1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Porozmawiajmy o waginie

Porozmawiajmy o waginie

W naszej kulturze niestety nadal rozpowszechnione jest przekonanie, że seksualność w kobiecie pojawia się wraz z mężczyzną.(Fot. iStock)
W naszej kulturze niestety nadal rozpowszechnione jest przekonanie, że seksualność w kobiecie pojawia się wraz z mężczyzną.(Fot. iStock)
Czym jest dla ciebie seksualność? A seks? Co uważasz w nim za normalne, a co za wyuzdane, chore i zdecydowanie nie dla ciebie? I wreszcie – kluczowe pytanie – czy kochasz „swoją najintymniejszą”?

Voca Ilnicka jest z wykształcenia polonistką. Jak wiadomo, polonista to nie zawód. No ale można na przykład pisać. Choćby o seksualności. Kilka lat temu założyła więc portal o takiej tematyce. – Nie podobało mi się przekonanie, rozpowszechniane w kulturze, że seksualność w kobiecie pojawia się wraz z mężczyzną. Jak na pstryknięcie. Że bez niego kobieta nie jest istotą seksualną – mówi. – Nie dość, że zwykło się stawiać znak równości między seksualnością a seksem, to jeszcze ten ostatni przedstawiany jest najczęściej z punktu widzenia mężczyzny. Dla większości mężczyzn – również seksuologów czy psychologów – seks to po prostu penis w waginie. Takiej konfiguracji dotyczą chociażby badania na temat kobiecego orgazmu. A przecież kobiety osiągają orgazm również w inny sposób...

Zrozumiała, że wiedza o kobiecej seksualności nie jest obiektywna. Że to tylko punkt widzenia patriarchatu. Że potrzebna jest kobieca perspektywa. – Czasem, śledząc media, mam wrażenie, że od czasów Freuda niewiele się zmieniło. Mężczyźni ochoczo wypowiadający się o tym, co kobiety lubią, czują... Nawet jeśli zmienia się coś w nauce, obyczajowość jest wciąż ta sama, skrojona na męską miarę – twierdzi Ilnicka. – Pamiętam, jak po przeczytaniu jakiegoś opowiadania erotycznego moja koleżanka oburzyła się, że ludzie takie głupoty wymyślają. Pięć orgazmów z rzędu, też coś! Na co druga powiedziała z uśmiechem: „Wiesz, można mieć i 40”.

Uznała, że ma wystarczającą wiedzę, żeby zacząć się nią dzielić. Że może rzucić nowe światło na kobiecą seksualność... Zwłaszcza że wie, ile barier jest do pokonania. Jak długą drogę trzeba przejść, żeby powiedzieć sobie: „jestem w porządku”. Zamieszczając teksty na portalu – własne i czytelniczek – w którymś momencie zapragnęła też bezpośredniego kontaktu. Chciała stworzyć przestrzeń dla kobiet gotowych do tego, żeby eksplorować temat, lepiej poznać siebie, mówić o doświadczeniach, wątpliwościach... To może warsztaty? Nazwała je „Wagina wyemancypowana”. – Zależało mi na tym, żeby bronić tej sponiewieranej waginy, niemalże na sztandarach ją umieszczać. Z feministki stałam się waginistką – wspomina. Potem złagodniała, zmieniła nazwę na „Porozmawiajmy o seksualności”. W końcu chodzi głównie o pełne empatii rozmowy.

Medycznie i romantycznie

Nie, nie każe przynosić lusterek. Nie ma oglądania „tego tam”, między nogami. Ale uważa, że dobrze jest przynajmniej znaleźć dla „swojej najintymniejszej” własną nazwę. Taką, która nie będzie krępować, zawstydzać. Odrzucać, mierzić. Która gładko przejdzie przez usta. No, może nie za pierwszym razem... Mówi, że gdyby wygrała milion, opłaciłaby kampanię na mieście – z billboardami „Kocham swoją waginę”. Tak właśnie kończy jedno ze zdań wypisanych na warsztatowym flipcharcie. Potem kolej na nas, uczestniczki. Uzupełniamy:

Idąc na warsztaty, myślałam... Kobieta wyzwolona według mnie to... Gdybym wygrała milion... Zabawki seksualne to dla mnie... Książka/film, który chcę wam polecić... Gdy rano patrzę w lustro... W związku z seksualnością czuję... Kobiecość to dla mnie... Na wakacje najchętniej pojechałabym...

Teraz praca w parach. Mówimy o swoich oczekiwaniach co do warsztatów. O obawach. O tym, co możemy wnieść do wspólnej przestrzeni. Wreszcie każda z nas referuje w kręgu, co usłyszała od koleżanki. Przy okazji więc lekcja uważności, empatii. Będziemy przecież przez te parę godzin blisko siebie... Voca Ilnicka podkreśla, że nie ma głupich pytań. Że jest całkowite przyzwolenie na emocje. I że obowiązuje zasada dyskrecji. Przyznaje, że sama długo czuła opór przed rozmawianiem z kobietami o seksualności. Bała się, że mogą to wykorzystać przeciwko niej: – Co ciekawe, jako nastolatka poruszałam tego rodzaju tematy z mężczyznami. Ale niektórych słów nie wymawiałam. Choćby „miesiączka”, że o „waginie” czy „cipce” nie wspomnę.

No właśnie. Trudno pójść dalej bez oswojenia „tego miejsca”. Przynajmniej na poziomie języka. Tworzymy więc listę z nazwami, każda swoją. Potem trzeba ją ujawnić, wypowiedzieć zapisane słowa na głos. Ale – żeby nie było za łatwo – odczytujemy te z listy koleżanki. Niektóre terminy są dość oczywiste („pochwa”, „wulwa”, „srom”, „łono”, „kobiece genitalia”), inne zaskakujące. Niektóre romantyczne („cienista dolina”, „jaspisowa grota”, „muszelka”, „różyczka”, „ogród rozkoszy”), inne dużo mniej („dziura”, „nora”, „bober”, „kluska”, „rura”). Wyodrębnia się kategoria owocowo-warzywna („nektarynka”, „śliwka”, „truskaweczka”, „ziemniak”, „cytrynka”). Jest też „firletka”, „pusia”, „paprotka”, „gniazdko”, „zośka”...

Czas na mężczyzn. Okazuje się, że mogą mieć „ogon” i „gnat”, „korzeń” i „wisior”, „pytonga” i „fistaszka”... To ćwiczenie może być zabawne – dla niektórych. Może też budzić opór, niechęć, niesmak. Chodzi o to, żeby zrozumieć, jak bogatymi zasobami językowymi dysponujemy. Możemy zdecydować, co z tym zrobić. Dlatego na koniec każda wybiera trzy ulubione terminy. Wygrywa „wagina”, „joni” i – nieoczekiwanie – „cipka”. A w drugiej kategorii „penis”, „członek” i „lingam”. Uff, próg językowy przekroczony.

Cud pochwy

Wiele rzeczy da się też powiedzieć bez słów. Voca Ilnicka proponuje kolejne ćwiczenie. Bierze białą taśmę, dzieli salę na pół. Jedna połowa reprezentuje „ja” (moje doświadczenia, przekonania, zwyczaje), druga „nie-ja” (to, co mnie nie dotyczy). Teraz, zajmując miejsce w jednej lub drugiej połówce, bliżej lub dalej linii, możemy odnieść się do wygłaszanych przez prowadzącą stwierdzeń:

W moim domu seks był tematem tabu. Moją łechtaczkę odkryłam w przedszkolu. Uważam, że kobieta zawsze może odmówić seksu. Mój wibrator schowany jest na dnie szuflady. Lubię koronkową bieliznę. Kiedy jako nastolatka chciałam kupić podpaski, a sprzedawcą był mężczyzna, rezygnowałam z zakupu. Chętnie odwiedzam sklepy erotyczne. Lubię oglądać filmy erotyczne, czytać opowiadania o takiej tematyce. Wstydziłabym się kupić prezerwatywę.

Wiemy już o sobie naprawdę dużo. Ciało, przemieszczając się po sali, opowiedziało o tym, jak wyglądała nasza edukacja seksualna. Pora pójść dalej, zobaczyć, jak teraz o nią zadbać. Oglądamy krótki film z Betty Dodson (rocznik 1929!) i Carlin Ross – jako przykład tego, jak można rozmawiać o seksualności. Bez pruderii, z humorem, lekkością.

– Przez lata Dodson miała kompleks warg sromowych. Uważała, że jej są zdeformowane przez masturbację, chodziła na terapię – opowiada Ilnicka. – Do czasu, kiedy nowy kochanek zapewnił ją, że wszystko ma jak trzeba. Nie dość, że została w kwadrans uleczona, to jeszcze zaczęła fotografować i rysować kobiece genitalia, żeby inne kobiety miały świadomość ich różnorodności. Przez lata prowadziła warsztaty dla kobiet na temat masturbacji.

Takich niezwykłych edukatorek Stany Zjednoczone doczekały się całkiem sporo. Choćby Nancy Friday, specjalistka od kobiecych fantazji seksualnych. Deborah Sundahl, wyspecjalizowana w kobiecej ejakulacji. Czy Sue Johanson, która podpowiedziała kobietom, jak wykonać wibrator z... elektrycznej szczoteczki do zębów. No i pisarki. W pierwszym rzędzie Eve Ensler z „Monologami waginy”. Wspomina w nich między innymi o „cudzie pochwy”, czyli o spotkaniu z lusterkiem („Miałam ochotę leżeć tam, na macie, z rozłożonymi nogami, i bez końca wpatrywać się we własną pochwę”). Zadaje też kobietom zaskakujące pytania: Gdyby twoja wagina się ubierała, co by nosiła? Jak pachnie? Gdyby umiała mówić, co by powiedziała?

W wyjątkowym kompendium „Wagina. Kobieca seksualność w historii kultury” Catherine Blackledge pisze o tym, że w średniowiecznej Europie kurtyzany używały intymnych wydzielin jako perfum. I przyznaje, że sama ma dwa ulubione zapachy: „Smakowity zapach placka ziemniaczanego z mięsem, pieczonego w kuchni mamy, oraz mocny, upojny zapach mojej pochwy. Zapach miłości rodzinnej i zapach miłości cielesnej”. Blackledge przywraca waginie szacunek. Jako biolożka opisuje ją z anatomicznego punktu widzenia. Ale przywołuje też wiele mitów dotyczących kobiecego organu, który przez wieki traktowany był jako symbol płodności. Źródło życia. To miejsce, którędy przyszliśmy na świat, więc kalanie i nadużywanie pochwy (i kobiet) oznacza zwrócenie się przeciw życiu.

Tak, nie, może

Poza filmami i książkami Voca Ilnicka pokazuje nam różne kobiece gadżety ze swojej prywatnej kolekcji. Kubeczek menstruacyjny  alternatywa dla podpasek i tamponów), kulki gejszy, masażery łechtaczki, wibratory. Możemy zaspokoić swoją ciekawość, uruchomić przycisk... Sprawdzić, czy to dla nas. Jak pisze Blackledge we wspomnianej książce, wibrator pojawił się w USA jeszcze w XIX wieku. Szybko stał się piątym sprzętem gospodarstwa domowego zasilanym prądem (po maszynie do szycia, wentylatorze, czajniku i tosterze). W Polsce wciąż budzi zakłopotanie. – Nikogo nie namawiam do korzystania z tych zabawek, ale wiem, że kobiety są ciekawe. A wiele z nich nigdy nie przekroczyło progu sklepu erotycznego – mówi Ilnicka. – Dobrze jest wiedzieć, jaki mamy wybór.

Dobrze jest też ustanowić własny cel seksualny – coś, co możemy osiągnąć w krótkim czasie niewielkim nakładem sił. Może chodzi o jakąś fantazję, którą gotowa jesteś zrealizować? Może chcesz przekroczyć jakąś granicę? A może poprawić swoją komunikację z partnerem? W tym ostatnim przypadku Voca Ilnicka radzi użyć kartki podzielonej na trzy części: „tak”, „nie” i „może”. Zamierzacie poruszyć tematy w rodzaju: „Czy masz ochotę na...?” – w odpowiedzi wystarczy wpisać znaczek do wybranej rubryki.

Na koniec mamy się zastanowić, jakie wspierające zdanie o seksualności chciałybyśmy usłyszeć. Siadamy kolejno na poduszkach na środku sali, zamykamy oczy. Pozwalamy, by inne kobiety podchodziły, by ich słowa wpływały do naszych uszu, do serca. O tym, że seksualność jest OK, że jest źródłem radości i siły.

A ty? Co chciałabyś na ten temat usłyszeć?

Voca Ilnicka edukatorka seksualna, trenerka, feministka. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kobiety odzyskują moc – postać czarownicy wraca

- My wszystkie, często dosłownie, jesteśmy potomkiniami czarownic. Potrzebujemy uznania historii tych kobiet. Je naprawdę torturowano i palono, paląc tym samym jakąś część w nas - mówi psycholożka Agnieszka Kramm. (Ilustracja: Adriana Dziewulska)
- My wszystkie, często dosłownie, jesteśmy potomkiniami czarownic. Potrzebujemy uznania historii tych kobiet. Je naprawdę torturowano i palono, paląc tym samym jakąś część w nas - mówi psycholożka Agnieszka Kramm. (Ilustracja: Adriana Dziewulska)
My wszystkie, często dosłownie, jesteśmy potomkiniami czarownic. Potrzebujemy uznania historii tych kobiet. Je naprawdę torturowano i palono, paląc tym samym jakąś część w nas – mówi psycholożka Agnieszka Kramm.

Jaka jest archetypiczna wiedźma?
O wiedźmach i czarownicach najwięcej wiemy oczywiście z bajek. Dla mnie zawsze pierwszym i najbardziej charakterystycznych tropem było to, że one są brzydkie. Mają brodawki, żółte pazury, krzywe nosy, garb. Jest bajka, którą bardzo lubię, o Wasylisie – można ją znaleźć w „Biegnącej z wilkami” Clarissy Pinkoli Estés. Wasylisa idzie do lasu po ogień, do czarownicy, bo kiedy w domu gaśnie ogień, wiadomo, że tylko ona może go wykrzesać.

Innym tropem jest to, że czarownica mieszka zwykle poza granicami miasta: w górach, głęboko w lesie, w chatce na kurzej łapce, albo w ogrodzie, w którym rosną różne magiczne zioła. Dla mnie te dwa tropy są jasną wskazówką, że wiedźma reprezentuje moc, i to moc, która jest mało usocjalizowana. Trochę nie wiadomo, co było pierwsze. Czy to najpierw ona została wyrzucona poza nawias społeczeństwa i niejako „zdziczała”, czy też miejsce zamieszkania było jej wyborem, bo ona już sama z siebie jest dzika i nieposkromiona.

Czarownice znajdują się totalnie poza kanonem miłej, ładnej i grzecznej kobiety czy dziewczynki, która się podporządkowuje. Wiedźma wie, że nie musi być ładna – tak rozumiem te wszystkie brodawki i pazury. Reprezentuje dziką część w każdej z nas, tę właśnie „z pazurem”. Bo jeśli wiedźma czegoś nie chce, to tego nie zrobi albo nie da. Trzeba się postarać, zapracować na jej zaangażowanie. Ona nie zgadza się na wszystko i ma dużo do powiedzenia. A jak trzeba, tupnie nogą albo drapnie pazurem.

Czarownice czy wiedźmy niczego się nie boją, może dlatego budzą lęk.
Ten lęk dotyczy też tej części w nas samych, która została nam odcięta. Socjalizacja spiłowała nam pazury. Kobietom przez długie wieki nie wolno było być silnymi, mieć moc. Musiały być bezradne, podporządkowane i zależne. Warto odwołać się do realnej historii, jaką było polowanie na czarownice, by pokazać, że za dostęp do tej części siebie, która wie i jest pewna swego, kobiety wieki temu były karane torturami i śmiercią.

A miotła i latanie na niej – czego jest symbolem? Wolności? W snach motyw latania to bardzo dobry znak, mówi o tym, że jesteśmy w dobrym dla siebie momencie.
Zgadza się. Nigdy nie zastanawiałam się, dlaczego to była akurat miotła, ale z pewnością chodziło o coś, co było pod ręką i na czym można było latać. A skoro miotła od wieków stanowiła coś w rodzaju atrybutu kobiety, która krząta się i sprząta, to cudownie jest wykorzystać ją do czegoś innego, twórczo przekształcić.

Latanie rzeczywiście symbolizuje wolność, bycie ponad, poza, ale też dostęp do innej rzeczywistości, do rzeczy niebanalnych i niecodziennych. A wiedźmy zawsze miały dostęp do leczenia, przewidywania przyszłości, do sił natury i do dzikości.

Jak zauważa eseistka Mona Chollet, czarownice towarzyszą nam tylko w dzieciństwie. W dorosłości zostają wycięte z naszego życia. Czasem tylko sięga się po nie, by doprowadzić nas do porządku. Słyszymy: „Wyglądasz jak czarownica”, czyli: jesteś nieuczesana i nieumalowana. Albo: „Zachowujesz się jak wiedźma”, czyli jesteś złośliwa, niemiła.
Wiedźma jest jednym z aspektów bycia kobietą. Silną, mocną, wyrazistą, zamaszystą, ognistą, sięgającą po to, co chce, śmiejącą się głośno, dużą. Jej się nie da włożyć w sztywne ramy, zawsze będzie wystawać.

Co widać w popkulturze. Coraz więcej filmów i książek, także tych dla dorosłych, mówi o spotkaniu z czarownicą. O zaprzyjaźnieniu się z nią. Na początku mówimy: „Czarownica to nie ja”, a potem zmieniamy zdanie. W ten sposób ją jakoś oswajamy?
Bycie wiedźmą to dla mnie także pozwolenie sobie na bycie sobą: złą, słabą, wkurzoną, nieogoloną.

Kobiety od jakichś stu lat odzyskują prawa do bycia sobą i do pełnienia ważnych ról społecznych. Dlatego dla mnie współczesnymi czarownicami były choćby: Virginia Woolf, Maria Skłodowska-Curie czy Amelia Earhart. Kobiety, które nie bały się być inne i zdobywać sławę w dziedzinach do tej pory zarezerwowanych dla mężczyzn.

Mówi się, że kobiety wreszcie odzyskują swoją moc. Może dlatego postać czarownicy wraca.
I co ciekawe, my odzyskujemy tę moc zbiorowo. Duża w tym zasługa kręgów kobiet, warsztatów. Wszystkie protesty kobiet, które odbywają się na całym świecie od dobrych stu lat, to dla mnie właśnie wyraz zbiorowego odzyskiwania siły i mocy, umocnienia naszego sprzeciwu. I nawet gdy wykrzykujemy to „nie” czasem w nieparlamentarny sposób, to ja się temu nie dziwię. Skoro przez wieki było tłumione, naturalne, że wychodzi z nas „nieładnie”.

Dziś kobiety świadomie odnoszą się do archetypu czarownicy, bo jest dla nich interesujący i fajny. Czują, że jest w nim coś, co zostało nam zabrane, a co teraz odzyskujemy. Niedawno znalazłam zabawne piny z czarownicą do wpięcia w kurtkę, kupiłam je i noszę teraz z dumą.

Mam taką teorię, że bardzo popularna dekadę temu zołza była swoistym zwiastunem wiedźmy.
Ja to widzę tak: wiedźma jest w każdej z nas i jeśli jest w nas stłumiona i niemile widziana, to czasem wychodzi na wierzch w taki zołzowato niefajny, złośliwy sposób. Dużo lepiej jest z nią współdziałać i wyrażać siebie wprost. Ale niewątpliwie zołza jest etapem dojścia do wiedźmy. W książkach typu „Mężczyźni wolą zołzy” było to już widać. Opisywano w nich zołzy jako kobiety, które stawiają na swoim.

Czyli wiedźma jest jedną z naszych wewnętrznych postaci?
Dlatego kobietom tak często się śni. Na przykład że je goni, a one przed nią uciekają. To dowód na to, że ona chce, byśmy ją zaakceptowały, zobaczyły. Czasem potrzebujemy siły, niezgody. Ale też głębokiej intuicji, poznania siebie, stawiania granic – to wszystko ma w sobie nasza wewnętrzna wiedźma. Ona wie, gdzie są jej granice, i jak ktoś je przekracza, huknie i nawet nie będzie się zastanawiać. Tak też instynktownie reagują zwierzęta, a wiedźma, jak już mówiłam, ma w sobie tę pierwotną, instynktowną dzikość.

Myśli pani czasem o sobie jako o wiedźmie?
Z pewnością spotykam kobiety, które tak o sobie myślą, ale czy sama bym się do nich zaliczyła? Ja bym chyba nie śmiała tak o sobie powiedzieć, bo wiedźma to dla mnie wyższy stopień zaawansowania. Raczej nią bywam, czerpię z jej zasobów. Ale nadal jest mi do niej daleko w tym sensie, że wiedźma jest blisko związana z naturą: nie boi się jej, nie boi się też ciemności. Kultura nam to zabrała, mnie też. Jak już będę wiedziała, że mogę iść na tydzień do lasu i nawet przez sekundę nie odczuwać obawy o to, czy sobie tam poradzę, to będę mogła powiedzieć o sobie, że jestem wiedźmą. Tylko wtedy.

Autorka książki „Polowanie na wiedźmy” Kristen J. Sollée podaje przykład włoskiego miasteczka Triora, w którym w XVI wieku odbył się największy proces czarownic w historii Włoch. Śmierć z rąk inkwizytorów poniosło kilkadziesiąt kobiet. Obecnie te kobiety są miejskimi bohaterkami, co roku odbywa się tam festiwal czarownic, Triora jest dumna z tego, że je miała. Przywrócono je do społeczności.
Ja nazwałabym to nawet ich odzyskaniem. Pamięta pani pewnie te transparenty pojawiające się podczas protestów: „Jesteśmy wnuczkami tych czarownic, których nie udało się wam spalić”. My wszystkie, często dosłownie, jesteśmy potomkiniami czarownic. Potrzebujemy uznania historii tych kobiet. Je naprawdę torturowano i palono, paląc tym samym jakąś część w nas. To jest zbiorowa kobieca trauma i tego typu inicjatywy rozpoczynają gojenie się tej traumy.

Agnieszka Kramm psycholożka, psychoterapeutka, trenerka, coach. Pracuje w nurcie POP, szczególnie lubi pracować z mitem życiowym. Organizuje warsztaty dla wiedźm i kobiet poszukujących mocy osobistej. Więcej na www.miejscekobiet.pl.

  1. Psychologia

Wiedźma – odkryj ją w sobie!

Bo czarownicą jest każda kobieta, która wyłamuje się ze schematu: nie chce mieć dzieci, nie wychodzi za mąż, wykonuje tak zwany męski zawód, jest dumna ze swoich siwych włosów i zmarszczek. (Ilustracja: Adriana Dziewulska)
Bo czarownicą jest każda kobieta, która wyłamuje się ze schematu: nie chce mieć dzieci, nie wychodzi za mąż, wykonuje tak zwany męski zawód, jest dumna ze swoich siwych włosów i zmarszczek. (Ilustracja: Adriana Dziewulska)
Czarownica jest jednocześnie znawczynią zaklęć i uzdrowicielką, kobietą demoniczną i boską, nikczemną magiczką i niewinną ofiarą okoliczności. Jest zmyślona i realna: to wytwór wyobraźni i ktoś równie prawdziwy co ty i ja – pisze Kristen J. Sollée. Pora odkryć ją w sobie.

Mona Chollet, francusko-szwajcarska dziennikarka i eseistka, już jako dziewczynka uwielbiała czarownice. Ich istnienie było dla niej dowodem na to, że „łagodna uroda czy szczebiocząca uprzejmość nie są jedynym przeznaczeniem kobiety”. Ulubioną była Furkota z książki „Dzieci szklarza” Marii Gripe. Furkota mieszkała w chacie na szczycie wzgórza, osłoniętej starą jabłonią. Zawsze chodziła w płaszczu z peleryną, która furkotała na wietrze przy ramionach jak wielkie skrzydła, oraz w fantazyjnym kapeluszu. Żyła na uboczu, całymi dniami tkając przecudnej urody dywany i rozmyślając o ludziach i życiu we wsi. Aż pewnego dnia odkryła, że to, co tym ludziom się przydarzy, widać w deseniu tkaniny, którą tka.

Dzięki Furkocie czarownica stała się dla Mony Chollet postacią pozytywną. To do niej należało ostatnie słowo, to ona pokazywała podłym ludziom, gdzie jest ich miejsce. „Dzięki niej w mojej głowie zrodziła się myśl, że kobieta może dysponować jakąś dodatkową mocą, mimo rozpowszechnionego przekonania, że raczej jest odwrotnie” – pisze w książce „Czarownice. Niezwyciężona siła kobiet” (wyd. Karakter). Wkrótce uświadomiła sobie jednak drugie, znacznie straszniejsze znaczenie tej figury. „Nie rozumiałam, że słowo »czarownica«, zanim stało się iskrą dla wyobraźni i zaszczytnym mianem, otaczała aura najgorszej niesławy, podejrzeń i kłamliwych zarzutów, odpowiedzialnych za tortury i śmierć dziesiątek tysięcy kobiet”.

Młot na kobiety

Polowania na czarownice trwały w Europie od XV do XVII wieku i nie można nazwać ich inaczej niż masowym ludobójstwem. Według szacunkowych danych podczas fałszywych procesów o czary stracono wtedy od kilkuset tysięcy do kilku milionów osób. Ponad 90 proc. stanowiły kobiety. Dla przykładu według historyczki Małgorzaty Pilaszek na ziemiach polskich proces o czary wytoczono 1316 osobom, z czego 1174 były kobietami. Choć lubimy myśleć, że był to wynik mroku wieków średnich, zastanawiające jest, jak długo przetrwał on w umysłach ludzi. Ostatnią czarownicę stracono bowiem w 1881 roku w Reszlu. Barbara Zdunk, bo to o niej mowa, była więc ofiarą już nowożytnej Europy.

Żeby wytoczyć kobiecie proces o czary, wystarczyło dwóch świadków. Plus dowód w rodzaju szatańskiego znaku na ciele, którym równie dobrze mógł być zwykły pieprzyk. Ale tak naprawdę wystarczył strach, czasem niechęć, żądza zemsty czy pragnienie władzy. Kobiety poddawane wymyślnym torturom często przyznawały się do wszystkiego, dodatkowo podłamane zeznaniami świadków, zwykle osób im bliskich – zastraszanych lub pragnących odwetu (na przykład zadrosny mąż, kochanek).

(Ilustracja: Adriana Dziewulska)(Ilustracja: Adriana Dziewulska)

Jak wyjaśniali autorzy „Malleus Maleficarum”, czyli „Młota na czarownice”, dzieła napisanego w 1487 roku i zatrważającego nawet dzisiejszego czytelnika, kobiety, jako istoty słabszej natury i pośledniego intelektu, są bardziej narażone na kuszenie szatana. Do magicznych praktyk, po których można rozpoznać czarownicę, Heinrich Kramer i Jakob Sprenger, dwaj niemieccy dominikanie, zaliczali latanie na miotle, niszczenie upraw, ale też spółkowanie z diabłem. O tym, jak absurdalne były te oskarżenia i jak kuriozalne procesy, świadczy słynna próba wody, podczas której – zgodnie z zaleceniami autorów „Młota…” – kobietę rzucano do jeziora lub stawu i jeśli tonęła, znaczyło, że jest niewinna; jeśli jednak przez jakiś czas utrzymywała się na powierzchni (co ułatwiały szerokie i wielowarstwowe spódnice) – okazywała się czarownicą i musiała zostać stracona. W obu wypadkach traciła więc życie.

Wiele z tych kobiet było akuszerkami, znachorkami i uzdrowicielkami, czyli często jedynymi osobami, do których mogli się zwrócić o pomoc mieszkańcy okolicznych wiosek. Pomagały przy ciężkich porodach, przygotowywały mikstury, leczyły i zwykle były cenionymi członkiniami społeczności. Dopóki nie połączono ich działalności z postępkami diabelskimi. Wtedy wszystko, co sprawiało, że wychodziły przed szereg, mogło ściągnąć na nie łowcę czarownic. Pretekstem mogło być zbyt rzadkie chodzenie do kościoła albo wprost przeciwnie – zbyt częste. Zbyt głośne zachowanie, zbyt rozbuchana seksualność, zbyt silny charakter. Także pustelniczość. Dostęp do wiedzy, pieniędzy lub władzy – oskarżane o czary były często bogate wdowy czy żony przeciwników politycznych. A niekiedy odrzucenie zalotnika. Każda samotna, silna kobieta, która nie podporządkowywała się męskiemu zwierzchnictwu lub opiece, była w niebezpieczeństwie. Z czasem czarownice stały się wygodnym kozłem ofiarnym. Zrzucano na nie winę za zarazę, pożar, powódź lub inne nieszczęścia.

Nietrudno z tego wszystkiego wyciągnąć wniosek, że polowania na czarownice były w istocie wojną toczoną z kobietami. Dlatego też po latach ten wątek podchwyciły feministki. Domagały się sprawiedliwości, walcząc ze zbyt lekkim – ich zdaniem – podejściem do tej krwawej karty historii. Podkreślały siłę wiedźm i ich wywrotowość, przywracając im niejako moc, której upatrywali przecież oskarżyciele. Wreszcie słusznie zauważały, że polowania na czarownice wcale się nie skończyły. Przyjęły jedynie formę odrzucenia społecznego, napiętnowania, hejtu... Bo czarownicą jest każda kobieta, która wyłamuje się ze schematu: nie chce mieć dzieci, nie wychodzi za mąż, wykonuje tak zwany męski zawód, jest dumna ze swoich siwych włosów i zmarszczek. Chollet wymienia wśród nich: Virginię Woolf, Ines de la Fressange, Sophie Fontanel, Susan Sontag czy choćby Glorię Steinem.

Wiedźma – ta, która wie

– Przez kilka wieków kobiety były prześladowane tylko za to, że były kobietami, że coś umiały, wiedziały, miały swoje zdanie. W momencie, w którym się z nimi utożsamiamy, oddajemy im hołd – mówi Paulina Młynarska, dziennikarka, pisarka, joginka, feministka i współczesna wiedźma.

Rozmawiamy przez Messengera, bo Paulina z powodu pandemii, ale też niedawnej operacji, na razie nie wybiera się do Polski. Siedzi w swoim małym domku na Krecie, otoczona przyjaciółmi, rodziną i zwierzętami. – Oczywiście jest wiele kobiet, młodszych i starszych, które uważają się za współczesne wiedźmy, bo wróżą z kart albo znają się na ziołach. Ja się jednak zaliczam do tych, które są spadkobierczyniami tych odważnych kobiet sprzed wieków, protoplastek dzisiejszych feministek. Bo feminizm, co trzeba powtarzać, jest o równości, nie o nienawidzeniu mężczyzn. One chciały po prostu – tak jak mężczyźni – zajmować ważne miejsce w społeczeństwie – dodaje.

Jej zdaniem wiedźma, czyli ta, która wie, została obdarzona przez patriarchalną i, niestety, chrześcijańską kulturę wszystkimi najgorszymi cechami, więc: „Maleńka, nie naśladuj jej, bo wyrośnie ci kinol, krosta koło kinola i otrujesz śliczną królewnę jabłkiem”. – Bardzo dużo czasu upłynęło, zanim kobiety się połapały i zaczęły sobie przypominać – poprzez różne opowieści, literaturę i baśnie – że coś tu jest nie tak. Jest jakiś wielki brak równowagi, bo skoro jest mędrzec, to gdzie jest mędrczyni? – mówi Paulina. – Wiedźma integruje w sobie różne oblicza kobiety związane z jej wiekiem i doświadczeniem. My długo byłyśmy zafiksowane na fazie księżniczki, ewentualnie królowej, a mądra starucha to był ktoś bardzo nam odległy, z kim nie miałyśmy kontaktu. A jeszcze wytworzyła się kultura kultu ciała i młodości. Dziś wreszcie sięgamy po tę wiedźmuchę, staruchę, czyli kobietę po menopauzie.

Paulina lubi zwłaszcza określenie „wiedźmucha”, bo ono łączy słowa „wiedźma” i „dziewucha”. Wiedźmucha jest stara i młoda jednocześnie, nawet na poziomie samego wyglądu: może mieć siwe włosy i jednocześnie żywotność młodej osoby. – Mam na ten temat swoją teorię – tłumaczy. – Uważam, że musiałyśmy po to sięgnąć, bo nigdy wcześniej w historii ludzkości kobiety nie żyły tak długo po menopauzie. Przeważnie umierały młodo, często przy porodach. Dzięki medycynie i hormonalnej terapii zastępczej okazało się jednak, że po menopauzie można żyć drugie tyle, i to w świetnym zdrowiu i samopoczuciu. Trzeba więc ten czas jakoś zagospodarować. Bo co, przez pół wieku mam się ciągnąć w stronę cmentarza? Zaczęłyśmy odkrywać, co możemy w tym czasie robić, i to dla siebie. Hulaj dusza, piekła nie ma! Z tą różnicą, że ta dusza jest już doświadczona. Odnalazłyśmy mędrczynię w sobie i w świecie. Zaczęłyśmy doceniać dojrzałość.

Wiedźma czuje potrzebę powtarzalności, akcentowania pór roku i zmian w przyrodzie, śmierci i odrodzenia. W końcu jako kobiety jesteśmy nie tylko dawczyniami życia, lecz także towarzyszkami odchodzenia. To właśnie my opiekujemy się starszymi, to my trzymamy umierających za rękę. – Tak było podczas odchodzenia mojego taty, który bardzo długo był chory. Całą „obsługą” tego okresu w jego życiu zajmowałyśmy się ja, moja siostra Agata, moja córka i jej partnerka. Chłopcy i mężczyźni też byli zaangażowani, ale bardziej wpadali pogadać, posiedzieć i pobyć, ten bezpośredni kontakt z cielesnością odchodzenia miałyśmy my. Bo to my wsadzamy ręce w bulgoczącą materię życia – opowiada.

Swoją wiedźmowatość odkryła w momencie, gdy zaczęła słuchać intuicji. – To dla mnie konglomerat różnych rzeczy: wrażliwości, doświadczenia życiowego, inteligencji. Najważniejsze rzeczy dzieją się dzięki intuicji. Najsilniej doświadczyłam tego ostatnio. Jestem ogólnie bardzo zdrową osobą, regularnie się badam, praktykuję jogę, w miarę zdrowo żyję. Aż tu nagle przyszło do mnie przeczucie, żeby nie czekać do terminu mammografii, tylko pójść teraz. I poszłam. Bogini dzięki, że poszłam. Nie jestem pacjentką genetyczną, nie mam mutacji genu, ale podczas badania okazało się, że mam już morfologiczne zmiany rakowe, które na tym etapie można usunąć, usuwając piersi, albo brać leki i modlić się, by było dobrze. Wybrałam pierwszą opcję. Ale tak samo było z wyjazdem na Kretę. Ja po prostu poszłam jak po sznurku za swoimi przeczuciami. Przeczucia dyktują nam ważne rzeczy. Jak wchodzimy do jakiegoś pomieszczenia i czujemy, że to nie jest miejsce dla nas, powinniśmy wyjść. Od razu. Ja już słucham tego głosu w sobie, tego zimnego dreszczyku na plecach albo czegoś, co ściska w brzuchu.

Kiedy pytam, co dla niej znaczy być dziś wiedźmą, mówi, że na poziomie symbolicznym to bycie w kontakcie z innymi kobietami, bycie blisko nich i ich rozumienie, bez narzucania swojego punktu widzenia. Empatia, bez życiowego sztywniactwa. Wiedźma potrafi się wznieść, niczym na tej miotle, ponad przekonania, ponad podziały, ponad małostkowość, ponad cudze czy swoje widzimisię. – Poza tym miotłą wymiatasz. Także to wszystko, co złe, agresywne, stare i niepotrzebne – to, czego nie chcesz w swoim życiu – mówi z mocą. – Mój pies Feluś boi się tylko miotły. Miotłą można zaprowadzić ład w swoim życiu. Wiedźmuchy generalnie wymiatają w życiu. Ja uważam, że z moją akcją z mastektomią też wymiotłam. Wzięłam się do tego na poważnie, w dwa miesiące wszystko zorganizowałam i już jest po. Zobacz, co ja mam teraz na sobie. Straszliwy stanior, który trzyma w żelaznym uścisku moje piersi po rekonstrukcji. Dziś, po siedmiu tygodniach, lekarz mi powiedział, że mogę wreszcie go zdjąć. I wiesz co, chyba go nawet spalę.

Ona, czyli ja

Jak podaje Mona Chollet, pierwszą kobietą, która wydobyła z ukrycia historię czarownic i sama przyjęła to miano, była amerykanka Matilda Joslyn Gage; żyła w latach 1826–1898 i walczyła o prawa wyborcze kobiet i zniesienie niewolnictwa. Obecnie coraz więcej kobiet nazywa siebie czarownicami lub wiedźmami – i to z przeróżnych powodów. Powiedzieć tak o sobie jest nawet modnie. Może stało się to po części za sprawą serii o Harrym Potterze i całej masie innych filmów i bajek z czarownicami i czarownikami w roli głównej. Magia zaczęła symbolizować wewnętrzną moc, pozytywny potencjał i wiarę w siebie – tak nam potrzebne w czasach, gdy wiele osób, rzeczy i instytucji chce nas ich pozbawić. Zdaniem Chollet czary to piękna metafora dla sztuki i każdej twórczości. Co więcej, ponieważ zwykle związane są z określonym ceremoniałem, równie dobrze można utożsamić je z praktykami duchowymi, choćby medytacyjnymi. W obliczu katastrofy ekologicznej i pandemii rośnie też potrzeba więzi z naturą oraz samym sobą. I wiara w to, że na nasze życie mają też wpływ siły, których nie widzimy (choćby wirusy).

Zgadza się z tym Urszula Mikłasiewicz, która nazywa siebie szamanką, uzdrowicielką, coachem świadomości, ale też wiedźmą. A bycie wiedźmą jest dla niej silnie powiązane z naturą, duchowością oraz pierwiastkiem kobiecym, czyli prawą półkulą, odpowiedzialną za myślenie abstrakcyjne, myślenie obrazami, za czucie i doświadczanie świata jako energii.

(Ilustracja: Adriana Dziewulska)(Ilustracja: Adriana Dziewulska)

O tym, że jest inna, że jest osobą wysoko wrażliwą, empatką czy jakkolwiek to nazwiemy, Ula zdała sobie sprawę w wieku 30 lat. Szukała pomocy w sprawie zdrowia, bo od długiego czasu nie mogła wyjść z zapalenia przydatków. Ze stanu ostrego zrobił się stan przewlekły, który leczyła, bez rezultatu, antybiotykami oraz ziołami około roku. Aż ktoś znajomy powiedział: „Zrób inicjację Reiki”. Nawet nie do końca wiedziała, co to jest. Wiedziała tylko, że ma związek z energią. Okazało się bramą przejścia. – Zobaczyłam, że cała jestem energią i wszędzie dookoła widziałam pranę. To było jak przebudzenie. Zaczęłam też mocniej odczuwać to, co czują inni. Przestałam jeść mięso i postanowiłam zacząć pracować z ludźmi – opowiada. Bo wiedźma to ta, która pomaga innym doświadczać życia inaczej. W pełniejszym kontakcie. Jest przewodniczką nowej rzeczywistości, nowego paradygmatu. Dlatego Ula dziś zajmuje się towarzyszeniem ludziom w rozwoju osobistym, odkrywaniu wewnętrznego potencjału, leczeniu traum oraz przemianie duchowej. – Skończyłam filmoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale jeśli miałabym powiedzieć, co jest moim zawodem, to jest nim bycie terapeutką holistyczną. Pokazuję ludziom ich potencjał do samorozwoju i samouzdrawiania. Dla mnie największą szkołą była moja choroba – wyznaje. – Zapoczątkowała głęboką pracę nas sobą, zarówno na poziomie ciała, emocji, ducha, umysłu, jak i pracy z podświadomością, czyli cieniem.

– Czy znam jakieś wiedźmy? – pyta z rozbawieniem. – Ja nie mam innych znajomych. Każda kobieta, która kieruje się intuicją i chce robić coś dla ludzi, jest kimś takim. Czy wiedźma musi być dojrzała? Niekoniecznie. Mam 42 lata i wokół siebie wiele młodszych koleżanek, które uważają się za czarownice – mówi.

Z bohaterek historii czy popkultury ważna dla niej jest postać Joanny d’Arc, zwłaszcza w takim ujęciu, w jakim ukazywał ją film „Męczeństwo Joanny d’Arc” Dreyera, czyli jako tę, która walczy sercem. Lubi też ludowy wizerunek Baby-Jagi. Roześmianej, silnej i totalnie wolnej. Podobają się jej współczesne filmy animowane, na przykład „Vaiana”. Są w nich pokazane dziewczyny, które są kompletne i nie muszą szukać kogoś, kto by je dopełnił.

Śladami przodkiń

W 2016 roku muzeum w Brugii poświęciło wystawę czarownicom Bruegla, mistrza malarstwa flamandzkiego. Na jednej z tablic wymieniono wszystkie kobiety spalone w Brugii jako czarownice na publicznym placu. Wielu mieszkańców ze zdziwieniem odkryło na nich swoje rodowe nazwiska, o czym nie mieli pojęcia przed wystawą. Może w żyłach każdej z nas płynie krew spalonej wieki temu czarownicy? Na pewno w naszej zbiorowej historii jest zapisane ich doświadczenie.

Kristen J. Sollée, amerykańska pisarka, kuratorka i pedagożka, w książce „Polowanie na wiedźmy. Kronika kobiet niepodporządkowanych” (wyd. Znak) opisuje wyjątkową podróż śladami dawnych wiedźm. Jak przyznaje, chciała ukazać ich dziedzictwo w ważnych miejscach w Europie i Ameryce Północnej. Co ciekawe, kiedy zabukowała bilety lotnicze i hotele, dał znać o sobie jej rodowód. W serwisie zajmującym się geneaologicznymi badaniami DNA odkryła, że mapa jej korzeni pokrywa się z planem tej podróży. „Moi krewni mieszkali tam, gdzie – jak powszechnie wiadomo – doszło do prześladowania czarownic: w Londynie, Lancashire i Edynburgu. Jaśniejsze niebieskie kropki oznaczały, że miałam rodzinę także w Bambergu. Istnieje nawet włoska i francuska linia rodowa w odleglejszej przeszłości, opatrzona niejasnymi oznaczeniami procentowymi, które nie kwalifikują się na mapę. Z historii własnej rodziny wiem, że nazwisko Sollée pochodzi z Normandii od przodków mieszkających w Rouen, gdzie spłonęła na stosie Joanna d’Arc”.

Razem z nią zaglądamy do Florencji, gdzie w XV wieku stracono pewną Giovannę za stosowanie czarów miłosnych – rzeczywiście preparowała różne mikstury z dziwnym składem, ale jej główną winą było to, że do swojego łoża zwabiała kolejnych mężczyzn. Potem do Sieny, miasta Katarzyny Sieneńskiej, świętej, a jednocześnie uznawanej za czarownicę. Katarzyna sprzeciwiła się rodzicom, którzy chcieli wydać ją za mąż, i poszła do zakonu, a podczas swojego krótkiego życia zaangażowała się w reformę kościelną i politykę papieża Grzegorza XI. Sollée odwiedza też słynące z kultu czarownic niemieckie Góry Harzu, amerykańskie miasteczko Salem czy Kilkenny w Irlandii, gdzie oskarżonej o czary Alice Kyteler udało się wprawdzie uciec do Anglii, ale tylko dlatego, że była majętna (z tego samego powodu zresztą oskarżono ją o czary; ponadto była czterokrotną wdową). Sollée dochodzi do wniosku, że każde z tych miejsc naznaczono bezpowrotnie. A pamięć o tamtych wydarzeniach jest nadal żywa, a nawet intensywniejsza.

A jak to jest w Polsce? – Ponieważ jestem od wielu lat związana z kultem rozwoju duchowego w Polsce, mogę ocenić, że pierwsze odczarowywanie czarownic zaczęło się u nas dobre 20 lat temu. Wylądowałam wtedy w jednym z pierwszych kręgów kobiet, założonym przez Aniję Miłuńską, filozofkę, przewodniczkę i twórczynię tego typu wspólnot. Temat wiedźm wypłynął wtedy spontanicznie i niemal od razu – mówi Tatiana Cichocka, tłumaczka, dziennikarka, nauczycielka Movement Medicine, huny i hawajskiej pracy z ciałem, praktykująca różne formy tańca i medytacji. – Mam wrażenie, że zawsze kiedy spotykają się kobiety po to, by rozmawiać o docieraniu do sedna siebie i swojej mocy, prędzej czy później pojawia się temat polowań na czarownice. On jest głęboko zapisany w naszej podświadomości, w naszych ciałach. I trzeba się z nim zmierzyć. Uleczyć tę ranę, bo obraz kobiety palonej za to, że ośmiela się żyć tak, jak chce, być sobą, czyli seksualną, pełną życia istotą – zatrzymuje nas w drzwiach do miejsca, do którego większość chce dotrzeć, jeśli chce się rozwijać, tworzyć, widzieć i czuć głębiej rzeczywistość.

Tatiana sama kiedyś mówiła o sobie: wiedźma. Dziś już tego nie potrzebuje, choć odnajduje tę jakość w sobie. – W byciu wiedźmą ważne jest to, że wiem, co jest dla mnie dobre. Nie dla ciebie, dla niej czy dla wszystkich, ale dla mnie, i to dla mnie teraz, w tym momencie, bo może za jakiś czas będę chciała czegoś innego. To też szacunek dla wyborów innych kobiet i ludzi w ogóle. Dużo czasu zajęło mi, żeby to zrozumieć, ale mogę powiedzieć, że podążam za tym wewnętrznym głosem. To on mi mówi, co mam jeść, gdzie iść, z kim się spotykać, czy zaczynać coś teraz, czy później. To przełączenie siebie na inny rodzaj działania i czucia, który ja nazywam kobiecym, choć nie dotyczy on tylko kobiet. Bo tak jak kobieta może odkryć w sobie tę wiedzącą, tak mężczyzna też może to zrobić. Rozwinąć tę część siebie, która opiera się na głębokim słuchaniu, podążaniu za znakami, czekaniu na impuls do działania, zamiast planowania na sztywno. Tak zwane wiedzenie polega na byciu bardziej wrażliwym na sygnały ze świata i z siebie – mówi.

Oczywiście jako kobiety możemy sobie równie świetnie radzić w module myślenia lewopółkulowego, logicznego, wnioskującego, związanego z ocenianiem, ale też rywalizacją. – Sama bardzo długo doskonale się w tym odnajdywałam. W końcu jestem po matfizie – śmieje się. – Teraz jednak czuję, że bliżej jest mi do tej drugiej ścieżki. Jestem w okresie menopauzalnym, który jeszcze bardziej pogłębia kontakt ze sobą. Menopauza może stać się podróżą ku miejscu wiedźmy, czyli tej, która wie swoje, a więc nie daje sobą łatwo manipulować. Moim zdaniem to było właśnie najbardziej niebezpieczne w czasach polowań na czarownice. Tego się najbardziej obawiano. Nie jest łatwo być taką kobietą także we współczesnym świecie. Bo kiedy wszyscy mówią: „nie da się”, ty udowadniasz, że się da. I wtedy inni wychodzą na głupków. Nikt nie lubi, kiedy mu się pokazuje, że się myli.

Czas pandemii paradoksalnie może nas nauczyć lepszego kontaktu ze sobą. Jesteśmy pozbawieni wielu bodźców, często sami w izolacji. To naturalnie zaprasza w głąb siebie. Są obostrzenia, ale są też nasze pragnienia i lęki – dobrze jest mieć przekonanie, że to, co robimy lub czego nie robimy, jest dobre dla nas. Na zasadzie: wiem, co wybieram, bo to ja za siebie odpowiadam. – Przeszłam tę szkołę pięć lat temu, kiedy byłam chora na raka piersi – opowiada Tatiana. – Teraz przechodzimy przez to wszyscy. Zaczynamy widzieć, że nie mamy kontroli nad wieloma obszarami życia. Dotychczasowe zasady przestały obowiązywać. Nie wiemy, co będzie za chwilę. Więc jedyne, na czym możemy się oprzeć, poza siłą wyższą, to my sami. Dlatego potencjalnie ten właśnie dziwny czas może obudzić w nas wiedźmy.

Jak pisał Terry Pratchett: „Każdy potrzebuje czarownicy, tylko nie zawsze zdaje sobie z tego sprawę”.

  1. Seks

Seksualność kobiet wysoko wrażliwych okiem terapeutki Katarzyny Kucewicz

Kobiety wysoko wrażliwe są wyjątkowo czułe na bodźce sensoryczne, co wpływa na jakość ich życia seksualnego. Najbardziej seksualnym zmysłem jest dla nich oczywiście dotyk, w formie przytulania, głaskania, pieszczot. (Fot. iStock)
Kobiety wysoko wrażliwe są wyjątkowo czułe na bodźce sensoryczne, co wpływa na jakość ich życia seksualnego. Najbardziej seksualnym zmysłem jest dla nich oczywiście dotyk, w formie przytulania, głaskania, pieszczot. (Fot. iStock)
Wysoka wrażliwość to z jednej strony olbrzymi potencjał doświadczania zmysłowego, z drugiej – ryzyko, że mocniejszy bodziec wywoła dyskomfort, a nawet ból. Wyjątkowo delikatnej i bogatej seksualności kobiet, które „czują za bardzo”, przyjrzała się psycholożka i psychoterapeutka Katarzyna Kucewicz.

Kobiety wyjątkowo wrażliwe są wyjątkowo czułe na bodźce sensoryczne, co wpływa na jakość ich życia seksualnego. Najbardziej seksualnym zmysłem jest dla nich oczywiście dotyk, w formie przytulania, głaskania, pieszczot. Dotyk miękkich materiałów, delikatne muśnięcia na przykład karku czy policzka zapewniają im ekscytujące doznania. Bardziej wrażliwy układ nerwowy jest niestety także bardziej podatny na ból, więc mocniejszy dotyk raczej może być dla nich mało przyjemny, a nawet wywoływać dyskomfort. Wrażliwość jednocześnie ułatwia i utrudnia osiąganie satysfakcji seksualnej.

Bogata wyobraźnia

Fantazja kobiet wrażliwych jest przeważnie nieograniczona i bujna. Już jako dziewczynki często lubiły zamykać się we własnej samotni, a jako kobiety dorosłe potrafią wyobrażać sobie ze szczegółami rozbudowane scenariusze erotycznych doznań. Seksualne marzenia kobiet wysoko wrażliwych mogą dotyczyć różnych sytuacji, ale w rzeczywistości preferują one raczej dotyk czuły i namiętny niż szybki i gwałtowny. Związane jest to z sensoryczną wrażliwością ich ciała.

Dla kobiet wrażliwych bardzo istotna w osiągnięciu satysfakcji seksualnej jest sprzyjająca atmosfera. Dlatego seks bez zobowiązań i relacje oparte wyłącznie na seksie są u nich raczej rzadkością. Niektórzy mówią nawet, że wśród kobiet wysoko wrażliwych istnieje duży odsetek demiseksualnych, czyli takich, których orientacja psychoseksualna opiera się na odczuwaniu pociągu erotycznego tylko pod warunkiem, że nawiązana zostanie silna więź emocjonalna. Według badaczy kobiety wrażliwe raczej później przechodzą inicjację seksualną i mają mniej partnerów niż średnia populacji, co potwierdza, że jednorazowe historie miłosne nie znajdują się w kręgu ich zainteresowania.

Gra wstępna? Powinna być długa i subtelna. Czasami może trwać już od rana, przez cały dzień. Raczej delikatna niż gwałtowna i wyuzdana. Na pewno należy zadbać o atmosferę i komfort – tylko zrelaksowana kobieta będzie czerpała z seksu przeszywającą przyjemność. Zwłaszcza jeśli jest wysoko wrażliwa, a tym samym bardzo czuła na bodźce i doznania. Odpowiednio rozluźniony organizm lepiej reaguje na dotyk, a to szczególnie ważne u kobiet z niskim progiem bólu. Skarżą się one często na doświadczanie dyskomfortu przy próbie stosunku genitalnego. Wynika to z napięcia, niedostatecznego nawilżenia pochwy oraz tego, że mocny i raptowny dotyk jest dla nich nieprzyjemny.

W seksie dla WWO (osób wysoko wrażliwych) bardzo ważne są spokój, harmonia i pewność, że nie będzie zbyt wielu dodatkowych stymulacji. Już sam akt seksualny jest mocnym doświadczeniem, angażującym i przejmującym, a orgazm – przeżyciem wręcz mistycznym, nieziemskim. Doktor Elaine Aron, autorka pojęcia wysokiej wrażliwości, w trakcie swoich badań doszła do wniosku, że kobiety wrażliwe mają statystycznie więcej orgazmów niż kobiety niewrażliwe.

Tak zwany szybki numerek, podczas gdy za ścianą biesiadują goście, przebywają rodzice albo dzieci, jest dla wrażliwej kobiety napinający, bo bodźce dźwiękowe rozpraszają całą jej uwagę. To analogiczna sytuacja jak ta w pracy, gdy nie możemy się skupić na zadaniu, bo dookoła tyle się dzieje. Zatem wszelkie niepokojące dźwięki zza ściany, miauczący kot albo świadomość, że ktoś może wejść, raczej nie będą pobudzać osoby wrażliwej – to zbyt duże rozproszenie.

„Jeśli coś wytrąci mnie z rytmu, nie jestem w stanie szybko powrócić do miłosnych uniesień, momentalnie się blokuję. Łagodna muzyka, kadzidełka plus dotyk męża? O nie, to zbyt wiele. Wolę, gdy jest jeden intensywny bodziec” – mówi Nina, 37-letnia nauczycielka angielskiego będąca WWO.

Po seksie wrażliwa kobieta potrzebuje dużo czasu, by dojść do siebie. Seks jest dla niej wyczerpujący nie tylko fizycznie, ale i emocjonalnie. Czasami kobiety opowiadają, że po bardzo intensywnym orgazmie wręcz płaczą ze szczęścia, bo tak są poruszone.

Sex-care

Seks jest trudnym tematem do rozmowy dla większości ludzi. To przestrzeń, w której wszyscy w jakimś stopniu jesteśmy wysoce wrażliwi. Nasz układ nerwowy analizuje w trakcie zbliżenia wiele danych, więc łatwo może zostać przeciążony, a tym samym wytrącić nas z miłosnego nastroju, zanim jeszcze zdążymy się „rozkręcić”. Kluczem do tego, by był seks udany i spełniony, wydaje się nawiązanie właściwej, opartej na empatii i wzajemnej trosce komunikacji z partnerem. Oraz, a może przede wszystkim, pełne zaakceptowanie swojego ciała i własnej seksualności. W swojej praktyce seksuologicznej zauważam, że kobiety, pragnąc osiągnąć harmonię w swoim życiu, często zapominają troszczyć się o własną seksualność. W Ameryce taka troska nosi nazwę sex-care. Sex-care to uważność na swoją seksualność, traktowanie jej z taką samą atencją, z jaką podchodzimy do dbania o swoje samopoczucie czy zdrowie fizyczne.

Kobieta wrażliwa dobrze czyta swoje ciało, jest wnikliwa i dostrzega wszelkie niuanse. Nierzadko jednak jest też krytyczna i surowa w przyglądaniu się swoim kształtom. Może krępować ją własna nagość i kobiecość w kontekście seksualnym, bo często nie ma zbyt wielu intensywnych doświadczeń w tej materii, nie jest też oswojona z nagością. Bywa, że krytycznie ocenia wszelkie odstępstwa od ideału, a jeśli w jej życiu zdarzyła się krytyka (w formie przemocy rówieśniczej czy po prostu niewybrednego komentarza rodzica), odnosi się do niej w sytuacjach intymnych, przypomina sobie, zastanawia się, czy dalej te słowa są aktualne. To procesy zachodzące szybko i automatycznie. Nie jest tak, że same je przywołujemy – usłyszana krytyka rzuca swój cień w momentach napięcia, niepewności, sytuacjach, w których obnażamy się i poddajemy ocenie.

Na szczęście czerpanie satysfakcji seksualnej jest kwestią treningu, ćwiczenia, czułego sprawdzania siebie i swoich reakcji. Można taki trening rozpocząć od automasażu, tańca, samotnego poznawania swojej skóry w kąpieli. Dopiero później można spróbować form głęboko duchowych, na przykład tantry.

Fragment książki „Kobiety, które czują za bardzo”, wyd. Rebis. Wszystkie skróty pochodzą od redakcji.

Katarzyna Kucewicz, psycholożka, psychoterapeutka, seksuolożka. Prowadzi Ośrodek Psychoterapii i Coachingu Inner Garden w Warszawie, współpracuje także z Poradnią Zdrowia Psychicznego „Harmonia”. Należy do Polskiej Federacji Psychoterapii. Swoją wiedzą dzieli się na Instagramie: @psycholog_na_insta.

  1. Seks

Dobra w łóżku znaczy dobra dla siebie – jak zaopiekować się sobą w seksie?

W seksie konieczna jest cierpliwość: w uczeniu się siebie i partnera, w poznawaniu swojego tempa oraz sygnałów wysyłanych nam przez ciało. (Fot. iStock)
W seksie konieczna jest cierpliwość: w uczeniu się siebie i partnera, w poznawaniu swojego tempa oraz sygnałów wysyłanych nam przez ciało. (Fot. iStock)
Akceptacja rozpoczyna się od ciała, zarówno stref intymnych, jak i wszystkich innych, bo istotami seksualnymi jesteśmy w całości. W każdym wydaniu jest ono piękne i godne troski oraz uwagi, bez względu na mniej lub bardziej wyimaginowane niedoskonałości – twierdzi seksuolożka Roberta Rossi. W swojej najnowszej książce „Dochodzę” radzi kobietom, jak zaopiekować się sobą w seksie.

Jak podkreślają seksuolodzy, życie seksualne nie powinno być nigdy źródłem wstydu, a chęć realizacji własnych pragnień w tej sferze to nasze prawo, niezależnie od płci i wieku. Aby przeżywać je pięknie i w pełni, potrzebujemy jednak nie tylko odpowiedniego partnera, ale także, jeśli nie przede wszystkim, zbliżenia się do samej siebie. Konieczne są poznanie własnych upodobań i indywidualnych cech oraz umiejętność proszenia o to, co sprawia nam przyjemność, ale także o pomoc, jeśli z czymś sobie nie radzimy. Jak być dobrą dla siebie w seksie? Oto kilka wskazówek.

Najpierw ty

„Seks pełen radości, zaciekawienia i spokoju to przepiękna rzecz” – pisze Roberta Rossi, włoska seksuolożka i przewodnicząca Włoskiej Federacji Seksuologicznej, autorka wydanej niedawno książki „Dochodzę. Odkryj, co sprawia ci przyjemność” (wyd. Znak). I choć oryginalny tytuł „Vengo prima io” (dosłownie: „Pierwsza dochodzę ja”) mógłby sugerować skupienie na sobie, wręcz pewien seksualny egocentryzm, to – jak tłumaczy Rossi – nie jest on wcale wyrazem najwyższej dbałości, jaką możemy okazać sobie samej w łóżku. Wyrażenie zastosowane na okładce ma w języku włoskim jeszcze jedno znaczenie: bycia priorytetowym, istotnym. Nie tyle więc „ja pierwsza dochodzę”, co „dla siebie samej najbardziej liczę się ja”. Czyli bycie ważną dla samej siebie, zajęcie się sobą, zwłaszcza poprzez lepsze poznanie i zrozumienie. Jak przypomina Rossi, dobry seks ma miejsce wtedy, gdy jesteśmy pogodne, otwarte i rozluźnione, a więc, mówiąc krótko: czujemy się komfortowo. Do tego potrzebna jest wiedza i wynikająca z niej samoświadomość.

Myślę, czuję, akceptuję

Zacząć należy od własnego ciała – jego wyglądu, potrzeb, ale także budowy, która przed wieloma z nas nadal kryje sporo tajemnic. Rossi zachęca do prostego doświadczenia. „Weźcie lusterko, usiądźcie wygodnie, zdejmijcie majtki i poobserwujcie się. (...) Dlaczego tracić na to czas? Ponieważ poznanie tego obszaru pomaga nam o nim myśleć, pamiętać, że ma on swoje wymagania, nie tylko seksualne, i że powinnyśmy o niego dbać, tak jak dbamy o inne części ciała. Poświęćcie więc trochę czasu i dokładnie się obejrzyjcie, skoncentrujcie się na waszych reakcjach i odczuciach”.

W szerszym ujęciu akceptacja dotyczy kolejnych aspektów: myśli, odczuć, pragnień. Podobnie jak jedni ludzie lubią lody waniliowe, a inni wolą czekoladowe, tak i w seksie nasze preferencje, marzenia, fantazje, ulubione pozycje i scenariusze mogą znacząco się od siebie różnić. Nie musimy lubić tego, co lubi koleżanka, ani chcieć robić tego tak, jak pokazano w głośnym filmie czy książce. Co więcej, upodobania te mogą zmieniać się na przestrzeni czasu – to też warto sobie uświadomić i zaakceptować. „Wyobraźcie sobie przyjemność seksualną jako pojemnik zawierający w swoim wnętrzu różne aspekty waszego życia – pisze Rossi. – To, kim jesteście, środowisko, w którym wyrosłyście, informacje, które uzyskałyście na temat przyjemności seksualnej i ogólnie seksualności, wasze doświadczenia, wasz osobisty próg przyjemności i bólu, wasz stan zdrowia i jeszcze wiele innych elementów. Wszystkie te czynniki wiążą się ze sobą i determinują sposób, w jaki każdy z nas doświadcza przyjemności seksualnej”.

Komunikat JA

Kolejnym niezwykle ważnym elementem troski o siebie samą w seksie jest dbałość o komunikację z partnerem, której podstawą nie jest wcale chemia i nadawanie na tych samych falach, ale szczera i otwarta rozmowa. Jak podkreśla włoska badaczka, to przede wszystkim my same, nie kochanek, jesteśmy odpowiedzialne za naszą przyjemność! Zanim jednak będziemy mogły zakomunikować partnerowi, co i jak najbardziej lubimy, musimy się tego dowiedzieć w praktyce, zebrać jak najwięcej informacji na temat funkcjonowania własnego ciała. Partner powinien być towarzyszem naszej wyprawy, a przepływ informacji jest tu elementem kluczowym. „Ważne, by między wami, niezależnie od typu łączącej was relacji, było zaufanie, zażyłość i możliwość komunikowania bez poddawania się ocenie” – przekonuje Rossi. „Najlepszą drogą jest postępowanie w sposób bezpośredni i konkretny: towarzyszcie partnerowi za pomocą waszych rąk, ruchów ciała, słów. W tym rodzaju komunikacji może wam bardzo pomóc technika »komunikat JA«, która polega na mówieniu o sobie, o waszych potrzebach i waszych wymaganiach, bez skupiania się na błędach drugiej osoby. Kiedy partner robi coś, co wam się podoba, co jest dla was skuteczne, mówcie o tym jasno: łatwiej będzie jemu czy jej przyjąć do wiadomości wasze wymagania, jeśli zakomunikujecie je w sposób pozytywny, niż gdybyście miały wykazać jego braki w sposób obwiniający”.

Daj sobie czas

Mówi się, że największym darem, który można dać drugiemu człowiekowi, jest czas. Nie inaczej sprawy mają się z dbaniem o siebie samą. W seksie konieczna jest cierpliwość: w uczeniu się siebie i partnera, w poznawaniu swojego tempa i rozpoznawaniu sygnałów wysyłanych nam przez ciało. Przydaje się ona także wtedy, kiedy naszym problemem jest na przykład potrzeba kontroli – ważna kwestia dla tych kobiet, które napotykają trudności z doświadczaniem orgazmu. „Edukacja i doświadczenia życiowe mogą rozwinąć w nas potrzebę kontroli wszystkiego, co się dzieje, łącznie z doświadczeniem seksualnym” – tłumaczy Roberta Rossi. To oddala od przyjemności i sprawia, że skupiamy się na czymś innym.

Aby poczuć przyjemność, trzeba dać się ponieść emocjom, zaufać sobie i osobie, z którą jesteśmy; czasem potrzeba na to więcej czasu, niż byśmy sobie życzyły, karmione zewsząd opowieściami o spontanicznym seksie, który wydarza się sam z siebie, bez żadnego wysiłku, a z maksymalnym wynikiem. Nie zmienia to jednak fundamentalnego faktu: zawsze mamy prawo odmówić wszelkich praktyk seksualnych, które nam nie odpowiadają, a koncepcja konsensualności, czyli świadomej zgody na każdą z nich, jest absolutnie podstawowa w tej sferze ludzkiego życia. Nie istnieje coś takiego jak obowiązek małżeński czy domniemanie zgody, a oboje partnerzy muszą być całkowicie pewni, że są zainteresowani seksem, zanim jeszcze się on rozpocznie. Jeśli już się rozpoczął, można go przerwać i w dowolnym momencie powiedzieć „nie” – i musi to zostać uszanowane.

Każda z nas ma też prawo wypróbowywać nowe praktyki, jednak jeśli nie ma na to ochoty, to nie powinna czuć się winna, niedojrzała, nieciekawa, nieodważna czy mało otwarta. W tej sferze naprawdę nie musimy, a wręcz nie powinnyśmy niczego robić pod presją ani dla kogoś innego.

Proś o pomoc

Ważnym, a ciągle jeszcze zbyt rzadko podkreślanym elementem dbania o własną sferę seksualną jest gotowość do sięgnięcia po profesjonalną pomoc, kiedy uznamy, że napotkanych trudności nie jesteśmy w stanie pokonać samodzielnie. Każdy człowiek ma inny temperament i potrzeby seksualne; mogą one także podlegać zmianom na przestrzeni czasu. Okresy mniejszego zainteresowania seksem, a nawet całkowitego braku pożądania i poszukiwania przyjemności, stanowią naturalną część życia i są ściśle powiązane z tym, co dzieje się w innych jego sferach. „Jeśli jesteś zestresowana, zaniepokojona albo tylko bardzo zaangażowana w inne sprawy, może ci się zdarzyć, że przez jakiś czas masz mniejszą ochotę na seks albo nie masz jej wcale. Zaczyna się mówić o zaburzeniu pożądania, gdy jego brak przedłuża się nieprzerwanie powyżej sześciu miesięcy” – tłumaczy autorka „Dochodzę”.

Oczywiście brak pożądania u jednego z partnerów to nie jedyny problem w sferze seksualnej, z którym możemy się borykać. Wszelkie wątpliwości czy podejrzenia zaburzeń warto zawsze omówić z seksuologiem, który pomoże w rozwiązaniu kłopotów zarówno na płaszczyźnie fizycznej, jak i psychicznej.

Choć konsultacja seksuologiczna budzi u wielu osób wewnętrzny opór, to warto wiedzieć, że stanowi ona najlepsze wyjście – pomoże zidentyfikować źródło trudności i wdrożyć odpowiednią formę leczenia.

Patrz całościowo

Oceniając swoje życie seksualne i swój dobrostan w tej dziedzinie, warto przyjąć też odpowiednią perspektywę. Każdorazowa przyjemność, orgazm, poczucie niezwykłego spełnienia to tylko niektóre z elementów składających się na seksualną satysfakcję. „W odróżnieniu od rozkoszy seksualnej – związanej z aktywnością seksualną – ogólna satysfakcja seksualna jest w istocie subiektywną oceną własnego życia seksualnego, niezależnie od konkretnych doznań odczuwanych podczas seksualnej aktywności – tłumaczy Roberta Rossi. – Wraz z sytuacją ściśle seksualną bierzemy również pod uwagę kontekst, który jej towarzyszył. Krótko mówiąc, satysfakcja odnosi się bardziej do ogólnego poczucia spełnienia związanego ze spotkaniem niż do samego konkretnego osiągnięcia orgazmu”.

Inne są nasze oczekiwania wobec spotkania okazjonalnego, a inne wobec seksu z partnerem, z którym tworzymy związek z długim stażem. Warto wziąć to pod uwagę i pamiętać, że troska o siebie w seksie oznacza również zdystansowanie się do sposobu, w jaki przedstawia się go w naszej kulturze. Dotarcie na szczyt za każdym razem, gdy uprawiamy seks, nie jest wcale konieczne, a szczęśliwe i spełnione życie seksualne nie musi zakładać niezapomnianego orgazmu, fajerwerków i motyli w brzuchu zawsze wtedy, gdy następuje zbliżenie z partnerem czy ma miejsce zachowanie autoerotyczne. Dużo ważniejsze jest to, czy w ogólnej perspektywie jest nam dobrze – zarówno z partnerem, jak i ze sobą samą i swoim ciałem. Tego bowiem, jak mało czego innego, jesteśmy naprawdę warte.

  1. Styl Życia

Kobiety w świecie gier komputerowych

Od lewej: Julia Leszczyńska - jest prezeską (i założycielką) SimFabricu – polskiej spółki giełdowej będącej wydawcą i producentem gier komputerowych – który pod jej kierownictwem pracuje nad kilkunastoma nowymi projektami; Kasia Cimochowska - na Twitchu, najpopularniejszej platformie streamingowej, obserwują ją ponad 193 tysiące osób. (Fot. Piotr Małecki, archiwum prywatne)
Od lewej: Julia Leszczyńska - jest prezeską (i założycielką) SimFabricu – polskiej spółki giełdowej będącej wydawcą i producentem gier komputerowych – który pod jej kierownictwem pracuje nad kilkunastoma nowymi projektami; Kasia Cimochowska - na Twitchu, najpopularniejszej platformie streamingowej, obserwują ją ponad 193 tysiące osób. (Fot. Piotr Małecki, archiwum prywatne)
Przekonanie, że wielbiciele gier komputerowych to mężczyźni, można już włożyć między bajki. Badania firmy IQS pokazują, że 47 proc. z 17 milionów graczy w Polsce stanowią kobiety. A to blisko 8 milionów! W co, jak i dlaczego grają?

Kasia Cimochowska, w sieci znana jako Brunecia, na pewno nie przypomina stereotypowego nerda. Podczas streamów – czyli wtedy, kiedy na żywo transmituje w Internecie swoją grę – wygląda nienagannie: uczesane długie włosy, różowe słuchawki z kocimi uszkami, kreska na oku. – Tak jak szykuję się do wyjścia, tak samo przygotowuję się do transmisji live – zapewnia. Ma 30 lat, na Twitchu, najpopularniejszej platformie streamingowej, obserwują ją ponad 193 tysiące osób. Codziennie śledzą jej zmagania w „League of Legends” albo „Counter-Strike’u”. Pierwsza z tych super-popularnych gier sieciowych to rozgrywki pięcioosobowych drużyn w dość bajkowej scenerii skupione na zdobywaniu kolejnych poziomów; druga – brutalna strzelanka, w której gracze wcielają się we współczesnych najemników. Podczas relacji na żywo ekran podzielony jest na dwie części – na jednej można obserwować rozgrywkę, na drugiej kamerka skierowana jest na Kasię, która w czasie gry żartuje, komentuje zagrywki, dyskutuje ze swoimi obserwatorami. Postronny świadek będzie miał kłopot, żeby ich zrozumieć, bo porozumiewają się skrótami, szybkimi skojarzeniami i typowymi dla graczy hasłami, komendami. Tak właśnie wygląda jej praca, a przynajmniej jej część. Kasia streamuje osiem–dziesięć godzin dziennie. Zarabia na reklamach, które emituje na swoich kanałach, prowadzi też animacje na stoiskach podczas targów gier, współpracuje z różnymi markami, wykorzystując swoją wyrobioną przez ostatnie lata pozycję.

W gry komputerowe gra, odkąd pamięta. Komputer dostała na koniec czwartej klasy w nagrodę za dobre wyniki na świadectwie. Od tej pory testowała każdy tytuł, jaki wpadł jej w ręce. Kolejnymi wymieniała się z koleżankami ze szkoły. – Nigdy nie czułam się outsiderką, nie odstawałam od reszty. W moim otoczeniu grali w zasadzie wszyscy. Koleżanki, kuzynki, koledzy z klasy. Bez względu na płeć – wspomina.

Kasia zaczęła udostępniać na żywo swoje relacje z grania za sprawą ówczesnego chłopaka, który się tym zajmował. Patrzyła na to, jak on działa na Twitchu, i postanowiła spróbować swoich sił. Była pierwszą polską streamerką z prawdziwego zdarzenia. Kiedy w 2012 roku zaczynała swoją przygodę z platformą dla graczy, właściwie nie było tam dziewczyn z Polski. Dzisiaj takie streamerki, jak ona, Nieuczesana czy UrQueeen, mają po 150 tysięcy fanów i więcej. – Trafiłam w niszę. Na początku na pewno wiele osób obserwowało mnie, bo grająca dziewczyna była ewenementem – wspomina. Streamować zaczęła spontanicznie. – Spodobało mi się to, że mogę grać i rozmawiać w tym czasie z ludźmi, którzy mają podobne zainteresowania, stać się częścią fajnej społeczności – mówi.

Głos chłopaka

Nie zawsze jednak jest tak miło. Podobnie jak wiele grających dziewczyn Brunecia nieraz musiała wysłuchiwać głupich uwag czy seksistowskich komentarzy. – Gry wywołują wiele emocji. Ludzie potrafią być naprawdę wredni. Zwłaszcza jeśli przegrywają z dziewczyną. Ja sama miewałam momenty słabości i serdecznie dość Internetu. Ale zawsze w takich chwilach siłę dawało mi życie, które miałam poza siecią – przyznaje. Jej zdaniem grające kobiety często są niedoceniane pod względem umiejętności. Kiedy tylko zaczynała wygrywać, od razu pojawiały się zarzuty o boosting, czyli podejrzenie, że inny, bardziej doświadczony zawodnik, z którym jest w drużynie, podnosi jej punktację i pomaga tym samym przechodzić kolejne etapy. – To frustrujące – przyznaje Kasia. Dzisiaj ma do tego dystans. Ale docinki graczy wciąż potrafią być bardzo przykre. – Jeśli chce się przetrwać w tym środowisku, trzeba sobie wyrobić grubą skórę – przyznaje i dodaje, że niektórzy nie potrafią sobie poradzić z tym, że grają z dziewczyną, i budzi to w nich niezdrową ekscytację.

Trudno się dziwić, że nie wszystkim chce się kopać z koniem. Żeby uniknąć nieprzyjemnych komentarzy, wrogiego nastawienia czy nagabywania, część dziewczyn po prostu ukrywa swoją płeć. W grach, które wymagają komunikowania się z innymi, chętniej używają komunikatorów tekstowych niż mikrofonów. Brunecia śmieje się, że i jej się zdarzało udawać chłopaka, żeby mieć spokój i nie narażać się na zaczepki współgraczy. – Udawałam młodego chłopca przed mutacją. Dzięki temu mogłam normalnie korzystać z mikrofonu. Wymyśliłam sobie męski nick. I dzięki temu miałam spokój – przyznaje.

Mroczna Żyrafa i Królik Zagłady

Julia Leszczyńska swoją pierwszą grę napisała w wieku sześciu lat. Bohaterami były Królik Zagłady i Mroczna Żyrafa. Julia sama przygotowała grafikę (czyli wszystko narysowała), wymyśliła historię (przebiegły wirus zaatakował komputery, a tytułowe zwierzaki miały uratować świat), sama podłożyła też głos lektora. – Wtedy, jako mała dziewczynka, nauczyłam się, że przygotowanie takiego projektu to ogrom pracy – wspomina z uśmiechem. Ale okazało się, że to właśnie jest to, co chce robić w życiu. Dzisiaj kończy studia w Polsko-Japońskiej Szkole Technik Komputerowych na kierunku programowanie gier. Nie skończyła jeszcze 30 lat, a już pracowała przy ponad 20 projektach dla takich firm, jak Techland czy PlayWay, była główną programistką gry „ElectriX”. Dziś jest prezeską (i założycielką) SimFabricu – polskiej spółki giełdowej będącej wydawcą i producentem gier komputerowych – który pod jej kierownictwem pracuje nad kilkunastoma nowymi projektami.

Gra od dziecka. Trudno się dziwić – jest córką Emila Leszczyńskiego, jednego z najbardziej zasłużonych ludzi dla polskiej branży gier komputerowych, twórcy i projektanta ponad 50 tytułów, redaktora w magazynach o grach i nowych technologiach, takich jak „Top Secret”, „Reset” czy „Secret Service”. Mała Julia najpierw zaglądała ojcu przez ramię, gdy testował nowe produkcje, potem zaczęła grać sama. Zazwyczaj w to, co akurat było pod ręką. Nie zawsze były to rzeczy odpowiednie dla małych dziewczynek, takie jak chociażby jej ukochane „Dungeon Keeper”, w którym wcielasz się we władcę piekieł i walczysz z siłami dobra. „Dungeon…” ma ponad 20 lat, ale Julia wciąż darzy ten klasyk ogromnym sentymentem. Wraca do niego czasem w poszukiwaniu inspiracji.

Co Leszczyńska sądzi o roli kobiet w branży? Choćby o tym, że na specjalizacji programowanie gier komputerowych na 50 osób na roku przypadają cztery dziewczyny? Istotne jest już dla niej samo to, że kobiety w tym środowisku zaistniały i że pojawia się ich coraz więcej. – Przy tworzeniu gier samo wykształcenie nie jest takie ważne – zapewnia. – Liczą się umiejętności, zajawka. A tego dziewczynom nie brakuje. Bardzo nie lubię powtarzania tego, że to branża zdominowana przez mężczyzn. Ja sama jestem zaprzeczeniem stereotypów, ale wiem, jak bardzo one ograniczają. Mam nadzieję, że opowiadając o tym, co robię, jak pracuję, zachęcę dziewczyny do przełamania obaw i próbowania sił w branży tworzenia gier komputerowych.

W jej firmie kobiety stanowią mniej więcej 10 proc. zespołu. – Zatrudniając fachowców, zwracamy przede wszystkim uwagę na pomysły i umiejętności, a nie płeć. Liczę na to, że z czasem, gdy więcej z nas będzie kształciło się w dziedzinie nowych technologii, proporcje zatrudniania kobiet i mężczyzn się wyrównają – deklaruje Julia.

Sama nigdy nie miała przykrych doświadczeń jako graczka. – Owszem, pojawiały się głosy zdziwienia, kiedy w jakimś momencie okazywało się, kim jestem, i słyszałam wtedy: „O, wow, jesteś dziewczyną?!”. Czasami było to bardzo pozytywne. Zdarzają się też głupie uwagi, ale te padają także pomiędzy mężczyznami. Nie miałam nigdy poczucia, że obrywam bardziej niż koledzy. Staram się grać na tyle dobrze, żeby nikt nie czepiał się, kim jestem, tylko docenił moje umiejętności – opowiada.

Czy kobiety grają inaczej niż mężczyźni? – Na pewno są bardziej zdeterminowane, chcą pokazać swoje umiejętności. Często muszą starać się dwa razy bardziej, żeby zostać zaakceptowane – twierdzi Brunecia i dodaje, że z jej obserwacji wynika, iż grający mężczyźni mają bardziej wrażliwe ego: prędzej czują się urażeni, gdy przegrywają.

Damska twarz e-sportu

A co ze światowymi trendami? Liczba graczek na największym, azjatyckim rynku przyrasta znacznie szybciej niż graczy płci męskiej i wynosiła w 2019 roku 38 proc. z 1,33 miliarda graczy. Większość z nich gra tylko dla siebie, ale dla całego środowiska ważne są też trendsetterki chętnie pokazujące swoje umiejętności w sieci, prowadzące na przykład programy gamingowe na YouTubie czy Twitchu. W Polsce jedną z najbardziej znanych graczek youtuberek jest MagdalenaMariaMonika, której kanał subskrybuje ponad milion osób. Streamujących kobiet przybywa niemalże z dnia na dzień. Jak mówi Kasia, ona sama jeszcze rok temu kojarzyła niemalże wszystkie dziewczyny z Twitcha. Dzisiaj nie jest w stanie.

Chociaż nie tworzą specjalnych babskich stowarzyszeń, grup czy klik, wspierają się wzajemnie. Jak przystało na dzisiejsze czasy – głównie w social mediach – obserwują nawzajem swoje konta, a czasami na koniec transmisji live polecają swoim odbiorcom kolejną graczkę do obserwowania.

Jeszcze inną grupę stanowią dziewczyny, które angażują się w profesjonalne rozgrywki e-sportowe. Powstają polskie kobiece drużyny startujące w międzynarodowych turniejach. Nie brakuje też dziewczyn, które występują w międzynarodowych teamach, jak chociażby Julia „bullet girl” Kurzyńska, jedna z najlepszych w kraju zawodniczek biorących udział w rozgrywkach „Counter-Strike: Global Offensive”. – My na streamach specjalizujemy się w dostarczaniu rozrywki naszym fanom. Dziewczyny, które grają w e-sportowych drużynach, skupiają się na treningach i szlifowaniu zagrywek. Ale śledzimy ich kariery razem z naszymi fanami i gorąco im kibicujemy – podkreśla Brunecia.

Ahoj, przygodo!

W co grają kobiety i jak często? Zgodnie z wynikami wspomnianych badań „Game Story”, przygotowanych przez IQS, Polek, które grają na komputerze lub konsoli codziennie, jest blisko 2,4 miliona. Wybierają przygodowe gry akcji i gry symulacyjne (43 proc.), a także strzelanki (41 proc.).

Więcej informacji na temat ulubionych gier kobiet przynosi opublikowany w marcu raport Kinguin.net, wirtualnego sklepu z grami, który obsługuje ponad 10 milionów klientów z całego świata. Aktywnymi użytkowniczkami tej platformy jest aż 1,1 miliona kobiet (w ostatnich 12 miesiącach ich liczba wzrosła o 56 proc.), aż 94 tysiące z nich pochodzą z Polski. Najpopularniejszymi w 2020 roku kupowanymi przez kobiety grami były: symulator „zwykłego” życia „Sims 4”, gra „Minecraft”, w której tworzymy fantazyjne budowle, oraz survivalowy „Rust”, w którym gracz zostaje rzucony w niewiadome miejsce wyposażony tylko w kamień i pochodnię. Dopiero kolejne miejsca zajęły polegająca na rozgrywaniu kolejnych bitew z wrogimi drużynami „Fortnite” oraz wojenna gra akcji „Call of Duty”. – Rzeczywiście według statystyk kobiety wybierają trochę częściej gry logiczne albo symulacyjne, czyli odzwierciedlające prawdziwe życie w wirtualnej rzeczywistości – przyznaje Julia Leszczyńska. Dodaje jednak, że ona wychodzi z założenia, iż nie ma czegoś takiego jak gry dla kobiet. – Wymyślając kolejne projekty, biorę pod uwagę oczekiwania gracza, który lubi konkretny gatunek. Sama gram i w strzelanki, i w gry symulacyjne czy logiczne. Gra musi po prostu być ciekawa, a reszta zależy od indywidualnych preferencji.