Egoizm pożądany – jak znaleźć drogę do swoich prawdziwych potrzeb?

Na terapii uczymy się, jak stawiać na siebie. Szkoły rozwoju duchowego każą nam z kolei ego przekraczać. (Fot. iStock)

Na terapii uczymy się, jak o siebie zadbać, realizować własne cele – krótko mówiąc, stawiać na siebie. Z kolei szkoły rozwoju duchowego każą nam ego przekroczyć. Jak znaleźć drogę do swoich prawdziwych potrzeb, podpowiada psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

W domu masa prania i prasowania, a ja marzę, by iść do kina. Czy jeśli tak zrobię, to będzie egoizm? A może jest coś takiego, jak zdrowy egoizm, i to jego potrzebujemy, by o siebie zadbać?
Spróbuję wymyślić na poczekaniu definicję takiego zdrowego egoizmu, choć dopiero przyjęcie perspektywy duchowej, przekroczenie „ego” pozwalają nam wybrnąć z takich sytuacji. Ale o tym opowiem później. Certyfikat zdrowego egoizmu mają takie zachowania, które bronią fizycznych i psychicznych granic, sprzyjają zdrowiu, poczuciu godności, wolności i samorealizacji w sposób, który nie narusza poczucia godności i wolności innych.

Jeśli więc idę na studia, choć mój partner i dzieci tego nie chcą, to nie jestem egoistką?
Ale czy to ci się uda? Czy unikniesz wyrzutów sumienia? Na szczęście zdrowy egoizm jest możliwy tylko wtedy, gdy przestaniemy wierzyć w autodestrukcyjne skrypty, czyli takie przekonania, które nam, naszemu zdrowiu, relacjom z innymi wyraźnie szkodzą. Kulturowy przekaz o obowiązku poświęcania się wpajany kobietom należy do tej kategorii. Zazwyczaj ma postać nieświadomego przekonania, które można wyrazić w zdaniu: „Żeby inni chcieli się ze mną wiązać, akceptowali mnie i kochali, muszę zrezygnować z siebie, ze swojego ciała, potrzeb, pragnień i aspiracji. Muszę zaspokajać potrzeby innych”. Oczywiście, stoi za tym głębsze i równie nieprawdziwe przekonanie: „Mam wadę, która sprawia, że nie nadaję się do pokochania”. To przekonanie przekazywane jest z matki na córki od pokoleń.

Jak pozbyć się tak głęboko zakorzenionego skryptu, by na przykład odmówić pieniędzy ojcu, który był tyranem, a teraz oczekuje wsparcia?
Można próbować przełamywać go siłą lub ignorować, wówczas gdy już zdamy sobie sprawę, że jest tylko szkodliwym przekonaniem, a nie obiektywną zasadą życia. Jednak jeśli to zrobimy, trzeba się liczyć z tym, że towarzyszyć nam będą wyrzuty sumienia i lęk przed odrzuceniem przez bliskich i przed społecznym wykluczeniem. To może sprawić, że zrezygnujemy z walki i wrócimy do zachowań zgodnych ze zwalczanym skryptem. Dlatego lepszą metodą jest przepracowywanie szkodliwych przekonań i zamiana ich na urealnione i adekwatne myśli, np.: „Jestem warta miłości i troski, nawet gdy nie poświęcam się dla innych”. Najlepszą metodą zmiany przekonań, jaką znam, jest terapia RTZ (racjonalna terapia zachowania).

Nie wszyscy znajdą ochotę, czas i pieniądze na terapię. Co można zrobić od razu, gdy czuję, że praca mnie zabija, ale jeśli się zwolnię, ucierpi moja rodzina? Gdybym się zwolniła, to byłby dobry czy zły egoizm?
Obiektywnie byłby to dobry egoizm, bo chroniłby twoje zdrowie i zwiększałby szanse na satysfakcję z życia poprzez rozwijanie talentów i możliwości, których nie jesteś w stanie rozwinąć w dotychczasowej pracy. Ale zewnętrzna, obiektywna ocena zapewne ci nie wystarczy do podjęcia tej decyzji. Ważniejsze jest bowiem twoje subiektywne samopoczucie. A z twojego punktu widzenia będzie to dobry egoizm tylko wtedy, gdy podejmiesz decyzję z przekonaniem i poczujesz się z tym dobrze. Jest to możliwe, tylko jeśli odpowiesz sobie na pytanie, czy dla twoich najbliższych ważna jesteś ty, twoje zdrowie, potrzeby, aspiracje i szczęście, czy liczą się tylko twoje poświęcenie i pieniądze, które przynosisz do domu.

Fundamentalne pytanie dla kobiety, która pragnie zdrowego egoizmu, brzmi: Czy mogę być kochana, czy tylko potrzebna?
No właśnie. Prawdziwa i najskuteczniejsza droga wyzwolenia prowadzi jednak poprzez rozwój duchowy. Zobaczenie z duchowej perspektywy, czym jest „ego”, jakie są nasza prawdziwa tożsamość i prawdziwe potrzeby. Żeby wyjaśnić, na czym polega w tym wypadku przyjęcie perspektywy duchowej, zacznijmy od „ego”, bo przecież mówimy o egoizmie. „Ego” to fałszywa tożsamość.

„Ego” to nie ja?
Nie. To jedynie zapis mojej biografii, ważnych zdarzeń, związków, przeżyć, wyuczonych sposobów reagowania na różne sytuacje, nabytych motywacji, potrzeb i emocji. To także wszystko, co usłyszałem, przeczytałem, nauczyłem się, zapamiętałem. Zassałem z języka, z kultury i obyczaju. Z tej perspektywy porównać je można do oprogramowania komputera. Komputerem jest nasz mózg, a nasze „ego” to oprogramowanie dokonane przez biograficzne uwarunkowania. Prędzej czy później „ego” zaczyna doświadczać egzystencjalnego niepokoju i zastanawiać się nad sobą, np. dostrzega swoje wady i ograniczenia, nie może poradzić sobie z samotnością, z lękiem, agresją i cierpieniem, z przemijaniem i ze śmiercią, z tym, że chwilami podejrzewa, że samo kreuje nieszczęśliwy świat, w którym żyje. I wtedy szuka pomocy w psychoterapii i/lub duchowości, bo opowieść o grzechu pierworodnym to też opowieść o powstaniu „ego”.

„Ego” powstało w raju? To znaczy, że Ewa jest winna?!
Obciążanie żeńskiej połowy ludzkości odpowiedzialnością za wypędzenie z raju wygląda na patriarchalną manipulację. Rajski mit opowiada o tym, jak człowiek oddzielił się od Boga, czyli od rajskiego połączenia ze wszystkim, co istnieje, i w ten sposób sam siebie wypędził z raju. Najprawdopodobniej ludzki mózg tak ewoluował, że człowiek poczuł się kimś nadzwyczajnym, a tym samym odseparował się od całej reszty istnienia. Jeden z nauczycieli buddyjskich porównał narodziny ludzkiego złudzenia oddzielności, czyli złudzenia „ego”, do sytuacji ziarnka piasku na wielkiej pustyni, które dostało takiej energii, że zaczęło podskakiwać, więc uznało siebie za coś wyjątkowego i innego niż wszystkie pozostałe ziarnka piasku. W każdym razie od tej pory czujemy się oddzieleni od świata i ludzi. Bojaźliwie wyglądamy przez okienka zmysłów, cierpiąc z samotności oraz lęku przed światem i śmiercią. Dlatego wszystkie poważne tradycje i ścieżki duchowe namawiają nas, byśmy porzucili fałszywą egoistyczną tożsamość.

Mówiłeś o zdrowym egoizmie, a czym jest ten niezdrowy?
Niezdrowy polega na kompulsywnym dokarmianiu, eksponowaniu i wzmacnianiu iluzorycznego „ego”. Świat i inni są nieustannym zagrożeniem. Wszystko odnosimy do tego, czy to jest dla naszego „ego” korzystne, czy nie. Życie zamienia się w nieustanną kalkulację i buchalterię. Coraz bardziej zajmuje nas to, jak wyglądamy w oczach innych. Najważniejsze są dla nas bezpieczeństwo, kontrola, reputacja, a często także władza i wpływ. Trudno zaryzykować bliskość, zaufanie, więź, lojalność, nie mówiąc o miłosnym zauroczeniu.

Nie na tym z pewnością polega szczęśliwe życie!
Zgadza się. Bo żyjemy w skrajnej opozycji do prawdy o naszej tożsamości. W głębi duszy przeczuwamy, że popełniamy zasadniczy błąd i szukamy inspiracji filozoficznych, religijnych, artystycznych, psychologicznych, by wzmocnić przeczucie, że to niemożliwe, żeby w życiu tylko o to chodziło. Oddani wyznawcy „ego” są samotni, drążeni przez niepokój, nadpobudliwi, zagonieni albo – jak stracą siły i nadzieję – apatyczni i depresyjni.

Być sobą a mieć „ego” to nie to samo?
Nie to samo. „Ego” jest albo poranione na skutek traumatycznych zdarzeń biograficznych, albo niedojrzałe, albo niespójne i destrukcyjne. Psychoterapia polega w dużej mierze na zaktywizowaniu w nas obserwatora, który zrozumie, jakie doświadczenia złożyły się na takie, a nie inne sformatowanie naszego „ego”. Tego samego, które teraz zniekształca nam obraz siebie i świata w stopniu utrudniającym życie i relacje z innymi. Zaczynamy być sobą, gdy uświadomione „ego” traci stopniowo władzę nad naszym zachowaniem, gdy przestaje się obsesyjnie bronić i walczyć o swoje bezpieczeństwo, kierować naszym życiem na zasadzie pozornego wyboru między „chcę” i „nie chcę”. Wtedy dopiero pojawia się przestrzeń do przekraczania egoistycznego oprogramowania i poznania tego, czego naprawdę potrzebujemy.

Co bywa takim chceniem „ego”?
Potrzeba bycia sławnym, bogatym, posiadania władzy, powodzenia, przyjemności, bezpieczeństwa, kontroli, nieśmiertelności. Dlatego duchowi mistrzowie życia przypominają bez przerwy: „»Ego« to nie jesteś ty. Ono się tylko tobie przydarzyło tak samo jak ciało”. Stąd wniosek, że bólu i lęku „ego” nie da się uleczyć, idąc za jego potrzebami. To nie leczenie przyczynowe. Prędzej czy później kończy się uzależnieniem, grą pozorów, maskaradą lub depresją. Depresja to w istocie prawda „ego” obnażająca całą jego pozorność i bezradność. Dlatego też jest ona dla wielu pierwszym i koniecznym krokiem ku przebudzeniu, biblijną cienistą doliną, którą musimy przejść, by na końcu ujrzeć słońce i bezchmurne niebo.

Kobiety chyba częściej niż mężczyźni rezygnują z siebie?
To nie kobieca dusza, lecz kobiece „ego” jest bardziej skłonne do poświęcania się. To wyuczony, egocentryczny, zapewniający przetrwanie w męskim świecie program. Od pięciu tysięcy lat żyjemy w patriarchacie, dziewczynki były i są – choć ostatnio w mniejszym stopniu – wychowywane w duchu uległości i służby. Oczywiście, w poświęcaniu się nie ma nic złego, pod warunkiem że jest to potrzeba i wybór duszy, a nie program „ego” lub działanie pod przymusem czy presją strachu.

Mam pracować nad duchowością, jeśli znajdę na to czas w lawinie obowiązków, po to, żeby potem i tak robić to samo, czyli stawiać innych ludzi przed sobą?
Decydują motywacja i oczekiwania. Takie samo działanie czasem może być działaniem z poziomu „ego” albo z poziomu duchowego. W naszym zajmowaniu się ludźmi może tkwić przecież masa egoizmu: tak zdobędę uznanie i miłość albo władzę, nie będę sama. Na duchowym poziomie pomaganie innym niesie wewnętrzne poczucie wspólnoty, spokoju i sensu. Z pewnością nie służy zaspokajaniu egocentrycznych potrzeb. Wtedy jest formą przejawiania się samego życia tak naturalną jak oddech. Oczywiste staje się, że każda żywa istota jest tak samo ważna, tak samo warta uwagi i miłości jak my sami.

Możemy świadomie zmieniać egoistyczne oprogramowanie?
Możemy wybrać te wartości i normy, które nam odpowiadają. Pokonać traumy i mechanizmy obronne każące nam dystansować się wobec ludzi. Odkryć wolną wolę, wyjść z uzależnienia i asymilować tylko te treści, które uznamy za przydatne dla naszego rozwoju. Proces asymilacji wartości i norm powinien być w pełni świadomy i odpowiedzialny. Ale na ogół nie bywa. Często dopiero po latach widzimy, że żyliśmy wbrew sobie, w imię zasad, których nie uznajemy za własne i które nas ograniczały. Wtedy – czasami – zmieniamy środowisko, pracę, zawód, otoczenie. Takie decyzje dają bezcenny przedsmak wolności. Odkrywamy, że wszelki przymus, brak świadomości i związany z tym brak wyboru są zgubne, bo szkodliwe dla naszego ducha.

Istnieją ludzie bez „ego”?
Nie, ale są tacy, którzy z „ego” się nie utożsamiają, odzyskali duchową perspektywę i nie patrzą na świat przez pryzmat własnej korzyści czy straty. Pomagają innym, troszczą się o świat nie dlatego, że im kazano, że tak trzeba albo żeby zyskać uznanie, lecz dlatego, że jest to ich naturalna potrzeba.