Między nami, kobietami

fotochannels.com

Kobiety są kobietom potrzebne, by poprzeć swoje prawo do stawiania granic. I nie chodzi tylko o mówienie „nie”, również o mówienie „tak”. Dopiero kiedy czujemy się odrębne i samodzielne, zdolne do wyrażania potrzeb, możemy naprawdę cieszyć się życiem seksualnym – mówi Olga Haller, psycholożka, terapeutka.

– Często mówisz, że kobiety powinny się wspierać w odkrywaniu i rozwijaniu swojej seksualności. Co to wsparcie oznacza?
– Wsparcia kobiet potrzebujemy, począwszy od narodzin. Tutaj wszystko się zaczyna: w momencie przyjścia na świat i odbicia się w reakcji mamy. Najlepiej, gdy wzrokiem, gestem czy słowami daje nam bezwarunkową akceptację: „Cieszę się, że jesteś dziewczynką!”. W opiece powinnyśmy doświadczyć szacunku i delikatności. W ten sposób dowiadujemy się, jak traktować swoje ciało: „Zasługuję na uznanie i szacunek, moje potrzeby będą zaspokojone, mam prawo je mieć”. Mama to wielka nauczycielka, uczy nas, jak być kobietą.

– Jeśli nie doświadczamy wsparcia w tym pierwszym okresie, ucierpi na tym nasze życie seksualne?
– Tak, może utrwalić się w nas przekonanie, że coś z nami jest nie tak, że nie zasługujemy na miłość i że ma to związek z naszą płcią. Ten brak zdeterminuje nasze życie, będziemy np. poszukiwać w mężczyznach akceptacji, potwierdzenia siebie jako kobiety i często używać w tym celu własnego nieakceptowanego ciała. Dlatego tak trudno nam stworzyć szczęśliwe związki. Bo chcemy dostać od mężczyzny to, czego nie dostałyśmy od mamy: pełne bezpieczeństwo, bliskość, niezachwianą pewność, że jesteśmy chciane.

– Czy bliskie relacje z innymi kobietami mogą nam pomóc odczarować negatywne wzorce z przeszłości?
– Kobiece kręgi i grupy rozwoju, których powstaje coraz więcej, pomagają nam zapełnić lukę po matce. Grupa staje się taką zastępczą mamą – dajemy sobie wzajemnie prawo do bycia kobietami, wzmacniamy się i otwieramy na kontakt ze sobą samą. Kobiety są nam potrzebne, by poprzeć nasze prawo do stawiania granic. I nie chodzi tylko o mówienie „nie”, również o mówienie „tak”. Dopiero kiedy czujemy się odrębne i samodzielne, zdolne do wyrażania potrzeb, możemy naprawdę cieszyć się życiem seksualnym. Bo zdejmujemy z mężczyzny ciężar odpowiedzialności za nasze szczęście: i w życiu, i w łóżku. To daje niezwykłe poczucie wolności.

– Tylko czy my potrafimy się wspierać? Czy poza stworzonymi do tego celu grupami czujemy wspólnotę kobiet?
– Kobiety bardzo często wspierają się w nieszczęściu albo przeciwko mężczyznom. Pamiętam ten klimat z dzieciństwa: wizję ciężkiego kobiecego losu. I kobiety z rodziny, które wspierały się poprzez umacnianie tej wizji. Była w tym mieszanka sprzecznych emocji i przekonań. Taka jest dola kobiety – to z jednej strony. A z drugiej – to my tak naprawdę jesteśmy silne, wszystko się jakoś kręci dzięki nam i naszej zaradności. W pamięci mam obraz swojej babci. To była cudowna kobieta o ognistym temperamencie. A jednocześnie miewała nerwicowe lęki, bóle głowy i inne dolegliwości psychosomatyczne. Teraz myślę, że była to cena, jaką płaciła za ten wewnętrzny konflikt. Kobiety uczą się ukrywania swojej siły i swoich pragnień, również w seksie, a w relacjach z innymi kobietami nieczęsto mogą liczyć na poparcie, jeśli chcą to zmienić. Mogą się sobie godzinami zwierzać, rozumieć w cierpieniu i narzekać na mężczyzn.

– Wiele kobiet uderza w rozpaczliwy ton: „Gdzie ich szukać, tych dojrzałych mężczyzn?!”, czasem jednak daje wyraz lekkiej pogardzie: „Co oni tam wiedzą, są lata świetlne za nami”.
– Przekonanie, że my jesteśmy wspaniałe, a oni to dranie lub fajtłapy, doraźnie wzmacnia poczucie wspólnoty, ale tak naprawdę powoduje, że każda z nas zostaje samotna w swojej tęsknocie za miłością i spełnieniem w związku. Czasami nasze urazy sprawiają, że wpadamy w emocjonalną pułapkę: muszę mieć mężczyznę, żebym mogła uwierzyć w swoją wartość, a jak już go mam, to czym prędzej muszę udowodnić, że on jest niczym. I seks staje się jedną z aren tej rozgrywki. Celem jest uniknięcie bólu głębokiego zranienia z dzieciństwa („taka, jaka jestem, nie zasługuję na bezwarunkową matczyną miłość”). Wykorzystujemy m.in. swoją seksualność, żeby mu zaprzeczyć. Uwodzimy lub pozwalamy się uwodzić, pomiatamy albo dajemy sobą pomiatać, spełniamy oczekiwania, stawiamy warunki, nagradzamy seksem lub karzemy odmową albo w ogóle jesteśmy „ponad to”. Jeśli w kontaktach z przyjaciółkami uda się wyjść poza pocieszanie, radzenie, towarzyszenie w nieszczęściu i montowanie koalicji, a pojawi się otwartość na dzielenie się uczuciami i potrzebami, to wzrasta szansa na wsparcie, które posłuży przemianie.

– Jakie były twoje przyjaźnie z kobietami: „w szczęściu” czy „w nieszczęściu”?
– Bywało różnie. Jedna przyjaźń zakończyła się nagle i niespodziewanie. Doskonale się rozumiałyśmy, obie przez kilka lat byłyśmy w nieszczęśliwych związkach. Ale kiedy wreszcie się rozwiodłam, a ona nie, nasza relacja tego nie wytrzymała. Każda poszła w swoją stronę, zachowując szacunek dla odrębnych wartości, jakie nami kierowały. Inna przyjaźń trwa i rozwija się, choć pamiętam też okres przejściowy – kiedy uczyłam się przyjaźnić właśnie w szczęściu i nie potrzebowałam pomocy w doraźnych problemach. Wśród kobiet zdarza się też często, że przyjaźń trwa, dopóki przyjaciółki nie mają partnerów. A kiedy ich już znajdują, wychodzą za mąż, znacznie mniej inwestują w przyjacielskie kontakty. Wydaje mi się, że kobiety zachowują się czasami tak, jakby znalezienie partnera było jedy-nym ważnym zadaniem życiowym, a w związek ten musimy zaangażować się na sto procent. A na dodatek tego samego oczekujemy od niego, zgodnie z zakończeniem każdej bajki: „a potem żyli długo i szczęśliwie”. Możemy zrezygnować z pomysłu, że mężczyzna da nam wszystko – będzie przyjacielem, misiem i dzikim kochankiem. Rozwijając kobiece przyjaźnie, w których dajemy i bierzemy zrozumienie, akceptację i bliskość, umacniamy swoją tożsamość płciową, autonomię i moc. To z kolei  pozwala nam na więcej swobody, radości i satysfakcji w łóżku. W głębokich rozmowach z przyjaciółkami oraz w grupach rozwojowych możemy przyjrzeć się na nowo wyniesionym z domu przekazom na temat kobiecości, seksualności, związków i mężczyzn. Mamy szansę zrobić remanent: co z tego biorę, a czego nie.

– Jest coś, co zatrzymałaś po swoim remanencie? Moja babcia, choć bardzo narzekała na mężczyzn i powtarzała, że „chłop to nieszczęście”, wciąż mi np. śpiewała piosenkę o Małgorzatce, która zamiast wracać do ojca i matki, woli tańczyć z góralami, i błyskała okiem na wieści o chłopakach. Takie słodko-gorzkie historie.
– Babcia i mama opowiadały mi różne historie. Uwielbiałam ich słuchać. Było tam dużo o niespełnionych miłościach, tchnęły tęsknotą i żalem za czymś utraconym. Odebrałam je jednak jako naukę, że można marzyć i pragnąć czegoś więcej. A z drugiej strony, że tęsknota to coś wpisanego w los kobiety. Musiałam nauczyć się sięgania po to, za czym tęsknię, i działania. Dostałam też skarb, dzięki któremu pewnie mam odwagę rozmawiać o kobiecej seksualności. Bo babcia potrafiła być niebywale spontaniczna. Mówiła o sobie, że jest „kobietą naturalną”. Jak byłam mała, kąpałyśmy się w cynowej wannie: najpierw ja, potem mama, a na końcu babcia – która wskakiwała przy nas do wody radośnie, na golasa! Gdy miałam z 11 lat i zaokrąglające się piersi, z zachwytem nazywała je „cytrynkami”. Czułam zawstydzenie, ale i dumę, że zauważyła i się cieszy. Pomagała mi oswoić się z przejawami kobiecości. Kiedyś, w czerwcowy ciepły wieczór tuż przed pójściem spać, porwała mnie na spacer. Do dziś pamiętam: mocny zapach jaśminów, ciepłe, wilgotne powietrze i ja z babcią przechadzające się w letnich płaszczykach zarzuconych na podkasane koszule, pod którymi hulał wiatr, a my – bez majtek!

Rozmawiałam kiedyś ze śpiewaczką pieśni ukraińskich Marjaną Sadowską. Zapytałam ją, jakie są te ukraińskie wiejskie kobiety. A ona na to: „Wyobraź sobie babki, które zbierają się razem, śpiewają, jedzą, piją… Najpierw usłyszysz opowieści o tragizmie ludzkiego istnienia, potem takie erotyczne o ich mężach, że wstydzę się ich słuchać, a one same wstydzą się ich śpiewać, a na koniec zaśpiewają ci o obrzędzie chrzcin dziecka”.
– Taka sprośność w opowieściach, przyśpiewkach, powiedzonkach to najprostszy przekaz, który zawiera przyzwolenie na cielesność i fizjologię. To nazywanie wprost, lekko i bez wstydu. Trudno o to w dzisiejszych czasach. Kiedyś zarabiałam na wakacje pracą w polu w towarzystwie wiejskich kobiet. Pieląc chwasty, zaczynały gadki o chłopach i zaśmiewały się rubasznie. Czułam się z nimi swobodnie. Sprośne żarty w takiej atmosferze są dla młodej dziewczyny czymś pozytywnym, za to kiedy sprośności opowiadają przy niej mężczyźni, staje się to przykrym przekroczeniem intymności.

– Myślisz, że łatwo jest nam przyjaźnić się z kobietami, które manifestują swoją seksualność?   
– Coś w tym jest. Jeśli któraś swobodnie robi coś, za czym skrycie tęsknimy, budzi się zazdrość, jesteśmy gotowe potępić ją ze świętym oburzeniem. Kobieta, która pokazuje swój seksualny wdzięk, odważa się przyznawać do pragnień wobec mężczyzn, przekracza konwenanse, może się spotkać z odrzuceniem. Łatwo przykleić jej etykiety: puszczalskiej, łatwej, dziwki. Na szczęście budzimy się, zachwyca nas możliwość bycia razem.

– Co zrobić, żeby nie zazdrościć, ale uczyć się od siebie nawzajem? Czy nie trzeba przypadkiem zacząć od początku: odgrzebać swoją historię, przypomnieć kobiety z rodziny, zaopiekować się swoją małą dziewczynką…?  
– Na moim ostatnim warsztacie dotyczącym seksualności jedna z kobiet podzieliła się taką fantazją: wszystkie siedzimy w kręgu, jak czarownice czy szamanki, a w środku, w cieple ogniska, leży uśmiechnięte niemowlę, Nowa Dziewczynka – wreszcie bezpieczna, przywitana z radością i zaakceptowana w całości.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »