Przepis na miłość: zrozumienie i empatia

fot. iStock

Odczuwanie i wyrażanie miłości to najskuteczniejsze lekarstwo na stres, w którym żyjemy. Tylko dzięki uściskom możemy wyzbyć się bólu i gniewu, radykalnie zmniejszyć napięcie i lęk, i to zaledwie w ciągu kilku minut. Dzięki uważnemu słuchaniu i dobrym słowom, wyrażającym docenienie, uznanie i wdzięczność, łączymy się ze spokojem i radością w sercu, z pięknem życia. Lepszy świat, o którym marzymy, już jest w nas.

Jest takie słynne powiedzenie Eriki Jong: „Tylko miłość warta jest peanów. To dlatego ludzie zachowują się wobec niej tak cynicznie. Warto za nią walczyć, popisywać się odwagą, ryzykować dla niej wszystko. A problem w tym, że jeśli nie zaryzykujesz wszystkiego, ryzykujesz jeszcze więcej”. W głębi siebie wiemy to. W najgłębszych zakamarkach naszych serc i dusz wiemy również, że nasze związki – z ludźmi, ze zwierzętami, z naturą, z istnieniem – stanowią najważniejsze doświadczenie życia. Wszystko, co wiemy o sobie, wiemy na podstawie relacji, które tworzymy. Bez nich jesteśmy niczym. To dlatego tak bardzo pragniemy znaczących, bliskich związków.

Erich Fromm w swojej sławnej książce „O sztuce miłości” pisze, że kochać drugą osobę jest sztuką, ale ucząc się miłości, musimy zarazem kształcić się w rzemiośle tak jak w przypadku innych sztuk, jak muzyka czy medycyna. Musimy kształcić się zarówno w teorii, jak i w praktyce.

Nie wyrażając miłości, wstrzymujemy przepływ życia. Jednak możemy być zagubieni w rozumieniu tego, czym miłość jest. Co tak naprawdę chcemy wyrazić?

Wydaje się, że nie bardzo rozumiemy istotę bliskich związków. Najczęściej traktujemy miłość jak handel wymienny: dam ci coś, jeśli ty dasz mi najpierw. Więc poczekam, namyślę się, czy warto inwestować w tę relację. Zbyt często zastanawiamy się, co możemy zyskać. Asekurując się w ten sposób, nigdy nie odczujemy satysfakcji i głębi płynącej z otwartego, kochającego serca. Pozostaniemy głodni, czekając, aż ktoś da nam to, czego pragniemy. Prawdziwie karmiące związki nie służą temu, byśmy coś na nich zyskali. Stawką jest to, co postanawiamy w związek wnieść. Płynąca swobodnie miłość obdarza, wspiera i pomaga w wyrażaniu i doświadczaniu naszego najwyższego potencjału – potencjału serca; rozumiemy, że to właśnie jest powodem, dla którego się spotkaliśmy. Pytamy siebie: Co możemy dać? Czym możemy wesprzeć? Co możemy stworzyć?

Gdy prawdziwie kochamy, patrzymy na ludzi i widzimy ich takimi, jakimi wszyscy chcielibyśmy być. Staramy się obdarzać ich wszystkich tym, czym sami w głębi serca jesteśmy. Dajemy to, za czym sami tęsknimy, ponieważ rozumiemy, że właśnie w ten sposób – dając, otrzymujemy; otwieramy się na doświadczenie miłości. I co równie ważne: już nie rozglądamy się za kimś, kto mógłby dać nam upragnioną miłość, ponieważ odkryliśmy, że to, czego zawsze szukaliśmy, jest w nas.

Zaczynamy widzieć głębiej, poza zasłoną pozorów. Coraz łatwiej przychodzi nam wczuć się w serca ludzi bijące z tęsknotą, czekające na miłość, ukryte za murem obojętności i cynizmu. Czujemy, co jest ukryte za maską oddzielenia, za złością, niecierpliwością i raniącymi słowami. Wszyscy jesteśmy tacy sami – pragniemy się otworzyć, połączyć i odczuwać miłość.

Praktykowanie miłości możemy zacząć od prostych rzeczy: za każdym razem, gdy widzimy kogoś samotnego, zamkniętego w sobie, ukrytego za reakcjami obronnymi, pozwólmy naszemu sercu dotknąć serca tej osoby; możemy to zrobić, nie dotykając jej fizycznie ani nie ruszając się z miejsca. Ponieważ jesteśmy ze sobą połączeni, to dotknięcie poczujemy jak coś bardzo przyjemnego – jak ciepłą falę przenikającą ciało, przytulenie czy łagodny smak ulubionej gorącej herbaty.

Drugi, bardziej wymagający krok to pozostawanie otwartym nawet wtedy, gdy nasze serce chce się zamknąć, aby ochronić się przed zranieniem. Możemy dokonać wyboru, że mimo wszystko pozostaniemy otwarci. Świadome odczuwanie głębokiego smutku i tęsknoty wzmacnia serce i może zdziałać cuda – bliska osoba, która zadaje nam ból, doceni siłę płynącą z otwartości. I bardzo prawdopodobne, że ból zostanie przemieniony w miłość. Jeśli tak się nie stanie, mądre i przenikliwe serce da nam znać, że być może nadszedł czas, aby zakończyć jakiś związek. Życie nie wymaga, byśmy pozostawali w niszczących, przemocowych relacjach. Jednak otwieranie serca na zranienie nasze i innych to praktykowanie życia przepełnionego mocą miłości. Możemy, oczywiście, odmówić – alternatywą jest zamknięcie i gorycz niespełnienia.

Kolejną praktyką jest słuchanie. „Tak, słucham cię” jest jedną z lepszych definicji miłości. Nie istnieje nic ważniejszego w związku niż to, abyśmy potrafili w otwarty sposób słuchać siebie nawzajem. Istoty ludzkie błagają wręcz o to, żeby być wysłuchane i zrozumiane. Chodzi o to, by być dobrym lustrem dla bliskiej osoby, a potem trzymać buzię na kłódkę. Jak radzą buddyści: „Nie rób niczego, tylko stój w miejscu i słuchaj”. Jeśli ktoś nie prosi o pomoc, nie próbujmy niczego naprawiać.

Jak powiedział jeden z mężczyzn: „Oto czego nigdy nie zrobię i wy też nie powinniście. Nie zaproponuję żadnego rozwiązania dla jej problemów. Nie powiem, że przesadza ani nie spróbuję zmniejszyć jej frustracji. Nie poradzę, żeby się nie martwiła, ani że to nic takiego. To byłoby dla niej ujmą, a nawet obrazą. Jest przecież dużą dziewczynką. Sama potrafi rozwiązać własne problemy dużo lepiej niż ja. Nie prosiła o pomoc, tylko o empatię i partnerskie wsparcie. A ja zawsze chcę, aby czuła i wiedziała, że jestem jej partnerem bez względu na to, przez co przechodzi”.

To dlatego tak ważne, abyśmy w relacjach znajdowali czas na słuchanie: zatrzymali się, otworzyli serce i słuchali. A wtedy bardzo prawdopodobne, że w ciszy zatrzymania znajdziemy prawdziwe skarby – miłość i wdzięczność. I że zapragniemy je wyrazić. Powiemy bliskim, jacy są wspaniali i jak bardzo doceniamy to, że są z nami.

Z jakiegoś powodu lepiej idzie nam niszczenie i sabotowanie niż tworzenie i budowanie. Ale przecież możemy wybrać; możemy pozwolić, aby płynęły przez nas uznanie i miłość. „Dziękuję, że jesteś taki wyrozumiały. Dziękuję, że mnie kochasz. Tak bardzo doceniam, że jesteś ze mną. Widzę twoje piękno, pasję, wytrwałość, inteligencję, wrażliwość, siłę, czułość, promienny uśmiech. Podziwiam cię za to, że odczuwasz ból, gdy przyjaciele sprawiają ci zawód. Że kochasz zwierzęta. Że nigdy się nie poddajesz. Że mnie słuchasz. Nic nie ma znaczenia poza moim oddaniem dla ciebie. Nie muszę mieć racji. Nie chcę cię kontrolować. Nie dbam o to, czy jesteś doskonała. Nie jest ważne, czy mnie potrzebujesz. Po prostu ofiarowuję ci moją miłość właśnie tutaj i właśnie teraz”.

Gdy głęboko odczujemy, jak bardzo jesteśmy wdzięczni za to, co jest, niezależnie od wszelkich braków i niedociągnięć dotkniemy wolności. Docenimy drogę pełną radości i przeszkód, po której kroczymy, najlepiej jak możemy, razem. Odczujemy miłość dla całej istoty bliskiej osoby: oto ten mężczyzna, ta kobieta wędrują dzień po dniu u naszego boku. Czasem jedno z nas potyka się lub upada. Jednak podskórny nurt miłości płynie bez przerwy.

Możemy wybrać, że będziemy doskonalić naszą miłość, ucząc się, w jaki sposób wyrażać ją najlepiej. Możemy na przykład nauczyć się języka miłości, w jakim mówi ukochana osoba, aby go używać i uszczęśliwiać ją jeszcze bardziej. Możemy poznać moc empatii. Możemy kochać coraz doskonalej dzień po dniu.

AFIRMACJE? PREZENTY? PRZYTULANIE? WSZYSTKO, CZEGO PRAGNIESZ!

Nawet jeśli czegoś nie lubimy, możemy podejmować działania związane
z miłością. Miłość to kwestia wyboru i każdy z nas może dokonać go już dziś
– mówi Gary Chapman, autor bestsellerowej książki „5 języków miłości”.

„5 języków miłości” sprzedało się w milionach egzemplarzy, przetłumaczono je na 50 języków. Okazuje się, że znajomość języka miłości, którym mówi nasz partner czy partnerka, jest kluczowa, abyśmy oboje czuli, że w naszym związku jest miłość. Jeśli każdy z nas mówi tylko swoim językiem miłości i nie rozumie języka miłości bliskiej osoby, to tak jakby jedno mówiło po angielsku, a drugie po chińsku – użył pan takiej metafory. W jaki sposób odkrył pan pięć języków miłości?

Już od 15 lat zajmowałem się doradztwem dla par i ciągle słyszałem te same historie, które opowiadali ludzie w moim gabinecie. Kobieta mówiła: „Po prostu nie czuję, że on mnie kocha”. Mężczyzna: „Nie rozumiem tego. Robię wszystko, co mogę, żeby pokazać ci, że cię kocham”. Stało się dla mnie oczywiste, że brakuje wzajemnego emocjonalnego zrozumienia. Wiedziałem, że musi być jakiś wzorzec tego, co słyszałem, i że muszę go odkryć. Zacząłem przeglądać notatki, które robiłem przez lata doradzania parom, i zastanawiać się nad tym, czego tak naprawdę oczekiwali ludzie, którzy mówili: „Czuję, że on, ona mnie nie kocha”. Na co się skarżyli? Odpowiedzi dało się sprowadzić do pięciu kategorii, które później nazwałem pięcioma językami miłości. Zacząłem używać tej koncepcji w mojej pracy. Pomagałem parom odkrywać ich podstawowe języki miłości. Wracały do mojego gabinetu po trzech tygodniach i mówiły: „To zmieniło nasze relacje. Znów zaczynamy czuć, że jesteśmy w związku”.

Te pięć języków miłości, którymi mówimy, to: wyrażenia afirmatywne, dotyk, podarunki, dobry czas i drobne przysługi. Najczęściej nie znamy języka miłości naszego partnera, ale też nie znamy swojego języka miłości. W jaki sposób go rozpoznać?

Są trzy sposoby. Przede wszystkim pomyślmy, w jaki sposób najczęściej wyrażamy swoją miłość do innych. Jeśli regularnie wyświadczamy innym przysługi, to właśnie przysługi są naszym językiem miłości. Jeśli często prawimy innym komplementy, prawdopodobnie naszym językiem miłości będą wyrażenia afirmatywne. Jeśli lubimy dawać prezenty, to właśnie jest nasz język miłości. Drugi sposób to zwrócenie uwagi, na co najczęściej się skarżymy. To, na co się skarżymy, wskazuje, czego naprawdę pragniemy. „Sam chyba byś mnie nie dotknął, gdybym nie zainicjowała dotyku”. Gdy tak mówimy, naszym językiem miłości jest dotyk. „Nic mi nie przywiozłaś z wyjazdu do Paryża?” Tym pytaniem wskazujemy, że naszym językiem miłości jest przyjmowanie podarunków. „Nie spędzamy ze sobą tyle czasu, ile powinniśmy”. To zdanie świadczy o tym, że naszym językiem miłości jest dobry czas. I trzeci sposób: o co najczęściej prosimy bliską osobę? „Wymasuj mi plecy” – prosimy o dotyk. „Czy myślisz, że w tym miesiącu moglibyśmy wyjechać gdzieś na weekend?” – prosimy o dobry czas. „Czy mógłbyś po południu skosić trawnik?” – prosimy o drobną przysługę.

Podobnie rozpoznajemy język miłości bliskiej osoby. Badamy, w jaki sposób wyraża swoją miłość do innych, na co najczęściej narzeka i o co najczęściej prosi. Chociaż narzekanie zazwyczaj nas irytuje, tak naprawdę może być źródłem wartościowych informacji. „W ogóle nie spędzamy ze sobą czasu!” Możemy wtedy zapytać: „Co twoim zdaniem moglibyśmy robić?”.

I w tym problem! Ona uwielbia dobry czas, podróże, wspólne weekendy, wakacje, on podróży nie znosi.

I co z tego? Miłość to wybór. Jeśli chcemy przepływu miłości w naszym związku, musimy nauczyć się języka miłości bliskiej osoby. Językiem miłości mojej żony są drobne przysługi, które wyświadczam jej regularnie, jak np. odkurzanie podłóg. Czy wydaje się pani, że odkurzanie podłóg to dla mnie coś oczywistego? Moja matka zmuszała mnie do odkurzania. W gimnazjum i liceum w soboty nie mogłem pograć w piłkę, dopóki nie odkurzyłem całego domu. W takie dni myślałem: „Kiedy już wyprowadzę się stąd, na pewno nie będę niczego odkurzał, moja żona będzie to robiła za mnie”. Teraz zaś odkurzam nasz dom i robię to systematycznie. A robię to tylko z jednej przyczyny – z miłości. Jeśli bowiem jakaś czynność nie jest dla nas czymś naturalnym, staje się tym mocniejszym wyrazem naszej miłości. Moja żona wie, że gdy odkurzam dom, to z mojej strony jest to stuprocentowa nieskażona miłość – i spotyka mnie za to nagroda.

Kobiety często skarżą się na brak dotyku ze strony mężczyzny. Seks – owszem, gorzej z czułością, przytuleniem. Tłumaczą, że tego nie umieją, mama nie przytulała i tak dalej.

Powiedziałbym takiemu mężczyźnie: „Czy masz dwie dłonie? Czy potrafisz je złączyć? A teraz wyobraź sobie, że między nimi znajduje się twoja partnerka, którą przyciągasz do siebie. Założę się, że jeśli przytulisz ją trzy tysiące razy, przestaniesz odczuwać dyskomfort w tej sytuacji”. Ostatecznie jednak nie chodzi tu o brak komfortu. Mówimy o miłości, a miłość to coś, co robisz dla kogoś innego, nie dla samego siebie. Większość z nas codziennie robi coś, co nie przychodzi nam łatwo. Na przykład nie chce nam się wstać rano z łóżka. Ale pod koniec dnia cieszymy się, że jednak wstaliśmy. Tak samo jest z miłością. Odkrywamy ojczysty język miłości naszego partnera i postanawiamy się nim posługiwać niezależnie od tego, czy przychodzi nam to łatwo. Nie jesteśmy tym podekscytowani, jednak chcemy zaspokajać emocjonalne potrzeby bliskiej osoby; robimy to dla jego lub jej dobra.

Przypominam sobie, że w początkach mojego małżeństwa z Karolyn często odczuwaliśmy oboje nienawiść. Pełne przygany słowa wywoływały w nas ból, a wraz z bólem pojawiała się złość. Tłumiona złość zaś przeradzała się z czasem w nienawiść. Co nas zmieniło? Oboje wiedzieliśmy, że miłość jest kwestią naszego wyboru. Uświadomiliśmy sobie, że jeśli wciąż będziemy tylko wyrażać żądania i krytykować się nawzajem, zniszczymy nasze małżeństwo. Na szczęście po mniej więcej roku nauczyliśmy się, jak mówić o różnicach między nami bez wytykania sobie błędów, jak podejmować decyzje, nie burząc naszej jedności, jak konstruktywnie przedstawiać sugestie niebędące żądaniami, wreszcie jak posługiwać się naszymi ojczystymi językami miłości. Nasz wybór, by kochać, dokonał się, gdy byliśmy przepełnieni negatywnymi uczuciami wobec siebie nawzajem. Gdy zaczęliśmy mówić swoimi ojczystymi językami miłości, nienawiść i złość znikły.

W jaki sposób uczyć się ojczystego języka miłości bliskiej osoby?

To może nie być łatwe, ale jest warte wysiłku. Jeśli język miłości partnera, partnerki nie jest łatwy, posuwamy się małymi kroczkami. Na przykład jeśli w tym języku ważne są słowa afirmacji, a nam trudno je wypowiedzieć, możemy wziąć notatnik i zapisywać zdania, które słyszymy z ust innych osób lub widzieliśmy w filmie czy przeczytaliśmy w książce. Potem możemy stanąć przed lustrem i przeczytać je na głos. Zaczniemy czuć się nieco bardziej komfortowo, mówiąc te słowa. Wtedy możemy wybrać jedno zdanie, wejść do pokoju, w którym jest kochana osoba, i powiedzieć je. Jeśli to zabrzmi trochę sztucznie, możemy być pewni, że następnym razem pójdzie nam lepiej. Jeśli staramy się mówić językiem miłości partnera, a on nie reaguje przez kolejne tygodnie, to można się zniechęcić. Jeśli jednak zależy nam jedynie na tym, aby zmienić partnera, to znaczy, że wcale go nie kochamy, raczej próbujemy nim manipulować, aby uzyskać to, co chcemy. To jest przeciwieństwo miłości. Prawdziwa miłość pragnie być odwzajemniona, ale jeśli tak nie jest, trwa nadal.

 

GARY CHAPMAN

antropolog, doradca w sprawach relacji partnerskich i społecznych, twórca koncepcji 5 języków miłości, autor książek „5 języków miłości” (wydana w Polsce), „5 języków miłości – edycja dla osób samotnych”, „5 języków miłości dzieci”, „5 języków miłości nastolatków”.

 

COŚ LEPSZEGO NIŻ „KOCHAM CIĘ”

Błąd polega na tym, że zakładamy, iż wiemy lepiej, co jest dobre dla naszego partnera i jak ma się zmienić. Traktowanie bliskiej osoby jak obiektu to brak pokory – mówi Ewa Panufnik, trenerka empatii.

Właśnie ruszył program, który nazwałaś Love Heroes – Bohaterowie Miłości, w którym znajdziemy kurs online, blog, warsztaty na temat budowania bliskości. Jego intencją jest…

…żebyśmy odważyli się kochać. Bohater czy bohaterka miłości to ktoś, kto nie zawiesza swojego życia na bliskiej osobie, nie boi się wrażliwości swojej i innych, nie boi się kryzysów, nie ucieka. Potrafi słuchać, jest ciekawy uczuć i potrzeb kochanej osoby, chce zrozumieć jej świat. Umie też szczerze dzielić się sobą. Wybiera miłość prawdziwą, nie egotyczną.

Kluczem jest empatia.

Tak, świadomość, że wszystko, co robimy i co robi nasz partner, to próba zaspokojenia bardzo ważnych życiowych potrzeb, które są z gruntu dobre. Gdy to wiemy, będzie nam łatwiej nie oceniać tego, co przeżywamy, naszych uczuć, tęsknot czy lęków. Ocenianie, obwinianie, krytyka, nakazy, zakazy, żądania oddzielają od miłości; sprawiają, że bliska osoba broni się lub atakuje. Jest taka ciekawa koncepcja Marshalla Rosenberga, że tak naprawdę wszystko, co mówią do nas ludzie, dzieli się na dwie grupy: „proszę” i „dziękuję”. Jeśli ktoś mówi: „Jesteś beznadziejna, bo nie posprzątałaś”, tak naprawdę prosi mnie o pomoc w zaspokojeniu swojej potrzeby porządku i czystości. A gdy mówi: „Jesteś cudowna”, tym samym dziękuje, że pomogłam spełnić jakieś jego pragnienie.

Jest taki słynny cytat Thich Nath Hanha: „Zrozumienie i miłość to jedno. Gdy już kogoś zrozumiemy, nie możemy go nie kochać”.

Wyobraźmy sobie, że bliska osoba mówi: „Nie spędzasz ze mną czasu!”. Bardzo łatwo odnieść to do siebie i zacząć się bronić, by odeprzeć atak: „Ale przecież wczoraj spędziłem z tobą pół godziny!”. Tak naprawdę to jest prośba, tylko inaczej, nieumiejętnie, wyrażona: bliska osoba prosi, abyśmy zobaczyli jej potrzebę, zrozumieli, co dla niej ważne. Możemy zapytać: „Tęsknisz za tym, abym spędzał z tobą więcej czasu?”. To jest zrozumienie. To jest miłość. Zamiast mówić „kocham cię”, lepiej mówić o tym, jak bliska osoba na nas wpływa, jakie pozytywne uczucia w nas budzi, jakie potrzeby dzięki niej zaspokajamy. „Kocham cię” może być bardzo egoistyczne, bo wtedy mówimy tylko o sobie i być może wcale nie widzimy, nie słyszymy i nie akceptujemy bliskiej osoby.

Jak „kocham cię” mogłoby brzmieć w języku zrozumienia i miłości?

„Gdy codziennie rano robisz mi kawę, czuję się naprawdę kochana. Czuję, że wiele dla ciebie znaczę”. „Uwielbiam to, że jesteś obok i że spędzamy razem życie”. „Gdy wczoraj położyłeś spać dzieci, bo widziałeś, jak bardzo jestem zmęczona, czułam, że naprawdę troszczysz się o mnie”. „Podziwiam cię za determinację, z jaką realizujesz swoje marzenia”. „Wierzę, że uda ci się osiągnąć to, czego tak bardzo pragniesz”. „Inspiruje mnie sposób, w jaki słuchasz innych”. „Bardzo mi zależy, abyś czuła się szczęśliwa i chcę się do tego przyczyniać”. Dla mnie to właśnie jest język miłości. Myślę, że za rzadko w naszych związkach pojawia się wdzięczność, wyrażanie jej. Przyjmujemy, że wszystko, co dostajemy od partnera, partnerki, należy nam się, bo przecież on, ona jest nasz, nasza. Przeżywamy szok, gdy bliska osoba chce odejść, bo nie może doczekać się słów uznania i docenienia.

Wszystko zaczyna się jednak dużo wcześniej niż słowa. To intencja, z jaką podchodzimy do bliskiej osoby; czy z głębi serca pragniemy kontaktu i zrozumienia, czy raczej ukarania jej za to, co „nam zrobiła”.

Wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni; na poziomie neurobiologii jesteśmy wyposażeni w tak zwane neurony lustrzane i naprawdę wyczuwamy, jaką intencję ma druga osoba. Jeśli partner mnie krytykuje, oskarża, narzeka, jest zirytowany, prawdopodobnie ja w pierwszym momencie także poczuję się zirytowana, winna i też będę miała ochotę trzasnąć drzwiami. Jeśli jednak moją intencją jest zrozumienie, że partner w ten sposób woła o to, by być ze mną w kontakcie, by czuć się kochany, wtedy mogę zareagować inaczej. W emocjach bliska osoba nie jest w stanie nas usłyszeć. Dopiero gdy my ją usłyszymy, otwiera się przestrzeń na zrozumienie i miłość. Potrzebny jest moment zatrzymania się, ciepłej obecności. Jeśli bliska osoba w złości mówi: „Nie chcę się kłócić!”, możemy zapytać: „Chciałabyś więcej spokoju, zrozumienia?”. To już jest empatia, ponieważ wspieramy ją w tym, aby lepiej zrozumiała siebie. Empatia buduje kontakt, połączenie. Tak naprawdę to jest troska o siebie, ponieważ okazując empatię, czujemy więcej komfortu, otwartości i spokoju. To nie dotyczy tylko naszych związków z najbliższymi. Empatia sprawdza się we wszystkich relacjach. Kiedyś niefortunnie zaparkowałam samochód pod oknem restauracji. Wyszła kelnerka i zaczęła na mnie krzyczeć. Wzięłam głęboki oddech i powiedziałam: „Martwi się pani, że przechodzący ludzie nie będą widzieli, że to restauracja?”. Rozluźniła się, uśmiechnęła i powiedziała pojednawczo: „A… niech pani zostanie”. Zobaczyłam, co jest dla niej ważne, i powiedziałam to. Ta drobna zmiana, zrozumienie zamiast ataku albo obrony, zmieniają wszystko.

Wiedza o potędze empatii jest coraz powszechniejsza, aczkolwiek nie do końca może być jasne, w jaki sposób to właśnie empatia, która jest zrozumieniem, zgodą, akceptacją, zmienia wszystko. Empatia nie naprawia, empatia przyjmuje.

Boimy się, że gdy będziemy reagować empatycznie, ludzie zawieszą się na nas, wejdą nam na głowę i wykorzystają. Jest odwrotnie: ci, którzy wiedzą, że w każdej chwili mogą dostać od nas empatię, mało jej potrzebują. Empatia to jest szansa na wyrażenie moich i twoich potrzeb, na bycie w kontakcie, na zrozumienie i przepływ miłości. Jeśli wygram twoim kosztem, nasza relacja ucierpi. Jeśli musisz poświęcić swoje potrzeby, aby zaspokoić moje, wtedy ja tak naprawdę nie wygrywam.

Kolejny lęk: skoro mam cię kochać bez warunków, rozumieć cię i wspierać, przyjąć takim, jaki jesteś, to znaczy, że nie mogę się z tobą rozstać. A to już pułapka, więzienie.

Można tak pomyśleć. Boimy się, że gdy okażemy ciepło i zrozumienie, to niejako przyklepujemy to, co jest, a czego bardzo nie chcemy, i że tak już zostanie. Jest odwrotnie, empatia daje szansę na zmianę, ponieważ otwiera; dopiero wtedy, gdy okażemy zrozumienie, nasza prośba może zostać usłyszana i przyjęta. Empatia nie wyklucza jednak rozstania. Możemy kochać i rozumieć, a jednocześnie zadecydować o rozstaniu. Miałam partnera, którego próbowałam zmienić. Te żądania, oczywiście, dewastowały mnie psychicznie. W końcu zdałam sobie sprawę, że to nie działa. Że wszystko, co mogę zrobić (po okazaniu empatii i wyrażeniu próśb), to zgodzić się, że wiele moich potrzeb nie zostanie zaspokojonych. Mogę także uczciwie przyznać, że nie chcę się na to zgodzić. Dopóki cały czas miałam nadzieję, że on jednak się zmieni, byłam nieszczęśliwa i rozżalona. W momencie, w którym zaakceptowałam, że bardzo prawdopodobne, iż nic się nie zmieni, i że to nie jest przeciwko mnie, poczułam, że jestem wolna, mam wybór. Empatia dla obojga okazała się kluczowa w procesie rozumienia, że widocznie nie jesteśmy w stanie dać sobie tego, czego potrzebujemy w związku. I nie ma w tym niczyjej winy. Po prostu mamy inne drogi, inne życiowe cele. Błąd polega na tym, że zakładamy, iż wiemy lepiej, co jest dobre dla naszego partnera. Zaakceptowałam, że tak też przejawia się istnienie – poprzez rozstanie i ból z tym związany.

Empatia to droga do prawdziwej bliskości. Dzięki niej możemy czuć się bezpiecznie, widziani, doceniani i kochani za to, jacy jesteśmy.

 

EWA PANUFNIK

jest trenerką empatii. 12 lat temu wraz z Lucyną Wieczorek stworzyły Dojrzewalnię Róż (otrzymały za ten projekt Kryształowe Zwierciadło). Pomysłodawczyni i współtwórczyni projektu Love Heroes (www.loveheroes.org) oraz projektu Ambasadorzy Empatii (www.dojrzewalnia.pl/wirtualnadojrzewalnia).

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »