Aleksandra Nowakowska - „Nawet ci, którzy żyją razem od dziesięcioleci, w znaczeniu psychologicznym prawie się nie znają”. Psychoanalityk wyjaśnia dlaczego
00:00
20:55
W psychologii głębi uważa się, że procesy projekcji w relacjach nie są jedynie intelektualną opowieścią. Jeżeli projektuję coś na
kogoś, to obdarzam go energią psychiczną, która jest realna i ma określone jakości – najczęściej te, których nie chcę zaakceptować
w sobie. I ta osoba je przejmuje i przeżywa siebie według tego wzorca – nieświadomy mechanizm projekcji wyjaśnia psychoanalityk
jungowski Tomasz J. Jasiński.
- Dlaczego w miłości szukamy czasem kogoś, kto da nam poczucie bezpieczeństwa podobne do tego, którego doświadczaliśmy w dzieciństwie?
- Projekcja to nieświadomy mechanizm, który sprawia, że przypisujemy drugiej osobie własne pragnienia, lęki i cechy, których nie chcemy w sobie dostrzec.
- „Zdarza się, że nawet ci, którzy żyją razem od dziesięcioleci, w znaczeniu psychologicznym prawie się nie znają” – zauważa psychoanalityk jungowski Tomasz J. Jasiński.
- Rozpoznanie własnych projekcji bywa bolesne, ale może pomóc zobaczyć partnera takim, jaki naprawdę jest, i lepiej zrozumieć siebie.
Wywiad pochodzi z miesięcznika „Sens” 09/2026.
Aleksandra Nowakowska: Projekcja, jako zjawisko psychologiczne, jest wszechobecna i nieunikniona. Czy można się na nią popatrzeć w ten sposób: opuszczamy macicę i już w tym momencie ulegamy projekcji, że jesteśmy jednym z matką, i potem, przez większość życia, szukamy tego poczucia w związkach?
Tomasz J. Jasiński: Mam wrażenie, że w centrum psychoanalitycznego rozumienia najwcześniejszych momentów życia, a nawet czasu prenatalnego, znajduje się matka. W moim poczuciu taka perspektywa wymaga jednak wyjaśnienia. Nie chodzi w niej o to, że wszystko sprowadza się do matki, tylko o odwrotność – matka, w kontekście początku życia, reprezentuje poniekąd wszystko i dostarcza wszystkiego. W znaczeniu psychicznym jest więc dla dziecka całym światem.
Dziecko projektuje na matkę, ale matka na dziecko również; od początku jest to relacja, która obejmuje dwie cząstki wzajemnie się przeżywające w sposób zabarwiony projekcjami.
Z perspektywy teorii psychologii projekcja jest podstawowym mechanizmem wchodzenia w jakąkolwiek relację z drugim człowiekiem i interakcję ze światem. Jung kładł nacisk na to, że psychika jako całość – w swojej świadomej i nieświadomej warstwie – jest częścią natury, więc projekcja, należąca do życia psychicznego, nie jest zjawiskiem patologicznym. To jak gdyby podstawowy sposób percepcji, komunikowania się ze światem, a więc w tym znaczeniu jest nieuchronna.
James Hollis w książce „Projekt Eden. W poszukiwaniu cudownego partnera” pisze, że psychika składa się z ogromnej liczby odprysków energii, kompleksów i form archetypowych – które zasadniczo pozostają nieświadome. Zawsze istnieje okazja do projekcji, tak?
Projekcja z definicji jest zjawiskiem nieświadomym. Dlatego w momencie, kiedy zdajemy sobie sprawę, że coś projektujemy, zaczyna się wycofywanie projekcji. Często powtarzam jednak, że mówienie o tym, że coś jest nieświadome, może wydawać się proste – niby wiemy o tym na poziomie języka, ale jeśli chodzi o doświadczanie, nie jest to takie oczywiste. Mechanizmy projekcji z początku istnieją kompletnie poza obszarem naszego pojmowania.
Z punktu widzenia rozwojowego można powiedzieć: dzięki Bogu, że mamy projekcje – bo to za ich sprawą wchodzimy w interakcje ze światem, co umożliwia nam wzrost. W takim podstawowym sensie, mówiąc o mechanice procesu dojrzewania wewnętrznego psychiki, to projekcje są jego narzędziem. Projektując, dotykając tego, co nieświadome, stajemy się sobą, realizujemy proces indywiduacji.
Ponieważ każda projekcja zawiera pewien aspekt nas samych, to, co „widzimy” w Drugim, jest częścią nas. Czyli zakochujemy się poniekąd w sobie?
Można na to tak popatrzeć, ale oczywiście po drugiej stronie jest realny ktoś, bo do projekcji w obszarze relacji potrzebne są dwie osoby. James Hollis pisze, że bez odmienności tego Drugiego nie mielibyśmy nic, co mogłoby przeciwstawić się nadmiernej pewności siebie i jednostronnej świadomości ego. Projektowanie jest poszukiwaniem siebie, dlatego związek służy samorozwojowi. Jak twierdzi Hollis, to, co najlepszego możemy dać drugiej osobie, to jak najpełniejszego siebie.
Projekcje mają jednak też ciemną stronę, bo to, czego nie wiemy, może ranić nas, a także innych.
W terminologii jungowskiej nazywalibyśmy to cienistą stroną mechanizmu psychologicznego. Zwykle projektujemy to, co nie jest nam łatwo przyjąć, czego chcielibyśmy się pozbyć – i robimy to być może w próbie utrzymania pewnego obrazu siebie. Nazywanie projekcji naturalnymi nie oznacza, że są one „bezwysiłkowe”. Zwłaszcza wycofywanie projekcji wiąże się z bolesnym rozpoznaniem niechcianych części nas.
Sytuacja radykalnej projekcji na drugą osobę wszystkiego tego, czego nie potrafimy w sobie pomieścić, jest sytuacją rozszczepienną. Projektujemy na nią to, czego pożądamy, co nieświadomie chcemy posiąść w sobie, ale jednocześnie lękamy się to przyjąć.
Możemy tak głęboko pogrążyć się w projekcji, że granice między jaźnią a Drugim zacierają się, podobnie jak miało to miejsce w przypadku niemowlęcia. Hollis odwołuje się w swojej książce między innymi do terminu z klinicznego języka psychoanalizy – identyfikacji projekcyjnej, która reprezentuje wczesny, tak zwany prymitywny poziom organizacji psychicznej. Projekcja jest w niej tak potężna, że jedna osobowość zostaje jak gdyby wchłonięta przez drugą. Treść, która jest na nią wyprojektowana, zostaje w niej całkowicie „umieszczona”.
Hollis przedstawia tezę, że fałszywą ideą, która napędza ludzkość, jest fantazja o Tym Cudownym Drugim – poczucie, że istnieje osoba, która nada sens życiu, bratnia dusza, która ochroni przed cierpieniem, oszczędzi niebezpiecznej podróży ku indywiduacji. Wyobrażenia te składają się głównie z doświadczeń z relacji z mamą i tatą. Kiedy nasza projekcja uderza w Drugiego i odbija się, doświadczamy rezonansu, przeczucia całości, i jest to forma „powrotu do domu”.
Jednym z najpotężniejszych kompleksów w psychice jest kompleks matki. Z psychologii rozwojowej wiemy, że to przede wszystkim w pierwszym roku życia wyłania się pierwotna struktura ego-świadomości, powstają jej zręby. Dlatego matka odciska taki ślad na psychice i pozostaje w niej znaczącą obecnością. To wtedy budujemy pierwsze doświadczenie wchodzenia w relację z Drugim – czy to jest jakikolwiek element świata, czy też osoba.
Ponieważ matka jest tym całym światem, to czujemy jakiś rodzaj tęsknoty za byciem objętym w ten sposób i szukamy tego doświadczenia w swoich późniejszych relacjach. Można powiedzieć, że to jest właśnie ta fantazja o relacji z kimś, kto nam zapewni wszystko, niczym matka.
Kto? Cudowny Drugi, nasza druga połówka czy bliźniacza dusza. Hollis pisze, że wewnętrzna dynamika projekcji wynika m.in. z naszej psychologicznej historii i charakteru kompleksów, nieustannie poszukujących analogii: „Kiedy już tu byłem?”.
Możemy zaobserwować różnicę między projekcjami „dużymi” a „małymi”. Te ostatnie mają związek z odnoszeniem się do Tego Drugiego w zaprogramowany, nawykowy sposób, który wynika z całej historii związków. Natomiast „duże” projekcje związane są z przeniesieniem „powrotu do domu” na Tego Drugiego, fantazją, że poprzez niego lub nią zostanę uzdrowiony i oszczędzone mi zostaną trudy dorastania. To frustracja ptaszka uderzającego wciąż w szybę i odbijającego się od niej, jak obrazowo przedstawia to Hollis.
Chociaż idea Cudownego Drugiego jest fałszywa, znajdujemy niezliczone sposoby, aby temu zaprzeczyć, zataić to i racjonalizować. W końcu jednak stajemy wobec bolesnej utraty projekcji. Co wtedy?
Zrozumiałe, że nie chcemy zrezygnować z pomysłu, że Drugi ma nam zapewnić „powrót do domu”, ale tak samo jak nieuchronne są projekcje, proces nieuchronnie prowadzi nas w kierunku ich wycofywania.
Kanadyjska psychoterapeutka jungowska Marion Woodman napisała, że w efekcie wycofywania projekcji pewnego dnia budzimy się w łóżku z kimś i zastanawiamy się, kto to w ogóle jest – na ile znam tę osobę, a na ile tak naprawdę znam kogoś, kogo wyprojektowałem na nią (w takim na przykład momencie pojawia się wspomniana wyżej „obecność” matki).
Jeśli odmawiamy podjęcia wysiłku, żeby wycofać projekcje, dwie osoby tkwią jakby w zamkniętym systemie, o czym często świadczą trwające w nieskończoność kłótnie, wzajemne pretensje i oskarżenia. Wyjście z projekcji wymaga stawiania oporu temu uporczywemu mechanizmowi, który tak potężnie potrafi nas ściągać w iluzję. Będąc pod jej wpływem, nie wiemy, czy twarz tego Drugiego jest naprawdę jego twarzą, bo tak bardzo jest „pomalowana” naszymi projekcjami.
Czy mechanizm projekcji polega też na tym, że jeśli na przykład mój partner projektuje na mnie swoją krytyczną matkę, to ja bezwiednie wytykam mu błędy?
W psychologii głębi uważa się, że procesy, o których teraz rozmawiamy, nie są jedynie intelektualną opowieścią. Jeżeli projektuję coś na kogoś, to obdarzam go energią psychiczną, która jest realna i ma określone jakości – najczęściej te, których nie chcę zaakceptować w sobie. I ta osoba jakby przejmuje te fragmenty energii psychicznej, które są na nią projektowane, i ostatecznie zachowuje się zgodnie z ich wzorcem – albo wręcz przeżywa siebie według niego. Na tym polega moc zjawiska projekcji i siła tego, co się dzieje między ludźmi, dlatego tak trudno z projekcji się wyzwolić.
Im bliższa jest relacja, tym więcej na nią projektujemy i więcej energii psychicznej tam umieszczamy – Ten Cudowny Drugi ma nam wszystko dać i nie opuścić nas do śmierci.
Jednak – kiedy myśli się o rozwojowym znaczeniu tych zjawisk – projekcje są czymś w rodzaju inwestycji, choć nieświadomej, która może nam się zwrócić, prowadząc do wspólnego wzrostu. Jest to możliwe, pod warunkiem że będziemy w stanie się z projekcjami poukładać.
Każda ze stron powinna przede wszystkim mieć gotowość do przyjęcia odpowiedzialności za relację z własną nieświadomością?
Tak, to praca, którą wykonujemy w sobie dla relacji, kiedy rozpoznajemy własną projekcję, co umożliwia jej wycofanie. Żeby tak się stało, potrzebny jest wysiłek zakwestionowania czegoś u siebie. Jeśli na przykład z kimś nieustannie się kłócimy, warto sobie zadać pytania: Kto we mnie wchodzi w konflikt? Może druga strona nazywa jakiś kawałek mojej rzeczywistości? I nie wystarczy tylko coś sobie „uświadomić”, ale też przyjąć tę treść w sobie i podjąć wysiłek niereagowania w nawykowy sposób.
Możemy usłyszeć na przykład: wydaje ci się, że jesteś taki zaangażowany i robisz coś dla mnie, a tak naprawdę robisz to dla siebie i nie chcesz zobaczyć, że ja tego nie chcę. Dobrze jest się wtedy zatrzymać i powiedzieć sobie: Może ja wcale nie jestem w tym związku taki pełen poświęcenia, może rzeczywiście mam w tym swój interes i w pewnych sytuacjach tak naprawdę nie obchodzi mnie, co ta druga osoba czuje? Może jest jakiś kawałek mojego zachowania, w którym jestem trochę draniem? Jeśli to przyjmę, będę miał wpływ na to, żeby tego kawałka tak po prostu nie wyprojektowywać na kogoś.
Kiedy to sobie uświadomimy, dajemy sobie prawo wyboru – kiedy używamy na przykład tej bardziej egotycznej strony, a kiedy nie?
Kiedy idę za świadomym wyborem, moje zachowanie nie jest bezrefleksyjne, już mną nie powoduje; przecież nie zawsze muszę być „taki szlachetny”.
To może być niezwykle trudne na przykład dla osób mających życiowe doświadczenie przemocy, które zaciera różnicę między przemocą a agresją. Agresja, jako energia psychiczna, nie jest czymś złym, potrzebujemy jej, żeby postawić granicę czy doprowadzić jakieś przedsięwzięcie do końca. Im lepszą mamy relację z agresywnym kawałkiem siebie, tym więcej mamy możliwości, żeby używać go w kontrolowany, a nie raniący innych sposób. Kiedy agresja „chowa się” w nieświadomości, wyprojektowujemy ją często w bliskich relacjach i wtedy ta druga strona lub my sami doświadczamy jej niszczącego aspektu.
Mówi się, że powinniśmy uważać, czego pragniemy, bo – z perspektywy psychologii głębi – możemy dostać to, czego pragnie kompleks, nieświadoma historia. Wówczas – jak ostrzega Hollis – związek może potoczyć się według tragicznego scenariusza, do którego jest potajemnie przywiązany.
Jak w sytuacji, w której córka przemocowego ojca wychodzi za mąż za przemocowego mężczyznę. Chociaż chcemy świadomie dokonywać wyborów, zawsze są jakieś nieuświadomione głębsze motywy, które nami powodują. Tak naprawdę nie wiemy, dlaczego przytrafia nam się to, co nam się przytrafia. Coś, co nie jest łatwe, może jednak okazać się potrzebne, żeby poszerzyć świadomość.
Jung mówił, że proces indywiduacji wcale nie jest dążeniem do doskonałości, tylko dążeniem do pełni. A to są dwie różne rzeczy, prawda? Pełnia z definicji zawiera w sobie też to, co mroczne, negatywne, ułomne. Samo zjawisko poszerzania świadomości, z przyrodniczego punktu widzenia, jest neutralne.
Z książki „Projekt Eden” możemy wywnioskować, że istotą relacji jest po prostu wymiana: informacji, energii. Ideą o potężnej energii są kompleksy, często mroczne, które samodzielnie krążą w naszej psychice, tworzą nas i przekształcają. Czym są?
Jung powiedział gdzieś, że kompleksy są organami psychicznymi, a więc budulcem naszej psychiki. Razem ze swoimi mrocznymi kawałkami są więc czymś wartościowym. Kiedy chcemy się własnego mroku pozbyć, to trochę tak, jakbyśmy chcieli wyciąć sobie wątrobę czy amputować nogę. Projekcja jest podstawowym sposobem, wydawałoby się bezproblemowym, na pozbycie się tych mrocznych kawałków poprzez umieszczenie ich w innych. Potem w kontakcie z tymi innymi odczuwamy dotknięcie całości, ulegając fantazji o „powrocie do domu”, podczas gdy tak naprawdę chodzi ostatecznie o powrót do nas samych.
Jak się zorientować, że projektujemy bądź ulegamy projekcji? Mówi pan, że to niełatwe.
Cała sfera intymności jest jednym z takich pól, w których projekcje są wymieniane przez cały czas, bo w każdej chwili trwania związku dochodzi do ogromnego przepływu informacji i nieświadomych treści, które mogą napędzać projekcje.
W projekcji ilość wyładowanej energii jest zawsze nieproporcjonalna do okoliczności i sytuacji, która ją wyzwala. Ponieważ sfera intymnych relacji niesie ze sobą ciężar projektu „powrotu do domu”, umieszczamy w niej więcej, niż tam realnie jest.
Można powiedzieć, że jest coś w stwierdzeniu, że relacje są przereklamowane. Nie oznacza to jednak, że relacje nie są dogłębnie ważne, ale że to my czynimy je poniekąd nazbyt ważnymi. Kiedy przeżywamy coś nieadekwatnie do sytuacji, warto rozpoznać, skąd płynie moja reakcja, co ją spowodowało.
Hollis zauważa, że wiele popularnych piosenek opłakuje utratę Cudownego Drugiego; to moment, o którym kultura mówi, że przestajemy kochać: „Kim jesteś?”, „Zmieniłeś się”, „Złamałeś mi serce”. Co się wtedy dzieje w psychice?
Przeżywamy utratę i cierpienie z nią związane. Ale co my tak naprawdę tracimy? Możliwość dalszego wyprojektowania czegoś na drugą stronę, bo przecież nikt nam niczego nie odebrał, chyba że iluzję. Zdajemy sobie sprawę, że goniliśmy za tym, co zwodnicze. Te piosenki opowiadają o poczuciu porzucenia, rozpaczy. Dowiadujemy się, że nasze postrzeganie nie było prawdziwe, że nie doświadczaliśmy Drugiego na zewnątrz, ale Drugiego w nas. Hollis uważa, że ten krok jest aktem etycznej odwagi, ponieważ pomaga zdjąć projekt „powrotu do Edenu” z barków Drugiego, który przestaje być Cudowny.
Ale to nie jest jeszcze wycofanie projekcji. Do kogoś dotarło na przykład, że Drugi wcale nie jest wspierający, bo jasno dał do zrozumienia, że taki nie będzie. Wciąż możemy wtedy pozostać w przeżywaniu tego, że nam się wsparcie należy, i domagać się go. W takiej sytuacji autentyczne wycofywanie projekcji polega na tym, żeby zastanowić się, co ja mam sobie dać z tego, o czym myślałem, że dostanę od partnera. Chociaż oczywiście w związkach ludzie różne rzeczy sobie dają i potrzebują siebie wzajemnie.
Chodzi bardziej o to, z jakiego miejsca czegoś oczekujemy. Czy czasem nie mamy wyobrażenia, że ta osoba permanentnie ma się nami opiekować, jakbyśmy byli dzieckiem, co jest efektem potężnej projekcji.
Ten etap wymaga nowego spojrzenia na drugą osobę. Jeśli czegoś nie znamy, naturalnie wypełniamy przestrzeń niewiadomego własnym materiałem projekcyjnym, dlatego zdarza się, że nawet ci, którzy żyją razem od dziesięcioleci, w znaczeniu psychologicznym prawie się nie znają, choć mogli nawet do siebie bardzo przez te wszystkie lata przywyknąć.
Wycofanie projekcji oznacza przyzwolenie na to, że ten Drugi jest taki, jaki w istocie jest, więc w jakiejś części nie jest tym kimś, kim myśleliśmy, że jest. Wtedy można też dojść do wniosku, że jednak nie jest nam razem po drodze, bo za mało nas łączy, nie pasujemy (już) do siebie. Albo też zostaniemy razem, doceniając wzajemnie te kawałki siebie, które lubimy, jednocześnie przyjmując te, którymi czujemy się zawiedzeni. Autentyczne wycofanie projekcji polega na tym, że wychodzimy z jakąś nową wiedzą o sobie samych.
„Mój dialog z tobą jest moim dialogiem ze wszechświatem, ponieważ nosisz w sobie i ucieleśniasz te same energie. A to, o co prosimy Drugiego, jesteśmy zobowiązani zażądać od siebie samych, zadać sobie pytanie: Co to mówi o mnie?” – pisze James Hollis.
Żeby odpowiedzieć na to pytanie, potrzebne jest budowanie relacji ze sobą na osi ego–nieświadomość. Wymaga to wysiłku związanego z procesem wewnętrznego dojrzewania, które Jung opisywał jako indywiduację, prowadzącą do dobrego, autentycznego bycia ze sobą, którego częścią jest też poczucie swobody i spontaniczności.
Przy tym warto mieć świadomość, że projektowanie i wycofywanie projekcji będzie powracać, nie zniknie raz na zawsze. Dlatego kluczowe jest kształtowanie w sobie uważności i dyscypliny wewnętrznej, dzięki którym zmienimy relacje ze swoimi nieświadomymi treściami, a w efekcie relacje z innymi.
Tomasz J. Jasiński, psychoanalityk jungowski, tłumacz. Jest członkiem zarządu Studiów Kulturowych „Raven” i Polskiego Stowarzyszenia Psychoanalizy Jungowskiej, zrzeszonego w International Associacion for Analytical Psychology, szkoleniowcem oraz superwizorem