1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Biuro matrymonialne? – Jeden ze sposobów na dobranie partnera

Biuro matrymonialne? – Jeden ze sposobów na dobranie partnera

Zobacz galerię 2 Zdjęć
Ludzie przychodzą po związek, nie po miłość – mówi matchmakerka Agata Sybilska.

Co jest najważniejsze przy wyborze lub doborze partnera?

Pary powinny dobierać się przede wszystkim na zasadzie podobieństw i wzajemnej atrakcyjności. Przy trafnym wyborze ważne są: wiek, wykształcenie, standard życia, światopogląd oraz sfera religii/wyznania. To ostatnie kryterium dotyczy nie tylko celebrowania religijnych uroczystości, ale też tego, jak patrzymy na świat, jakie wyznajemy wartości.

Absolutnie fundamentalna sfera to seks i intymność, czyli zapotrzebowanie na przytulanie, kontakt fizyczny (także atrakcyjność fizyczna), temperament seksualny. Seks i intymność to sfery, które cementują związek i nie podlegają negocjacjom. To, moim zdaniem, podstawowy wskaźnik, czy para ma szanse, czy nie.

Jak pani sprawdza, czy partnerzy są dopasowani w sprawach intymnych?

Nasza ankieta zawiera bardzo proste pytanie o stosunek do spraw intymnych. Jest tam skala od „najważniejsza sprawa w związku” do „nie są ważne”. W doborze partnerów staramy się, aby poziom temperamentu i potrzeby w tym zakresie były podobne. Pytanie o sferę intymną ważne jest też w kolejnym etapie doboru, kiedy partnerzy już się ze sobą spotykają, a my „pilotujemy” ich relację. Kiedyś przyszła do biura pięćdziesięcioparoletnia pani, zadbana, niezależna zawodowo, do szczęścia brakowało jej tylko partnera. Wcześniej miała męża, potem była w związku z mężczyzną chorym na depresję, z którym łączyła ją wspólna firma – było to dla niej bardzo traumatyczne doświadczenie. Do biura przyszła szukać mężczyzny na jesień życia. Trudno jej było dobrać partnera, bo wymagania miała wysokie. Ciągle było coś nie tak; a to za niski, za mało wykształcony, nie za mądry. W końcu zaproponowaliśmy jej poznanie doktora filozofii – pana troszkę od niej starszego, ale przy tym niezmiernie spokojnego. Zaczęli się spotykać. Po dwóch tygodniach pani zadzwoniła i miała pretensję, że pan ogląda telewizję przy obiedzie i według niej niezbyt dba o higienę (zmienia bieliznę raz na trzy dni). „Absolutnie nie mogę z nim być” – stwierdziła. Wtedy zapytałam ją, czy był już między nimi seks. Okazało się, że był, świetny. Powiedziałam, żeby nie zawracała sobie głowy drobiazgami. „Z brudnymi skarpetkami pani, jako kobieta, sama musi sobie poradzić”. Dobra relacja fizyczna i psychiczna daje szansę, że ten związek będzie trwały. Pomogłam tej pani oddzielić rzeczy ważne od nieważnych.

Ludzie nie mają problemów z mówieniem o intymności. Kobiety, które przychodzą po nieudanych związkach, opowiadają, że właśnie sfera intymna nie działała, „bo on się nie chciał ze mną kochać”, „przytulał mnie raz na pół roku i to po awanturze, że tego potrzebuję”, „ciągle się izolował, niby był, ale jakiś nieobecny duchem”.

Jaki cel ma pierwsza rozmowa z klientem?

Po pierwsze, zbadanie historii poprzednich związków, bo często wynika z niej, czy i jak trudno będzie znaleźć danej osobie partnera. Osoby, które nigdy nie były w związku, wyraźnie różnią się od tych, które zostały same po rozwodzie, czy tych, które straciły partnera w wyniku śmierci. Dużo rozmawiamy też o oczekiwaniach.

Zdarzają się oczekiwania nierealne?

Wiele osób przychodzi do nas spełniać swoje marzenia czy fantazje. Nie rozwiewam tych marzeń, nawet jeśli czuję, że będzie trudno je spełnić. Ludziom nigdy nie wolno zabierać nadziei, bo ona jest najważniejsza w procesie szukania partnera, ponieważ daje siłę. Natomiast potem staramy się urealniać te oczekiwania. Szukanie partnera to nie jest bułka z masłem, to bardzo poważne i trudne zadanie. Jeśli mieliśmy już kilka spotkań i żaden z kandydatów nie spełnia naszych oczekiwań, to łatwo o załamanie, rezygnację, zniechęcenie: „A może ja się już nie nadaję, może ze mną jest coś nie tak”. Moja teoria jest taka, że każdy dzbanuszek znajdzie swoją przykrywkę. Dla każdego z nas gdzieś jest ten przeznaczony nam partner, to tylko kwestia znalezienia go. Mówi się „małżeństwa aranżowane”, tu nic nie jest aranżowane – tak naprawdę to jest jedynie organizacja tego pierwszego momentu, kiedy oni się spotkają. W chwili, kiedy siądą nad tą kawą w kawiarni, to już dalej życie zadecyduje.

W codziennym życiu nie mamy okazji spotkać tylu potencjalnych osób, ile jest w bazie danych biura matrymonialnego, czy raczej nie potrafimy dobrze wybierać?

Ludzie żyją w pędzie, nie mają wielu okazji do poznawania nowych ludzi. To, co się dzieje na portalach randkowych, to jeden wielki supermarket – codziennie świeża dostawa. Znalezienie partnera w Internecie to jak trafienie miliona w toto lotka – możliwe, ale mało prawdopodobne. Podobno w Stanach do 80 proc. zawieranych małżeństw to małżeństwa ludzi, którzy poznali się za pośrednictwem matchmakerów.

A co z nieumiejętnością dokonania właściwego wyboru?

Przede wszystkim ludzie nie znają samych siebie, w ankiecie nie umieją określić swoich zainteresowań, charakteru, nie potrafią napisać, jakie jest ich motto życiowe. Po drugie, mają duże oczekiwania w stosunku do potencjalnego partnera i niewielkie wobec siebie. Kiedy pytam: „A co ty dasz partnerowi?”, nie mówią nic albo: „siebie”. Niekiedy deklarują, że nie potrzebują partnera, związku – tylko kogoś, z kim można by pójść do kina i na spacer. Czasami myślę, że może powinnam mieć wypożyczalnię „garniturów z wsadem”. Nie można zachować swojego dotychczasowego życia: luzu, swobody, tego, co chcemy, będąc w związku na poważnie. Związek wpływa na nas, zajmuje nam czas, rodzi pewne obowiązki, zależności.

Czy dzięki pani pośrednictwu ludzie znajdują miłość?

Tak. Ludzie są coraz bardziej świadomi, do biura przychodzą po związek, a nie po miłość. W życiu jest tak, że najpierw się zakochujemy, a potem tworzymy relację, w związku aranżowanym jest odwrotnie – najpierw próbujemy stworzyć związek po to, by tej miłości dać szansę, dać pole do narodzenia się. Wiele naszych klientek to kobiety, które zawiodły się na miłości, są ofiarami tzw. przechodzonych związków, czyli takich, w których dziewczyna w wieku lat 30 poznaje chłopaka, przez 10, 12 lat czeka grzecznie, aż on się zdeklaruje, a potem on ją zostawia.

Moim zdaniem mężczyzna powinien się od półtora roku do dwóch lat zadeklarować. Jeśli tego nie zrobi, związek przestaje się rozwijać. W Polsce samotność to problem społeczny na miarę alkoholizmu czy narkomanii. Nasze biuro stoi otwarte dla każdego, kto szuka poważnego związku i ma dość wieczorów w pojedynkę oraz pustego gniazda.

Agata Sybilska: kierowniczka Biura Matrymonialnego OSTOYA

Artykuł pochodzi z wydania specjalnego miesięcznika „SENS” – „Sens o miłości”.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Biznesplan nie działa w miłości!

Często tzw. kobiety sukcesu mają wysokie mniemanie o sobie i na temat tego, z kim chciałyby być, a kończą w relacjach, które są przeciwieństwem ich planów. (fot. iStock)
Często tzw. kobiety sukcesu mają wysokie mniemanie o sobie i na temat tego, z kim chciałyby być, a kończą w relacjach, które są przeciwieństwem ich planów. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Wielu kobietom odnoszącym sukcesy w życiu zawodowym nie układa się życie prywatne. Siła i decyzyjność, które w pracy są ich mocną stroną, w związku generują tylko ból. O tym, jak przestać podchodzić zadaniowo do miłości, z psychoterapeutą Michałem Dudą rozmawia Aleksandra Nowakowska.

Czy wszystkie kobiety sukcesu mają pecha do mężczyzn? Te, z którymi rozmawiam, żalą się, że są albo słabi, albo je odrzucają. A najczęściej i jedno, i drugie. Mówimy o pewnym rodzaju silnych kobiet, które mają duże problemy ze stworzeniem relacji. Ich siła jest głównie społeczna, wykorzystywana do funkcjonowania w świecie, ale nie jest siłą psychologiczną potrzebną do tworzenia relacji. Kobiety te wewnętrznie czują się słabe, odrzucone, potrzebujące. I z tego powodu trudno im otwarcie wchodzić w relacje. Często stosują w nich metody, które działają w pracy. One zarządzają relacjami.

W jaki sposób? Egzekwują różnego rodzaju prawa i obowiązki z pozycji asertywności, która znajduje zastosowanie na przykład w korporacjach. Czyli: stałe monitorowanie, intensywna kontrola, domaganie się uwagi i zaangażowania, oczekiwanie określonych zachowań. Z jednej strony chcą być dostrzegane przez partnera i zrozumiane także w swoich słabościach, a z drugiej – używają do tego siły. To podwójny komunikat, na który nie wiadomo, jak reagować. I nie chodzi tu o kierowanie oczekiwań, domaganie się czegoś w związku. Mamy przecież prawo do swoich pragnień i potrzeb. To kwestia sposobu, w jaki to się robi. Na pewno nie powinien on polegać na wchodzeniu w rolę znaną z pracy. Ludzie nie są w związku po to, żeby wypełniać zadania wyznaczone na dzisiejszy dzień. Nie na tym polega relacja między dwoma kochającymi się osobami.

Często tzw. kobiety sukcesu mają wysokie mniemanie o sobie i na temat tego, z kim chciałyby być, a kończą w relacjach, które są przeciwieństwem ich planów. Po części wynika to z tego, że one same sobie wszystko organizują. A facet, którego da się zorganizować, nie jest tym, o co im chodzi. To jest raczej facet, którym się będzie trzeba zajmować, którego być może trzeba będzie utrzymywać, którego można sobie kupić.

Przez jakiś czas ta strategia jednak działa. Tak, ale one liczą, że przyniesie konkretny rezultat. Że zainwestowana energia sprawi, że on się w końcu zacznie jakoś inaczej zachowywać. Natomiast mężczyzna będzie korzystał z dobrodziejstw tak długo, jak się da, i raczej nie odwzajemni się spełnieniem jej życzeń. Tylko koszty będą coraz wyższe.

Kobiety, które znam, twierdzą, że marzą o silnym mężczyźnie. A on zwykle ma jakiś walor – albo jest ładny, ma jakiś talent, coś potrafi. Ale na ogół jest zainteresowany sobą, nie ma specjalnie ochoty, żeby angażować się w tę relację. Najczęściej słabo radzi sobie w świecie, dlatego też odpowiada mu ta znajomość. W tym przypadku kobieta zapewnia mu wiele, a on zaczyna się przyzwyczajać i chce coraz więcej. Nie jest to dobry sposób na „wychowanie sobie mężczyzny”. Jednak silne kobiety nie są zwykle w stanie przestać dawać, zarządzać, organizować. One w ten sposób kontrolują i robią to jakby z automatu. A jednocześnie czują się porzucone, niedostrzeżone, bo dla nich nikt się nie stara. Naprawdę jest to kłopot. Niezwykle trudno jest przekonać je do zmiany stylu bycia w relacji, ponieważ ta metoda osiągania sukcesów bardzo często gra ważną rolę w ich życiu. One potrzebują mieć kontrolę.

Skąd ta potrzeba? Chodzi o poczucie zagrożenia. Wszyscy radzimy sobie z brakiem bezpieczeństwa na dwa w miarę konstruktywne sposoby. Pierwszy z nich to wejście w związek. Jeśli uda się stworzyć relację, która jakoś funkcjonuje, do pewnego rodzaju lęków się nie wraca. Jeżeli jednak w związku coś się chwieje, często wpadamy w rodzaj otchłani, paniki, depresji. Tak się dzieje, jeśli związek ma być drogą do osiągnięcia stabilności wewnętrznej. Drugim sposobem ratowania się jest robienie kariery, budowanie sobie lepszego losu poprzez pozycję społeczną. Taki ktoś musi cały czas wkładać wysiłek w to, żeby nie osunąć się z powrotem w stan lękowy. Karierę robi z desperacją, doskonaląc tylko te narzędzia, które są skuteczne i pozwalają iść naprzód, ale trzyma się jedynie znanych rozwiązań. Poza tym najczęściej odczuwa niewielką satysfakcję z tego, co osiągnął, nie potrafi identyfikować się ze swoimi sukcesami. Korporacje uwielbiają takich pracowników, bo są oni w stanie bardzo dużo zrobić, żeby zasłużyć na uznanie. Odrzucenie jest dla nich czymś niesamowicie trudnym, dlatego tak bardzo się starają. Bezpieczeństwo to silna motywacja.

Czego boją się kobiety zarządzające relacjami? Kieruje nimi lęk przed pustką, samotnością, odrzuceniem, brakiem uwagi. Żeby tego nie przeżywać, używają siły wobec mężczyzny. A siła zawsze budzi reakcję obronną. Gdy partner je odpycha, one sięgają po coraz więcej siły. Spirala się nakręca i kończy się zwykle odrzuceniem. Po kilku takich próbach czują się poranione i już nie chcą relacji. Tęsknią jednak za bliskością i jak patrzą na szczęśliwe pary, coś im się zaciska w środku. Ale zamiast to przeżyć, wolą iść do pracy i zająć się kolejnym arkuszem Excela.

Albo dzieje się tak, że w miejsce jednego mężczyzny, który odrzucił, pojawia się następny, bardzo podobny. I historia się powtarza. Bo one aktywnie poszukują, starają się, dążą, stosują strategie. Ich potrzeba jest prawdziwa, to nie jest coś mało ważnego. Jeśli ktoś nie ma poczucia bezpieczeństwa, ciężko mu przestać poszukiwać go na zewnątrz.

Czasami wpadają w pewien rodzaj słabości, który kojarzy mi się z niedojrzałością. Nawet dziecinnością. To niepokój, o którym mówiłem. Często zdarza się, że zostały w jakiś sposób odrzucone przez rodziców, którzy nie byli nimi zainteresowani. Teraz mają podobny styl życia jak oni – są skoncentrowane na pracy. Tam szukają matki, ojca. To jest oparte na realnym cierpieniu. Z tymi uczuciami muszą sobie poradzić i radzą sobie tak, jak potrafią. Stąd się bierze ta dziecinna słabość, ona jest po części regresywna. Słabość i delikatność są doświadczeniem, którego te kobiety potrzebują. To uczucie niezbędne do odczuwania szczęścia. Jako „dzieci” mogą sobie na te uczucia pozwolić. Jako osoby dorosłe zaprzeczają im i trudniej jest im kochać.

A jednocześnie jest w nich sporo agresji. Tak. A mężczyźni bombardowani tym agresywnym zarządzaniem sami stają się bierno-agresywni. Przyciśnięci do muru, zaczynają odpowiadać przemocą. Mogą sprawiać ból psychologiczny, ale zagrożenie przemocą fizyczną w tych relacjach też występuje. Ci mężczyźni, bywa że uzależnieni, czują się skrzywdzeni i uważają, że wiele im się należy. I wymagają, bo tak sobie radzą z bólem z przeszłości. A kobiety dają, nic nie dostając w zamian, i w końcu zaczynają atakować, trafiając w bolesne miejsca. Zdarza się, że faceci odpowiadają ogniem i to generuje niebezpieczne sytuacje. Ale często nawet to nie zraża tych kobiet, żeby brnęły dalej w relację. Przynajmniej czują kontakt. To lepsze niż samotność i bezpieczniejsze niż bliskość. Siła to ich mocna strona.

One wówczas tłumaczą, że ci mężczyźni potrzebują ich pomocy. Opiekowanie się biednymi stworzeniami jest nieskomplikowaną formą relacji. To jest łatwe źródło energii, a dodatkowo spełniają sen o troskliwej uwadze, której nie dostają. Część osób opiekuje się innymi dlatego, że przynajmniej do pewnego momentu dają się im kontrolować. Takie opiekowanie się to zupełnie inna relacja niż związek dwóch osób, które są samodzielne, czegoś ciekawe, czegoś poszukują, bo sprawę wewnętrznego poczucia bezpieczeństwa mają już za sobą. Spotkanie dwóch osób, które nie potrzebują pomocy, tylko chcą relacji, to jest zupełnie inny świat. Natomiast kobiety, o których mówimy, tak naprawdę nie szukają relacji, bo się ich boją.

Przychodzi moment, że kobieta sukcesu naprawdę ma już dosyć bólu, który przeżywa. Jak może sobie pomóc? To nie będzie proste. Drogą wyjścia jest zmiana orientacji z ulgi, w którą uciekają z miejsca lęku, zarządzając mężczyznami, na przyjemność. Chodzi o zastanowienie się, co lubią. Nie w związku, ale w ogóle. Takie osoby podchodzą zadaniowo właściwie do wszystkiego – do jedzenia, do wyglądu, do sprawności fizycznej, do seksu. Jedzą, ćwiczą, kochają się tak jak powinno się to robić, ale niekoniecznie tak, żeby sprawiało im to przyjemność. Posiadanie władzy i osiąganie celów wydaje się przyjemne, ale nie jest. Daje rodzaj haju, lecz nie poczucia kontaktu ze sobą. One potem czują się bardziej zmęczone i puste niż szczęśliwe.

Rzeczywiście – trudno im poczuć przyjemność. Jeden z przywilejów, który ociera się o pewien rodzaj przyjemności, to możliwość kupienia sobie tego, na co ma się ochotę. Te kobiety mają do tego dostęp. Ale nawet jeżeli ubierają się w drogich sklepach, jedzą w dobrych restauracjach, nie sądzę, że są w stanie poczuć do końca przyjemność. Przyjąć ją. To jest bliższe jakiemuś rodzajowi dumy, ambicji, samozadowolenia, ale nie przyjemności. One permanentnie się doskonalą, interesują je zajęcia, które mają je czegoś nauczyć. Robią to, bo czegoś im brakuje, nie sięgają po to dla przyjemności. Z jednej strony kiedy taka osoba jest w tym trybie, czuje się pewnie, jest nie do ruszenia. Bo to są naprawdę bardzo silne osoby. Z drugiej strony jednak można szybko je doprowadzić do „rozpadu”. I to jest realne, one naprawdę się rozpadają psychicznie. Bo starają się, starają, cały czas zasługują na coś, czego nie można dostać. A im bardziej się starają, tym bardziej czują się odrzucone.

Czego im brakuje? Kontaktu ze sobą, ze swoimi prawdziwymi potrzebami. To jest początek zmiany, potem w relacji mogą już odpowiedzieć sobie na pytania: „Czy ja lubię to, co on robi, czy też nie? Czy to jest dla mnie, czy ja tego chcę, czy ja w tym jestem? Co czuję przy nim i co czuję do niego?”. Sądzę, że one już wcześniej dostają dużo sygnałów z ciała, pojawiają się w nich emocje, silne reakcje, które je ostrzegają, że droga, którą zmierzają, nie jest właściwa. Zdarza się, że ich przyjaciółki sugerują, że ten związek jest pomyłką. One zresztą same to czują, ale wolą nie skupiać się na uczuciach, bo to wiąże się z lękiem. Po prostu nie chcą czuć.

Jeśli miałbym dać im konkretną radę – co jest ryzykowne, bo każda rada może przez nie zostać zamieniona w program – powiedziałbym: „Na początek zacznij być ciekawa tego, co sprawia ci przyjemność, a co nie. Nie myśl o tym, nie pytaj innych, tylko próbuj i ucz się siebie. Zastanów się na przykład, co naprawdę miałabyś ochotę zjeść dzisiaj na kolację”.

Michał Duda: psycholog, psychoterapeuta. Nauczyciel i superwizor w Instytucie  Psychologii Procesu. Pracuje w Ośrodku Poza Centrum w Warszawie.

  1. Psychologia

Jak kochać szczęśliwie?

Do miłości szczęśliwej każdy z nas musi dojrzeć i nauczyć się tych psychologicznych umiejętności, które pomogą mu w tym procesie. (fot. iStock)
Do miłości szczęśliwej każdy z nas musi dojrzeć i nauczyć się tych psychologicznych umiejętności, które pomogą mu w tym procesie. (fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Czy o miłości powiedziano już wszystko? Czy warto pisać kolejne poradniki psychologiczne i artykuły poruszające temat zakochania, budowania związku i dbania o relację? Czy rozmowy o tym nigdy nam się nie znudzą? Moim zdaniem odpowiedź brzmi : nie. Ani nie znudzą, ani nie wyczerpią wszystkich refleksji i nie rozwieją wszystkich wątpliwości. Bo miłość to najtrudniejsze z uczuć. Najpiękniejsze, najważniejsze, czyniące nasze życie wyjątkowym i barwnym, ale również najtrudniejsze.

Aby umieć kochać szczęśliwie, trzeba odrobić wiele niełatwych życiowych lekcji. Bo dojrzewanie do miłości to proces, który wymaga nie tylko naszej motywacji i wiary w możliwość bycia szczęśliwym, ale także wielu psychologicznych kompetencji, które musimy nadrabiać w życiu dorosłym, ponieważ w naszym dzieciństw nie mieliśmy okazji nauczyć się tego, co jest warunkiem koniecznym miłości szczęśliwej. A są nim przede wszystkim miłość do siebie i wiara we własną wartość, odwaga w podejmowaniu ryzyka oraz otwartość na drugiego człowieka i zdolność do empatii.

Jako psycholog i terapeuta par wiem jedno: każdy z nas ma w tych obszarach coś do przepracowania. I każdy przynajmniej kilka razy w życiu zadawał sobie pytania: jaki popełniam błąd? Dlaczego nie znajduję spokoju i szczęścia? Co sprawia, że cierpię, że ranią mnie bliskie osoby? Czy znajdę miłość? Czy będę umiała o nią zadbać? Uważam, że każdy z nas potrzebuje czasem wsparcia i podpowiedzi, co robić, gdy zagubi się w meandrach miłości, zatraci w zakochaniu czy doświadczy bolesnej straty. Bo każdy czasem traci wiarę w miłość szczęśliwą.

Skąd te wątpliwości, rozterki, lęki i błędy, które popełniamy? Ano stąd, że nikt z nas nie miał idealnego dzieciństwa i każdy wchodzi w dorosłość z jakimś bagażem nieprzepracowanych, trudnych doświadczeń i emocji. Dlatego uważam, że każdy z nas czasem potrzebuję wsparcia, podpowiedzi, jak radzić sobie z uczuciowymi dylematami, a te odnajdzie w artykułach i poradnikach, w których o psychologi uczuć i mechanizmach budowania relacji piszą osoby, mogące swoją wiedzą i doświadczeniem służyć czytelnikom. I uważam, że każdy, kto po takie wsparcie sięgnie, odnajdzie coś dla siebie. Bo każdy z nas ma swój obszar do przepracowania, który sprawia, że trudno mu kochać szczęśliwe.

Część z nas to „niedokochane dzieci" spragnione akceptacji i bezwarunkowej miłości. Takie osoby są w stanie zgodzić się na wiele, zbyt wiele, aby ktoś, często ktokolwiek, je pokochał. Wikłają się w toksyczne, przemocowe relacje, wierząc, że krzywdy których doznają, to „ich wina". Dlatego ich lekcją jest uczenie się bycia asertywnymi i umiejącym szanować i kochać siebie. Cześć z nas to zranieni wrażliwcy, którzy zamykają się w bezpiecznej skorupce, nie ryzykując bycia porzuconymi. Boją się rozczarowania. Boją się miłości. Pytają: co zrobić, aby nigdy nie zostać zranionym? I znajdują odwiedź: można nigdy nie kochać. To prawda. Wtedy nikt nas nie zrani. Gdy się nie przywiążemy, gdy nie zaryzykujemy, nie zostaniemy zranieni. Ale czy warto zapłacić taką cenę? Czy warto zrezygnować z uczucia tylko dlatego, że się boimy? Dla takich osób wyzwaniem jest uczenie się odwagi pomimo lęku, który czują. Bo każdy się boi. Ci, którzy ranią, udają obojętność, gdy ktoś cierpi; ci, którzy uciekają przed odpowiedzialnością, i ci, którzy nie potrafią kochać dojrzale też się boją. Ich lękiem jest przywiązanie i zależności. Bo miłość to odpowiedzialność. A ona jest dla wielu osób trudna.

Miłość to również sztuka dbania o drugiego człowieka. Dlatego wymaga postawy empatycznej i uważnej na potrzeby innych. Miłość szczęśliwa to także szacunek do siebie samego i poczucia własnej wartości. To pogodzenie własnych potrzeb z dbaniem o szczęście tych, których kochamy. Nie każdy potrafi tę równowagę zachować. Dla wielu z nas bycie otwartym na drugiego człowieka w sposób, który pozwala chronić również własne granice i własną intymną przestrzeń, to nie lada wyzwanie. Uważam, że do miłości szczęśliwej każdy z nas musi dojrzeć i nauczyć się tych psychologicznych umiejętności, które pomogą mu w tym procesie. Dlatego każdy kolejny artykuł, na temat tego jak przygotować się do zbudowania relacji, jak uczyć się kochać dojrzale i odpowiedzialnie, jak być w miłości szczęśliwym, jest tak cenny. I dlatego uważam, że warto o miłości rozmawiać, warto dzielić się swoimi doświadczeniami i szukać cały czas odpowiedzi na ważne i aktualne pytania. Bo warunkiem koniecznym miłości szczęśliwej jest umiejętność dbania również o siebie.

Maria Rotkiel: psycholożka, terapeuta, autorka poradników psychologicznych.

  1. Psychologia

Uczucie miłości. Co sprawia, że się zakochujemy? - wyjaśnia prof. Bogdan Wojciszke

Zakochiwanie się i budowanie związku ma dzisiaj inne podstawy niż u poprzednich pokoleń. Czy szukanie miłości ma w ogóle jakiś sens? (fot. iStock)
Zakochiwanie się i budowanie związku ma dzisiaj inne podstawy niż u poprzednich pokoleń. Czy szukanie miłości ma w ogóle jakiś sens? (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Według prof. Bogdana Wojciszke miłość się nam po prostu przydarza. Czy szukanie jej ma zatem jakiś sens? I czy to dobrze, że dzisiaj głównie na uczuciu opieramy nasze związki?

To my szukamy miłości czy miłość sama nas znajduje? Powiedziałbym, że to drugie. W naszym szeroko pojętym kręgu kulturowym od 50 do 60 proc. ludzi wyznaje, że to się po prostu stało, zakochali się. Nie chodzimy po świecie z zamiarem i silnym postanowieniem zakochania się – to po prostu nas dopada.

Czy można zrobić coś, żeby zwiększyć swoje szanse w tej materii? Może być bardziej uważnym, otwartym? Miłość to bardziej stan ducha tego, kto kocha, niż rezultat tego, jacy są ci, których kochamy. Czyli to nie cechy charakteru obiektu decydują o naszym zakochaniu. Jeśli miałbym sformułować tu jakieś zalecenie, to mogłoby ono brzmieć tak: Jeżeli chcesz się zakochać, to rób coś ekscytującego. Wtedy jest duża szansa, że dostrzeżesz kogoś, kto cię zauroczy. Jest jednak jeden warunek – ta osoba już na samym początku musi ci się spodobać. W stanie ekscytacji pierwsze wrażenie się potęguje i łatwiej może przerodzić się w zakochanie. Jesteśmy wtedy bardziej „podatni” na miłość. I są na to dowody w postaci wielu badań.

Ma pan na myśli eksperyment z mostkiem? To dosyć znane badanie, w którym mężczyźni przechodzili przez chwiejny mostek, na końcu którego czekała na nich piękna modelka. W nagrodę dawała im swój numer telefonu. Okazało się, że im mniej stabilny był mostek, tym uczestnicy częściej do niej dzwonili. Adrenalina, jaką odczuwali, zwiększała atrakcyjność dziewczyny. Ten eksperyment, jak  wiele innych podobnych, pokazał, że ekscytacja biologiczna w konsekwencji wysiłku fizycznego powoduje u badanych podniesienie atrakcyjności już i tak atrakcyjnych kobiet, jakie spotykali podczas eksperymentów. Co ważne, jeśli przed badaniem uczestnicy uznali dane kobiety za ładne, to ich atrakcyjność pod wpływem adrenaliny się zwiększała, a jeśli uznali je za mało atrakcyjne, to po przejściu przez most bardziej się im nie podobały.

Czyli uprawiajmy sport, podróżujmy, podejmujmy różne aktywności – będziemy mieli więcej okazji, by spotkała nas miłość. Ale też nie rozglądajmy się za daleko. W książce „Alfabet miłości“ przywołuje pan inny eksperyment: okazało się, że ludzie, którzy siadali obok siebie na wykładach, częściej się później zaprzyjaźniali. Rozwojowi uczucia sprzyja bliskie sąsiedztwo? Kiedyś ludzie byli znacznie mniej kochliwi niż teraz, bo występowało ograniczenie terytorialne. Poruszali się przede wszystkim pieszo lub na rowerach, o wiele rzadziej przemieszczali się zorganizowanym transportem i nieczęsto podróżowali w dalekie zakątki kraju czy świata. Dlatego też ponad połowa małżeństw w latach 60. była zawierana między osobami, które mieszkały mniej niż 10 kilometrów od siebie. Ta bariera geograficzna obecnie w ogóle zniknęła, głównie dzięki Internetowi.

Dzięki nowym technologiom mamy o wiele więcej szans na spotkanie tego jedynego czy tej jedynej, dlaczego więc coraz mniej osób uznaje, że im się to przydarzyło? Owszem, obecnie straszliwie poszerzyła się pula osób, spośród których można wybierać, ale o wiele częściej okazuje się to problemem niż szansą. Badania konsumenckie wyraźnie pokazują, że jeśli liczba dostępnych opcji przekracza pewien próg, to wybór staje się dla nas trudniejszy, jeśli nie niemożliwy. Jeśli mam cztery smaki dżemów, to mniej więcej wiem, który bym chciał, ale jeśli mam do wyboru 40, to moja decyzyjność spada. Wybór partnera różni się oczywiście od wyboru dżemu, ale zasada jest taka sama. Kiedyś w jednej wsi były, powiedzmy, dwie panny na wydaniu, które ze względu na atrakcyjność i pochodzenie stanowiły najlepszą partię i tylko spośród nich dobrze sytuowani kawalerowie mogli wybierać. W jakimś stopniu było im łatwiej niż na dzisiejszym rynku matrymonialnym.

Dziś trudniej jest kobietom, zwłaszcza tym wykształconym, zdolnym i atrakcyjnym, bo jest niewielu mężczyzn, którzy potrafią im dorównać. Wyzwanie, przed którym stoją, określa pan sam jako „współczesny mezalians“. Kiedyś typowym zjawiskiem było coś, co się nazywało over-marriage – kobieta wychodziła za mąż trochę powyżej swojego statusu, wynikającego z urodzenia, coś na zasadzie związku Kopciuszka i Księcia. Kobieta wnosiła w związek coś, za co mężczyzna musiał zapłacić: pozycją społeczną lub dobrami materialnymi. Teraz na skutek emancypacji, jest coraz mniej mężczyzn, którzy są w lepszej od niej sytuacji. Zwykle kobieta musiała patrzeć trochę wyżej, a teraz musi patrzeć trochę niżej. Dużo wykształconych kobiet jest obecnie znacznie mniej zależnych od zasobów męskich, bo same mogą sobie je zgromadzić, i choć finansowo wychodzą na tym lepiej, to w kwestii związku już nie bardzo. To poważny społeczny problem.

Ale skoro nie musimy się wiązać, by mieć zapewnione finansowe czy jakiekolwiek inne bezpieczeństwo, i jesteśmy sobie równi, to może nas połączyć ze sobą wyłącznie miłość. To chyba dobrze? Dobrze czy niedobrze, na pewno ma to swoje konsekwencje. Żyjemy w świecie, w którym – szczególnie dla ludzi w średnim wieku – wybory matrymonialne przestały być ostateczne. To znaczy są ostateczne, ale tylko na pewien okres. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że o związek trzeba dbać, ale z drugiej strony mamy poczucie, że jak się nie uda, to się rozstaniemy. Szacuje się, że połowa zawieranych dziś małżeństw za kilka lat się rozpadnie. Małżeństwo nie jest już – jak kiedyś – gwarantem stabilizacji finansowej czy posiadania i wychowania dzieci. To możemy mieć dziś poza nim.

Czy w tej kwestii potrzeby kobiet i mężczyzn się od siebie różnią? Zarówno mężczyźni, jak i kobiety mają potrzeby wspólnotowe, czyli doznawania i udzielania wsparcia, ale jednak się między sobą różnimy. Najlepiej widać to na przykładzie podejścia do seksu, choć przekłada się to także na różne sposoby zaspokajania potrzeby kontaktu.

Kobietom zależy na tym, żeby ich związki były głębsze, ale może ich być niewiele – podobnie z seksem. Natomiast mężczyźni są za bardziej licznymi związkami, ale za to płytszymi. Dlatego też nasze dążenia trochę się rozmijają. Wynika z tego, że kobiety bardziej szukają partnera, a mężczyźni partnerek.

A kompromisem okazuje się seryjna monogamia. Czyli będziemy mieli wiele związków, ale za to z jednym partnerem? Wszystko na to wskazuje. Ale seryjna monogamia to wcale nie nowy koncept. Nasi przodkowie znali już taki model, tylko on inaczej się nazywał. Także mieli po kilka żon czy mężów, tylko o końcu związku decydowały raczej przyczyny naturalne niż potrzeba szczęścia bądź przyjemności – ich partnerzy życiowi po prostu umierali, dziś częściej umiera miłość.

Można powiedzieć, ze Henryk VIII też był seryjnym monogamistą. (Śmiech). Zgadza się. I większość małżeństw zawierał z miłości.

Bogdan Wojciszke profesor psychologii, profesor nauk humanistycznych, wykładowca akademicki, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk. Zajmuje się badaniem dynamiki bliskich związków, autor kilkunastu książek.

  1. Psychologia

Ty mu świat do stóp, a on ci figę z makiem. O braniu i dawaniu w związku

Jak twierdzi Bert Hellinger, twórca ustawień rodzinnych, podstawową zasadą partnerstwa jest bezustanny ruch, wymiana – dawanie i branie. (Fot. iStock)
Jak twierdzi Bert Hellinger, twórca ustawień rodzinnych, podstawową zasadą partnerstwa jest bezustanny ruch, wymiana – dawanie i branie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
„Przyjmij tę obrączkę na znak mojej miłości…” – te słowa to symbol dawania i brania w związku, wymiany, korzystnej dla obydwu stron. Piękne założenie, tylko czy wymiana na pewno powinna zaczynać się od aktu dawania?

Wyobraź sobie, tak hipotetycznie, że wymiana w związku jest pewnego rodzaju handlem – dajesz pieniądze w zamian za upragniony towar. Dobra sprzedaż zaczyna się od autoprezentacji – kiedy poznajesz partnera i jesteś nim żywo zainteresowana, pragniesz pokazać mu się od jak najlepszej strony. Wyczuwasz jego pragnienia i spełniasz je. Jeśli czujesz, że pociągają go delikatne kobiety, stajesz się najbardziej delikatną istotą na ziemi. Lubi blondynki – proszę bardzo. Chwali pomidorową mamy – serwujesz mu ulubiony przysmak pięć razy w tygodniu itd.

Idźmy dalej: dobra promocja to podstawa. Stajesz na rzęsach, by uwierzył, że jesteś tą jedną jedyną, z którą będzie mu jak w raju. Dajesz nadmiarowo, często zapominając o sobie. Bo, choć świadomie nie zdajesz sobie z tego sprawy, zasada wzajemności – jeden z ważniejszych chwytów reklamowych, robi swoje: dajesz, żeby dostać coś w zamian. Zgodnie z zasadami ekonomii handlu, wszystko jest w porządku, celem wymiany jest zysk. Jednak w z związku to tak nie działa.

Kiedy robisz bilans inwestycji, okazuje się, że wynik jest ujemny – dałaś więcej, niż dostałaś, ewentualnie dostałaś nie to, czego oczekiwałaś. Być może brniesz w to dalej – dajesz jeszcze więcej, podtykasz partnerowi pod nos dokładnie to, na co sama masz apetyt. Może na jakiś czas wycofujesz datki, licząc, że zrozumie przekaz i uaktywni się w rewanżu. W zanadrzu masz jeszcze szantaż – zabierasz to, co dałaś i wiesz, że boleśnie odczuje stratę – albo obiecujesz sobie, że dasz dopiero wtedy, kiedy on odpłaci ci tym samym. W praktyce ten etap związku to nic innego jak bolesne rozczarowanie; przekonanie, że ty mu świat do stóp, a on ci figę z makiem. Wątpliwości, że może z kim innym byłoby ci lepiej. Złość na samą siebie, że być może kolejny raz źle ulokowałaś uczucia. Wściekłość na los, że masz pecha, bo zawsze trafiasz na takich samych mężczyzn: egoistów, narcystycznych samców, maminsynków.

Wyjdź na chwilę z roli rozczarowanej sierotki i wyobraź sobie tego biedaka stojącego naprzeciwko – być może nawet nie widać go spod góry „darów”, którym go obsypywałaś. Czy on miał w ogóle szansę dać cokolwiek tobie?

Miłosny zakupoholizm

Być może pomyślisz z przekąsem: „Gdyby naprawdę mnie kochał, wiedziałby czego potrzebuję i by mi to dał”. A ty wiesz, czego potrzebujesz? A może głód pomylił ci się z apetytem?

Zastanawiałaś się kiedyś, co czuje zakupoholiczka kupująca kolejną torebkę albo 12. parę butów? Ani torebka, ani nowe buty nie zaspokoją jej apetytu. Akt kupowania na chwilę obniży napięcie, ale apetyt wzrośnie ze zdwojoną siłą.

Jeśli nie rozpoznajesz swoich autentycznych potrzeb, a w partnerze lokujesz swoje oczekiwania, niezaspokojone tęsknoty i iluzje – on, choćby bardzo chciał, nie jest w stanie zaspokoić twojego apetytu. Jeśli oczekujesz, że ukochany da ci to, czego nie dostałaś od rodziców – twoje starania na nic się zdadzą. Ani partner, ani nikt inny nie da ci tego, czego nie dostałaś w dzieciństwie.

„On nie daje mi poczucia bezpieczeństwa ani bezwarunkowej miłości” – to najczęstsze zarzuty, które słyszę z ust pacjentek. Kiedy staram się im wytłumaczyć, że to nie ten adres, czują się podwójnie rozczarowane. „Na początku byliśmy jak dwie połówki jabłka” – to kolejna opowieść, którą słyszę w gabinecie. Piękna historia, tylko już przeterminowana.

Podobnie jak historia Ani, która przyszła do mnie, kiedy w jej małżeństwie wygasła intymność, a w życiu kobiety pojawił się inny mężczyzna. – Potrzebuję prawdziwego mężczyzny, a Jarek jest taki kobiecy – tłumaczyła. – Nie chcę kochać się z kobietą.

Rozumiem, tylko przecież jej mąż nie przemienił się nagle w kobietę. Takiego mężczyznę wybrała sobie przed laty. W trakcie terapii okazało się, że przed laty Ania była na etapie nastolatki, jej kobiecość była jeszcze uśpiona. Prawdopodobnie dlatego zafascynował ją mężczyzna o silnie kobiecym pierwiastku. Na ten moment był doskonałą połówką, dopełnieniem jej połówki jabłka. Po urodzeniu drugiego dziecka w Ani obudziła się kobieta – kobieta, która zapragnęła mężczyzny. Życie nie stoi w miejscu, a my się rozwijamy, dojrzewamy…

Wracając do handlu, czy od lat chodzisz do tego samego sklepu i kupujesz ten sam, niezmienny zestaw produktów? Ależ skąd. Właśnie na tym zjawisku bazuje reklama. Nawet jeśli świadomie jesteś jej przeciwniczką, to w twojej nieświadomości logują się informacje w sprawie twoich potrzeb. Świat proponuje ci bogatą ofertę rozmaitości, a ty możesz wybierać i przebierać jak w ulęgałkach. Może więc każda wymiana powinna zaczynać się od brania, a nie od dawania?

Miłość zaczyna się od brania

Tak twierdzi Bert Hellinger, twórca ustawień rodzinnych. Jego zdaniem podstawową zasadą partnerstwa jest bezustanny ruch, wymiana – dawanie i branie. To właśnie wzajemne obdarowywanie się czyni parę szczęśliwą. Kiedy dajesz coś partnerowi, on czuje się zobowiązany do oddania, nawet trochę więcej, niż sam dostał. Ten ruch nazywa Hellinger wyrównaniem. Gdy ktoś mi coś daje, szczerze, z całego serca, mam naturalną ochotę oddać mu z naddatkiem. Tak postępowali kupcy greccy. Pierwszym ruchem w wymianie powinno być branie. Branie jest trudniejsze, bo przyjmowanie wymaga pokory. Dawanie to bułka z masłem – ten, kto daje, czuje przewagę i władzę. Dawanie jest zobowiązujące, daje prawo do roszczeń, niezadowolenia, szantażu.

Zarówno dawanie, jak i branie to wielka sztuka. Zwykle nie potrafimy brać, choćby dlatego, że nie przyznajemy sobie prawa do bycia obdarowywanym, nie ufamy intencji darczyńcy, nie chcemy czuć się zobowiązani albo nie potrafimy się rewanżować. Łatwiej przychodzi nam dawanie, ale… zdarza się zagłaskać kotka na śmierć. Kiedy dajesz partnerowi zbyt dużo, w tobie rośnie apetyt, by dostać przynajmniej tyle samo. Dla twojego partnera „zbyt dużo” może być nie do zniesienia. Kiedy partner nie może oddać z naddatkiem, prawo wyrównywania nie może być zrealizowane. Bywa, że nadmiarowo obdarowywany odchodzi.

„Sztuką jest dawać małą łyżeczką i pytać, czy już wystarczy” – tłumaczy Hellinger. – „Możesz dać tylko tyle, ile ktoś może przyjąć”.

Równowaga wymiany w związku polega na tym, że obdarowujecie się wzajemnie, wspierając w rozwoju, przez cały czas będąc uważnymi na wymianę pomiędzy dawaniem i braniem. Nieprzestrzeganie zasady wyrównania, wzrost poczucia długu i niemożności wypłacenia się – to zabójcy związku.

Kiedy pacjentka z rezygnacją mówi: „Dałam mu już wszystko, nic więcej nie mam” – zdarza się, że jest to przełomowy moment dla związku. Jeśli uda mi się w terapii powstrzymać jej kompulsję, by natychmiast znaleźć nowego nieszczęśnika, z którym można będzie powtórzyć scenariusz nadmiarowego dawania, i zachęcić do spokojnego przeżycia momentu zatrzymania – po jakimś czasie proporcje w dawaniu i braniu zmieniają się. Partner, do tej pory stale obdarowywany, zaczyna dawać. Kolejny ważny krok w terapii to nauka przyjmowania.

A może przysięga małżeńska powinna brzmieć: „Przyjmuję tę obrączkę na znak twojej miłości…”?

Zasady przyjmowania:

  • Poczuj, że zasługujesz na wszystko, co najlepsze.
  • Nie szukaj drugiego dna w intencjach partnera, który cię obdarowuje.
  • Ciesz się tym, co dostałaś i póki co nie myśl o rewanżu.
  • Dziel się, zamiast dawać. Dzielisz się tym, czego masz w nadmiarze. Kiedy dajesz coś, zawsze oczekujesz rewanżu.
  • Każdego dnia wykonuj następujące ćwiczenie: Stań przed lustrem, wykonaj kilka pogłębionych oddechów, rozłóż szeroko ramiona, wyprostuj się, otwórz klatkę piersiową i powiedz na głos: ,,Przyjmuję od świata wszystko, co dla mnie dobre”.

  1. Psychologia

„Czy to właśnie ta?” - Gdy mężczyzna wiecznie szuka idealnej partnerki

Właściwej partnerki można szukać w nieskończoność. Dlaczego jednak mężczyźni w podejmowaniu decyzji rzadko słuchają serca? (fot. iStock)
Właściwej partnerki można szukać w nieskończoność. Dlaczego jednak mężczyźni w podejmowaniu decyzji rzadko słuchają serca? (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Mężczyźni często zastanawiają się, czy jest szansa, żeby z tą kobietą było im zawsze przyjemnie. Niestety, z żadną nie ma na to szans. I bardzo dobrze – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

„On nie może się zdecydować, nieustannie szuka, rozgląda się, odchodzi i wraca” – mówią mi młode kobiety. Jakby ciągle pytał: „Czy ta dziewczyna jest tą właściwą, z którą chcę się związać?”. Jak to sprawdzić? Ta czy nie ta? Wątpliwości są zrozumiałe i naturalne. Mogą świadczyć o tym, że mężczyzna poważnie traktuje zobowiązania. To bardzo dobrze, ponieważ związek pociąga za sobą daleko idące skutki szczególnie wtedy, gdy rodzą się dzieci. Pary, które się rozstają, w dalszym ciągu utrzymują ze sobą kontakt, bo wspólnie te dzieci muszą wychować. Decyzja o związaniu się z kimś określa więc sporą część życia.

Któż z nas zresztą nie miał wątpliwości? Kobiety i mężczyźni w długoletnich dobrych związkach mówią, że milion razy zadawali sobie pytanie, czy właściwie wybrali. Jeden z mężczyzn, patrząc na swoją piękną żonę, pół żartem, pół serio powiedział mi: „Codziennie dziękuję i codziennie żałuję!”. Może więc uznajmy, że te wątpliwości są wpisane w ludzką kondycję? Co innego, gdy wybraliśmy sercem, a potem w chwilach kryzysów rodzą się wątpliwości. Jest tu inna sprawa: mężczyźni na ogół nie ufają swojemu sercu. Bardzo dużo główkują, analizują, porównują, co sprawia, że wpadają w pętlę, z której nie ma wyjścia; nie mogą dokonać wyboru. Tak zwany zdrowy rozsądek podpowiada im, żeby jeszcze poczekali, bo to jednak jeszcze nie ta. A ten zdrowy rozsądek jest najczęściej kształtowany przez innych. Gdy nie ufamy wewnętrznej wiedzy, czyli temu, co czujemy, sercu, wtedy bardzo łatwo przejąć się tym, co mówią koledzy, mama, tata, różnymi radami, sugestiami, opiniami, ocenami. To tak jak we wschodniej przypowieści o ojcu i synu, którzy wędrowali z osiołkiem. Najpierw ojciec jechał na osiołku, a syn szedł obok. Przechodzący ludzie wyrzekali: „Jaka bezduszność! Chłopak ledwo nogami powłóczy, a ojciec sobie jedzie!”. Więc zamienili się miejscami – syn jechał na osiołku, a ojciec szedł obok. Ludzie nie mogli się nadziwić: „Jaka bezduszność! Siedzi sobie jak na latającym dywanie, a zmęczony ojciec idzie obok!”. Usiedli na osiołku obaj. „Jak można w ten sposób męczyć zwierzę!”. Zsiedli z osiołka i szli obok niego. „Po co wam ten osioł, skoro go nie używacie!”.

Ktoś z zewnątrz patrzy przez własne doświadczenia, przeszłość, potrzeby, własną mapę świata, swoje filtry, przekonania, ograniczenia, zranienia, przeniesienia. Bardzo ważne więc, abyśmy wspierając się informacjami od innych ludzi, ostatecznie podejmowali decyzję w oparciu o to, jak my się czujemy, bo ta wewnętrzna wiedza nigdy nas nie zawiedzie.

Jak to sprawdzić, że właśnie teraz kieruję się sercem, ufam sobie? Co czuję do tej kobiety? Co czuję, gdy jej nie ma? Czy mi jej brakuje? Co czuję na myśl o tym, że będziemy razem? A co, gdy sobie wyobrażam, że moglibyśmy się rozstać? Odpowiadając na te pytania, zwracam uwagę, co dzieje się w moim wnętrzu. To jest nieracjonalne, dlatego dla wielu mężczyzn może stanowić wyzwanie. Dla naszych przodków kierowanie się sercem było czymś naturalnym.

Co się stało, że serce straciło w męskich notowaniach? Jesteśmy wychowywani, kształtowani i edukowani w sposób, który ma rozwijać racjonalne myślenie, intelekt. Tyle tylko, że intelekt nie jest w stanie odpowiedzieć na pytania, które dotyczą głębokich uczuć. To jedna przyczyna. Druga: mamy bardzo dużą podaż wszystkiego. Niedawno rozmawiałem z mężczyzną, który miał problem z zakupem żelazka; nie mógł się zdecydować, które wybrać. Gdy już – po długim czasie sprawdzania dziesiątków modeli – wybrał to najlepsze, doszedł do wniosku, że przydałaby się promocja. Gdy doczekał do promocji, na rynku pojawiły się nowe modele. I znów wątpliwości! Jesteśmy trenowani do tego, żeby kupić najlepsze, idealne.

I w promocji. Dziewczyna też ma być najwyższej jakości? Tak, idealna. Piękna urodą z okładek kolorowych czasopism. Seks z nią jak z baśni z tysiąca i jednej nocy. Zdrowa pod każdym względem, odporna. Gotuje. Rokuje na dobrą matkę. Zarabia, ambitna, stabilna. Idealni rodzice; teściowa do rany przyłóż, z teściem zawsze się można dogadać.

A promocja? Są bonusowe dodatki – wnosi do związku dom albo samochód, albo jedno i drugie. I wyobraźmy sobie, że on już „nabył”, zdecydował się. A po roku, dwóch przychodzą wątpliwości: „I na co mi to było! Na rynku taki wybór!”.

Gdzie ogień namiętności? Mężczyzna może potem do końca życia żałować, że coś ważnego przeoczył. Bo namiętność bywa groźna. Ogień ogrzewa, ale może też spalić, zniszczyć. Traci się kontrolę, racjonalność. Tutaj ważny jest element decyzji, wyboru: „Tak, otwieram się na ten żywioł”. Jeśli jednak się otwieram, to za nim podążam i nie wiem, dokąd mnie doprowadzi.

Wszystko może się zdarzyć. Nigdy nie ma sto procent pewności, jak potoczy się relacja. Życie bywa nieobliczalne. Najzdrowsza kobieta może poważnie zachorować, może się nam urodzić niepełnosprawne dziecko. Mimo najlepszych chęci możemy nie odnieść sukcesu. To przecież całkowita katastrofa dla racjonalnego męskiego umysłu, który kocha planować, kontrolować, wytyczać i osiągać cele. Jeśli już myślimy w kategoriach sukcesu o związkach, o miłości, musimy przyjąć zupełnie inne kryteria niż te powszechnie obowiązujące; że sukces jest wtedy, gdy wszystko świetnie się układa. Co może być tym nowym kryterium? To, że podążyłem za sercem, a nie sugestiami i namową otoczenia. To prawdziwy sukces – mimo tylu różnych wpływów odważyłem się zaufać sobie. Podjąłem decyzję samodzielnie, czyli z akcentem na dzielność. Kolejnym kryterium sukcesu jest wspólne przechodzenie przez różne kryzysy, radzenie sobie z trudnymi sytuacjami. To, że potrafimy sobie wybaczać. Że potrafimy przechodzić przez rozczarowanie, które w istocie jest przemijaniem idealistycznej fazy miłości. Ani kobieta, którą pokochaliśmy, nie jest taka, jak myśleliśmy, ani my nie jesteśmy tacy, jak mogłoby się wydawać. A wtedy odkrywamy jeszcze większe bogactwo rzeczywistości. Kolejne kryterium sukcesu – gdy wzajemnie uczymy się siebie wciąż od nowa, poznajemy sposoby na to, jak mimo tych różnic, rozczarowań budować związek w oparciu o nowe możliwości.

Jedno jest pewne, jeśli decydujemy się być razem jedynie dla przyjemności, z góry skazujemy siebie i związek na nieszczęście.
Ale przecież trudy życia, konflikty, kryzysy pojawiają się także dlatego, że oboje jesteśmy indywidualistami, którzy czasem ścierają się ze sobą. To dobrze, że związek jest dynamiczny. Dobrze mieć partnerkę, która jest indywidualnością. Mężczyźni, mimo że tego nie werbalizują, często zastanawiają się, czy jest szansa na to, żeby z tą kobietą było im zawsze przyjemnie. Niestety, z żadną nie ma na to szans. Jesteśmy więc otwarci na radość, ekstazę, a jednocześnie na znoszenie trudów, które na pewno się pojawią.

Popatrz na rodzinę, zanim się zdecydujesz – radzą czasem mądrzy ludzie. To ma sens? Czy depresyjna matka niedobrze rokuje, jeśli chodzi o związek z jej córką? Najważniejsze, co czujemy do siebie i jak czujemy się ze sobą. Na tym się opieramy. Aczkolwiek poznanie rodziny, oczywiście, ma sens. Mężczyzna ma okazję przyjrzeć się temu systemowi, jego mocnym i słabym stronom. Jeśli zdecyduje się na związek, wkrótce zacznie do tego systemu należeć. Lepiej, żeby wiedział, co to za ludzie, jak się komunikują, bo wtedy ma większą możliwość dostrojenia się do nich tam, gdzie to możliwe, i postawienia granic tam, gdzie to potrzebne. Znając system rodzinny kobiety, będzie też lepiej ją rozumiał.

A kwestia dzieci – powiedzmy, że ona bardzo chce je mieć, on absolutnie nie chce. Chociaż zdarza się też na odwrót. Co wtedy? Kochamy się, ale w tej sprawie jesteśmy na dwóch różnych biegunach. Wtedy on może zadać sobie pytanie: „Czy zależy mi na tej kobiecie wystarczająco mocno, żeby zrezygnować z tego, czego chciałem? Być może nie chciałem dzieci, nie planowałem ich, jednak bardziej zależy mi, żebyśmy byli razem, więc decyduję się na nie”. Tym bardziej że często potem okazuje się, że tacy mężczyźni są bardzo dobrymi ojcami i po latach nie wyobrażają sobie, jak mogłoby wyglądać ich życie bez dzieci. Ważne, żeby mężczyzna od początku wiedział, miał jasność, czy jest gotów zaakceptować siebie jako ojca w rodzinie. Jeśli nie będzie miał takiej jasności i zgody, unieszczęśliwi kobietę, a związek wystawi na poważną próbę.

Co z miłością do kobiety z chorobą alkoholową albo uzależnionej od leków czy narkotyków? Jak w takiej sytuacji decydować o przyszłości? Wtedy trzeba postawić warunek: kobieta musi się leczyć. I że to ma być poważne leczenie, a nie „no, to się powstrzymam”. Grupy wsparcia, intensywna indywidualna psychoterapia, przejście przez cały proces odwykowy. Ważne, aby kobieta robiła to z zaangażowaniem, żeby jej zależało. Podjęcie leczenia dotyczy wszelkiego rodzaju uzależnień, zaburzeń i chorób. Fatalnie, gdy mężczyzna zakłada, że to on będzie lekarstwem, że on ją uzdrowi. To nie jest jego rola.

Miłość góry przenosi, wybacza i uzdrawia. To prawda i tego bym się trzymał. Miłość leczy, koi, wspiera i wybacza, jednak nie zastępuje profesjonalnej pomocy, terapii odwykowej czy jakiejkolwiek innej. Nie wchodzimy w rolę terapeutów dla swoich partnerów.

Ona nie je mięsa, on mięso pożera. Ona buddystka, on katolik. To szansa dla obojga na rozwijanie większej otwartości, elastyczności, akceptacji; na poszerzanie świadomości. Na pierwszy rzut oka to są różnice, jednak wiele łączy tych dwoje, na przykład to, że pozostają wierni swoim wartościom. Że wzajemnie akceptują swoją inność. Przypuśćmy, że w takim związku rodzą się dzieci. Jak je wychowywać? Rdzeń wszystkich ścieżek religijnych i duchowych jest taki sam: mamy być współczujący, nie szkodzić innym, szanować życie itd. W tym duchu możemy wychowywać dzieci, ponieważ wartości są wspólne. Dobrze rozmawiać nie tylko o tym, co nas dzieli, ale także o tym, co nas łączy; co jest dla nas ważne i cenne. Wbrew pozorom wszystkich nas, kobiety i mężczyzn, łączy bardzo wiele.  Pod powierzchnią różnic możemy odczuć odprężenie i ciepło.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP.