżanek i kolegów dojeżdżało z odległych miejsc i te kamienie spadały na nich na całej trasie.

– Próbowała pani jakoś przekonać inne dzieci, że jest taka sama jak one?

– Przekonać nie, dialogu między nami za dużo nie było. My, Żydzi, perswadowaliśmy sobie, że jesteśmy naprawdę z innych światów, jeżeli chodzi o wartości moralne. Szkoła żydowska to było getto. Mieliśmy małe rodziny, nikt nie miał dziadka ani babci, wszyscy zginęli, szkoła była naszą rodziną.

– I tam nie czuła się pani inna.

– Tak, absolutnie zanikało poczucie pejoratywnej inności, w którym wyrastaliśmy. Nam było ze sobą dobrze. Recytowaliśmy „Pana Tadeusza” na wyścigi, wygrywaliśmy wszystkie olimpiady matematyczne, moja praca maturalna zdobyła nagrody, była drukowana. Przykładaliśmy się do nauki, bo nasi rodzice strasznie tłukli nam do głowy, że trzeba się uczyć. To była ich obrona przeciwko temu, co mogło nam się zdarzyć. Moja klasa – rocznik 1947, ja – 1948 – była najliczniejszą klasą w historii szkoły, składała się z 36 osób. Moja przyjaciółka Sara (wyjechała do Chicago) opowiadała mi, ile dyskusji toczyło się u niej w domu, czy ma pójść do żydowskiej szkoły i wystawiać się ze swym żydostwem na widok publiczny. U mnie było oczywiste, że tam pójdę.

– Skąd pomysł, żeby po maturze zdawać na elektronikę?

– Miałam wiele zainteresowań, recytowałam, tańczyłam w balecie. Mój tata rozpaczał: z tego nie da się żyć. Choć interesowało mnie prawo, wybrałam elektronikę pragmatycznie, jako zawód przydatny na całym świecie. Była straszna konkurencja, ale miałam dobre wyniki i dostałam się. Na studiach zakochałam się z wzajemnością w Jacku z Nowego Sącza, studencie chemii. Kiedy wyjeżdżałam, uważał, że powinniśmy się pobrać. Mówił: „spotkamy się w Bułgarii, znajdziemy dom”. Jechał z nami do granicy, nawet nie zdążyliśmy się pożegnać, bo celnicy wypchnęli go z pociągu. Wtedy widziałam go ostatni raz.

– Nagle straciła pani wszystko. Wydarzenia marcowe jasno to zapowiadały?

– O tak. Byłam wtedy na trzecim roku politechniki. Pamiętam, jak siedzimy na wykładzie, radio włączone, słuchamy przemówienia Gomułki o piątej kolumnie. Nagle zdaję sobie sprawę, że to mówią o nas. Mimo wszystko nie przyszło mi do głowy, że mam robić coś innego niż moi strajkujący koledzy. Spaliśmy na uczelni, przepisywaliśmy deklaracje, ktoś grał Chopina na fortepianie, to było takie polskie i takie wzniosłe. Kiedy wyjeżdżałam na strajk, tata błagał: „dziecko, to nie ma z nami nic wspólnego, zobaczysz, że to się obróci przeciwko nam”. To był moment konfrontacji pokoleniowej. A potem codziennie inne wiadomości, że tego wyrzucili z pracy, tamten zniknął, ten się zaczyna pakować. Robiło się dookoła nas coraz ciaśniej. Wyjazd to było jedyne wyjście.

– Pamięta pani rozmowę z rodzicami?

(…)

Więcej w Zwierciadle 03/2011