fbpx

Zamknięte koło – skutki krzyczenia na dziecko

Zamknięte koło - skutki krzyczenia na dziecko
(Fot. iStock)

Krzyczenie na dziecko, niczego nie załatwia, nie jest ani wspierające, ani empatyczne. Dużo mówi natomiast o nas jako o rodzicach – uważa psycholożka Katarzyna Półtorak zajmująca się wspomaganiem rodziców w komunikacji z dziećmi.

Przypuszczam, że dzisiaj, w czasach izolacji, kiedy wszystkim puszczają nerwy, krzyk był na porządku dziennym.
W sytuacji, w której wszyscy się znaleźliśmy, nikomu nie było łatwo, ani rodzicom, ani dzieciom. Uczyliśmy się, jak funkcjonować razem, bez wychodzenia do szkoły czy pracy. Nagle zostaliśmy zobowiązani do uczenia dzieci w domu i do wykonywania obowiązków zawodowych w obecności domowników. Nowa sytuacja stwarzała napięcie i stres, na początku nie umieliśmy się w niej odnaleźć, sprawdzaliśmy dopiero, co nam służy, a co nie. Kiedy spotykają się w domu różne wyobrażenia i oczekiwania, o krzyk nie jest trudno. Z moich obserwacji wynika, że rodzicom łatwiej jest teraz zauważyć, że krzyk nie prowadzi do niczego dobrego, niszczy relację, o którą na co dzień tak wytrwale i z miłością starają się dbać.

Dlaczego pomimo to krzyk tak łatwo im przychodzi?
Ponieważ sami nie umieją sobie radzić ze złością. A nie umieją, bo nikt nie nauczył ich regulacji emocji, to dla nich abstrakcyjne. Jak tłumaczę mamom – bo na ogół to one zwracają się do mnie z prośbą o konsultacje – że istnieje coś takiego jak samoregulacja emocji, że to umiejętność, której można się nauczyć, nie jest tak, że ktoś się z nią rodzi albo nie, są zdziwione. Praca z krzykiem to praca ze złością, trochę z nawykami, ale też w dużej mierze z przekonaniami, co dziecko według mamy powinno np. robić w danym wieku.

Czyli też praca z oczekiwaniami innych wobec tych mam?
Tak, bo niektóre mamy słyszą, że dzieci w określonym wieku powinny same jeść, same się ubierać, czytać, liczyć itp. Wiedzę o tym czerpią od koleżanek, wobec których też inni te oczekiwania formułują. To im nie pomaga.

Krzyk jest prosty do zastosowania?
Jest łatwiejszy w tym sensie, że nie kojarzy się z przemocą fizyczną, którą społecznie się piętnuje. Bo gdy rodzice biją dziecko, to wiadomo, że naruszają ustawy, które mówią, że tego nie wolno robić. Natomiast jak krzykną, to sądzą, że próbują tylko wyegzekwować coś, co w ich mniemaniu jest ważne. I że nic takiego wtedy się nie dzieje.

A dzieje się?
Zdecydowanie. Ale to nie jest tak, że rodzice zawsze ochoczo szafują tym krzykiem. Dużo mam, które zapisują się do mnie na pierwszą bezpłatną konsultację online, ma bardzo trudne historie rodzinne związane z krzykiem. Wiele z nich jest targanych ogromnymi wyrzutami sumienia, bo krzyk to nie jest ta forma relacji, którą one chcą mieć z dziećmi. Uczę je, jak tego krzyku można się pozbyć, bo wyrzuty sumienia bez narzędzi, jak sobie poradzić ze złością, to ślepa uliczka.

Dlaczego krzyk to niedobry sposób reagowania?
Bo to agresja, przemoc. Rodzajów przemocy jest dużo, choćby wykluczenie, milczenie, wycofanie się, czyli przerywanie relacji z dzieckiem w trudnym dla niego momencie. No i krzyczenie. Mamy krzyczą na dzieci, bo nie są nauczone dbania o siebie, o własne granice. Mówi się, że powinniśmy stawiać granice dzieciom czy innym, podczas gdy ja uważam, że powinno się SZUKAĆ granic, bo w każdej relacji, u każdego człowieka i w każdej sytuacji ta granica może leżeć gdzie indziej. Mamy nie są nauczone tego, że są ważne, że powinny dbać też o siebie, o swoje zasoby. A wszystko po to, żeby mieć przestrzeń i siłę do budowania relacji z dzieckiem, które dopiero uczy się radzić sobie z emocjami, więc ma prawo sobie nie radzić i płakać, złościć się, wycofywać.

Co dla rodziców jest najtrudniejsze?
Dla jednych trudne jest, kiedy dziecko się wycofuje, dla innych, kiedy płacze czy krzyczy. Na ogół złości nas w dzieciach to, z czym sami sobie nie radzimy. Wtedy robi się z tego koło krzyku: jeżeli mama krzyczy, to zaczyna krzyczeć też dziecko, które dostało podświadomy przekaz, że do wyegzekwowania czegoś, na czym mu zależy, potrzebny jest krzyk. Dzieci uczą się przez to, co widzą, a nie przez to, co słyszą. Jeżeli więc mama mówi im: „Nie krzycz”, a sama krzyczy, dziecko będzie odpowiadało tym samym. Trudne dla mam jest to, żeby złapać moment przed wybuchem, czyli żeby zadbać o siebie odpowiednio wcześniej. Bo nawet jak sobie nie radzą, jest im źle, to zawsze im się wydaje, że te stany nie są warte tego, żeby z nimi coś zrobić. I potem sprawy toczą się lawinowo, mamy nie są już w stanie tej lawiny zatrzymać.

Co takiego dzieje się z nimi, gdy krzyczą?
Trochę spada im napięcie, ale potem mają wyrzuty sumienia, niektóre mamy przepraszają dzieci.

Robią dobrze?
Tak, bo małego człowieka, który nie rozumie, co się stało, trzeba przeprosić, kiedy poniosły nas nerwy. Ale jak nie mamy umiejętności radzenia sobie ze złością, to takie sytuacje będą się powtarzać: będzie krzyk i przepraszanie. Nawet dobra relacja z dzieckiem może zostać naruszona – i dziecko traci zaufanie. Bo jest dobrze, dobrze i nagle coś się takiego dzieje, czasem błahego, czasem poważniejszego, że mama staje się nieprzewidywalna, że nie umie towarzyszyć dziecku w trudnych emocjach.

Nie żyjemy w idealnym świecie, mama nie jest idealna. Dziecko powinno nauczyć się, że mama też człowiek.
Oczywiście. Nie znam rodzica, który by nie krzyknął na dziecko. Są mamy, które mówią: „Jestem wybuchowa, krzyczę, no ale dziecko wie, że ja je kocham, bo mu to mówię i tłumaczę, że krzyk to moje emocje, a nie jego wina”. To nie jest tak, że jak się krzyczy na dziecko, to nie można tego zmienić.

Krzyk jest usprawiedliwiony, gdy chodzi o bezpieczeństwo?
Czasem jest jedynym sposobem, żeby uniknąć niebezpieczeństwa, tak podpowiada instynkt. Krzyk ma powstrzymać malca przed wbiegnięciem na ulicę, dotknięciem gorącego garnka.

Ale zaraz potem winniśmy mu wyjaśnienie?
Tak. Krzyknęłam, bo widzę, że może być groźnie, jak będziesz skakał. Albo krzyknęłam, bo nie chcę, żebyś zrobił sobie krzywdę. Albo widzę, że nadjeżdża samochód, a nie wiem, czy ty widzisz.

Co nasz krzyk robi dziecku?
Mówi się, że słowo potrafi bardziej zranić niż miecz. Na wczesnym etapie, gdy dzieci są małe, krzyk powoduje duże zmiany w mózgu. Dzieci, na które się krzyczy, są często lękliwe. Nie pozwala im się wyrażać emocji, więc czasem zaczynają sobie radzić agresją. Mają gorsze wyniki w nauce, ponieważ mózg gorzej funkcjonuje, zanika istota szara. Mózg dziecka doświadczającego przemocy porównywano do mózgu weterana wojennego. Dzieci cierpią, tracą poczucie bezpieczeństwa, nie wiedzą, czego mogą spodziewać się po rodzicach.

Rodzice tłumaczą się, że to dziecko manipuluje.
Ono patrzy i sprawdza, czy to już jest ten moment, kiedy mama będzie krzyczeć, czy jeszcze nie. I to nie jest manipulacja, tylko dbanie o swoje potrzeby. Ono chce czuć się bezpiecznie.

Co zamiast krzyku? Rodzice na przykład wyprowadzają dziecko źle się zachowujące do jego pokoju. To dobra metoda?
Czyli zostawiają je samo w trudnym dla niego momencie. A do pewnego wieku dziecko pozostawione samo sobie nie jest w stanie samo się wyregulować i uspokoić. Jego mózg nie jest na tym etapie, żeby tę sytuację „obsłużył”. Kiedy rozmawiam potem ze starszymi dziećmi, to one mówią, że w tym pokoju obmyślają zemstę na rodzicach, ale głównie dzieci w takich sytuacjach rozpaczają, bo kontakt z ukochaną mamą został zerwany. Dziecko powinno spotkać się ze zrozumieniem swoich emocji. Chodzi o to, by pochylić się nad trudnym dla nas zachowaniem dziecka, chcieć zobaczyć, że to mogła być dla niego trudna sytuacja, że jest w określonym wieku, w którym dzieci tak reagują, albo że w tym wieku nie chcą czegoś robić, a my tego bardzo chcemy. Warto zbadać nie tyle zachowanie dziecka, ile to, dlaczego my, rodzice, czegoś od dziecka bardzo chcemy, jakie kryją się za tym przekonania. Kiedy pracuję z matkami, to zaczynamy od ich nieuświadomionych potrzeb. Na ogół wiedzą one o potrzebie bliskości, ale jest wiele potrzeb, o których nie myślą, których nie nazywają, ale które mają.

Jakie na przykład?
Mama chce, żeby ktoś wziął jej zdanie pod uwagę, docenił jej wysiłek. Że jak ustalają coś rodzinnie, to żeby nie wszystko planować z myślą o dzieciach, ale także zastanowić się, na co ona miałaby ochotę, uwzględnić to.

Dlaczego to takie ważne?
Bo jak się odda całą energię dzieciom, to dla mamy już nic nie zostaje. I kiedy się zdarzy trudna sytuacja, mama nie będzie miała z czego dzieciom dać. Jest też potrzeba łatwości – chodzi o to, żeby coś dało się zrobić łatwo. Na przykład, żeby wychodzenie do parku było prostsze, czyli żeby dzieci chciały się ubrać, nie marudziły, żeby nie trzeba było tyle energii wkładać w to wyjście.

To chyba nierealizowalne pragnienie.
Niekoniecznie. Bo jak mama wie o tym pragnieniu, to nie ma z tego powodu poczucia winy. Może o nim powiedzieć partnerowi, który wcześniej nie rozumiał, dlaczego ona krzyczy, a ona krzyczy, bo chce, żeby chociaż raz było łatwo. Gdy mama uświadomi tę potrzebę sobie i partnerowi, trudno będzie mu powtarzać: „A trzeba było wyjść godzinę wcześniej”. Sama mam takie doświadczenie, że jak mówię komuś bliskiemu, że mi ciężko, to dostaję złote rady: „Trzeba było inaczej”. A ja bym chciała usłyszeć: „Widzę, że ci trudno, będzie lepiej, jestem z tobą” – i tyle. Żeby przyjęto mój stan i mi w nim potowarzyszono. W złotych radach jest komunikat, że ktoś inny zrobiłby coś lepiej niż ja.

Tak samo jest z dzieckiem?
Tak. Jeśli jest w trudnej sytuacji, bo ktoś zabrał mu zabawkę albo koleżanka nie zaprosiła na urodziny, to czasem warto powiedzieć: „Widzę, że jest ci smutno”. Nie mamy nawyku słuchania dzieci, tylko zalewamy je albo dobrymi radami, albo przekazem, że nic się nie stało. Dlaczego mówimy dzieciom: „Nie płacz”? Czy nam pomaga, gdy ktoś tak do nas mówi? Chcemy czasem popłakać albo chcemy, żeby ktoś nas przytulił. Tymczasem w rodzinach mocno zakorzenione jest przekonanie, że pomoc oznacza dobrą radę. A często, gdy mama się złości, to dobrze jest z nią pobyć, zauważyć. Podobnie jest z dzieckiem.

Jak pani pomaga matkom wyeliminować krzyk?
Zaczynamy od ich ukrytych potrzeb, tego, co dla nich ważne, od przekonań dotyczących wychowywania, ale i przekonań wyniesionych ze swojej rodziny. Pokazuję im, że jak mówią do dziecka jakimś językiem, to ono do nich mówi tym samym. Rozmawiamy o oczekiwaniach w stosunku do siebie i dzieci, stawianych sobie wymaganiach, o tym, jakimi matkami chciałyby być. Podsuwam im różne pomysły i one sprawdzają, czy u nich to działa: czy ona dobrze się z tym czuje i czy dziecko dobrze reaguje.

Są proste techniki, żeby powstrzymać się przed krzykiem?
Najważniejsze jest dostrzeżenie granicy, po przejściu której zacznę krzyczeć, a na ogół nie umiemy wyłapać tego momentu. Jesteśmy tak zmęczone, zestresowane, że przechodzimy do koła krzyku automatycznie. Ale gdy przepracujemy tę złość, to potrafimy się zatrzymać. Mamy mówią mi: „Słyszałam, że trzeba liczyć do dziesięciu, a ja już przy pięciu mam dosyć i jestem zła jeszcze bardziej”. Dlatego warto wytropić u siebie wyzwalacze krzyku. Wtedy łatwiej się zatrzymać, bo po prostu wiemy, że na przykład trudne jest wychodzenie z domu do przedszkola albo obiad u babci, mycie zębów, chodzenie spać. Mama często nawołuje z drugiego pokoju, żeby dziecko umyło zęby, a ono tego nie robi nie na złość mamie, tylko dlatego, że jest zajęte zabawą.

I jak reagować?
Podpowiadam mamie, żeby spróbowała podejść do dziecka, spojrzeć mu prosto w oczy i powiedzieć: „Słuchaj, to już jest ten czas, żeby umyć zęby”. I dać dziecku chwilę na dokończenie zabawy, a potem po nie przyjść. Jeśli ono ma trzy lata, to samo nie przyjdzie, ponieważ nie wie, że już upłynął czas, poza tym nie umie oderwać się od pasjonującego zajęcia. Tymczasem rodzice spieszą się i krzyczą: „Zrób to już teraz, natychmiast”.

Niektórzy uważają, że dzieci powinny czuć przed rodzicami respekt.
Takie myślenie do niedawna było obowiązujące: „Mam prawo krzyczeć na dziecko, bo jestem mamą”. A za tym „jestem mamą” mogą stać różne rzeczy, na przykład: „Uważam, że dziecko powinno mnie słuchać. W dodatku widzą to inni i co oni sobie pomyślą”. Albo mam przekonanie, że szacunek to posłuszeństwo.

Da się wychować dzieci bez krzyku?
Można zbudować fajną, empatyczną relację z dziećmi, opartą na bliskości i poczuciu bezpieczeństwa. Krzyk nie służy ani bliskości, ani temu, żeby czuć się bezpiecznie.

I może eskalować w nieprzewidywalnym kierunku?
Tak, bo jak krzyk przestaje działać, to sięgamy po coś mocniejszego: szarpnięcie, uderzenie. I potem trudno zawrócić. Dlatego warto dbać o siebie i swoje relacje z dzieckiem od samego początku. To ważne, żeby uznawać małego człowieka, żeby mieć ciekawość dziecka.

To jak zareagować, gdy dwulatek nie chce się ubrać, a jest zimno? Dociekać, dlaczego tak się przy tym upiera?
Pomaga, gdy rodzice wiedzą, że dwulatek chce być samodzielny i decydować o sobie. Zapytam: a co takiego się stanie, jeśli przyjdzie do przedszkola w koszulce na ramiączkach i na to założymy mu sweterek? Znam mamę, która zabrała dziecko do przedszkola w piżamie, bo dziecko nie chciało się ubrać. I nic się nie stało!

Czy dziecko jednak nie nauczy się wtedy, że zawsze może stawiać na swoim?
Moje doświadczenia pokazują co innego – gdy pozwolimy dzieciom na to, że będzie tak, jak one chcą, budujemy ich poczucie kompetencji, wpływu. Bo czasem to, czy dziecko założy sukienkę, czy spodenki to jedyna rzecz, na jaką ma wpływ.

Krzykiem łatwiej przywołać je do porządku.
Krzyczymy zazwyczaj, gdy u nas coś nie gra, a nie dlatego, że dziecko coś złego zrobiło. Krzyk niczego nie załatwia. Nie jest wspierający, nie ma w nim empatii. To sygnał, że nam, krzyczącym mamom, czegoś brakuje i że trzeba nam pomóc. To zawsze historia o nas.

Katarzyna Półtorak, psycholożka, właścicielka firmy Mama ma moc! (www.mamamamoc.pl), , w ramach której prowadzi konsultacje i programy rozwojowe online. Mama Karoliny i Antoniny.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze