1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Nowy partner a przywiązanie do ekskochanka

Nowy partner a przywiązanie do ekskochanka

Fot. iStock
Fot. iStock
O tym, że byli kochankowie w obecnym związku to niemały kłopot, świadczy liczba pacjentów Joanny Twardo-Kamińskiej, którzy właśnie z tego powodu trafili do gabinetu seksuologa.

Warto mieć świadomość swojego „seksualnego CV”. To niezbędne, by stworzyć satysfakcjonujący związek i nie pozwolić, by przeszłość determinowała to, co dzieje się w naszej sypialni teraz.

Chcę i się boję

Na potrzeby tej historii damy jej imię Bożena, a jej ekskochanka nazwiemy Wojtek. Oboje koło czterdziestki, pracownicy międzynarodowej firmy produkcyjnej. Spotkali się w pracy, przyjechali otwierać nowy zakład w głębi Polski. Co może robić dwoje samotnych, zmęczonych ludzi po pracy w obcym mieście? Iść do łóżka. Seksualnie byli dopasowani jak rzadko. Kto wie, może zostaliby małżeństwem... Niestety, on dostał awans. Wiązało się to z pracą na innym kontynencie. Bożena nie była gotowa na przeprowadzkę. On wyjechał, ona została. Ale każda kolejna próba związania się z kimś kończyła się w chwili, gdy szli do łożka. I to najczęściej już po pierwszej nocy. – Żaden nie był tak dobry jak Wojtek. Żaden nie wytrzymywał porównania z nim, a ja wolę nie sypiać z nikim, niż mieć kiepski seks. W łóżku trzeba się dotrzeć. Wojtek znał moje ciało i umiał na nim grać jak na czułym instrumencie. Niezdarne próby zaspokojenia mnie podejmowane przez kolejnych kochanków tylko mnie irytowały.

Joanna Twardo-Kamińska: - Może się zdarzyć też tak, że choć kontakt między byłymi kochankami został zerwany, to pozostało coś, co uzależnienia. Bożena może podświadomie nie chcieć nowej relacji. To dlatego nikt nie wytrzymuje porównania z Wojtkiem. Ale dziewczyna robi jeszcze jeden błąd. Nie jest mądrze oceniać kochanka po jednej nocy. Mężczyzna, im bardziej jest zaangażowany i im bardziej mu na kobiecie zależy, tym gorzej może wypaść na samym początku. Może mieć niepełną erekcję, przedwczesny wytrysk – to wszystko skutki napięcia. Dopóki nowy kochanek nie poćwiczy, nie dogoni swego poprzednika. Warto też patrzeć na relacje całościowo: bo może w sypialni nie jest na razie idealnie, ale poza nią świetnie…

Już nie chcę

Dajmy na to – Urszula, 35-latka miała. Przez niemal cztery lata miała romans z żonatym facetem. Chciała być lepsza od jego żony, mieć nad rywalką przewagę – dlatego godziła się w łóżku na to, na co nie zgodziłaby się w innej sytuacji. On jednak nie odszedł od żony. Dlatego Urszula odeszła od niego. Tak dziś mówi o tamtych czasach: – Nie chcę wchodzić w szczegóły, bo trochę mi wstyd. Ale efekty są takie, że teraz w ogóle nie mam ochoty na seks. Żaden i z nikim. Jestem szczęśliwa, że nie muszę go uprawiać. Od roku jestem sama.

Joanna Twardo-Kamińska: - Skąd ta awersja do seksu? Tak bywa, kiedy mamy nadzieję, że coś nim ugramy. I właśnie wtedy godzimy się na coś, na co nie mamy ochoty. Do znudzenia powtarzam to wszystkim pacjentkom: seks nie ma być kartą przetargową, nie ma służyć żadnym innym celom poza realizacją potrzeby seksualnej. Urszula traktowała seks jak rodzaj haraczu za to, że ma kogoś. Trudno się dziwić, że z jego zniknięciem prysnęła też ochota na seks, bo kto z nas chciałby dobrowolnie i za nic płacić haracz? Czy awersja Uli sama minie? Może, zwłaszcza jeśli się szczerze zakocha. Ale lepiej, by przedtem poszła. To pozwoli jej poznać własne potrzeby. I uchroni w przyszłości przed wejściem drugi raz w związek, w którym znów zapomni o sobie i będzie spełniała zachcianki drugiej strony.

Co było, minęło?...

Wizja kogoś, kogo kochamy, w obcych objęciach, potrafi zaboleć. Dlatego tak ważne jest, by do tematu ekskochanków podchodzić z delikatnością i szacunkiem dla uczuć partnera. Dotyczy to w równym stopniu kobiet i mężczyzn. Oni też przecież mają niejeden związek na koncie. Bez sensu robić o to wyrzuty czy obrażać się. Ale kiedy to naszemy partnerowi zbierze się na pikantne zwierzenia z przeszłości, warto dać mu jasny komunikat: „Słuchaj, to, co było, zanim mnie poznałeś, kompletnie mnie nie interesuje. Jedyne, czego wymagam, to być jedyną kobietą, z którą sypiasz, dopóki jesteś ze mną”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Miłość, seks i depresja - rozmowa z seksuologiem

Łagodne formy depresji szybko ustępują pod dotknięciem czułości, miłości, ciepła i troski mądrej kochającej osoby (fot. iStock)
Łagodne formy depresji szybko ustępują pod dotknięciem czułości, miłości, ciepła i troski mądrej kochającej osoby (fot. iStock)
Seks to najzdrowszy i najtańszy antydepresant, pod warunkiem że uprawiamy go z miłości. Puszczanie się w wir polepszania nastroju za pomocą aktów fizycznych grozi popadnięciem w takie same tarapaty jak podczas przesadzania z alkoholem – mówi seksuolog Krzysztof Korona.

Depresja i seks mają ze sobą skomplikowane stosunki. Depresja bardzo nie lubi seksu i ma wpływ na zmniejszenie satysfakcji seksualnej. Na dodatek większość leków przeciw depresji, szczególnie starszej generacji, może prowadzić do poważnych zakłóceń życia seksualnego. Leki wpływają na chemię mózgu. Większość z nich, niestety, blokuje seks, niektóre działają niemal kastrująco. Szczególnie u mężczyzn. Ale i u kobiet gwałtownie zmniejsza się gotowość do seksu. Przy ciężkiej depresji wszystko jednak wydaje się lepsze od niej samej, więc problemy z seksem schodzą na dalszy plan.

Mężczyzna może być dobrym kochankiem nawet z depresją, jeżeli uprawia seks miłosny. Hydraulika ma przecież z nim niewiele wspólnego. Depresja to wołanie o miłość. Więc kiedy kobieta dotyka miękkiego penisa nie dlatego, że chce stosunku, ale dlatego że kocha i każdy kawałek ciała mężczyzny jest dla niej ważny, to brak pełnej erekcji nie jest żadnym problemem. Ale o tym trzeba też umieć rozmawiać. Łagodne formy depresji szybko ustępują pod dotknięciem czułości, miłości, ciepła i troski mądrej kochającej osoby. Ale to fakt, że biorąc antydepresanty, musimy liczyć się ze zmniejszeniem pożądania i doznań w sferze genitaliów, mogą pojawić się zaburzenia erekcji i ejakulacji, zaburzenia w nawilżeniu pochwy. Orgazm może być spłaszczony i spóźniony. Zdarza się, że pacjenci przez pewien czas w ogóle go nie mają. Poza tym nigdy nie wiadomo, kiedy i w jakim natężeniu te objawy wystąpią. Rano jest nieźle, w południe nagle zupełna klapa. Warto jednak pamiętać, że paradoksalnie leki przeciwdepresyjne mogą mieć korzystne działanie na seks mężczyzny i śmieszne działanie na seks kobiety. W przypadku mężczyzn przyjmujących antydepresanty może zdecydowanie ulec wydłużeniu czas trwania stosunku. To korzystne dla mężczyzn borykających się z problemem przedwczesnego wytrysku.

A jak rozumieć sformułowanie, że leki mogą mieć „śmieszne działanie” na seks kobiety? Są badania potwierdzające pojawianie się spontanicznie przeżywanych orgazmów u kobiet np. podczas ziewania…

Ale tak w ogóle to nie jest śmiesznie. Negatywny wpływ leczenia na aktywność seksualną jest za często bagatelizowany przez lekarzy, gdyż wydaje się im mało istotny w porównaniu z depresją. Faceci mają tu gorzej od kobiet. Męska hydraulika jest czuła na zmiany nastroju, a leki antydepresyjne potrafią być brutalne. Część męskiej tożsamości oparta jest na seksualnej mocy i jej przejawach. Większość mężczyzn z różnych powodów cierpiących na impotencję ma już tylko z tego powodu depresję. U kobiet to chyba wygląda trochę inaczej? Zmniejszenie sprawności seksualnej kobiet nie działa aż tak destrukcyjnie. To też efekt przyzwyczajenia mężczyzn do tego, że kobietę ma prawo „boleć głowa”. Ale też odbycie stosunku przez kobietę, która ma mniejsze potrzeby seksualne, nie stanowi technicznego problemu.

Ale psychiczny „pas startowy” u kobiety wedle powszechnej opinii powinien być długi; by się oderwać od ziemi, powinna mieć dobre „warunki atmosferyczne”. A depresja jest jak czarna mgła... Depresja na pewno wydłuża start, jednak są kobiety, które podrywają się do lotu w trzy sekundy. Mężczyzna w trudnych warunkach nigdzie nie poleci, chyba że mu pomoże partnerka. Mówiąc o pomocy, mam tu na myśli również zrozumienie, dobre słowo, czułość. Pamiętajmy, że w depresji seks bywa też formą leczenia. Pod warunkiem że nie jest traktowany jako wyczyn. O leczeniu seksem depresji pisze w swoich naukowych publikacjach seksuolog Barbara Keesling. W Polsce ukazała się jej książka pt. „Leczenie seksem”.

Czytałem wyniki badań, z których można wywnioskować, że najczęstszym powodem odstawiania leków (nawet gdy jest to groźne dla zdrowia, gdyż depresja może wrócić) jest właśnie seks. Nie jestem psychiatrą, ale wiem, że są takie antydepresanty nowej generacji, które seks mogą nawet wzmagać. Te leki nie zawsze jednak biorą depresję na rogi, co czasami udaje się brutalnym środkom starszej generacji, które w seks walą toporem. Ale seks to przecież nie tylko orgazm i erekcja, to też czułość, petting. I to właśnie próbuję przekazać pacjentom.

Warto też im mówić, że nawet jeśli leki ograniczają czy blokują seks, to nie robią tego na zawsze. Można odstawić leki na dzień, dwa, ale to już wymaga wyczucia i wiedzy, jak na to zareaguje nasz organizm. Każda taka decyzja powinna być uzgadniana z psychiatrą. Z nim trzeba też porozmawiać, czy nie ma niebezpieczeństwa w równoległym przyjmowaniu środków na erekcję działających jak klin wobec antydepresantów. A są głosy, że można tak robić.

Pacjenci z umiarkowaną depresją traktują seks jako pociechę. Miłość fizyczna redukuje napięcie, daje radość, więc może seks powinniśmy traktować jako antydepresant? Na temat antydepresyjnego działania seksu sporo mówi się w publikacjach seksuologicznych, pamiętajmy jednak, że seks to nie tylko orgazm. Wiele badań wskazuje na to, że pacjenci, którzy są leczeni z powodu różnych chorób, nie tylko depresji, jeżeli są obdarzani ciepłymi gestami ze strony opiekunów, lepiej znoszą ból itd. Część terapeutów diagnozuje prawdziwą depresję u pacjenta poprzez analizę jego emocji. Pacjent, który wzbudza chęć pocieszenia, przytulenia, zaopiekowania się, łatwo płacze, to najczęściej osoba dotknięta depresją. Nic więc dziwnego, że depresja szybciej mija tam, gdzie jest pociecha, a pociechą jest także bliskość.

Ale sama czułość, bliskość, nawet największa, nie przegoni depresji jako choroby. Dlatego nowe leki, choć są cudem, czasami jednak nie działają. Wtedy trzeba szukać innych, zmieniać je i na ogół po jakimś czasie chemia zaskakuje. Psychoterapia jest drugim skrzydłem leczenia, a czułość, bliskość, seks to jakby ścieżka trzecia. Ale drepresyjność może nie być chorobą, lecz tendencją, stanem duszy, stałym cieniem.

Norwid nazwał to „czarną nicią”. Bywają ludzie, których ta czarna nić oplata zawsze, są jakby smutni z natury, takie było ich dzieciństwo, wychowanie, w końcu – taka jest ich biologia, geny. Są też ludzie, których osobowość od dzieciństwa rozwijała się w pełni światła. Smutni, kiedy dopada ich depresja, popadają w czarną rozpacz. Weseli z natury załamanie depresyjne przezwyciężają, korzystając między innymi z energii, jaką daje intymna bliskość.

Gdy nie było antydepresantów, ludzie instynktownie szukali pomocy w alkoholu. Myślę, że 90 procent alkoholików to ludzie z problemami z depresją, alkohol redukuje napięcia, polepsza nastrój, ale jego wady znamy. Seks to najzdrowszy i najtańszy antydepresant, pod warunkiem że to seks miłosny. Puszczanie się w wir polepszania nastroju za pomocą seksu grozi popadnięciem w takie same tarapaty jak z alkoholem. W skrajnych przypadkach przeradza się to w seksoholizm.

O czym genialnie mówił film „Wstyd”. Ludzie uprawiają seks z różnych powodów. Szukają rozrywki, zabicia nudy, podoboju. Pacjenci z depresją mówią mi, że seks poprawia nastrój i łączy ludzi, jednak najlepszym anty-depresantem jest seks miłosny. Jeśli miłość leczy depresję, a tak jest, to seks jest bazą miłości.

Krzysztof Korona - psycholog, psychoterapeuta, seksuolog.

  1. Seks

Do czego jest nam potrzebna inteligencja seksualna? - pytamy Kasię Miller

Wiedza o tym, czego się potrzebuje w seksie, jest, niestety, rzadkością, bo u nas nie uczy się, jak odkryć to, co lubimy, do czego jesteśmy stworzeni. (fot. iStock)
Wiedza o tym, czego się potrzebuje w seksie, jest, niestety, rzadkością, bo u nas nie uczy się, jak odkryć to, co lubimy, do czego jesteśmy stworzeni. (fot. iStock)
Pojęcie „inteligencja seksualna” stworzyli dr Sheree Conrad i dr Michael Milburn, badając, dlaczego mimo rewolucji seksualnej nadal brak nam w łóżku szczęścia. Z kolei autorką pojęcia „inteligencja erotyczna” jest Esther Perel, która w książce o tym samym tytule zastanawia się, jak dziś, w czasach „dyktatury równości”, mamy zaakceptować, że właśnie seksualna nierówność gwarantuje udany seks? Czy naprawdę inteligencja jest nam potrzebna, gdy nie mamy na sobie ubrań – zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Seks w naturalny sposób łączymy z instynktami, podnietami, chemią, czyli siłami niezależnymi od naszej woli czy rozumu. Tymczasem pisze się i mówi o inteligencji kochanków. Czy więc to, co myślimy, ma znaczenie w łóżku? Przecież nie zakładamy firmy, tylko mamy się kochać. A może ta inteligencja to tylko taki amerykański modny wymysł? Ma znaczenie nie tylko, jak myślimy, ale i jak działamy, co wybieramy. Na początek opowiem dwie anegdoty z życia. Pierwsza to tragifarsa miłosna o obdarzonej inteligencją erotyczną młodej kobiecie, która umówiła się w hotelu na seks z atrakcyjnym, onieśmielającym ją starszym mężczyzną. Była tą randką tak przejęta, że jak tylko trafili do pokoju, chciała koniecznie umyć zęby i zrobiła to z takim zaangażowaniem, że wypadła jej koronka i utknęła w kolanku umywalki. Biedulka załamała się, była już i tak speszona, a tu jeszcze – szczerbata! Cała ochota na seks jej odeszła, chciała już tylko wrócić do domu. Ale jak?! Bez koronki? Sama jej jednak nie mogła wyjąć...

Zadzwoniła do seksownego polskiego hydraulika – a jej seks-inteligencja polegała na tym, że miała pod ręką jego numer!? To dobry pomysł mieć taki telefon zanotowany, ale akurat zrobiła coś innego, co też potwierdziło jej inteligencję erotyczną, a nawet seksualną mimo małego doświadczenia. Czekającemu na nią mężczyźnie powiedziała, choć bardzo się wstydziła, że nie dość, że brak jej wprawy w takich hotelowych schadzkach, to jeszcze nie ma zęba z przodu, bo koronka jej wpadła do kolanka umywalki. Na co on podskoczył uradowany. Jemu też niedawno przydarzyła się podobna przygoda, a więc więcej ich łączy, niż myślał. I zamiast spojrzeć na zegarek, mówiąc, że zapomniał o ważnym spotkaniu, lub też zająć się owym kolankiem umywalki, z ogniem w oczach zajął się jej kolankami. Jej bezradność, szczerość i otwartość plus urocze kobiece skrępowanie go urzekły. No i mieli udany seks, bo on wspiął się na wyżyny swojej sztuki, widząc w niej prawdziwą dziewczynę bez grama pozy, gry czy manipulacji… I, oczywiście, sam wykazał się wysokim poziomem inteligencji erotyczno-seksualno-emocjonalnej.

Jeśli więc stracimy ząb, nie musimy tracić okazji do superseksu i być skazani na randkę z dentystą? Na tym polega inteligencja seksualna, by coś, co mogło być brakiem, przekuć w atut. A teraz druga anegdota z życia, ale tym razem o braku inteligencji seksualnej i erotycznej u pewnej atrakcyjnej i doświadczonej damy, która miała całe mieszkanie wytapetowane swoimi zdjęciami w różnych gorsetach i innych peniuarach, by przypadkiem ktoś z gości nie przegapił, jaka to jest piękna. Owa dama zawsze przechwalała się przed przyjaciółkami, że w łóżku potrafi przybrać najbardziej korzystną pozę, a więc też każdego mężczyznę owinie sobie wokół małego palca. No i pewnego dnia poznała atrakcyjnego pana. Ów obciął ją od stóp do głów i powiedział, że wchodzi w to, ale tylko na rok. Nie jest bowiem jego zdaniem kobietą na całe życie, ale na udany romans, owszem. Nasza bohaterka co prawda myślała o czymś na stałe, ale była tak pewna swojej erotycznej siły, że już widziała, jak po roku ów mężczyzna traci na jej punkcie głowę i to ona zadecyduje, co z nim będzie dalej.

Rozumiem, że się przeliczyła? Całkowicie, bo choć żyli jak para, a nawet pomieszkiwali u siebie, to po roku on rzekł: „Dziękuję ci” (bo był dobrze wychowany), i zniknął. Odchorowała to. Nic dziwnego, trafiła na wyjątkowo zimnego i egotycznego faceta. Ale dostała nauczkę za swoją głupotę i prztyczka w nos za pychę. Zlekceważyła jego słowa, myśląc, że on nie wie, co gada. Ale wiedział. No ale jej brak inteligencji seksualnej widać było już w tym przedmiotowym traktowaniu swojego ciała, a potem i tego mężczyzny. Te jej pozy w łóżku, z których była tak dumna, to sygnał, że nie ma pojęcia, na czym seks i erotyzm polegają. Dowód na to, że nigdy nie traci kontroli, nie pozwala się unieść fali pożądania ani rozkoszy. Nie pozwalała sobie na to, by podążyć za swoimi potrzebami ani za mężczyzną, a to oznaki braku mądrości i seksualnej, i erotycznej.

Zgodnie z definicją inteligencja seksualna to wiedza o tym, co jest nam potrzebne do udanego seksu, empatia na potrzeby partnera i sygnały płynące z naszego ciała. Umiejętność rozmowy, kreatywność – o tym nieraz już pisaliśmy. Ale też dowodem na nią ma być, jak wynika z badań (m.in. prof. Johna Gottmana), bycie w stałym związku. Ci, którzy w nich są – osiągali w testach wysoką IS, a w łóżku poznali rozkosz. Głupcami okazali się za to podrywacze i „puszczalskie”. Bo nie idą w głąb, nie rozwijają się, powtarzają ciągle tylko początek – zakochanie, fascynację itd. A to dopiero pierwszy krok! Jednak wiedza o tym, czego się potrzebuje w seksie, jest, niestety, rzadkością, bo u nas nie uczy się, jak odkryć to, co lubimy, do czego jesteśmy stworzeni. Nikt nam nie powie, że trzeba szukać i znajdować, odkrywać swoje pragnienia zwłaszcza w seksie. Seksualność ludzka, a szczególnie kobiet, jest nadal poddawana obróbce, jeśli już nie przez tabu, to przez kompleksy, a od czasu, gdy uzyskaliśmy „wolność” – przez modę i pornografię. I jeśli już dziś czegoś powszechnie poszukujemy w seksie, to poklasku, uznania, połechtania próżności czy pogłaskania kompleksów. Nawet nasi kochankowie nie pytają, czego chcemy. Sami musimy to odkryć i jeszcze nauczyć się, jak to sobie dać, a to naprawdę ciężka praca. No i często jej nie wykonujemy i dlatego – sfrustrowani – wciąż zmieniamy partnerów.

Zamiast jakości ilość. Tymczasem to, co nas łączy z drugim człowiekiem, może się rozwijać w nieskończoność i w nieskończoność dostarczać nam coraz więcej, a nie coraz mniej, także rozkoszy. Drugim człowiekiem nie można się znudzić. Szaleństwo zakochania mija i dobrze, bo byśmy kręcili się w kółko naćpani hormonami, a seksualność może i nawet powinna się rozwijać, a wówczas obejmuje nie tylko nasze ciało, ale też umysł, serce, aż sięga po duchowość i dalej jeszcze po wszechświat. I gdy jesteśmy sobie bliscy na tych wszystkich poziomach, w tych wszystkich wymiarach bytu, możemy osiągnąć najwyższą, absolutną rozkosz.

Tak to czuję i tak sobie wyobrażam. Myślę też, że taki jest sens seksu tantrycznego, który stanowi jedną z dróg ku pełnej ekstazie. A mówiąc po europejsku: im więcej między kochankami intymności, bliskości, zrozumienia i zgody na siebie nawzajem, zachwytu, fascynacji, tym więcej doświadczą rozkoszy. Za byciem z jednym partnerem przemawia też sama fizjologia mózgu, bo jak się okazuje, im częściej ćwiczymy jakieś zachowania, tym silniejsze powstają w naszym mózgu tzw. ścieżki neuronowe. I wyobrażam sobie, że dwoje bliskich sobie ludzi może mieć orgazm, patrząc sobie w oczy z dwóch stron wypełnionej ludźmi sali.

Seksuolodzy jednak ostrzegają, że nadmierna bliskość to koniec pożądania. Perel pisze, że pożądanie rodzi się w szczelinie między kochankami, w tym, co ich różni, ciekawi, ku sobie ciągnie. I że ci inteligentni erotycznie nie pozwalają sobie na całkowite odsłonięcie. Zgadza się, nie można stopić się w jedno, zrezygnować z siebie. To nie jest intymność i bliskość. Nie wolno zostawiać siebie, zawieszać się na drugim człowieku, bo wtedy nie jesteśmy blisko nawet ze sobą, a co dopiero z kimś innym. By tworzyć intymność, dwoje ludzi ma mieć odrębne tożsamości, sprawy i tajemnice. Ale też intymność buduje to, że oni szepczą sobie na ucho, że nie opowiadają innym o tym, co razem przeżyli, że mają swoje wspólne sekrety, tajemnice, marzenia. Kobieta jest dla mężczyzny pociągająca, bo jest inna niż on. A mężczyzna jest dla kobiety sexy, bo nie jest jej lustrzanym odbiciem.

Właśnie! A polityczna poprawność w stylu amerykańskim, czyli równość niwelująca różnice, prowadzi do nudy w sypialni. Perel głosi genderową herezję, że seks demokratyczny, na równych prawach, to nuda, bo pożądanie to nie dziecko demokracji. Kobieta i mężczyzna, jeśli są wolni i spontaniczni, mogą być w sypialni panem i niewolnicą lub panią i niewolnikiem, a w salonie, kuchni i w pracy – partnerami. To wyraz prawdziwej wolności, inteligencji seksualnej i erotycznej. Możliwość zmiany, wybierania schematów zachowań w zależności od sytuacji i potrzeb, celów, do których się dąży, to prawdziwa mądrość sypialniana.

Perel pisze, że dla kobiet sukcesu, które kontrolują, kierują, planują i realizują, oddechem jest latynoski kochanek, który dominuje i napastuje, bo w jego świecie mogą odpuścić, oddać się, ulec. Opisuje właśnie taką parę: Amerykankę i Włocha. Kobieta przyznaje, że w sypialni zapomina o politycznej poprawności, stawia na rozkosz. Seks jest przygodą, dlatego nie może w nim być planów i nie może być demokracji. Jest jak przeprawa przez rzekę. Może nas porwać prąd, możemy z nim popłynąć cudnie bez wysiłku na drugi brzeg lub wpaść w wir, który nieźle nas wyobraca, tak że nie będziemy mogły złapać oddechu. Możemy też przedostać się na drugi brzeg, łapiąc jakiś konar... Nie da się nie zamoczyć i nie da się uniknąć szybszego bicia serca. Oczywiście, można cały czas być po tej samej stronie rzeki, ale to naprawdę nudne. Zamiast więc składać – wszędzie, a więc i w sypialni – deklarację bycia nowoczesną, genderową czy jakąś tam, lepiej być uczciwszą wobec siebie. Odkryć, gdzie i jak same siebie okłamujemy, i przestać to robić. Zignorować naszego wewnętrznego rodzica, czyli nadzorcę tego, co nie wypada – i zapytać wewnętrzne dziecko, czego ono pragnie od seksu, co lubi, czego by chciało. I tak idąc za swoim wewnętrznym głosem, takim płynącym z brzucha, krok po kroku rozwinąć własną erotyczną inteligencję. Jak zwykle gdy chodzi o coś ważnego i trudnego – małymi krokami, ale wytrwale. Zrobić więcej miejsca dla wewnętrznego dziecka, czyli naszych uczuć, potrzeb i energii. Sprawdzać, sprawdzać i jeszcze raz sprawdzać. Co nam odpowiada, sprawia przyjemność, daje rozkosz, a czego się wstydziłyśmy tak, że dotąd sobie na to nie pozwalałyśmy? Jeśli mamy ochotę, zacznijmy sobie na to pozwalać. Wrócić do przeszłości i przypomnieć sobie, czego nie zrobiliśmy, choć nas korciło, ale nie pozwolił nam na to lęk, wstyd. Jest wysoce prawdopodobne, że dotrzemy do zakazów z domu rodzinnego, i trzeba będzie wybierać, czy nadal być grzeczną, czy wreszcie szczęśliwą. Warto też czytać lektury pełne seksu o bohaterach przekraczających granice, oglądać takie filmy, rozmawiać o swoich zahamowaniach, dzielić się z zaufanymi osobami, najlepiej wzajemnie. Pisać do siebie listy z nowymi scenariuszami i potem je w realu urzeczywistniać.

A czy Katarzyna Miller ma inteligencję seksualną i jest erotycznie mądrą kobietą? Mam nadzieję, że tak, choć początki były nieudane. Ale dałam radę nie zrazić się całkiem i poczekać, aż trafię na mężczyznę, który mnie otworzy seksualnie. A wtedy przeżyłam niezwykłą wizję, że oto mam dłuuuugie srebrne włosy, które przeciągają mnie na drugą stronę kosmosu. Dziękuję mu za to! Bo też znalazłam się naprawdę po drugiej stronie, stałam się kimś innym. Już byle czym nie można było mnie zadowolić i wiedziałam, czego chcę od seksu, co on mi może dać i co ja mogę dać.

  1. Seks

Monogamia też jest sexy

Związek z jednym partnerem nie musi oznaczać seksualnej nudy. (fot. iStock)
Związek z jednym partnerem nie musi oznaczać seksualnej nudy. (fot. iStock)
Perspektywa sypiania z tą samą osobą do końca życia brzmi jak wyrok. Tymczasem nie ma nic wspanialszego od seksu w stałym związku.

Dojrzewając do małżeństwa, dorastamy także do myśli, że całe swoje życie, w tym erotyczne, chcemy dzielić tylko z jedną osobą. O ile wynikającym z tego poczuciem bezpieczeństwa i bycia kochanym oraz perspektywą założenia rodziny możemy się wprost zachłysnąć, to… – W świecie seksualnej swobody konieczność  rezygnacji z różnorodności może okazać się pewnym problemem – przyznaje Katarzyna Platowska, psycholożka i terapeutka.

Monogamia? Przed oczami stają nam te wszystkie okazje, które trzeba będzie teraz przepuścić… W dodatku, niezbyt szczęśliwie, zaczynamy porównywać seks z jedzeniem: „To tak, jakby do końca życia jeść ruskie pierogi” – myślimy. I choćby to była nasza najbardziej ulubiona potrawa, zdajemy sobie sprawę, że kiedyś może się znudzić.

Monogamia, ale nie monotonia

Wbrew obiegowym opiniom, małżeńska sypialnia może być miejscem szalenie atrakcyjnym. Zależy to głównie od psychicznego nastawienia partnerów. Jeśli będziemy myśleć o monogamii jako o czymś nudnym i utożsamiać ją z monotonią – to prawdopodobnie właśnie taką wkrótce się stanie.

– Seksualność to sposób patrzenia na życie – uważa Platowska. – Można oglądać film porno i wcale nie zareagować podnieceniem. Można też patrzeć na ramię partnerki, widzieć pokrywający je delikatny meszek i mieć bardzo kosmate myśli. To, jak postrzegamy naszą seksualność, w dużym stopniu zależy od nas.

Życie pod jednym dachem podsuwa tysiące pomysłów na to, jak się wymigać od małżeńskiego seksu: zmęczenie, ważniejsze zajęcia, brak czasu, sprzeczki, niemądre przekonania typu „seks po latach jest mało spontaniczny, więc nie może być satysfakcjonujący”… I rzeczywiście: choć na początku zakochani w sobie małżonkowie prawie nie wychodzą z sypialni, z czasem seks gości w niej coraz rzadziej, by w końcu „ozdabiać” tylko specjalne okazje. – Dostajemy to na własne życzenie – podkreśla Platowska. – Powtarzając: „tak już musi być, to normalne, wszystkim się przytrafia, to nie nasza wina” – przypieczętowujemy zanik małżeńskiego pożycia. I unikamy odpowiedzialności za swoje życie seksualne. To, że zanika, że jest nudne, monotonne – to nasza własna wina! Dopiero gdy uznamy tę prawdę, możemy zacząć pracę nad tym, by przepędzić rutynę ze swojego łóżka.

Tym samym damy sobie szansę, żeby dołączyć do grona szczęśliwych małżonków, którzy są z monogamii zadowoleni i uważają, że erotyka daje im większą satysfakcję w stałym związku, niż kiedy uprawiali przygodny seks. Według statystyk, takich ludzi jest więcej niż się wydaje. Amerykańskie badania mówią, że aż 70 proc. obywateli USA jest zadowolonych z małżeńskiego seksu. Polacy nie wypadają wcale gorzej: badania prof. Zbigniewa Lwa Starowicza wykazują, że dwie trzecie rodaków pozostających w stałych związkach deklaruje stabilny i zadowalający poziom satysfakcji seksualnej, wcale nie myśli o zmianie partnera i chciałoby, żeby tak pozostało do końca życia.

– Coraz to nowe przygody czy dreszczyk emocji na dłuższą metę nie działają – mówi psycholożka. – Ważniejsze są przywiązanie, intymność, bliskość i bezpieczeństwo. W małżeństwie ochota na seks jest doznaniem z zupełnie innej sfery. Płynie z podziwu dla partnera, ze znajomości jego psychiki, upodobań. Takie bardziej holistyczne widzenie związku pojawia się w sposób naturalny. Seks jest tylko jego dopełnieniem, a nie zaspokajaniem chuci.

 

Ahoj, przygodo!

Psychologowie i seksuologowie są zgodni: wyolbrzymiamy atrakcyjność erotycznych przygód.

– Przygodny seks rzadko kiedy jest fajny – wyjaśnia Platowska. – Częściej niesie rozczarowanie i uczucie pustki niż satysfakcję i prawdziwą radość. Jeśli spotykamy się tylko po to, by się nawzajem skonsumować, przeżywamy zaledwie ułamek tego, co ludzie, którzy idą do łóżka, bo darzą się uczuciem.

Większość ludzi w głębi duszy chciałaby łączyć erotyczne zbliżenie z czymś głębszym i ważniejszym. Potwierdzają to badania Sharon Hinchcliffe, psycholożki z University of Sheffield, która przez lata rozmawiała z aktywnymi seksualnie kobietami w wieku od 23 do 83 lat. Tylko co dziesiąta z nich naprawdę odczuwała satysfakcję z erotycznych przygód. Pozostałe uważały, że taki seks nie pozwala przeżyć całej gamy emocji i doznań, jakich oczekują.

Kiedy nie znamy ciała partnera, trudniej pomóc mu w odczuwaniu rozkoszy. Z tego powodu przygodne kontakty seksualne, także fizycznie, rzadko należą do satysfakcjonujących. Wbrew temu, co zwykle się mówi o męskiej seksualności, także panowie wolą kochać się ze stałymi partnerkami. Czasopismo „Archives of Sexual Behaviour”, na podstawie badań seksualnych zachowań przeprowadzonych w 29 krajach, stwierdziło, że najbardziej zadowoleni ze swojego życia seksualnego są mężczyźni między 40. a 50. rokiem życia, ustatkowani i żonaci (choć zdarza się im narzekać na problemy z erekcją). Co więcej, prawie 90 proc. badanych (obu płci) decydowało się po rozwodzie szukać kolejnego związku małżeńskiego, zamiast skakać z kwiatka na kwiatek.

– W przypadku mężczyzn przygoda oznacza brak poczucia bezpieczeństwa, a to może prowadzić do zaburzeń erekcji – komentuje wyniki badań Katarzyna Platowska. – Uprawiając seks z nową partnerką trzeba się wykazać, a to duży stres. Lęk przed kompromitacją nie tylko odbiera takiemu zbliżeniu przyjemność, ale może go wręcz uniemożliwić.

Michael Milburn i Sheree Conrad, autorzy książki „Inteligencja seksualna”, zgadzają się, że od przygody ważniejsze są stałość i bliskość. Seks, któremu towarzyszą, jest czymś więcej niż źródłem fizycznych doznań. Zwłaszcza dla kobiety. Według badania „Seksualność Polek” (z 2005 roku), przeprowadzonego przez Millward Brown SMG/KRC, tylko 18 proc. pań uważa, że seks bez miłości jest czymś naturalnym. Pozostałe traktują zbliżenie jako intymne i niepowtarzalne spotkanie mężczyzny i kobiety.

Co tydzień randka z mężem

Rutyna w łóżku, zanik spontaniczności, brak czasu lub nastroju, mała atrakcyjność partnera – to najczęstsze powody zmniejszenia apetytu na seks, jakie podają małżonkowie. Na wszystkie te problemy można jednak znaleźć remedium.

Na początek dobra wiadomość: często to nie nuda, ale zmęczenie rabuje nas z libido. Uczeni z Instytutu Masters&Johnson w St. Louis stwierdzili, że libido dwukrotnie częściej spada w związkach, w których oboje partnerzy robią karierę zawodową. Z kolei zdaniem respondentów Instytutu Kinseya, seks jest zbyt męczący po pracowitym dniu (tak uważa 60 proc. kobiet i 40 proc. mężczyzn). – To dlatego najchętniej i najczęściej kochamy się na urlopach albo w piątki i soboty. Nawet w niedzielę perspektywa poniedziałkowej pobudki odbiera nam chęć na amory – uważa Platowska. – A przecież także małżonkowie ze stażem mogą pozwolić sobie na tzw. szybki numerek.

Kolejna zmora – zawsze znajdzie się coś pilniejszego do zrobienia. Tymczasem amerykańska seksuolożka Dagmar O’Connor, autorka książki „Jak kochać się z tą samą osobą do końca życia i wciąż to lubić”, podkreśla, że seks to jedna z najważniejszych sfer naszego życia. Jest tak samo ważny jak przeczytanie gazety, obejrzenie wiadomości czy telefon do przyjaciółki. Warto zdać sobie z tego sprawę i czasem wybrać seksualną rozkosz zamiast jednej z tych aktywności. Dagmar O’Connor radzi, by partnerzy raz w tygodniu umawiali się na spędzenie wieczoru w sypialni. Kupili butelkę wina, zrobili kanapki z tuńczykiem i z takim wyposażeniem poszli do łóżka – prosto z pracy! W ten sposób zyskują co najmniej cztery godziny na bycie tylko ze sobą. W tym czasie – nago! – jedzą, piją, rozmawiają, przytulają się i… kochają, raz, dwa, nawet trzy razy – o ile przyjdzie im na to ochota. Jeśli nie, pogadają, pośmieją się, poopowiadają sobie różne historie, pobędą razem. To też wyjdzie związkowi na zdrowie.

– Takie cotygodniowe randki obalają mit, że to brak spontaniczności jest przyczyną nieudanego małżeńskiego seksu – dodaje Platowska. – Nie wiedzieć czemu tak usilnie przedkładamy bycie spontanicznym nad planowanie. A przypomnijmy sobie, jak przygotowywaliśmy się do naszych pierwszych randek, jak zastanawialiśmy się, w co się ubrać, co powiedzieć, gdzie się wybrać… Dlaczego nagle w małżeństwie staje się to wadą i koniecznie mamy być spontaniczni? W stałym związku seks nie jest czymś, co się „przydarza”, ale czymś, do czego świadomie dążymy, tworzymy sami. Planujmy więc różne romantyczne wypady, na przykład wyjedźmy do czasu do czasu do motelu – zmiana scenerii też dobrze nam zrobi.

Seks w małżeństwie powinien być tak samo samolubny, jak w czasach narzeczeństwa – wtedy myśleliśmy głównie o swojej przyjemności. Teraz też powinniśmy. Oczywiście nie kosztem partnera, ale za jego hojnym przyzwoleniem. Prośmy o wszystko, co sprawia nam przyjemność i przyspiesza puls. A potem odwzajemnijmy się tym samym. Dobry seks może połączyć tylko dwoje wyrozumiałych dla siebie, współpracujących egoistów. Egoizm w łóżku przekłada się bezpośrednio na odczuwaną przyjemność, a ta – na ochotę i częstotliwość stosunków. Wielu małżonków uważa, że pewnych rzeczy nie wypada im już robić. I zapomina o bogactwie form fizycznego obcowania, które uprawiali jeszcze przed ślubem. Zapominają o pieszczotach i pettingu, o seksie oralnym, o tym, że można się kochać szybko, na stojąco, w korytarzu, tuż przed wyjściem do pracy, tuż przed przyjściem gości... Że można się wzajemnie pieścić w samochodzie czy kinie, bo wspólnie przeżyty orgazm zawsze jest fajny – także ten bez penetracji. Zapominają o świntuszeniu choćby przez telefon, bo... „seks się robi, a nie o nim mówi”.

„Przywiązujemy się do stosunku jako tej jedynej i słusznej formy aktywności seksualnej stosownej dla  dojrzałych ludzi – a zwłaszcza małżeństw z dużym stażem – przez co inne sposoby kochania się uznajemy za gorsze. (...) I to jest właśnie droga, prowadząca do nudy” – pisze Dagmar O’Connor. Ale też zapewnia, nauczona doświadczeniem swoich pacjentów, że każda para może rozwinąć swój seksualny potencjał. I, że „dozgonna wierność seksualna może być bardziej ekscytująca, dawać więcej przeżyć i satysfakcji, niż wszystkie inne układy”.

  1. Seks

Związek w wibracji 3 - luksusowo nam

Trójka oznacza szczęśliwy, rozwojowy związek pełen nowych pasji. (fot. iStock)
Trójka oznacza szczęśliwy, rozwojowy związek pełen nowych pasji. (fot. iStock)
To może być naprawdę bardzo fajny związek, kreatywny i płodny pod każdym względem. Ludzie go tworzący mają szansę na szczęśliwy dom pełen dzieci i obfitość finansową. W negatywie "trójka" może przynieść w tych sferach życia poważne braki.

W wibrację trzy wpisana jest dobra komunikacja, inspiracja, twórczość, pasja, radość.

Cóż więcej potrzeba do szczęścia? Związek, któremu patronuje Cesarzowa, może przynieść konkretne, wymierne owoce. Powody do radości. Takie partnerstwo jest zmysłowe, jest dobry seks, cieszenie się przyjemnościami życia. Pieniądze, luksus... Komfortowy dom, dzieci, rodzina, stabilizacja. Między ludźmi pojawia się cały czas potrzeba nowych doznań. Nie poprzestają na tym, co już mają. Przez życie prowadzi ich świadomość, że coś się zaczyna, dojrzewa i przemija. I jest zgoda na to. Partnerzy dążą do jeszcze czegoś, czegoś nowego, wyglądają tego, co ma jeszcze się zdarzyć. Taki związek jest rozwojowy.

Cesarzowa daje szczęście, mówi, że wszystko w swoim czasie się zrealizuje. Są podstawy, żeby cieszyć się życiem. Trójka zawsze oznacza plony, płodność. To może być trwałe, szczęśliwe małżeństwo, ważne ogniwo w rodzinnym łańcuchu pokoleń. Zdarza się też, że ludzie połączeni tą wibracją razem prowadzą biznes, przyciągając spore pieniądze.

Przy negatywnych wibracjach "trójki", kiedy Cesarzowa jest kartą odwróconą, pojawiają się blokady, zahamowania w sferze seksu oraz materii. Kobieta i mężczyzna mogą mieć problemy ze spłodzeniem dziecka czy karierą. Brak jest spełnienia i poczucia bezpieczeństwa. Trójka w negatywie może przynieść lenistwo, fałszywą moralność, pruderię, przyziemność, zdradę, biedę.

  1. Seks

Pierwszy raz po trzydziestce

- Seksualność to nie wyczyn sportowy, a i w sporcie trzeba długo ćwiczyć, uczyć się, poznawać siebie i swoje możliwości - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
- Seksualność to nie wyczyn sportowy, a i w sporcie trzeba długo ćwiczyć, uczyć się, poznawać siebie i swoje możliwości - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Jest wiele pierwszych razów. Pierwszy raz po przerwie, na trzeźwo, z nowym partnerem. Pierwszy raz bez udawania. No i pierwszy raz wcale nie nastolatki – gdy czasem w seksie debiutuje trzydziestka. Co je wszystkie łączy? I jak sprawić, by były jak pierwszy bal? – mówi Katarzyna Miller

Gdy moja znajoma menedżerka zakochała się, zdała sobie sprawę, że od lat uprawia seks tylko po alkoholu. A ponieważ z tym mężczyzną chciała iść do łóżka na trzeźwo, poczuła się tak, jakby to miał być jej pierwszy raz... I wzruszyła się, i przestraszyła... Pierwszy raz na trzeźwo po wielu nietrzeźwych razach jest jeszcze trudniejszy niż prawdziwy pierwszy raz. Kobiecie wydaje się, że coś już wie, coś potrafi, a nic nie wie i nic nie potrafi. Tego, czego nauczymy się po pijaku, nie umiemy na trzeźwo. Gdy próbujemy, gorzej nam wychodzi. Gdyby było inaczej, już w szkole, w pierwszej klasie, stawialibyśmy przed dziećmi na ławkach po piwku i mówili: „a teraz wszystkie dzieci równiutko wypijają i już bierzemy się do tabliczki mnożenia”.

Czy więc na trzeźwo możemy mieć inne upodobania erotyczne, inny temperament? Może tak być, bo nie tak wiele dziewczyn ma odwagę, żeby być w łóżku, w ogóle w życiu sobą. Coraz częściej robią karierę, awansują i czują, że muszą być wciąż „hej do przodu”. Z domu wyniosły najczęściej wór kompleksów i lęków, cały czas udowadniają więc, że są świetne, że nadążają za resztą lub ją wyprzedzają... Są naprawdę świetne, ale nie dowierzają temu, a mężczyznom, rywalom w pracy, wcale nie zależy na tym, żeby one się pewniej poczuły. Bywają więc zmęczone i nadwrażliwe, a w sferze intymnej brak im pewności siebie, bo tej sfery nikt ich nie uczył rozwijać. Więc drinkują, łykają proszki itp. Wtedy jednak to alkohol albo tabletki robią za nie to coś. A kiedy potem budzą się rano, czują się jeszcze gorzej, brzydsze, głupsze... No nie ma to sensu. Trzeźwość to też warunek poznania siebie. Jeśli chcę wiedzieć, czy ten mężczyzna mi się podoba, czy lubię się z nim kochać, czy lubię to tak robić, muszę wsłuchać się w swoje ciało. A do tego trzeba być z ciałem, sobą w kontakcie, trzeba być przytomną.

Jak się zabrać – i to na trzeźwo – do tego pierwszego razu, gdy mamy za sobą zły związek, bolesny rozwód i kilkuletnią abstynencję seksualną? Nie udawać kogoś, kim się nie jest, nawet jeśli ten pierwszy raz ma być przez to ułomny. Sama się o tym przekonałam dawno temu. Spotkałam mężczyznę, który już od jakiegoś czasu mi się podobał i któremu ja się podobałam. Poszliśmy do łóżka, a wtedy on spytał: „denerwujesz się?”. Gdybym powiedziała prawdę, że się denerwuję, wstydzę, że bardzo mi zależy, to połowa strachu by minęła. Ale ja zełgałam: „nie!”, a on się zdziwił i powiedział, że mi nie wierzy. Bo on się denerwuje. Gdybym poszła z nim do łóżka jeszcze raz, byłabym w tym łóżku sobą, nawet gdyby seks miał być z tego powodu gorszy. Nie wysłałabym w swoim zastępstwie jakiejś dziwnej, obcej panienki. I ta znajomość inaczej by się potoczyła.

 
Ale po co mówimy o pierwszym razie po przerwie, kiedy wciąż słyszę od koleżanek singielek, że nie ma z kim go sobie zafundować, bo brak atrakcyjnych mężczyzn. Dla dziewczyn wykształconych, z pozycją to strasznie ważny wątek: mężczyzna musi być kimś. Więc ona go obejrzy ze wszystkich stron. A jak go obejrzy i on jej zaimponuje, to wtedy ona się przerazi, że jak on taki wspaniały, to na pewno jej nie zechce. Zacznie więc udawać lepszą, niż jest. A jak ona udaje, to on dostaje nie ją, tylko kogoś udawanego, kogo nie ma. I ona to czuje, że on nie ją chce, tylko tę drugą…

Bo ona za tym pierwszym razem tak bardzo chciała dobrze wypaść, że przesadziła i poszła w seks rodem z filmów porno. Na przykład. Nawet w naszym katolickim kraju kobiety mają wmówione, że muszą coś umieć, być seksualnie sprawne. Wymyślają więc jakieś scenariusze i kostiumy. Chcą za dużo dawać. Tymczasem nie wolno dawać za dużo, bo się zawsze przeszarżuje. No i zdarza się robienie laski na dzień dobry. Rozumiem kobiety, czasem są wychowane na ofiary i dają się lekceważyć albo chcą być superkochankami i zdarza się im zagalopować. Ale mężczyzna, który tego chce od razu na początku, to dupek, egoista, zepsuty przez mamusię czy wszystko jedno przez kogo. On nie ma grama wiedzy na temat kobiet ani sympatii dla nich. Z nim nie warto więcej się spotykać.

No, ale co z wolnością seksualną, brakiem tabu, wyzwoleniem z kostiumu grzecznej dziewczynki, porządnej kobiety? Seksualność to nie wyczyn sportowy, a i w sporcie trzeba długo ćwiczyć, uczyć się, poznawać siebie i swoje możliwości. Żeby nasza seksualność mogła się zdrowo rozwijać, pewne dobre rzeczy muszą się wydarzyć. Kiedy dwoje ludzi się poznaje, zaczyna spotykać, chce ze sobą być, to najlepiej, gdy odbywa się między nimi miłosny taniec. Gdy powoli zbliżają się erotycznie do siebie. Najpierw pójdą do kina, wezmą się za ręce, potem na spacer, poprzytulają się, potem pocałują, potańczą, a potem pójdą do łóżka. A jeśli do tego szczerze się sobie przyznają, czego się obawiają, jeśli któreś poprosi: bądźmy dla siebie życzliwi, to już zaczęli ze sobą szczęśliwe życie. Bo seksualność powinna narastać, toczyć się. Natomiast jak coś sobie wymyślamy i chcemy, żeby się spełniło, to tak się nie dzieje.

 
W takim razie: co nam w łóżku wolno za pierwszym razem? No to, co się uda. Co się zdarzy. Znam dziewczyny, które traciły cnotę, mając lat 12, bo nie wiedziały, kiedy powiedzieć „nie”, i znam takie, które są cnotliwe, choć mają lat 30, bo nie wiedzą do tej pory, na co, kiedy i jak facetowi i sobie pozwolić. Te drugie wyniosły z domu przekonanie, że seks to grzech albo znój dla kobiety – bo tak im go pokazała matka. No a potem, kiedy już są dorosłe, to się wstydzą, że jeszcze są dziewicami, i nie potrafią się na seks odważyć.

Ja zawsze na początek mówię im, że skoro tyle poczekały, to nie musi się to stać za tydzień. Trzeba spokojnie zastanowić się, czy nie pójść do ginekologa, nie sprawdzić, czy może ta błona dziewicza jest tak niewielka, że da się ukryć przed partnerem, że to debiut? Bo czemu tego nie zrobić, jeśli to dla kobiety wstyd? Przecież nie trzeba kłamać, wystarczy powiedzieć mężczyźnie: o swoim życiu seksualnym nie chcę mówić.

Trudno być 30-letnią dziewicą w świecie epatującym seksem? Na każdą kobietę to, że jest nadal dziewicą, wpływa inaczej. Jeśli ma przyjaciół, dobrą pracę, w ogóle dobrze żyje, to trzeba jej tylko pomóc oddemonizować seksualność. Ona też tak bardzo nie różni się od kobiet, które sypiają z mężczyznami, ale nie mają orgazmu, albo nie lubią seksu, tylko udają, że lubią... Ona ma nawet od nich lepiej, bo przed nią jest coś nowego. Najważniejsze, żeby zaczęła o sobie dobrze myśleć: „jestem jeszcze dziewicą, to znaczy, że mam przed sobą bardzo ciekawe doświadczenia”. Moim zadaniem jest pokazać jej, jak skorzystać z tego, co potrafi w innych sferach życia, jak przenieść te umiejętności w sferę relacji damsko-męskich. Trzeba zbudować mosty między tym, co umie jako pracownica, szefowa, przyjaciółka, siostra, a tym, czego jeszcze nie umie jako kobieta kochanka, czyli np. randkować, flirtować, droczyć się, ale i otworzyć, zaufać. Odkryć związek między osobą, którą jestem, gdy robię to, co umiem, a osobą, którą jestem, gdy chcę zrobić coś, czego jeszcze nie umiem – to bardzo ważne.

Czy późne debiutantki mogą mieć satysfakcjonujące seksualnie związki? O tak! Często mam rozkoszne poczucie, że jestem swatką, akuszerką ich seksualności. Taka dziewczyna to dla porządnego, dobrego mężczyzny bomba. Nie dlatego, że to dziewica, ale dlatego, że jest otwarta na szczere spotkanie. A jeśli ten mężczyzna okaże się przyjazny i serdeczny, będą oboje jak Jaś i Małgosia, którzy biorą się za ręce i ruszają odważnie w ciemny las. Już niejedną taką parę wyprawiłam we wspólne życie.

Czy pierwszy raz powinien decydować o tym, co będzie dalej z mężczyzną i kobietą, czy będą razem? Czasami powinien, a czasami nie. Powinien, kiedy partner okazał się brutalny, nie liczył się z kobietą. Nie mówiąc już o takich podstawowych rzeczach jak to, że ona go nie lubi. Jak ci się zrobi niefajnie w jego towarzystwie: tu kadzi, a tu nagle ironicznie dogada, bo zachowałaś się nie tak, jak on by chciał, to się wycofaj ze znajomości. To się nie poprawi, to się może tylko pogorszyć. On może przeprosić, ale zaufaj swojej wrażliwości, jeśli ona pokazuje, że on ci nie pasuje.

A jeśli jest jako kochanek nieporadny? Kiedy mężczyzna mówi: „strasznie się przejmuję”, albo: „tak mi na tobie zależy, że nie wiem, co mi z tego wyjdzie”, albo tak bardzo cię chciał i tak się strasznie ucieszył, że będzie cię miał, że „zwiądł mu jak lilia” – to go wcale nie skreśla. Przeciwnie. Jeśli mężczyzna pokaże, że jest czuły, szczery, uczciwy, warto go wybrać. Dziewczyny mówią czasem o takim mężczyźnie: nudny. Ale to znaczy, że jeszcze są szalenie głupie i szykują sobie niedobry los. Bo za pierwszym razem nie musi być szalona jazda, orgazm albo tak, żeby się „ziemia przewróciła”, lecz potrzebna jest przyjemność z wzajemnej obecności, dotyku, pieszczot, całowania, narastającej bliskości. Źle jest, kiedy tego nie ma, a jeszcze mężczyzna po seksie odchodzi. Takie doświadczenia wzmacniają złe przekonania kobiety na swój temat. Ona często wtedy myśli: „to dlatego, że wcale nie jestem fajna ani atrakcyjna. Nie umiem się kochać!”. A warto, żeby pomyślała: „to nie jest facet dla mnie”.

A więc jeśli początek jest czuły, choć nie porywający, warto postawić na ciąg dalszy? Trzeba się poznawać, dopasować. Jak z kimś jedziesz na dzień, dwa, to za mało. Ale jak będzie powtórka w tym samym łóżku, może być dużo lepiej, bo jemu odpadnie strach przed oceną. Oboje już wtedy możecie być zwyczajni. Nie wymyślajmy jakichś niezwykłych scenariuszy, nie produkujmy nierealnych wyobrażeń. Nie wierzmy filmom. Bo wtedy czeka nas tylko zawód. Kierujmy się i uważnością, i intuicją. Dobrze też kobietom robi, jak się dowiedzą prawdy o innych. O tym, że na przykład ta śliczna blondynka też z nikim trzy lata nie spała, a ta fajna brunetka nie jest pewna, czy wie, co to orgazm. Bo kiedy wiemy, że inne kobiety też mają kłopoty, kompleksy, łatwiej nam pozbyć się poczucia gorszości. A z tym poczuciem trudno o udany seks, wszystko jedno: pierwszy czy tysięczny raz. Dlatego rozmawiajmy ze sobą, mówmy o problemach, o seksie, i to szczerze.