1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Mam wirtualnego kochanka. O tym, czym jest cyberseks opowiada Katarzyna Miller

Mam wirtualnego kochanka. O tym, czym jest cyberseks opowiada Katarzyna Miller

- Wirtualny i internetowy seks to po prostu kolejna używka - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
- Wirtualny i internetowy seks to po prostu kolejna używka - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Cyberseks. To słowo określa zarówno podbarwione erotyzmem rozmowy przez Internet, jak i wirtualny seks. Czy ten rodzaj rozkoszy zagraża ludzkości, czy wręcz przeciwnie – otwiera nowe drzwi do erotycznego nieba? – odpowiada Katarzyna Miller.

A gdyby tak sprawić sobie wirtualnego kochanka? Przyznaję, że do tej pory byłam raczej przestraszona apokaliptyczną wizją ludzkości zamkniętej w kapsułach. Aż tu nagle zaczęłam myśleć, że w tym wirtualnym seksie jest jednak coś rozkosznego. Wyobraziłam sobie, że zamawiam mężczyznę idealnego. Przystojnego cyberkochanka o upojnym głosie, który ma kilka par rąk. Jedna para rąk zajmuje się moimi stopami, druga pupą i plecami, trzecia piersiami, czwarta włosami... Ten kochanek ma dwa penisy (bo mogę sobie przecież zamówić, co chcę, bylebym miała za co) i mogę mu mówić: teraz wolniej, teraz mocniej... Spełnienie tego, co podczas seksu się myśli, a rzadko mówi. Co bardziej śmiałe kobiety, owszem, pokazują, proszą, ale starają się delikatnie, żeby go nie zranić, nie zniechęcić. A czasem miałoby się ochotę powiedzieć prosto z mostu: trochę w lewo, w prawo, a teraz tak trzy minuty. I co? Większość panów by się wściekła, że nie są tylko na usługi.

Ta wizja skłania mnie do zastanowienia się, co nam to mówi o nas samych i naszych relacjach. Dlaczego w ogóle wirtualny seks się pojawił? To kolejny erzac. Bo mamy problemy z relacjami, z komunikacją seksualną. I chcemy je rozwiązać na skróty. Przecież gdybyśmy mieli satysfakcjonujący seks w realu, nie szukalibyśmy zamienników. Niby oczywiste, ale co z tego? Wiemy to, ale niewiele robimy, by coś zmienić.

Ty ciągle tylko namawiasz, by nad czymś ciężko pracować. A człowiek chciałby się odprężyć i nie musieć wiecznie tak tyrać... Zauważ, że zaczęłam od wizji totalnego brania, a nie od zapracowywania! Nie widzę problemu w tym, by wirtualny seks jako opcja sobie istniał. Jak dobry drink od czasu do czasu urozmaicał życie. Kłopoty zaczynają się, gdy w zasadzie jest to opcja jedyna. A poza tym posucha i człowiek robi się samotny, więc w zasadzie w ten Internet ucieka, bo zwyczajny świat coraz mniej go interesuje. Łatwo się zatracić. Wspominam często doświadczenie ze szczurami, które mając dostęp do klapki drażniącej ich ośrodek rozkoszy w mózgu, przestawały jeść i zdychały z rozkoszy. Ale jakaż to piękna śmierć, powiedziałby niejeden.

Człowiek to nie szczur. Całe szczęście. Człowiek ma wielki potencjał, tylko pytanie, jaką jego część realizuje. Wielka szkoda, że nie poszliśmy drogą wiedzy seksualnej. Wciąż nie umiemy słuchać własnego ciała. Co dopiero mówić o wsłuchiwaniu się w ciała innych. A uczyć się nie chcemy. Panuje dość dziwaczny pogląd, że nie będziemy się tego uczyć, bo to niewłaściwe, ale umieć powinniśmy. Tylko skąd? Więc sobie konstruujemy przedłużki, żeby spełnić własne i cudze wizje na temat owego seksu. Boimy się, że on nami zawładnie. Tymczasem najprostsza droga do tego, by nami zawładnął, to właśnie unieważnienie go, usunięcie z życia. Najlepszy dowód: w kulturach plemiennych seks stanowił naturalną część życia, a przecież wcale nie było tak, że wszyscy nic, tylko go uprawiali. Jeśli to się dzieje w normalnym rytmie, nie ma groźby, że nagle zabijemy się, nawet klikając myszką bezpośrednio w swój ośrodek rozkoszy. I moim zdaniem całemu naszemu społeczeństwu coś takiego nie grozi.

A jednostkom? Jak najbardziej. Przecież osoby uzależnione od seksu tak właśnie się zabijają. Ludzie potrafią być tak niedowartościowani, że się degradują do podstawowych potrzeb. Z drugiej strony człowiek od zawsze marzył, by sobie móc robić dobrze, nie mieć granic. I nie musieć się wstydzić. To przecież podstawowa karma dla fantazji erotycznych. Stajemy przed możliwością zrealizowania tych wizji. Czy to nie pociągające? Wiesz, jak funkcjonują ludzie, którzy mają dużo dobrych orgazmów? Nie trzeba lekarzy. Wirtualny i internetowy seks to po prostu kolejna używka.

Ale jaka niezwykła... Atrakcyjna, bo dająca nieustanne pobudzenie, które znieczula cierpienie, ten słynny ból istnienia. Człowiek, który ma intensywny internetowy związek oparty na seksie, potrafi być podobnie podniecony, otumaniony własną chemią mózgową, jak człowiek zakochany. To sytuacja dająca złudzenie związku i satysfakcję seksualną jednocześnie. I niewymagająca otwarcia się na prawdziwą bliskość, której dziś boimy się bardziej niż samotności. Przemawia więc szczególnie do ludzi, którzy cierpią z powodu braku miłości, nie umieją się odnaleźć w relacjach. Ucieczka w wirtualny świat jest więc jedynie objawem, a nie przyczyną trudności w relacjach. Oczywiście wtórnie owe trudności pogłębia. Coraz więcej ludzi łapie się na ten lep, bo coraz więcej w nas lęku przed kompromitacją, a coraz mniej prób nawiązania prawdziwych znajomości. Nie mówiąc o tym, że nie ma czasu, by je pielęgnować. A jak tu mieć dobry seks bez pielęgnowania bliskości?

Część ludzi wybiera więc po prostu przygodny seks, bez zobowiązań. Może to, co powiem, kogoś oburzy, ale skoro seks z założenia ma być przygodny, a więc przedmiotowy, to może lepiej jest to zrobić z cyberkochankiem? Nie za wiele się to różni, jeśli chodzi o poziom bliskości, za to doznania mogą być o wiele przyjemniejsze. No i nie zarazimy się HIV-em, nie zostaniemy sponiewierani... Mniejsze ryzyko.

Dość cyniczna wizja. Eee tam. Tak bywa. Oczywiście nie z każdym.

Dziwisz się? Żyjemy coraz szybciej, więc również w kwestii relacji i seksu idziemy na skróty. Gdy się oddasz we władanie cyberseksu, to czasu masz jeszcze mniej. Czatowanie, mejlowanie, komunikatory... To zżera każdą ilość czasu.

 
Czym wirtualny kochanek różni się od internetowego? Bo mam wrażenie, że to jednak inny rodzaj relacji. Cyberkochanka możesz sobie stworzyć na wzór i podobieństwo swoich marzeń. W Internecie znajdujesz po drugiej stronie rzeczywistego człowieka, więc nie możesz go sobie zaprogramować, by ci mówił słodkie słówka... To rodzaj fantomowej, nierzeczywistej relacji. W gruncie rzeczy nie wiadomo przecież, kto jest po tej drugiej stronie.

Nie wiadomo też, kto jest po tej... Człowiek śni sen o sobie samym, lepszym, odważniejszym, seksownym. Nieśmiały, pełen zahamowań człowiek w sieci może brylować. Stworzyć sobie inną tożsamość, która w każdej chwili może się znowu zmienić... Szczególnie trudno jest być szczerym i odważnym w stosunku do kogoś, na kim ci zależy. Paradoks tylko pozorny. Taka sytuacja jest zagrażająca – boimy się, co ta osoba sobie o nas pomyśli, jak zareaguje, boimy się odrzucenia. Szczególnie w seksie. Dlatego łatwiej przywdziać fałszywą tożsamość i wypisywać rzeczy, których byśmy w życiu naprawdę nie powiedzieli. Łatwiej też znieść odrzucenie – bo to przecież nie my.

Ale te rzeczy, które się wypisuje, bywają prawdziwe. I tak, i nie. Bywają to rzeczy, o których w skrytości ducha marzymy, ale się ich wstydzimy. W takim sensie cyberseksualne rozmowy potrafią człowieka ośmielić – gdy partner lub partnerka owych rozmów pozytywnie zareagują. Niestety, zwykle owa „śmiałość” pozostaje zdobyczą wyłącznie wirtualną, a w realu nic się nie zmienia. Bo rozdzielamy te sfery. Podobnie jak mężczyzna, który idzie do prostytutki, zwykle potem nie ćwiczy tego, co tam robił, z żoną.

Nieco inna sytuacja ma miejsce, gdy człowiek eksperymentuje w Internecie. Świadomie udaje kogoś innego, prowokuje, przekracza granice, prowadzi erotyczną grę. To jeszcze bardziej niebezpieczne, bo nie ma szansy, by normalne życie, normalne relacje były tak intensywne jak owa gra.

Czy nie jest tak, że nowe technologie wychodzą naprzeciw naszej pokusie przekraczania granic, norm? Wyciągają z człowieka, co w nim siedzi. Tak. I w tym sensie możemy powiedzieć, że dobrze, że owo „coś” znajdzie jakiekolwiek ujście. Bo jeśli go nie znajduje, rządzi nami z ukrycia. Ale nie jest to najlepsza forma ujścia. Choć nie chcielibyśmy tego tak widzieć, romansując w Internecie, prowadzimy podwójne życie. Z podwójną moralnością. To nie służy nikomu, nawet singlom. A już zwłaszcza komuś, kto żyje w parze. Można z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że romans w Internecie ma ciężar emocjonalny podobny do zdrady. To nie jest takie niewinne, jak sobie lubimy wyobrażać, bo niszczy związek.

W jaki sposób? Z prostej przyczyny: energia seksualna, która dotąd była dla związku, jest kierowana gdzie indziej. A związek, w którym taka energia nie płynie, zamiera. Czy tego chcemy, czy nie. Tymczasem „tam” ciągnie coraz bardziej. Bo jest ten dreszczyk nowości, łatwiej się podniecić. A ze „starym” mężem czy żoną trzeba by się z powrotem postarać. I zanim się obejrzymy, następuje rozkład pożycia, jak to się mówi. Wiele małżeństw rozpada się z takiego powodu.

Znam kobietę, której małżeństwo się rozpadło przez ognisty związek, który nigdy nie wyszedł poza sieć. Aż jej cyberkochanek przestał się odzywać i z dnia na dzień zniknął. I ona się znalazła w totalnej depresji... Gdy taki związek się kończy, zostaje straszliwa pustka. Nakręcona dziewczyna żyła na takim haju, że pewnie nawet nie zauważyła, że małżeństwo się kończy. I raptem nic. Bardzo trudno jest w to uwierzyć, trochę tak, jakby się nagle zostało wygnanym z raju. Jakby ktoś umarł, choć przecież go nie było. A ona nawet nie wie, kim był ten facet po drugiej stronie, czy to, co pisali, było prawdą, czy nie? I w rzeczywistości tego mężczyzny, prawdę mówiąc, nie było. Ktoś pisał, ale na pewno nie ten, kogo ona czytała. Pisało jej marzenie. Pisał ktoś, kto był też dla siebie samego marzeniem. To nie znaczy, że go nie było w niej. To ważna lekcja, może wiele człowieka nauczyć, jeśli z niej skorzysta. Taki szok ma moc, by człowieka obudzić do prawdziwego życia, wyrwać go z internetowych szponów. Można sobie wtedy uświadomić, co sprawiło, że taki sztuczny związek w ogóle zaistniał. Dlaczego tak, a nie inaczej postąpiłam, kim był dla mnie ten kochanek, jakie moje potrzeby spełniał. I czego mam się uczyć, żeby spełniać je w realu. Żeby móc mieć kochanka prawdziwego. Albo przynajmniej – nie mogę sobie odmówić tej przyjemności – zafundować sobie jawne cyberzastępstwo, co do którego mamy pewność, że póki mamy baterie, na pewno nas nie zawiedzie...

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Księżna Diana - dziewczyna z tiarą

"Diana miała wiele zalet – urodę, ciepło i wielką potrzebę okazywania i dostawania uczucia – i nie miała gdzie tego skanalizować, bo trafiła na kogoś, kto był skłonny do uczuć, ale tylko wobec innej kobiety." (Fot. BEW)
Urodziła się 60 lat temu. Zginęła 36 lat później. a jednak wciąż żyje, a nawet przeżywa swoisty renesans. – Dziś patrzę na Lady Di tak jak wszyscy: z mieszaniną zachwytu, podziwu i żalu. Widzę też w jej historii jakieś fatum – mówi Ewa Woydyłło-Osiatyńska. Wspólnie z terapeutką przyglądamy się młodej Dianie Spencer i szukamy odpowiedzi na pytanie, kim by była, gdyby wybrała inaczej.

Urodziła się 60 lat temu. Zginęła 36 lat później. a jednak wciąż żyje, a nawet przeżywa swoisty renesans. – Dziś patrzę na Lady Di tak jak wszyscy: z mieszaniną zachwytu, podziwu i żalu. Widzę też w jej historii jakieś fatum – mówi Ewa Woydyłło-Osiatyńska. wspólnie z terapeutką przyglądamy się młodej Dianie Spencer i szukamy odpowiedzi na pytanie, kim by była, gdyby wybrała inaczej.

Co jest takiego w historii księżnej Diany, a może w niej samej czy w czasach, w jakich żyła, że nadal tak porusza? Po pierwsze, mnóstwo ludzi, a zwłaszcza kobiet, silnie się z nią identyfikuje – z Dianą marzącą o miłości, Dianą zdradzaną czy Dianą cierpiącą na zaburzenia odżywiania. Odbierają jej przeżycia, o których opowiadała sama, a które później były uwypuklane, podkreślane czy wciąż przemycane przez media – jako swoje.

Po drugie, nie bez znaczenia jest jej celebra i przynależność do królewskiego dworu. Już od wieków średnich najłatwiej było skupić uwagę na osobistych przygodach przedstawicieli władz. Dziś jest to nadal aktualne, bo wzrok ludzi biegnie zawsze ku górze. Postaci ikoniczne stają się w jakimś sensie żerem, łupem dla masowej wyobraźni, która bardzo chętnie podchwytuje wszystko, co jest sensacyjne.

W życiu Lady Di nie brakowało sensacji… Ja już nawet nie mówię o jej małżeństwie, rozwodzie, romansach czy tragicznej śmierci. Mam na myśli choćby jej „zwykłe” obowiązki. Gdyby w prasie wyliczano i relacjonowano jej wizyty jako przedstawicielki królewskiego dworu w charakterze damy odwiedzającej przedszkola czy szkoły albo wizytującej szpitale – to nikogo by to pewnie nie obchodziło. Ale ona przecież dotykała chorych na AIDS, chorobę, która miała wtedy, a właściwie w wielu społeczeństwach nadal ma, stygmat choroby homoseksualistów i narkomanów. Dopiero kiedy okazało się, że córka amerykańskiego senatora została zakażona wirusem HIV, zaczęto odczarowywać ten potępieńczy stygmat. Diana była więc symbolem pewnej awangardy myśli.

(Fot. Getty Images) (Fot. Getty Images)

Sensacją było też to, że otwarcie opowiedziała o swoich zmaganiach z bulimią; i nie zrobiła tego z dezynwolturą, ale ze ściśniętym gardłem, szeptem i z ogromnym bólem. Zrobiła to, bo chciała uzasadnić swoją inność, swoje onieśmielenie i trudności, a nawet swoją obecność na dworze królewskim. A nie była przecież pupilką królowej i nie należała do świetlanych postaci tego rodu. Oczywiście spodziewano się, że wzbudzi zainteresowanie i aprobatę – pochodziła z arystokratycznej rodziny, była piękna i młoda – wszystkie te atrybuty budowały nadzieję, że powieli pewien blichtr dworski, wpisze się w obrazek. Nikt nie spodziewał się jednak, że Diana pojedzie do Afryki i będzie kucać przy zagłodzonych, chorych dzieciach albo że zorganizuje zbiórki na wspieranie niepopularnych ruchów i inicjatyw, w tym właśnie chorych na AIDS, trąd czy bezdomnych.

Mówi się o niej, że była królową ludzkich serc, królową niekochanych i ikoną wykluczonych. Bo sama tak się czuła. Jej działalność charytatywna, która dzisiaj jest przecież dworską normą, wtedy była bardzo odważna i przełomowa, i wcale nie w smak monarchii. Wszystko, co Diana robiła, było sensacją. Wzbudzała ogromne zainteresowanie zwykłych ludzi, ale też socjologów, myślicieli, artystów. Zaczęto trochę odważniej mówić: „Mam tak samo” albo „Skoro księżna może, to ja też mogę”. Ona nie chciała zbawiać świata, tylko siebie. Ale dzięki swojemu przykładowi, wcale nie intencjonalnemu, dawała odwagę innym. To nie była przebojowa, waleczna kobieta z barykad walki o równe prawa.

To było widać podczas jej wczesnych wywiadów. Diana się zacina, Diana spuszcza wzrok, Diana się czerwieni. A jednak w pewnym momencie jej osobisty dramat stał się sprawą wszystkich. Jeszcze nikt nie miał zielonego pojęcia o tym, co się tam u nich dzieje, a ona już była w pałacu, na salonach, ale i w buduarze ofiarą zdrady. A zdrada jest – niezależnie od kultury, wykształcenia, urodzenia czy pozycji społecznej, zwłaszcza dla kobiety – straszliwym sprzeniewierzeniem i osamotnieniem. Ona została potraktowana jak ładna szata, piękna kareta czy wspaniała para koni, które dobrze się prezentują na raucie czy rocznicowym przejeździe przez Londyn, nie jak ludzka istota. Życie jej męża toczyło się wokół zupełnie innych spraw, i to od samego początku – z całą siłą można powiedzieć, że cynicznie ją wykorzystał, użył jej do swoich celów. I to z jednej strony było sensacyjne, a z drugiej – właściwie strasznie pospolite.

Tak się złożyło, że zdrada jest najczęstszym tematem poruszanym w moim gabinecie. Psychoterapia po zdradzie stała się więc niejako moją dziedziną. Więc kiedy przychodzi do mnie kobieta i mówi, że jest zdewastowana i chce sobie odebrać życie, bo właśnie się dowiedziała – po 13 latach małżeństwa, 26 czy nawet po czterech – że jej mąż ma drugi związek, to wszystko jedno, czy jest robotnicą w zakładach przemysłowych, aktorką, profesorką na uczelni czy monarchinią – boli tak samo.

Diana jako pierwsza z royalsów upubliczniła swój ból. Tak, jej osobiste życie zostało obnażone, do czego sama się w dużej mierze przyczyniła i co być może w późniejszym okresie bardzo jej doskwierało. Ale wtedy nie widziała innego wyjścia. Ta dziewczyna cierpiała, ratowała więc siebie jak umiała. Najpierw próbowała zajadać emocje, a potem postanowiła wyjawić je światu.

Owszem, w starej tradycji angielskiego dworu monarchinie czy uczestnicy życia monarszego miewali sekrety. Na jaw wychodziły nieślubne dzieci, oszustwa, zbrodnie, a potem i tak wszystko wracało do normy, tak jakby na powrót rzęsa zarastała staw. Aż tu nagle pojawiła się postać, która pokazała, że staw gnije, że tam w środku dzieją się rzeczy krzywdzące i bolesne dla wszystkich.

Ja na jej życie patrzę jak na taki film poglądowy, który zrobiono po to, by pokazać młodym dziewczynom, że konflikt wewnętrzny może się obrócić przeciwko nam samym. I jeszcze opatrzono go taką przestrogą: „Patrzcie, bo może i w waszym życiu, mimo odmienności środowiska i majątku, a nawet urody, dzieje się to samo”. Diana wybrnęła z tego, wydawało się, że wzbiła się ponad to. Znalazła sposób na realizowanie swojej potrzeby bycia sobą bez okowów, bez pancerza. Ale wiemy, jak to się skończyło. Dlatego dla mnie Diana to postać patetyczna. I tragiczna.

Mnie kojarzy się z postacią Marilyn Monroe. Czy jako wielbicielka amerykańskiej aktorki zgodzi się pani na takie porównanie? Tak, jak najbardziej, widzę tu wiele podobieństw. Ich wyjątkowość, urodę, a zwłaszcza obecność na wyżynach wyobraźni społecznej – jedna i druga osiągnęły jakiś symboliczny szczyt w tej dziedzinie. Widzę też w nich ofiary tamtego świata, w którym kobieta nie mogła istnieć jako ona sama, tylko była częścią obrazka, ozdobą czyjegoś portretu. Tak jak Maria Magdalena, która była piękną i, zdaje się też, niebywale przebojową jak na swoje czasy postacią – a jednak została sprowadzona do roli tej, która myje stopy Jezusowi. Tyle lat, wieków i epok trzeba było nam przebijać się przez tę narrację. Ale za to dzisiaj Olga Tokarczuk nikomu już stóp nie myje. Nie zajada emocji, tylko je wyraża, a świat chce tego słuchać. Tymczasem kiedy Diana 30 lat temu wyrażała swoje emocje, spotykały ją za to kąśliwe uwagi i oskarżenia. Mimo że to były już przecież czasy po feminizmie drugiej fali.

Sądzi pani, że Diana mogła być przykładem dla młodych, niezależnych kobiet? Wie pani, czego mi brakuje, by tak ją określić? Tego, że ona nie szła w kierunku wykształcenia i wyjścia z pewnej roli. Jednak przez większą część czasu robiła to, na co jej pozwolił dwór. Zajmowała się ubogimi, chorymi – oczywiście wychylała się poza dopuszczalność, ale to była nadal rola stosowna dla kobiety. Damie wypada się przecież nad kimś pochylić, kimś się zaopiekować. Feministkom chodziło i chodzi o to, by uczestniczyć w świecie, a nie służyć innym.

Jednak na swój sposób księżna Diana udowodniła coś światu. Że może sama o sobie stanowić. I że może być znana ze swoich dokonań, a nie tylko jako żona księcia. Choć opinię publiczną i tak najbardziej interesowało to, czy znajdzie szczęście w miłości… Sama czytam to bardzo podobnie. Jej tożsamość grawitowała wokół takiej, powiedziałabym, tradycyjnej, przyjętej z dawien dawna roli, zgodnie z którą kobieta bez mężczyzny jest naznaczona jakimś defektem, brakiem. Poza tym to była bardzo młoda dziewczyna, nawet w dniu swojej śmierci. Ona nie negowała tego, że na tym etapie życia potrzebuje mężczyzny. A że trafił jej się książę, głupio byłoby go nie brać. Została wybrana i jak to cielę poszła za tym wyborem. Może trzeba było brać fajnego kolegę z klubu jeździeckiego, może byłaby z nim szczęśliwsza, ale z pewnością nie uczyniłby jej księżniczką.

To samo mówiono o Marilyn Monroe, że gdyby nie była gwiazdą, byłaby szczęśliwsza. Obie były fantazją tłumów, obie były skomplikowane, także psychologicznie, obie bardzo potrzebowały miłości. I ją dostały – od tłumów. Obie jakoś zmieniły rzeczywistość, w której żyły. A może to jest opowieść o tym, że cierpienie wewnętrzne można przekuć w coś dobrego? W empatię, pomoc innym albo chociaż we współczucie? Nie przywiązywałabym się zanadto do myśli, że którakolwiek z nich odegrała ważną rolę w historii, taką formatywną, czyli że coś się dzięki nim zmieniło. W mojej opinii akurat dzięki nim się nic nie stało. Po prostu lubimy znane i atrakcyjne osoby, chcemy o nich mówić, czytać, oglądać je na zdjęciach i ekscytować się ich życiem, zwłaszcza jeśli obfituje w takie wydarzenia, jak w ich wypadku. To już jest w nas od zarania dziejów i czasów neandertalczyka. Jak się w jednej jaskini pobili, to wszyscy lecieli na to patrzeć, a jak się w jakiejś jaskini nie pobili, to nikt nie przyszedł. Mamy wyostrzoną uważność na rzeczy niecodzienne. A zarówno jedna, jak i druga bohaterka łączyły w sobie ten właśnie aspekt, czyli były kimś niezwykłym, bo pisały o nich gazety, ale też przydarzały się im niezwykłe rzeczy – w Marilyn zakochał się prezydent Kennedy czy nawet wielki intelektualista, Arthur Miller, a przecież jej wykształcenie graniczyło z analfabetyzmem.

Za to okazała się obdarzona życiową inteligencją. Owszem, i jako jedna z nielicznych aktorek tamtych czasów dużo czytała i z upodobaniem fotografowała się z książkami. Ale jej wpływu też bym nie przeceniała. To, co jej się udało, to fakt, że nie mając znaczącego zaplecza intelektualnego, została gwiazdą, która przyniosła branży filmowej milionowe zyski. A co pani ma dzięki Dianie? Jakby nie było książek o bulimii! Ona po prostu powiedziała głośno o czymś, o czym nie wolno jej było mówić.

Jeśli miałabym wybrać, która z nich bardziej mi się podoba, wskazałabym na Marilyn Monroe. Lubię takie aktorstwo i taką urodę. Diana była dla mnie martwą lalką Barbie, kukiełką, wiecznie ze spuszczonym wzrokiem i półuśmiechem – mnie się taka dziewczyna nie podoba. Możliwe, że umiała jeść skrzydełka kurczaka rękami czy zaśpiewać przy ognisku sprośne kuplety. Możliwe, ale my tego nie wiemy. A Marilyn Monroe nie tylko to umiała, lecz także to robiła.

Czasem się zastanawiam, kim by była Diana Spencer, gdyby się urodziła w Szwecji. Albo w Stanach Zjednoczonych. Gdyby rodzice zabrali ją do Kalifornii w latach szkolnych. Na pewno zostałaby osobą, która promieniuje urodą, bo to ona już miała i było to niezależne od królowej czy księcia Karola. Może by została żoną z przedmieścia Cincinnati, miała piątkę dzieci i najładniejszy trawnik w miasteczku? A może by pisała wiersze? Albo została nauczycielką lub lekarką i tak jak Maria Montessori przełamywałaby wzorce czarnej pedagogiki?

A co by było, gdyby pani redaktor Olekszyk została wybrana przez księcia Karola, by zostać jego żoną? Jak by pani się w tym odnalazła, ze dwa razy starszym od siebie mężczyzną, którego pani nie zna, który nie jest też zbyt piękny ani ujmujący w obejściu, ale który jest księciem i panią wybrał?

Powiedziałabym, że dziękuję, ale wolę swoje życie. Ale gdybym miała 19 lat i głowę nabitą filmami... Kto wie? Właśnie, zadajmy sobie pytanie, co zrobilibyśmy na miejscu młodej Diany. Dziś nie mam wątpliwości, że ja powiedziałabym mu: „spadaj” – albo, głosem protestujących kobiet, jeszcze dosadniej.

Podkreśla pani, że to był jej świadomy wybór. Także dotyczący wejścia w rodzinę królewską. Nie pamiętam, żeby ją porywano ani by rodzina ją do tego przymuszała. Była świadoma konsekwencji, a potem przez 15 lat grała rolę szczęśliwej żony i matki. Sama wybrała, w dodatku źle. Wydawało się, że godzi się na to wszystko, rodziła dzieci, chodziła z uśmiechem, pozowała do zdjęć, aż nagle wszystko runęło. Jaka jest naprawdę wytrzymałość psychiczna człowieka – ile udaje, a ile wysiłku wkłada w to, by coś ocalić – to trudno określić z daleka. Po tych latach okazało się, że od początku była nieszczęśliwa, już do ślubu szła, wiedząc, że jest zdradzana. Tylko długo nie umiała się przeciwstawić skostniałej instytucji, jaką jest dwór angielski. My w Polsce mamy to na zupełnie innym poziomie i w zupełnie innej postaci, a mianowicie Kościoła katolickiego. Znam rodziny, w których dziś nadal nie do pomyślenia jest powiedzieć coś złego na papieża Polaka. Mnóstwo ludzi żyje w potrzasku, w szponach konwenansów lub może po prostu fałszu.

Może jej siłę dawały dzieci? Tak, ona znajdowała w synach – z czym ja się bardzo identyfikuję – ratunek. Bo kiedy twoje życie osobiste nie najlepiej się układa, to dziecko jest i źródłem, i adresatem największej miłości. Ale to niekoniecznie jest najzdrowsze macierzyństwo. Lepszym macierzyństwem jest takie, które jest mniej zafiksowane na dzieciach. Tylko że ona nie miała wyboru, bo nikogo oprócz dzieci nie miała do kochania. Ale owszem, była troskliwa, czuła, znajdowała radość i przyjemność w czasie spędzonym z nimi. Z drugiej strony – kim innym mogła być? Nie była wspaniałą żoną, nie była wspaniałą czwartą czy piątą postacią w monarchii. Była więc wspaniałą mamą. Oksytocyna to jest taka cudowna substancja, która nam daje miłość do dzieci niemalże bez wysiłku. A jeśli jeszcze nie masz poza tym nic innego? Diana miała wiele zalet – urodę, ciepło i wielką potrzebę okazywania i dostawania uczucia – i nie miała gdzie tego skanalizować, bo trafiła na kogoś, kto był skłonny do uczuć, ale tylko wobec innej kobiety.

Tak więc ja dziś patrzę na Lady Di tak jak wszyscy – z mieszaniną zachwytu, podziwu i żalu, że jej się nie udało lepiej. Widzę w jej historii jakieś fatum – ten dziwny wypadek w Paryżu, to, że uciekali przed paparazzi, z którymi przecież była w dobrych stosunkach i którzy niejedno zdjęcie jej zrobili. Sądzę, że ona już była wtedy w jakiejś mgławicy. Ale też za bardzo jej nie współczuję, bo jednak żyła w XX wieku, a nie w XIV, i podjęła określoną decyzję co do swojej przyszłości – ja sama nie wszystkie decyzje, które w życiu podejmowałam, powtórzyłabym po latach. Ale gdybym jeszcze raz miała tyle lat co kiedyś i stała przed takim samym wyborem, prawdopodobnie postąpiłabym tak samo. Bo na tym to polega – że oceniasz sytuację adekwatnie do swojego rozwoju życiowego, duchowego i moralnego.

Dianie się po prostu nie udało. I próbowała się z tego wyzwolić. I to już jest ta część jej życiorysu, która budzi mój podziw. Bo jednak otworzyła tamy i wylały się z niej te rozpaczliwe świadectwa cierpienia. Był taki moment, że cała rodzina królewska zamarła, bo wszystko, co mówiła Diana, godziło w tę ozdobną, wiekuistą i nietykalną fasadę. Ale poradzili sobie i z tym. Dziś ich popularność równa się popularności gwiazd filmowych. Co więcej, następne żony wchodzą do tego rodu już na swoich prawach i warunkach, co widzimy najlepiej po księciu Harrym i jego amerykańskiej żonie Meghan. Nastąpił tu więc ogromny postęp.

Zgadza się pani z teorią, która mówi, że Meghan Markle jest taką post-Dianą, czyli Dianą starszą, bardziej doświadczoną, która układa sobie życie obok księcia Harry’ego na swoich zasadach? I która postawiła się rodzinie królewskiej w sposób bardziej inteligentny niż Diana? Tak, zgadzam się. Bardzo im obojgu kibicuję. Meghan jest fantastyczna, mnie się o wiele bardziej podoba niż Diana. Wie, czego chce, i robi, co chce, co łatwo jej też nie przychodzi. Ale przychodzi. Bo czasem tylko wydaje się, że czegoś nie można, ale jak już to zrobisz, to się okazuje, że cały czas było można.

  1. Seks

Każda miłość jest pierwsza. Nie raczmy partnera "eks" historiami

Nasze szczere wyznania i wspomnienia, szczególnie w sferze seksu, mogą w relacjach intymnych więcej zniszczyć niż poprawić. (fot. iStock)
Nasze szczere wyznania i wspomnienia, szczególnie w sferze seksu, mogą w relacjach intymnych więcej zniszczyć niż poprawić. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Dawno, dawno temu miałam kochanka jak z bajki… STOP! Historia twoich erotycznych przygód, nawet jeśli bardzo zajmująca, niech zginie w mrokach zapomnienia!

Seksuologowie podkreślają: w sypialni obowiązuje szczerość. Mówmy o swoich potrzebach i oczekiwaniach. O tym, co tu i teraz! Bez udawania orgazmów. Owszem – mówmy, ale nie wszystko i niekoniecznie wprost.

Poniżej zakazane komunikaty, czyli takie, które raczej zrujnują związek, niż poprawią zytuację w sypialni:

Nie jesteś pierwszy, kochanie…

Gabrysia postanowiła być z Pawłem szczera. – To miłość mojego życia. Długo na niego czekałam. Z nim chcę się związać na dobre i na złe – wyznaje. – Ale skoro mamy być razem, musi wiedzieć o mnie wszystko. Nie chcę ukrywać przed partnerem czegoś, co jest kawałkiem mnie.

Częścią procesu zbliżania się do siebie była opowieść Gabrysi o seksualnej przeszłości, dość bogatej. Spotkała Pawła w wieku 34 lat, a dziewictwo straciła jako 17-latka. Przez lata „pomiędzy” zbierała doświadczenia. W sumie miała 14 kochanków. Początkowo chciała przyznać się do 10, ale jak szczerość, to szczerość: dumna ze swej otwartości wyznała Pawłowi wszystko. Niestety, efekty ją zaskoczyły: Paweł zaczął się zachowywać z dziwnym dystansem. Wkrótce przestał z nią sypiać. A niedługo potem odszedł.

Małgorzata Zaryczna-Pogorzelska, seksuolożka, psycholożka i terapeutka, uważa, że nadmierna prawdomówność w tym temacie to jeden z najczęstszych błędów kobiet. – Statystyczny mężczyzna jest wzrokowcem – tłumaczy. – I kiedy słyszy takie opowieści, jego mózg zaczyna wytwarzać wokół nich obrazy, nawet jeśli on sam tego nie chce. Nie chodzi o to, że poświęca czas na fantazjowanie na ten temat, to proces automatyczny. Im więcej szczegółów poda partnerka, tym więcej będzie mieć materiału i stworzy bardziej drobiazgowy obraz. Każdy detal przekłada się na pobudzoną wyobraźnię.

Efekt? Złość na partnerkę, często nieuświadomiona. Odraza. Obawa partnera, że w porównaniu z poprzednikami wypada gorzej. Lęk, że nie potrafi zaspokoić swojej kobiety. Biorąc pod uwagę, że aż 83 proc. mężczyzn za synonim męskości uważa własną sprawność seksualną (według raportu firmy On Board PR Ecco Network na temat zdrowia seksualnego Polaków, 2012 r.), facet, który boi się, że nie sprosta roli kochanka, raczej nie będzie szczęśliwym partnerem. Badania potwierdzają też negatywny wpływ szczerości na życie seksualne. Wspomniany raport głosi, że aż 74 proc. respondentów uważa, że zwierzenia partnerki na temat bogatej przeszłości seksualnej mogą negatywnie wpływać na samopoczucie mężczyzny. Na szczęście większość kobiet zdaje sobie sprawę z tego, że zbytnia wylewność nie popłaca: ponad 80 proc. respondentek podziela ten pogląd.

Ten to potrafił zakręcić!

Małgorzata Zaryczna-Pogorzelska: – Czerpanie satysfakcji ze sfery intymnej wiąże się dla obu stron przede wszystkim z poczuciem bezpieczeństwa. Niekoniecznie z wielką miłością. Komfort plus pewność swojej roli są koniecznymi warunkami udanego seksu.

Brak bezpieczeństwa sprawia, że sfera erotyki zaczyna się mężczyźnie kojarzyć z lękiem. A kiedy się czegoś boimy, staramy się tego unikać. Im rzadziej się konfrontujemy z tym, czego się obawiamy, tym bardziej strach rośnie. Stąd tylko krok do poważnych problemów. I chodzi nie tylko o zaburzenia erekcji, choć te zdarzają się w takich sytuacjach nagminnie. Są też inne zagrożenia. Przekonała się o tym Julita. – Konrad wydawał mi się za mało zaangażowany w związek – przyznaje. – Chciałam więc podkręcić trochę atmosferę, wzbudzić jego zazdrość. Opowiedziałam mu, że jeszcze na studiach miałam faceta, który kochał seks i miał niesamowite pomysły. W sypialni wrzało, choć na innych polach dogadywaliśmy się nie najlepiej. Myślałam, że taka opowieść zmobilizuje Konrada i pobudzi go do wspólnego bicia rekordów.

Niestety. Konrad bynajmniej nie stał się bardziej namiętny. Przeciwnie: zaczął flirtować z innymi kobietami, wychodzić coraz częściej z domu, szukać przygód. Rozstali się.

– Chwalenie byłych kochanków to jak wysłanie obecnego w ramiona innych kobiet – ostrzega Zaryczna-Pogorzelska. – Tekst: „byli lepsi od ciebie” potrafi całkowicie i bezpowrotnie zniszczyć życie seksualne. Mężczyzna skonfrontowany z zachwytem nad innym poczuje się przede wszystkim upokorzony. Może kompensować to uczucie, uciekając w pracę, sport, bogate życie towarzyskie czy inne aktywności, które potwierdzą jego odwagę i kompetencje. Ale może też stać się opiekuńczy i pełen dżentelmenerii wobec innych kobiet. Nie wobec partnerki, bo na nią jest wściekły! Ta wściekłość, nawet nieuświadomiona, może przybierać różne formy: od upokarzania kochanki, przez niezauważanie jej i lekceważenie, aż po celowe pomijanie jej potrzeb i unikanie zbliżeń.

Obudzić się może także samcza skłonność do rywalizacji. – Może wtedy szukać przygód poza związkiem i zdobywać nowe doświadczenia – ostrzega seksuolog. Wariant zamierzony, czyli wywołanie reakcji „stanę na głowie, ale cię porządnie dopieszczę”, jest nierealny. Zdaniem Zarycznej-Pogorzelskiej, nawet jeśli trafimy na masochistę, który z opowieści o seksie z innymi będzie czerpał przyjemność erotyczną, to jego sfera emocjonalna i tak na tym ucierpi.

Czy to znaczy, że seksualna przeszłość powinna raz na zawsze pozostać tematem tabu? Owszem, powinna. – Bezpieczna wzmianka o przeszłości to komunikat w stylu „nigdy nie było mi tak dobrze, dopiero teraz czerpię prawdziwą radość z seksu” – uważa Zaryczna-Pogorzelska. – W ten sposób sugerujemy, że coś już przeżyłyśmy i w związku z tym dysponujemy materiałem porównawczym, ale nie mówimy, ile doświadczyłyśmy i czego. Wiadomo tylko, że tamto było gorsze. I żadnych opisów, które posłużyłyby tworzeniu obrazów.

Dodaje jednak: – Taka szczerość jest fajna, pod warunkiem że mówimy prawdę. Jeśli nieprawdziwie wzdychamy: „ty jesteś najlepszy, żaden inny nie był w stanie ci dorównać”, szkodzimy sobie i relacji. Choć prawda czasem boli, kłamstwo nie jest wcale lepsze: rabuje kochanków z intymności, bliskości i poczucia bezpieczeństwa.

Udawałam od lat, słabeuszu!

Wyznaniem prawdy na temat przeszłości można solidnie narozrabiać, zwłaszcza jeśli prawda należy do tych z dziedziny nieprzyjemnych. Agata kochała Krzysztofa, ale w łóżku, niestesty, nie było jej z nim dobrze. Większość orgazmów po prostu udawała, by mieć „to” już za sobą. Tymczasem on podczas każdego zbliżenia pracowicie się starał i pragnął dać jej maksimum przyjemności. Było jej przykro, poudawała więc odrobinę i wszyscy byli zadowoleni. Do czasu. Kiedyś, w chwili wściekłości i w rewanżu za flirt na boku, wykrzyczała mu prawdę: „Od lat udawałam orgazmy! Jesteś słaby, zawsze ledwo dawałeś mi przyjemność”.

Krzysztof nie mógł w to uwierzyć. Cały czas był święcie przekonany, że są z Agatą wyjątkowo dobrze dopasowani, także w łóżku. To, co usłyszał, całkowicie go zdruzgotało. Przestał z nią sypiać. Zaczął się czuć w sypialni niepewnie. Jego życie erotyczne błyskawicznie zdominowała masturbacja.

Zdaniem Zarycznej-Pogorzelskiej takie wykrzyczenie w gniewie okrutnej prawdy to najgorsza rzecz, jaką możemy zrobić drugiej osobie. ­

– Intymność, jaką tworzymy za pomocą zbliżeń seksualnych, to forma największej bliskości dla dwojga ludzi. Uderzenie w tę sferę agresją doprowadzi do rozpadu nawet najbardziej udanego związku. Taki raniący komunikat może sprawić, że jednym ruchem zniszczymy intymność, która była między nami. Kobieta w takiej sytuacji pomyśli: „Skoro kłamał w tej sprawie, to na pewno w innych też nie był szczery”. Mężczyzna zaś: „To, co widziałem i słyszałem przez ostatnie lata w naszej sypialni, te komplementy, pomrukiwania – to wszystko było kłamstwem?!” – poczuje się oszukany i głęboko upokorzony. I bardzo, bardzo zagrożony! Seks to dla niego sfera, z którą się identyfikuje najsilniej, z której czerpie nie tylko bliskość, ale też informację o sobie – i czego się właśnie o sobie dowiedział? Że jest nieudacznikiem. Słabeuszem, wielkim zerem, które sobie nie radzi.

– To dla niego koniec świata – ostrzega Zaryczna-Pogorzelska. – Dotyka i rani tak mocno, że związek się zwykle rozpada. Ale to nie koniec: mężczyzna wchodzi w relację z inną kobietą i mimo upływu czasu, nawet lat, ta sprawa wciąż do niego wraca, wciąż go prześladuje. I ciągle musi się dowartościowywać, szukać potwierdzenia swej męskości. Skoro nie zaspokoił jednej kochanki, może się bać, że nie zaspokoi kolejnej!

Jak żołnierz dziewczynie, tak i ona…

A jeśli coś w sypialnianych zachowaniach partnera bardzo nam przeszkadza? Co wtedy? Powiedzieć wprost – źle, bo mało kto potrafi bez zranienia przyjąć krytykę w tak delikatnej sferze. Ale przemilczeć też niedobrze – zaciskanie zębów to najkrótsza droga do seksualnej awersji i kumulowania się złości względem drugiej strony. Zdaniem seksuologów najlepiej posłużyć się wtedy zasadą „żołnierz dziewczynie nie skłamie, najwyżej nie wszystko jej powie”. To znaczy, że podajemy krytykę… bez krytyki. Zamiast powiedzieć: „nie cierpię, gdy to robisz” lepiej jest zadeklarować: „uwielbiam, gdy robisz to i tamto”.

– W seksie jesteśmy nadzy, fizycznie i emocjonalnie – mówi Zaryczna-Pogorzelska. – I bardzo wrażliwi na krytykę. Dlatego w łóżku najlepiej sprawdzają się komunikaty pozytywne. Mówmy: „chciałabym więcej, mocniej, częściej, tak właśnie lubię, tego właśnie pragnę”. Ale czasem to nie wystarczy. Wtedy najlepsza jest metoda kanapki: komunikat negatywny wkładamy pomiędzy dwa pozytywne. Zaczynamy od: „lubię, kiedy…”, podajemy negatyw: „nie przepadam, gdy…” i kończymy pozytywem: „ale uwielbiam, jak…”. W ten sposób można w miarę bezboleśnie powiedzieć prawie wszystko.

  1. Seks

Co faceci myślą o kobiecym orgazmie?

Dla wielu mężczyzn rozkosz seksualna partnerki świadczy o wzajemnej bliskości, dla innych doprowadzenie kobiety do orgazmu jest kwestią ambicji. (fot. iStock)
Dla wielu mężczyzn rozkosz seksualna partnerki świadczy o wzajemnej bliskości, dla innych doprowadzenie kobiety do orgazmu jest kwestią ambicji. (fot. iStock)
Jak wyglądają męskie przemyślenia na temat naszych orgazmów? Z myślą o książce „Daj sobie prawo do przyjemności” zebrałam listy i komentarze również od przedstawicieli płci przeciwnej. Ogólnie rzecz biorąc, wynika z nich, że kobiece szczytowanie daje mężczyznom ogromną radość  – pisze Marja Kihlström.

Jak wyglądają męskie przemyślenia na temat naszych orgazmów? Z myślą o książce „Daj sobie prawo do przyjemności” zebrałam listy i komentarze również od przedstawicieli płci przeciwnej. Ogólnie rzecz biorąc, wynika z nich, że kobiece szczytowanie daje mężczyznom ogromną radość  – pisze Marja Kihlström.

W wielu wypowiedziach wyraźnie się potwierdza, że przyjemność partnerki jest dla nich równie ważna, co ich własna satysfakcja z seksu.

Podczas stosunku skupiam się na orgazmie partnerki co najmniej tak samo, jak na swoim własnym. Kiedy upewniam się, że doszła, jestem w stanie się zrelaksować i jeszcze bardziej cieszyć z tego, co sam przeżywam. Orgazmy mojej kobiety stają się też coraz silniejsze, kiedy dochodzi kilka razy. Oboje możemy tylko wygrać.

Mężczyzna, 45 lat

To dla mnie szczególne ważne, aby móc doświadczać tego, jak moja kobieta szczytuje. Jeśli tylko mogę, chcę w tym aktywnie uczestniczyć. Chodzi tu trochę o to, żebym mógł później powiedzieć do siebie w myślach: ” to ja jej to dałem”. Jestem co najmniej rozczarowany, jeżeli okazuje się, że tylko ja osiągnąłem orgazm, a jeszcze większym problemem jest dla mnie sytuacja, gdy dochodzi do tego często. W skrócie: jeżeli moja kobieta nie jest zadowolona, ja też nie jestem.

Mężczyzna, 47 lat

Orgazm kobiety jest cudowny także dla jej partnera, bez względu na to, w jaki sposób został osiągnięty. Jeden z mężczyzn uznał za ważną lekcję to, czego nauczył się już w młodym wieku – że dla kobiety stosunek niekoniecznie jest zawsze na pierwszym miejscu. W pracy terapeutki seksualnej często radzę klientom, aby poszerzyli swoje rozumienie seksu i przestali stawiać w centrum samą penetrację.

Moja pierwsza dziewczyna doświadczała bólu podczas stosunku. Na dobrą sprawę, był on tak silny, że penetracja była praktycznie niemożliwa. Musieliśmy wymyślić inne sposoby na uprawianie seksu. Później zrozumiałem, że okazało się to dla mnie błogosławieństwem. Od razu, jeszcze jako młody facet, dostrzegłem, że seks to coś innego niż parominutowe pieprzenie. W myślach żartobliwie mówię sobie, że pieprzenie to tylko jego ostatnia prosta. Wcześniej trzeba przebiec długą drogę. Tamten związek nauczył mnie wiele o kobiecych orgazmach. Dowiedziałem się, jak sprawiać partnerce przyjemność palcami i językiem.

Mężczyzna, 41 lat

Często mężczyźni o mniejszym doświadczeniu w relacjach seksualnych z kobietami odczuwają ogromną presję, żeby doprowadzić partnerkę do mety. Mądry partner odważnie zapyta kobietę, co daje jej największą satysfakcję. Jak już wcześniej wspomniałam, panuje błędne przekonanie, że mężczyzna wie o  kobiecej przyjemności wszystko i zawsze musi być tą bardziej aktywną stroną. Kobieta tak samo może przejmować inicjatywę i prowadzić partnera w nowe obszary seksualności, tym samym uwalniając go od ciężaru pełnej odpowiedzialności za ich oboje.

Kiedy byłem młodszy, czułem presję, żeby zapewnić kobiecie podczas stosunku przynajmniej jeden orgazm. Nie do końca wierzyłem, kiedy mówiła, że nie musi za każdym razem szczytować. Zastanawiałem się, czy może nie jestem przypadkiem kiepskim kochankiem – a ona mówi tak tylko dla świętego spokoju. Z wiekiem sam przestałem dochodzić za każdym razem. Seks może dawać mnóstwo satysfakcji, nawet jeśli żadne z partnerów nie osiąga orgazmu.

Mężczyzna, 45 lat

Zgodnie z moimi doświadczeniami, już na początku intymnej relacji opłaca się w zrelaksowanym tonie porozmawiać o kobiecym orgazmie. Wydaje mi się, że moje partnerki doceniły to, że zainteresowałem się tematem, że wprost zapytałem je na przykład, jak zazwyczaj najłatwiej jest im dojść.

Mężczyzna, 25 lat

Każda kobieta, którą doprowadziłem do orgazmu, chciała dojść. Każda wiedziała, czego pragnie, a ja byłem tylko częścią całego tego wspaniałego procesu.

Mężczyzna, 39 lat

Kobiece trudności z  osiągnięciem orgazmu mają wpływ również na mężczyznę – niektórzy mówią wręcz, że jest to dla nich bardzo trudne. Szczególnie milczenie na temat problemu, z którego oboje partnerzy zdają sobie sprawę, może na dłuższą metę pogorszyć sytuację. Jedną z  możliwych konsekwencji jest zniechęcenie i  apatia – które z kolei prowadzą do tego, że obie strony czują się wybrakowane.

Moja żona była w stanie dojść tylko podczas masturbacji. Źle się z tym czułem, choć próbowałem to sobie tłumaczyć na wszelkie możliwe sposoby. Seks zaczął mi się wydawać jednostronny i nudny. Muszę przyznać, że czuję, jakbym zawiódł jako mężczyzna, skoro nie potrafię nawet zadowolić swojej kobiety. I w żaden sposób nie pociesza mnie myśl, że niekoniecznie jest to moja wina. To uderza w moją męskość. Rozumiem świetnie, że niektóre kobiety udają orgazmy, żeby nie przynosić mężczyznom rozczarowania. Sam nigdy nie chciałem, żeby ktokolwiek przede mną udawał. Lepiej być szczerym i bezpośrednim, bo to może być kluczem do zmiany. Jeżeli mężczyzna szanuje i kocha swoją partnerkę, to nie obrazi się na jej szczerość, tylko odbierze takie zachowanie jako oznakę zaufania.

Mężczyzna, 41 lat

Doświadczenia tych mężczyzn pokazują, że zagadnienie kobiecej przyjemności budzi ogromne emocje również u płci przeciwnej. Kiedy partnerka nie szczytuje, faceci łatwo zaczynają podważać swoją wartość i męskość. Nic dziwnego, że rozmowy na ten temat są trudne – poruszamy się po polu minowym uczuć obu stron. Obnażamy się bardziej, niż kiedy zdejmujemy ubrania. Ale właśnie w takich momentach rozmawianie jest szczególnie ważne – nie możemy pozwolić, żeby przykre uczucia stanęły między nami a naszymi partnerami. Kobiety jednak także mogą odbierać wsparcie partnera jako frustrujące, bo dla nich samych sytuacja jest często jeszcze bardziej osobista i trudna.

Dzisiaj bardziej denerwuje mnie, tylko kiedy facet robi z tego wielkie halo. Każdy partner zna moją historię i chce być tym wyjątkowym – lepszym od poprzedników – któremu uda się doprowadzić mnie do orgazmu. Wszystkim ktoś powiedział, że są dobrzy w łóżku, że dobrze liżą czy mają wielkie jaja. Mnie to wcale nie przeszkadza; nigdy nie zakładam, że komukolwiek powinno się udać sprawić mi przyjemność za pierwszym razem. Ale dla faceta to z jakiegoś powodu okropnie trudny orzech do zgryzienia, kiedy nie rozumie, że sam też jest tylko człowiekiem. ” Chcę tylko, żebyś się dobrze bawiła” – to pełne rozczarowania pojękiwanie, kiedy po seksie leżymy w łóżku, znam aż za dobrze. Sama myśl jest dobra i ujmująca, ale mam już dość ciągłego podbudowywania czyjegoś ego.

Kobieta, 20 lat

A jak nasz orgazm wygląda w oczach mężczyzn? Sama się nad tym zastanawiałam. Poniżej jedna z najpiękniej ­ szych odpowiedzi, które do tej pory słyszałam:

W tych chwilach, kiedy patrzę, jak jej kark lekko wygina się do tyłu, zrelaksowany po orgazmie – mam przed sobą piękno, którego istnienia wcześniej nie potrafiłem sobie nawet wyobrazić. Jest moją najpiękniejszą, wymarzoną kobietą.

Mężczyzna, 41 lat

Fragment pochodzi z książki „Daj sobie prawo do przyjemności. Rzecz o orgazmie, kobiecości i nie tylko”.

  1. Psychologia

Jaka jest cena podwójnego życia?

Wyniesione z domu wzory i matryce, które mówią nam, czym są miłość, bliskość, zaufanie, często sprawiają, że choć bardzo tego pragniemy, nie umiemy tworzyć bliskich relacji. Czasem niezbędnym krokiem jest samo uświadomienie sobie, co się działo w życiu naszych rodziców i jaki to ma wpływ na nas dzisiaj. (Fot. iStock)
Wyniesione z domu wzory i matryce, które mówią nam, czym są miłość, bliskość, zaufanie, często sprawiają, że choć bardzo tego pragniemy, nie umiemy tworzyć bliskich relacji. Czasem niezbędnym krokiem jest samo uświadomienie sobie, co się działo w życiu naszych rodziców i jaki to ma wpływ na nas dzisiaj. (Fot. iStock)
Co zdrady mojego ojca i milcząca zgoda na nie matki mają do tego, czy jestem szczęśliwa w małżeństwie? Czasem wolimy nie znać rodzinnych tajemnic. Jednak bywa, że odkrycie tego, co działo się między rodzicami, to droga do szczęścia w miłości.

Sto razy bardziej wolałabym widzieć swojego ojca szczęśliwego z inną kobieta niż przez lata patrzeć, jak warczą na siebie z matką – mówi Anna, lekarka. – Widzieć, jak siadają na dwóch końcach wersalki tak, żeby się przypadkiem nie dotknąć. Jak mijają się w kuchni czy przedpokoju, nie patrząc sobie w oczy. Jak matka wścieka się lub płacze, bo nawet kiedy ojciec jest w domu, to siedzi w swoim gabinecie. A ona ze mną, moim bratem i naszym kotem…

Jak to, że ojciec matki nie kochał, ale mimo to mieszkali razem, wpłynęło na jej życie, Anna zdała sobie sprawę po rozwodzie. Jej mąż był zimny i krytyczny, ale odeszła od niego z powodu mężczyzny, który był… taki sam.

– Miałam szmergla na punkcie mojego kochanka Pawła. Zdradziłam z nim męża, ale dopiero po jakimś czasie zdałam sobie sprawę z tego, że Paweł całkiem mnie lekceważył.

Zabolało ją i otrzeźwiło, kiedy usiadł na kanapie tak, żeby przypadkiem jej nie dotknąć. Wtedy zobaczyła, że powiela życie matki i ojca. Zrozumiała też, jak cierpiała matka i dlaczego była taka nieczuła wobec niej i brata.

Anna, rozbita i załamana, trafiła na terapię. Zrobiła wszystko, co mogła, żeby być szczęśliwa. Żeby nie powtórzyć losu rodziców. Efekt? Nieudane małżeństwo, zdrada, rozstanie.

– Psychoterapeuta wyjaśnił mi, że nie jestem masochistką. Powielam w życiu wzory wyniesione z domu. A że są traumatyczne, to pech! Jasne stało się, dlaczego wyszłam za mąż za mężczyznę, który był jak jeż, i czemu go zdradziłam z podobnym, dlaczego moje życie było pogonią za niemiłymi facetami. Dlaczego? Bo, jak mi wyjaśnił psycholog, miłość to dla nas to, co łączyło tatę i mamę, nawet jeśli z prawdziwą miłością nie miało to wiele wspólnego.

Anna dowiedziała się przez przypadek, skąd wynikały chłód i napięcie panujące w ich domu. Zdarzyło się to w czasie, kiedy rozstała się z mężem i kochankiem. – Dobrze zrobiłaś – usłyszała od znajomej mamy, którą znała od urodzenia. – Szkoda, że twój ojciec nie odszedł od twojej mamy do Ewy. Nie wiedziałaś, że przez 16 lat prowadził podwójne życie?

Anna znała Ewę: miła brunetka, która często u nich bywała. Ewa czekała na ojca Anny 16 lat.

Matryce emocjonalne

Ksiądz doktor Grzegorz Kudlak, psycholog: – Anna jak każda dziewczynka patrzyła na to, jak tata odnosi się do mamy, i w dorosłym życiu szukała mężczyzny, który traktowałby ją w taki sam sposób. Szczęśliwa z nimi być nie mogła, ponieważ jej rodzice szczęśliwi nie byli… Ale wybierała to, co znane, bo w takiej relacji czuła się pewniej. Choć świadomie pragnęła czego innego, nie mogła przekroczyć tej smutnej emocjonalnej matrycy, póki nie zyskała świadomości, że taką ma.

Skąd się bierze emocjonalna matryca? „Dziecko nie rozumie, jest jeszcze za małe” – myślą rodzice. – Może nie rozumie, ale czuje: zamieszanie, pustkę, napięcie, lęk – dodaje dr Grzegorz Kudlak. Chłód emocji i odrzucenie. Do nich się przyzwyczaja i ich potem nieświadomie szuka. Dziecku trzeba mówić, co się dzieje, bo inaczej żyje w ciągłym napięciu, które je demoluje. Przywyka do napięcia i dlatego w relacjach w dorosłym życiu czuje się jak domu wtedy, kiedy to napięcie odczuwa.

Być jak ojciec

Na tę audycję w radiu Rafał trafił przypadkiem. „Każde uzależnienie – usłyszał – a więc i to od uwodzenia czy od seksu, ma swoje fazy. Najpierw przynosi więcej korzyści niż strat, potem, kiedy potrzebujemy coraz mocniejszych bodźców, żeby dostarczyć sobie takiej samej jak na początku stymulacji, zaczynamy odczuwać negatywne skutki: wstyd i poczucie winy. Ale wtedy już nie udają się próby zaprzestania flirtów, zdrad itp. Nasze myślenie opanowało planowanie i fantazjowanie o seksualnych doświadczeniach. Spędzamy coraz więcej czasu na poszukiwaniu seksu. Zaniedbujemy bliskich, pracę. Pojawiają się jeszcze silniejsze poczucie winy i lęk. By je zagłuszyć, sięgamy po jeszcze bardziej niebezpieczne zachowania seksualne. A poczucie pustki i upodlenia rośnie”.

Rafał opowiedział swojemu terapeucie, że słuchając o uzależnieniu od seksu, poczuł, jak włosy stają mu dęba. To było o nim! Przed oczami ciągle miał twarz swojej partnerki: płaczącą, krzyczącą, że to chore, proszącą, żeby przestał – to jego chowanie telefonu i komputera, mówienie jej o tym, że to ona ma iść się leczyć, bo chce go kontrolować! A przecież wiedział, że ukrywa przed nią zdrady. Wiedział i nie wiedział. Nie chciał przecież tak żyć, a znów to robił. Dlaczego? Aż tak nie kontroluje swojego życia?! Tym razem nie miał wątpliwości, że sam sobie nie poradzi. Zdecydował się na terapię.

Piotr Gumienny, seksuolog: – W modelu mężczyzny Rafał ma wpisane uwodzenie. Jego ojciec, z którym spędzał wiele wolnego czasu, uwodził na jego oczach właśnie poznane kobiety. Matka Rafała udawała, że nie widzi zdrad męża. Bała się, że go straci, że w wypadku konfrontacji odejdzie do którejś z kochanek. Zostawała więc w domu razem ze starszą o pięć lat od Rafała córką.

Piotr Gumienny: – Rafał chciał żyć inaczej niż ojciec, nie uniknął jednak nieświadomego powielania. Świadomie starał się być wierny, zwłaszcza że to była czwarta partnerka. Czuł się jednak źle w atmosferze otwartości, miłości i akceptacji. Przywykł w domu rodzinnym do napięcia, milczenia, atmosfery tajemnicy, lęku. Zaczął więc czuć brak, nudę, irytację. Szukając sposobu, by je zniwelować, zaczął  flirtować na Facebooku. „Przecież to nie portal randkowy, co w tym złego?” – tak sobie tłumaczył. Do czasu, aż pierwszy raz poczuł, że Messenger w nocy to za mało, i poszedł do łóżka z poznaną w necie kobietą.

Seksproblemy po zdradach

– Gdzie zaczyna się seksualność dziecka? W sypialni rodziców – mówi dr Kudlak. Tymczasem rodzice Anny nie spali razem. Dla niej więc stały partner nie był kimś, z kim łączy intymna, seksualna więź, co źle wpłynęło na jej małżeństwo i pchnęło ją samą do romansu. Podobnie rodzice Rafała nie mieli wspólnej sypialni. A więc i dla niego związek nie był przestrzenią dla bliskości i zmysłowości. I on tracił ochotę na seks z każdą kobietą, która się stawała jego stałą partnerką. Co więcej, zaczynał swoje kobiety traktować chłodno i trzymać na dystans.

Powodów było wiele, ale żaden nie wynikał z tego, co do nich czuł i co one zrobiły. Jego relacje niszczyła emocjonalna matryca.

– Chłopiec obserwuje, jak tata odnosi się do mamy, a jak do pani w kawiarni czy koleżanki w pracy. W domu w stosunku do mamy jest chłodny, a w kawiarni do obcej pani miły? Tam niechętny, a tu czuły?! To rodzi chaos, który jest destrukcyjny dla przyszłości dziecka. Bo kto jest bliski, kto obcy? Jak się zachowywać? Chłopiec czuje się zagubiony i nieświadomie zaczyna postępować tak jak ojciec – wyjaśnia dr Grzegorz Kudlak. – A to niszczy przyszłe związki, gdyż czyni go niezdolnym do stworzenia bliskości.

Rafał miał żal do swojej matki, która jak większość zdradzanych kobiet nie radziła sobie z zazdrością i wybuchała agresją wobec syna. Ta niechęć promieniowała na wszystkie kobiety, z którymi był. Nie wiedział jednak o tym do czasu, aż trafił na psychoterapię. Nie była ona jednak prosta, bo Rafał musiał dostrzec, że wzór bycia mężczyzną może się różnić od tego, który wyniósł z rodzinnego domu. Co więcej, zaczął walczyć ze swoim uzależnieniem.

Razem aż do bólu

Dla dobra dzieci! Co inni powiedzą?! Dla majątku! Są różne intencje, jakimi uzasadniamy życie w tylko pozornie udanym i dobrym związku.

Ksiądz dr Grzegorz Kudlak: – O miłości można mówić eschatologicznie, że to piękne uczucie itp. Ale z punktu widzenia psychologii miłość to poczucie bezpieczeństwa, akceptacja, równowaga, stałość. Tam, gdzie nie ma miłości między rodzicami, dzieci nie mają poczucia bezpieczeństwa. A to klucz do tego, aby zrozumieć, co tracą dzieci wychowywane w atmosferze kłamstw. Podobnie bywa ze zdradą.

Rodzice się nawet nie lubią, nie rozmawiają ze sobą, kłócą się? Dziecko myśli: „Tak funkcjonuje świat”. I ma dwa wyjścia: albo uznać, że z nim jest coś nie tak, albo że coś nie tak jest z rodzicami. Co wybiera? Że winno jest ono. A więc jego samoocena spada, co staje się podwaliną pod to, by w dorosłym życiu nie wierzyć, że zasługuje się na miłość. Dlatego łatwiej godzi się na bycie wykorzystywanym, lekceważonym, zdradzanym lub też samo wykorzystuje, lekceważy i zdradza.

– Psycholodzy mówią, że bycie razem tylko dla dobra dzieci może być błędem. Bo w gruncie rzeczy dzieci krzywdzi. Pokazuje im w niewerbalny sposób, że można oszukiwać, ściemniać. To buduje mur niedostępności – mówi Piotr Gumienny.

A jaką cenę płaci zdradzający? – Nie potrafi zbudować bliskości z nikim – skoro nie umie z żoną, to tym bardziej nie zbuduje jej z kochanką – tłumaczy seksuolog.

Tu będzie prawdziwy podczas seksu. Tam przy stole. Ale nigdzie całkowicie. Ucierpią na tym jego dzieci – z nimi też nie będzie umiał być blisko, bo wciąż będą go trzymały na dystans jego tajemnice, to, co musi ukrywać. Lęk, czy się nie wyda. Bo telefon został na wierzchu. Czy nie spotka przypadkiem na ulicy kochanki, kiedy będzie spacerował z dzieckiem i żoną…

– Zdradzający nie jest blisko ani z partnerem, ani sam ze sobą. Tajemnice to niewola ustawicznego lęku przed ich ujawnieniem – dodaje ksiądz doktor Kudlak. – Podwójne życie to ciężar, który daje znać o sobie także fizycznie – w bólach kręgosłupa, stawów, ścięgien, zapaleniu korzonków itd. Może też objawiać się depresją, nerwicą. Albo uzależnieniem od alkoholu czy narkotyków, bo to często metoda radzenia sobie z napięciem.

Sam mężczyzna czuje się także bardzo samotny. Te uczucia maskuje jednak fałszywym poczuciem mocy i kontroli, czyli trzymaniem wszystkich sznurków, a także manipulowaniem ludźmi. Po jakimś czasie stres sprawia, że zaczyna szwankować to, co jest dla niego sensem życia, czyli męskość. Niedomaga, bo nagromadziło się za dużo napięcia. Bo nałogi niszczą zdrowie. Co wtedy? Pustka.

Mężczyzna, który ma kochanki, może traktować kobiety jak trofea, kłamstwo uznaje za myśliwskie narzędzie. Ale są mężczyźni, którzy nie potrafią odejść od żony, bo są emocjonalnie związani i z nią, i z kochanką. To tragedia dla niego i dla tych kobiet.

– Zapytałam ojca, dlaczego nie odszedł od matki. Powiedział, że nie mógł, bo byliśmy ja i mój brat – opowiada Anna. – Nie uwierzyłam mu, myślę, że po prostu było mu tak wygodnie!

Piotr Gumienny: – Mężczyzna, który żyje podwójnym życiem, traci stabilizację emocjonalną, marzenie o dobrej relacji. Musi się ze szczęściem pożegnać. Może nigdy nie zaznać szczęścia, wiecznie za nim goniąc. Działa często w dobrej wierze, ale w złej sytuacji. Nie ma tu dobrych rozwiązań.

Ksiądz doktor Kudlak: – Jeśli ludzie decydują się być razem mimo zdrady, trzeba, by zawalczyli o odzyskanie dobrej relacji między sobą. Jeśli to niemożliwe, jeśli podwójne życie trwa i brak obopólnej woli do współpracy, czyli brak szans na zmianę, bywa, że lepiej się rozstać niż udawać przed dziećmi. To je krzywdzi na całe życie, ponieważ wypacza postrzeganie zdrowych relacji. Co innego dzieci widzą, co innego im się mówi, a co innego czują. Takie dziecko zazwyczaj ma trudności w budowaniu szczęśliwego związku, choćby bardzo tego pragnęło, dlatego właśnie, że nie doświadczyło szczerej, opartej na prawdziwej  bliskości relacji i nie wie, czym ona jest. Taka osoba jako dorosły często obiecuje sobie, że w jego życiu będzie inaczej. Tymczasem tkwi często w związkach, które nie dają szczęścia lub po serii nieudanych prób nie wiąże się z nikim i żyje samotnie.

Żadna matryca nie oznacza jednak wyroku. Dorosłym lekiem na trudne dziedzictwo jest zdanie sobie sprawy z tego, co tak naprawdę przeszkadza nam żyć w pełni, odkłamanie i rozwikłanie tych wzorów. Pomaga świadoma już tym razem nauka kochania siebie i dzięki temu też innych. Wyleczenie emocjonalnych ran jest możliwe, ale wymaga czasu, pracy i odwagi do zbudowania bliskości.

Wyniesione z domu wzory i matryce, które mówią nam, czym są miłość, bliskość, zaufanie, często sprawiają, że choć bardzo tego pragniemy, nie umiemy tworzyć bliskich relacji. Czasem niezbędnym krokiem jest samo uświadomienie sobie, co się działo w życiu naszych rodziców i jaki to ma wpływ na nas dzisiaj. Ten krok otwiera nam drogę do wolności i szczęścia.

  1. Psychologia

Jak się zachować będąc przyjacielem, krewnym lub współpracownikiem osoby zdradzonej?

Zdrada dotyczy nie tylko osoby zdradzonej i zdradzającej. Żyjemy w sieci połączeń z innymi, dlatego w krąg oddziaływania niewierności często zostają wciągnięci również przyjaciele, rodzina, czy współpracownicy. (Fot. iStock)
Zdrada dotyczy nie tylko osoby zdradzonej i zdradzającej. Żyjemy w sieci połączeń z innymi, dlatego w krąg oddziaływania niewierności często zostają wciągnięci również przyjaciele, rodzina, czy współpracownicy. (Fot. iStock)
Czy mówić koleżance, że jej mąż ma kochankę? Komu się zwierzać ze swojego bólu? Jak reagować, gdy zdrada staje się publiczna? Niewierność nie tylko łamie serce partnera, ale i narusza układ społeczny, w którym para funkcjonuje, oraz jest wyzwaniem dla przyjaźni.

Zdrada i ból nią spowodowany dotyczą nie tylko dwóch osób – zdradzonej i zdradzającej. Zdrada ma swoich towarzyszy spoza miłosnej relacji, bo żyjemy w sieci połączeń z innymi. Przyjaciele, rodzina, wspólni znajomi czy współpracownicy często zostają wciągnięci w krąg oddziaływania niewierności, która – choć wydarzyła się po kryjomu – nieuchronnie wychodzi na światło dzienne, stając się wydarzeniem rodzinnym czy wręcz w różnej mierze publicznym.

Jeśli ktoś zdradza, to nie robi tego po to, żeby od razu się przyznać. Podświadomie często jednak pragnie, żeby tajemnica się wydała, bo zdrada ma zwykle głębszy sens, ujawnia wypierany status związku. I najczęściej sekret się wydaje, bo na przykład życzliwa osoba uprzejmie donosi, że on czy ona byli widziani w niedwuznacznej sytuacji. Pierwszym towarzyszem zdrady jest więc posłaniec.

Złe wieści

Wyobraź sobie, że wieloletni partner zdradza twoją najlepszą przyjaciółkę, a ty to odkryłaś. Już na samą myśl, że to ujawnisz, niemal czujesz jej ból. Zaraz potem zaczynasz myśleć, że jeśli powiesz, rozbijesz związek przyjaciółki i nie chcesz brać tego na siebie. A za chwilę sama sobie jednak odpowiadasz, że przecież to jej partner to robi, nie ty. No i w końcu ona ma prawo wiedzieć!  Chcesz jej bronić, ujawnić prawdę, która, choć jest bolesna, wyzwoli ją ze złudzeń. Ale czy masz prawo wchodzić z butami w jej życie? Mówić czy nie mówić o zdradzie?

Odpowiedź wydaje się skomplikowana, a decyzja trudna, bo rola posłańca nowiny, która niesie cierpienie, jest niewdzięczna. Można też wybrać opcję porozmawiania najpierw z osobą, która zdradza. Terapeutka i life coach Joanna Godecka uważa, że to może być rozwiązanie najbardziej fair, zwłaszcza jeśli na zdradę nic wcześniej nie wskazywało. W zależności od tego, co usłyszymy, łatwiej nam będzie podjąć decyzję, czy i co powiedzieć przyjaciółce. Jeżeli jednak wiemy, że to relacja toksyczna, a niewierność partnera zdarza się już nie pierwszy raz, lepiej jak najszybciej jej powiedzieć, co wiemy.  – Moim zdaniem udawania, że nic się nie dzieje, podczas gdy widzimy, że druga osoba jest celowo wprowadzana w błąd, nie można zaakceptować. Jeślibym wiedziała, że moją przyjaciółkę zdradza jej partner czy mąż, myślę, że bym jej to powiedziała. Bo gdyby później wydało się, że wiedziałam, a nie powiedziałam – czułabym się współwinna. I nie zdziwiłabym się, gdyby przyjaciółka poczuła się i przeze mnie zdradzona – mówi ekspertka, ale przyznaje, że powiedzenie o zdradzie może być ryzykowne, bo nikt nie lubi posłańców złych wieści. Tym bardziej że zdradzana strona może wcale nie chcieć widzieć, co się dzieje, i ignorować oczywiste sygnały niewierności. Jeśli tak jest, możemy spotkać się z nieprzyjemną reakcją i warto mieć tego świadomość, zanim zdecydujemy się działać.

A co jeśli to my jesteśmy ofiarą  przemilczenia? Jeśli bardzo cenimy sobie szczerość i odkryjemy, że przyjaciel lub ktoś z rodziny wiedział, że byłyśmy zdradzane, a zachował milczenie – na pewno wzbudzi to w nas dodatkowe emocje – smutku, rozczarowania, gniewu... Jednak zamiast atakować, lepiej zapytać, co tą osobą kierowało. Być może zabrakło jej odwagi? Albo z jakichś powodów uznała, że tak będzie dla mnie lepiej?

Powiernicy

Jeśli pojawia się informator, oznacza to, że już nie tylko my wiemy o zdradzie. Sami też możemy czuć potrzebę, żeby komuś zwierzyć się ze swojej trudnej sytuacji i bolesnych emocji, które jej towarzyszą.

– W gabinecie obserwuję, że na początku przechodzenia przez proces zdrady osoba zdradzona mierzy się z nagłym wewnętrznym poczuciem osamotnienia. Ktoś bliski był obok, ktoś, do kogo przynależeliśmy, kogo obdarzyliśmy zaufaniem i to zaufanie właśnie zostało nadużyte, zniszczone – wyjaśnia Joanna Godecka. –  Potrzebujemy wsparcia i może dlatego szybko zaczynamy szukać sprzymierzeńców. Najlepsze, czego możemy od nich oczekiwać, to deklaracja „Niezależnie od tego, co się wydarzy i jaką decyzję podejmiesz, będę po twojej stronie”.

A wcale nie jest takie oczywiste, że właśnie to otrzymamy!  Terapeutka przypomina sobie klientkę, którą mąż nie tylko zdradzał, ale jeszcze stosował wobec niej przemoc psychiczną. Kiedy poprosiła o pomoc rodziców, usłyszała, że jeśli złoży pozew o rozwód, to oni nie będą w sądzie zeznawać na jej korzyść.

Pamiętajmy zatem, że nie mamy obowiązku spowiadania się ludziom ze wszystkiego, nawet tym najbliższym. Nie narażamy się też w ten sposób na rady: „Zastanów się, możesz sobie już życia nie ułożyć. Machnij na to ręką, bo jak ty sobie sama teraz dasz radę?”. Zdrada budzi emocje i czasem arbitralne postawy. Możemy na przykład czuć nacisk ze strony przyjaciółki, która uważa, że kto raz zdradził, będzie zdradzał zawsze, podczas gdy my same nie jesteśmy gotowe, by odejść. Komunikat: „Zrób z tym coś wreszcie. Nie daj się  tak traktować” może spowodować niepotrzebne napięcie i poczucie winy. I w rezultacie tylko nas osłabić.

Podwójny ból

Istnieje też bardziej bolesna konfiguracja – mąż zdradza cię z twoją przyjaciółką, siostrą, wspólną koleżanką... I wbrew pozorom, to wcale nie jest wyłącznie filmowy scenariusz, bo jak wskazuje sondaż serwisu randkowego IllicitEncounters.com – niewierności dopuszczamy się zwykle w najbliższym gronie. Na pierwszym miejscu tego niechlubnego rankingu znalazła się szwagierka i inni członkowie rodziny (aż 15 proc. aktów niewierności dotyczy naszego rodzeństwa). Taką zdradę trudno wykryć, bo nigdy nie wiadomo, czy dobry kontakt wynika wyłącznie z rodzinnej sympatii, czy może jednak z pożądania. Drugie miejsce na liście kochanek zajęła najlepsza przyjaciółka partnerki. Co dziesiąty zdradzający mężczyzna decyduje się na przygodę właśnie z nią. To ona przecież często pojawia się w waszym domu, więc znajomość może się rozwijać. Wie też od ciebie, kiedy przeżywacie kryzys i może wykorzystać sytuację.

Podwójna strata dotkliwiej boli, bo nie dość, że zdradził nas partner, to jeszcze ktoś drugi też bliski, czasem nie mniej ważny. Już nie pójdziemy do tej przyjaciółki, żeby zwierzyć się ze smutków lub poprawić sobie nastrój przy kawie. Czujemy, że dwie najbliższe osoby zawiązały porozumienie za naszymi plecami i zrobiły coś przeciwko nam, więc podwójnie cierpimy.

– Taką zdradę trudniej przeżyć, bo siostra czy najlepszy przyjaciel wiele o nas wiedzieli, znali naszą wrażliwość, nasze sekrety – mówi Joanna Godecka. Radzi, żeby powoli do tej sytuacji się zdystansować, nie wypierając jednocześnie swoich uczuć. Nie sposób nie mieć poczucia zranienia, niesprawiedliwości, krzywdy, bólu, złości, ale na końcu warto zdać sobie sprawę, że te osoby, choć były nam tak bardzo bliskie, są zwykłymi ludźmi ze swoimi ułomnościami. Nie zlikwiduje to naszych trudnych emocji, ale może przynieść ulgę.

Jeśli same mamy pokusę, żeby pozwolić sobie na skok w bok z przyjacielem partnera, miejmy świadomość, że celujemy jednocześnie do dwóch tarcz. Jeśli on dowie się o tym, poczuje się zdradzony jeszcze bardziej. – Zdrada istnieje jak świat światem, ale ważne jest, żeby wziąć za nią odpowiedzialność – dodaje ekspertka. – Partner będzie miał prawo być wściekły, zraniony, zawiedziony, bo naturalne jest, że oczekiwał lojalności od dwóch stron.

Wszyscy wiedzą

Czasem zdrada staje się publiczna. Para pracuje razem i on zdradza ją z koleżanką z biura, a romans zostaje ujawniony. Okoliczności są równie trudne, co sama zdrada, którą odbieramy jako upokarzającą.

Joanna Godecka uważa, że najlepszym wyjściem z twarzą z takiej sytuacji jest powiedzenie głośno: „Wiem, że wszyscy wiedzą to, co ja wiem. Nie gadajmy o tym, bo nie chcę”. Jasny komunikat powinien zadziałać. Natomiast udawanie, że nic się nie stało, do niczego nie doprowadzi.

Możemy jednak mieć pokusę, żeby rozegrać to inaczej, na przykład krytykować, obgadywać osobę, która nas skrzywdziła. Terapeutka zwraca uwagę, że publiczne pranie brudów nigdy nie jest eleganckie, a w dłuższej perspektywie może obrócić się przeciwko nam, bo my przestaniemy te brudy prać, a inni jeszcze długo będą.  Niektórzy decydują się na przykład odejść z pracy. Przedtem jednak warto się zastanowić, czy naprawdę tego chcemy, bo właściwie to z jakiego powodu mam się wstydzić, że ktoś mnie zdradził.

– Koniec końców, towarzysze zdrady są na drugim planie – podsumowuje Joanna Godecka. – Jeśli po zdradzie chcemy odbudować swoje życie i ruszyć dalej, potrzebne jest poczucie, że to my wiemy, dokąd zmierzamy.