fbpx

Doceń nicnierobienie. Katarzyna Miller o tym, że lenistwo nam służy

Doceń nicnierobienie. Katarzyna Miller o tym, że lenistwo nam służy
Lenistwo jest tak długo dla nas zdrowe, jak długo odczuwamy przyjemność. (Fot. iStock)

Lenistwo jest tak długo dla nas zdrowe, jak długo odczuwamy przyjemność. Jeśli się cieszysz, że nic nie robisz, to znaczy, że lenistwo ci służy – mówi Katarzyna Miller.

Porozmawiajmy o leniuchowaniu albo innymi słowy: nicnierobieniu, bujaniu w obłokach, myśleniu o niebieskich migdałach…
…zbijaniu bąków…

Zbijaniu bąków… Czy to nie piękne, ile określeń mamy na tę jedną czynność?
I jak je wszystkie wymieniasz, to aż się uśmiecham…

Zdarza się czasem, gdy zdzwaniam się z przyjaciółką po weekendzie, że jedna z nas pyta: „Jak ci minął weekend? Co robiłaś?”. A druga na to: „Nic”. I wtedy się uśmiechamy błogo, bo wiemy, że to musiał być wyjątkowo udany czas.
Bo nicnierobienie to sztuka życia.

Tylko czy to jest powszechne podejście?
Niestety, nie. Niektórzy ludzie non stop nic nie robią, ale nie w sposób, o jakim tutaj mówimy. Oni po prostu snują się przez życie: wstają, jedzą, idą do pracy, wracają, jedzą, idą spać, o czymś tam może myślą, ale głównie są bezmyślni, i nie jest to filozoficzna bezmyślność. Nauczyłam się już rozpoznawać takich klientów, nazywam ich pustymi. Brakuje im słów, by nazwać siebie, nie bardzo mają jakieś konkretne wspomnienia z dzieciństwa, powoli się do nich dogrzebujemy. Bo właśnie w tym dzieciństwie ich nie nakarmiono, niewiele im dano.
Ale jest też bardzo dużo ludzi, którzy zasuwają, pędzą i się strasznie starają. Bardzo się skupiają na tym, by osiągać, osiągać, osiągać. I udowadniać, udowadniać, udowadniać. Robić, robić, robić. Mają taki wewnętrzny przymus, żeby być bez przerwy czynnym, produktywnym i aktywnym. Wtedy czują się potrzebni i istotni. Oczywiście to wszystko jest bardzo pożyteczne, pod warunkiem że momenty aktywności są poprzedzielane: spokojem, ciszą, odpoczynkiem, relaksem, lenistwem.
À propos lenistwa – utarło się, że jest niezdrowe i niekorzystne, że człowiek popada w apatię…

ZAMÓW

E-WYDANIE

No właśnie, kiedy jest dobre a kiedy nie?
Otóż lenistwo jest tak długo dla nas zdrowe, jak długo jest przyjemne. Jeśli się cieszysz, że nic nie robisz, to znaczy, że lenistwo ci służy.

No i co to w ogóle znaczy „nic nie robić”? Przecież podczas tego nicnierobienia dzieje się tyle ciekawych rzeczy…
Pamiętasz lenia, który siedział na tapczanie w wierszu Brzechwy? I się oburzał: „Jak to? Ja nic nie robię? A kto siedzi na tapczanie? Kto zjadł pierwsze śniadanie?”. Ja nic nie robię? Przecież macham nóżką, leżę sobie, czytam, kąpię się, siedzę w trawie, gapię się na morze, oglądam chmury albo fajny serial, robię sobie dobre jedzonko, gadam z koleżanką przez telefon, śpię… To jest właśnie to cudowne nicnierobienie. Bo ponieważ jestem człowiekiem, który stale coś robi, to pomiędzy to robienie muszę wkładać właśnie nierobienie. Chodzi o płodozmian. Tak samo, jak jest dzień i noc, czarne i białe. Jest prawa rączka i lewa, a w środku cały człowiek. Dłużej się żyje, jeśli prowadzi się taki płodozmian. Kiedy się przez cały czas napinasz i skupiasz – to po jakimś czasie się wypalasz, bo nie da rady tak długo ciągnąć. A poza tym kiedy robisz i robisz, to po jakimś czasie przestaje sprawiać ci to przyjemność. A przyjemnością jest stęsknić się do swojej pracy. To tak jak ciągle gdzieś wychodzisz i wreszcie jednego wieczora zostajesz w domu – jaki ten dom wydaje się wtedy wspaniały! I jak po paru wieczorach wychodzenie na nowo smakuje.

Miesiąc temu rozmawiałyśmy o tym, że tracąc, też coś zyskujemy. Jeśli nie będzie pustki, to nic się nie napełni. A nasze zasoby energii też się wyczerpują i trzeba je uzupełniać.
Zgadza się, oprócz robienia miejsca na nowe, trzeba też uzupełniać braki. I do tego służy nicnierobienie.

Komórka też leży i się ładuje.
Poza tym człowiek jest bogaty wtedy, gdy nie musi cały czas robić czegoś, co jest widoczne na zewnątrz i co jest na zewnątrz skierowane, tylko robi też rzeczy związane z wewnętrzem, czyli wspomina, marzy, planuje, myśli o czymś, co go odciąga od codzienności. Każdy potrzebuje odmiany, odświeżenia, nowości. Każdy potrzebuje przestrzeni na to, by zdarzały się rzeczy niespodziewane, a nie tylko zaplanowane. Nieprzypadkowy jest rytm weekendowy – przez pięć dni pracujemy po to, by przez dwa dni odpocząć. To bardzo dobra proporcja. Ten weekend ma być dla nas, przez inne dni jesteśmy dla innych, dla świata. I dlatego w weekend trzeba sobie sprawiać przyjemności. Są kobiety, które wtedy sprzątają mieszkanie, piorą i odprasowują całą rodzinę. Jeśli to sprawia im przyjemność – proszę bardzo, ale jeśli to tylko znój i obowiązek, to znaczy, że zaniedbują czas dla siebie.

No ale kiedy to robić w takim razie?
Kiedy robić? Nie robić, po prostu (śmiech). Nie prasować, prać tylko to, co jest naprawdę brudne, i w ogóle za bardzo się nie przejmować. W końcu brud to tylko pojęcie. Poza tym niech rodzina sama się opiera i prasuje, jeśli musi.

Podobało mi się, jak powiedziałaś, że trzeba mieć czas na niespodzianki. Kiedy pędzimy i nie wyrabiamy, niespodzianki nas raczej wkurzają niż cieszą.
Bo one nam wtedy tylko przeszkadzają. Kiedy nie robisz nic, niespodzianki są cudowną atrakcją. Można kogoś poznać, trafić do ciekawego miejsca, porozmawiać sobie dłużej niż zwykle i dowiedzieć się mnóstwa nowych rzeczy. Jednym z moich najukochańszych zajęć późnej młodości było gadanie po nocach. Mam nadzieję, że młodzi jeszcze to robią i że ten rodzaj luzu w narodzie nie zginie. Bo jak mówię ludziom: „puszczajcie się”, to mam właśnie na myśli: puszczajcie to napięcie, te nerwy; przestańcie być ciągle dla kogoś, dla czegoś czy po coś. Przecież człowiek jest dla samego życia.

Lenistwo jest czymś, co robimy tylko dla siebie.
I jest dla nas bardzo korzystne. Oraz twórcze. Możemy sobie coś przypomnieć, na coś wpaść. Ja jako twórczy człowiek najwięcej rzeczy stwarzam wtedy, kiedy jestem zresetowana. Przychodzą do mnie wtedy piosenki, wiersze i pomysły, co zrobić. Przypominam sobie fajne rzeczy czy momenty – i wzbogacam się. Potem mogę sobie tego używać w rytmie tzw. codzienności. Nasze ciało lubi odpoczywać, a już najbardziej położyć się, zwłaszcza na wodzie. To jedna z najprzyjemniejszych rzeczy w życiu – unosić się na wodzie. Nie poruszać ani jednym palcem, tylko leżeć. Zastanawiam się, czemu tak mało ludzi to robi – przecież ta woda nas trzyma.

Myślę, że zarówno w wodzie, jak i w życiu powstrzymuje nas lęk. Boimy się, że jak nic nie będziemy robić, to znikniemy.
Nikt mnie nie będzie widział, nie będzie niczego ode mnie chciał… Stanę się niepotrzebna…

Albo okaże się, że w środku tak naprawdę niewiele mam. Nie ma z czego czerpać. Ale to chyba niemożliwe nic nie mieć w środku, prawda?
Niemożliwe. Tylko ludzie tego nie widzą, bo tego nie ćwiczą, nie zwracają na to uwagi. Czekają na potwierdzenie swojej wartości z zewnątrz. Na ocenę. A żeby się polenić, trzeba się troszeczkę zdematerializować i jednocześnie właśnie w stu procentach zmaterializować, być tylko w swoim ciele.

Nicnierobienie kojarzy się też z ciszą, z tym, że nie mam żadnych planów, jestem wolna. A to może przerażać. Mówię o tym, bo sama miałam taki czas w życiu, kiedy na myśl o wolnym weekendzie ogarniał mnie lęk…
„Jezus Maria, co ja będę robić?!”.

Właśnie. Dlatego każdy weekend napychałam do granic możliwości różnymi atrakcjami.
Albo to: „Nikt do mnie nie dzwoni. Nikt mnie nie zaprosił. Tamci gdzieś wyjechali beze mnie”. To jest zabójcze. Ja też to pamiętam. A jak! Tak nas po prostu się wychowuje.

I jak z tego wyszłaś?
Powoli (śmiech). Myślę, że po prostu trzeba nabrać do siebie zaufania. Uwierzyć, że jestem miłym kompanem, także dla siebie. A może przede wszystkim dla siebie. Jedni mówią: „spędzę czas w najlepszym towarzystwie, czyli ze sobą”. Inni mówią, że nie chcą wracać do pustego domu. A przecież twój dom nie jest pusty – ty w nim jesteś! Poza tym kiedyś mowy nie było, żeby baba miała swój dom.

Najpierw mieszkała w domu z rodzicami, a potem szła do domu męża. I tyle, koniec.
Może choć pozwolił jej pomalować ścianę w domu na kolor, jaki chciała. A teraz, zobacz – milionom dziewczyn spełnił się słynny postulat Virginii Woolf o własnym pokoju.

Mówiłam, że kiedy odpoczywamy, ładujemy się jak komórka. Przyszła mi do głowy jeszcze jedna metafora – kiedy piszesz coś na komputerze, to potem zapisujesz dokument. Jeśli był dość ciężki, zapisuje się długo. Kręci się kółeczko i wiesz, że nie można wtedy nic robić, tylko czekać. My chyba też potrzebujemy takich momentów przerwy, by zapisało się w nas to, co przeżyliśmy.
Tak jest: wszystko, co nas spotyka, kogo spotykamy, ale też to, czego się uczymy – musi się w nas zapisać, ułożyć. Dlatego w szkole są przerwy, w pracy nie zawsze, choć na szczęście ostatnio to się zmienia i pracodawcy coraz częściej dbają o komfort pracowników, organizując na przykład specjalne pokoje na drzemkę.

Czymś pokrewnym do leniuchowania jest idea slow life, w której nie chodzi o to, by robić wszystko powoli, bo jak chcesz jechać szybko samochodem – to jedź, ale by umieć też zwolnić.
I śpieszyć się tylko wtedy, kiedy naprawdę trzeba.

Ostatnio słyszałam fajny przykład na to, że nie warto robić rzeczy zbyt szybko, bo wtedy inni nie cenią naszej pracy. Lepiej wykonywać swoje zadania uważnie. Ślusarz, jeśli uwinie się ze swoją pracą w parę minut, dostaje mniejsze napiwki, niż gdy naprawia zamek przez kilka godzin. Wtedy jest nagradzany za ogrom pracy, jaką wykonał. Zatem ceńmy się, to inni nas docenią.
Nasz świat zmusza ludzi nie do robienia rzeczy bardzo dobrze, tylko bardzo szybko, w dużym napięciu i bez odpoczynku. Obejrzałam ostatnio z dużą ciekawością serial o prawnikach „W garniturach”, wszystkie sezony. Oni po prostu nie wychodzą z pracy. Na życie prywatne nie mają czasu. Udają je. I to jest dziś popierane. A przecież to straszne. Oczywiście dla ludzi, którzy nie bardzo wiedzą, co zrobić ze sobą prywatnie, rozwiązaniem jest żyć pracą. A dla tych, co lubią swoje rodziny, bliskich, mają jakieś hobby – to horror. Prawnicy z tego serialu nie chodzą do kina ani na spacery, nie czytają nawet książek dla przyjemności.

To czemu tak cię wciągnął?
Bo są tam bardzo fajne postaci, superfacet, a nawet dwaj, no i Meghan Markle. Tak się w niego wciągnęłam, że teraz przechodzę żałobę, odkąd obejrzałam ostatni odcinek. I nie jestem w stanie chwilowo wciągnąć się w nic innego.

Dobrze, przeżyj swoją żałobę.
A żebyś wiedziała, że przeżyję, bo – i to też jest ogromnie ważne – nie można tak od jednego intensywnego przeżycia przechodzić do drugiego. Trzeba robić przerwy. Tak samo kiedy się zakochasz, a potem on cię zostawi, nie pędź do kolejnego, żeby tylko nie być porzuconą. To też jest kawałek nicnierobienia.

A co z takimi określeniami, jak „nierób”, „truteń”?
Stosuje się je, by opisać ludzi, którzy idą na łatwiznę. Bo to jest wykorzystywanie innych, pasożytnictwo, a nie nicnierobienie. Potrzebny do tego jest spryt, tupet oraz umiejętność ustawienia się w życiu.

A jednak boimy się czasem, że za takich nierobów czy trutni uznają nas ci, którzy nie
lubią, jeśli się lenimy.
Za trutniów nas uznają ci, którzy mają wewnętrzny przymus, którzy nie mogą patrzeć na to, że ktoś po prostu siedzi i się gapi.

Czyli do zdrowego lenistwa potrzebny jest wewnętrzny spokój?
Tak, spokój i równowaga wewnętrzna. Do tego szacunek do siebie i lubienie siebie. No i taka tęsknota do bycia lazy, czyli na luzie. Wiadomo, każdy zdrowy lubi popracować i pobyć z ludźmi, ale potem chciałoby się odpyzić, jak ja to mówię. Pobimbać sobie trochę. To nie jest tak, że jeśli zostawimy na chwilę rzeczy, które robimy, to coś tam się popsuje, może właśnie wprost przeciwnie – dojrzeje? Oczywiście, są sprawy, które trzeba załatwić od razu, ale ile ich jest?

Na pewno mniej niż myślimy.
Mało tego, jest dużo mniej rzeczy, które ja muszę zrobić, niż tych, które mogą zrobić inni.

ZAMÓW

E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>