1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Historia pełna jest kobiet - o tych, które zmieniły świat

Historia pełna jest kobiet - o tych, które zmieniły świat

Barbara McClintock (1902–1992) odkryła, że geny mogą włączać się i wyłączać oraz zmieniać położenie – do tej pory sądzono, że geny są „jak przybite do podłogi meble”. Na uznanie swojej teorii musiała czekać niemal 20 lat, aż inni badacze doszli do takich samych wniosków. W 1983 roku, 32 lata po swoim wielkim i zignorowanym odkryciu, otrzymała Nagrodę Nobla. (Fot. Everett/Forum)
Barbara McClintock (1902–1992) odkryła, że geny mogą włączać się i wyłączać oraz zmieniać położenie – do tej pory sądzono, że geny są „jak przybite do podłogi meble”. Na uznanie swojej teorii musiała czekać niemal 20 lat, aż inni badacze doszli do takich samych wniosków. W 1983 roku, 32 lata po swoim wielkim i zignorowanym odkryciu, otrzymała Nagrodę Nobla. (Fot. Everett/Forum)
Mistrzynie drugiego planu, współpracowniczki, życiowe towarzyszki, geniuszki. Historia pełna jest kobiet, które nie tylko popchnęły do przodu kariery swoich mężów, ale i cały świat. Pora je poznać i uznać. A także zacząć doceniać własną rolę.

Prowadziłam niedawno zajęcia z grupą niezwykle wykształconych i utalentowanych osób płci obojga. Było ich dziewiętnaścioro. W którymś momencie mieli podzielić się na cztery zespoły. Jedna z dziewczyn z grupy mniej licznej, bo czteroosobowej, zaproponowała: – Wymieńmy którąś dziewczynę na faceta, żebyśmy miały równe szanse. – Słyszysz, co powiedziałaś? – zapytałam. – Tak odruchowo mi się powiedziało – wyjaśniła z zażenowaniem. – Bez sensu.

I rzeczywiście, jej pomysł był bez sensu, bo zespół czterech dziewczyn świetnie sobie poradził z zadaniem. Gorzej za to radzimy sobie ze stereotypami dotyczącymi kobiet, a w dodatku same je podtrzymujemy. Odruchowo. Może za mało wiemy o kobietach, które za nami stoją?

„Kobiety nie wynalazły praktycznie NIC – nawet mopa wynalazł mężczyzna (Murzyn akurat); nawet tampax (o.b.) wynalazł mężczyzna!!! Kobietą była tylko Kopernik – ale to wyjątek” – napisał w Internecie znany mizogin i szowinista, którego nazwiska nie chce mi się przywoływać. Na treść tej wypowiedzi możemy się słusznie oburzać, budzi ona jednak niepokój. Bo co właściwie wynalazły kobiety? Owszem, długo nie miałyśmy dostępu do nauki, długo nie doceniano naszych możliwości, ale gdyby były wśród nas geniuszki, to świat by o nich usłyszał, prawda?

Niekoniecznie. Czytałam kiedyś o Margaret Knight, która już w wieku 12 lat wynalazła urządzenie zatrzymujące awaryjnie maszyny włókiennicze, co chroniło pracowników przed wypadkami. W wieku 14 lat skonstruowała maszynę do klejenia papierowych toreb, a i później była autorką wielu wynalazków, czym zasłużyła na miano „żeńskiego Edisona” i „najsłynniejszej XIX-wiecznej wynalazczyni”, ale jej sława jakoś do nas nie dotarła. Na szczęście jest Maria Skłodowska-Curie! To ją zwykle przywołujemy, gdy mowa o wielkich kobietach w nauce, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni. Wręcz przeciwnie. Maria Skłodowska-Curie zdaje się stanowić wyjątek i tym samym odcina się wyraźnie na tle innych kobiet, które są zwykle bohaterkami drugiego planu. Ich rola w męskich karierach jest wielka – jako żon i współpracowniczek – ale kto by do tego przywiązywał wagę? Pewnie tylko Michelle Obama jest dość pewna siebie, by swoją rolę docenić. Tak przynajmniej wynika z krążącej w Internecie anegdoty.

Michelle poszła z mężem do restauracji, której właściciel przywitał się z nią jak stary znajomy. – Kto to był? – zapytał Barack, gdy zostali sami. – Kolega ze szkoły, który kiedyś się we mnie kochał – usłyszał. – Widzisz, gdybyś za niego wyszła, byłabyś teraz właścicielką restauracji – skomentował. – Nie, kochany. Gdybym za niego wyszła, on byłby teraz prezydentem Stanów Zjednoczonych – bez wahania odpowiedziała jego żona. Kto wie, czy nie byłoby tak?

Żona przy mężu

Wiele kobiet inspiruje swoich mężów, motywuje ich i wspiera, zdejmuje z nich życiowe troski i zadania, podporządkowuje swoje życie ich karierze, nierzadko też pomaga im merytorycznie, ale same pozostają w cieniu. Weźmy Milevę Marić. Wiecie, kto to taki? Nie? No właśnie. Za to wszyscy wiemy, kim był Albert Einstein, jej mąż przez długie lata, dopóki nie odszedł do młodszej. Ta historia brzmi niewiarygodnie i można by ją sprowadzić do tego, że ha, ha, Einstein była kobietą, ale pozornie zabawna teza jest dobrze udokumentowana.

Mileva i Einstein poznali się na studiach w Szwajcarskim Federalnym Instytucie Technologicznym, czołowej europejskiej uczelni politechnicznej. Skoro przyjęto ją, choć była kobietą, to naprawdę musiała być dobra! Einstein i Mileva szybko zostali parą. W liście do niej Ein­stein napisał: „Jakże będę szczęśliwy i dumny, kiedy wspólnie osiągniemy zadowalający koniec naszej pracy nad teorią ruchu względnego”. Potem Mileva rodzi dzieci i pracuje jako asystentka męża. Początkowo ich artykuły były podpisywane Einstein-Marić, ale wkrótce to drugie nazwisko zaczęło być pomijane. „Tajemnica kreatywności tkwi w tym, aby wiedzieć, jak dobrze ukryć swoje źródła” – napisał Einstein. Nawet gdy jego źródła w postaci Milevy zostały po latach odkryte, on na tym zbytnio nie ucierpiał, a Milevy w zasadzie wciąż nie ma.

W towarzystwie

Jak to się dzieje, że wybitne naukowczynie tak słabo istnieją w świadomości społecznej? Można się o tym dowiedzieć z książki Rachel Swaby „Upór i przekora. 52 kobiety, które odmieniły naukę i świat”. Książka fascynująca, pokazująca determinację kobiet w walce o prawo do kształcenia się i pracy naukowej. Kobiety od wieków dokonywały odkryć, ale mężczyźni świetnie umieli sobie z tym radzić.

Na przykład Anna Wessels Williams, bakteriolożka, w 1894 roku wyizolowała szczep bakterii wywołującej błonicę, a kilka lat później szczep bakterii zdolny generować pięćset razy silniejszą toksynę, co pozwoliło produkować antytoksynę na masową skalę. Tego drugiego odkrycia dokonała, gdy szef laboratorium William H. Park przebywał na wakacjach, no ale on był szefem, więc nowy szczep otrzymał nazwę Park-Williams No. 8, którą szybko skrócono do Park 8.

Albo Hilde Mangold, autorka pracy doktorskiej z embriologii eksperymentalnej. Jej promotor Hans Spemann ocenił tę rozprawę dość wysoko, ale nie najwyżej. Dodał jednak do niej swoje nazwisko i to umieścił je na pierwszym miejscu. Doktorat Mangold opublikowano w 1924 roku i w tym samym roku autorka zginęła w wypadku. W 1935 roku Hans Spemann dostał Nagrodę Nobla za tę pracę, która „zainicjowała nową epokę w dziedzinie biologii rozwoju”.

Barbara McClintock (1902–1992) żyła znacznie dłużej i dzięki temu doczekała uznania. Nie było łatwo. Już w wieku 29 lat wniosła wiele do genetyki, ale nie dostała posady na uczelni, bo zespół Uniwersytetu Cornella sprzeciwił się wnioskowi dziekana. McClintock znalazła w końcu pracę w instytucie genetyki, gdzie odkryła, że geny mogą włączać się i wyłączać oraz zmieniać położenie – do tej pory sądzono, że geny są „jak przybite do podłogi meble”. Na uznanie swojej teorii musiała czekać niemal 20 lat, aż inni badacze doszli do takich samych wniosków. W 1983 roku, 32 lata po swoim wielkim i zignorowanym odkryciu, otrzymała Nagrodę Nobla.

Róża Nightingale

Kobiety w nauce miały naprawdę ciężko. Na wiele uczelni ich nie przyjmowano, a jeśli nawet pozwalano im uczestniczyć w zajęciach, to bez możliwości zdobycia dyplomu. „Kto byłby tak głupi, żeby spędzić cztery lata na studiach i nie otrzymać dyplomu?” – zapytała dziekana nowo otwartej i dostępnej również dla kobiet Szkoły Zdrowia Publicznego Helen Taussig, później wybitna kardiolożka, która stworzyła kardiologię dziecięcą. „Mam nadzieję, że nikt” – odpowiedział. Jeśli kobieta skończyła jednak studia i miała świetne wyniki, czasem mogła pracować na uczelni, ale za darmo, bo przepisy nie pozwalały na zatrudnianie kobiet jako naukowców. Maria Goeppert-Mayer, laureatka Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki za odkrycia dotyczące jądra atomu, przez długie lata pracowała na Uniwersytecie Chicagowskim bez wynagrodzenia. Alice Hamilton, amerykańska ekspertka od chorób zawodowych, to wyjątek – już w 1919 roku otrzymała stanowisko młodszego wykładowcy jako pierwsza kobieta w kadrze Uniwersytetu Harvarda. A mimo to dopiero 26 lat później kobiety mogły tam studiować medycynę! Emmy Noether (1882–1935), genialna matematyczka i fizyczka, została w końcu zatrudniona jako „nieoficjalna profesor nadzwyczajna”, ale bez pensji! Teoria Noether stanowi szkielet całej współczesnej fizyki, to ona stworzyła algebrę abstrakcyjną! Jak to możliwe, że o niej nie wiemy? Albo o Mary Cartwright, twórczyni teorii chaosu? Matematyczce Sofji Wasiljewnej Kowalewskiej?

Czy wiecie, skąd się wzięła skala Apgar? Stworzyła ją Virginia Apgar w 1952 roku. Wcześniej nie oceniano stanu zdrowia noworodków zaraz po urodzeniu, więc nie widziano związku między metodą porodu a stanem dziecka! Metoda amerykańskiej lekarki szybko rozniosła się po świecie i została nazwana od jej nazwiska. To jedna z nielicznych sytuacji, kiedy pomysł kobiety został doceniony i nikt nie próbował go zawłaszczyć. A dzięki komu wiemy, od czego zależy płeć dziecka? Jeszcze na początku XX wieku sądzono, że od czynników zewnętrznych. To Nettie Stevens, genetyczka, w 1905 roku udowodniła, że decydujące są chromosomy, a nie temperatura, siła namiętności czy dieta. Lata minęły, nim inni naukowcy uznali wyniki jej badań. Ona tego nie doczekała, wcześniej zmarła na raka piersi. Odkrycie Stevens często przypisuje się Thomasowi Huntowi Morganowi, który był jej tutorem, co jest o tyle zabawne, że Morgan nie uwierzył w wyniki jej badań i jeszcze długo obstawał przy tym, że płeć zależy od czynników środowiskowych!

Florence Nightingale (1820–1910) znamy jako wspaniałą pielęgniarkę, którą była. Ale kto słyszał o jej pionierskim wkładzie w rozwój medycyny opartej na analizie danych? Prowadziła badania, stworzyła diagram „Róża Nightingale” do graficznego przedstawiania danych. A komu zawdzięczamy in vitro? Anne McLaren, Brytyjka, jako pierwsza powołała do życia mysz z probówki! A wiecie, że chemioterapia ma matkę, a nie ojca? To Jane Wright! Podobnie mutageneza zawdzięcza swoje narodziny kobiecie, Charlotte Auerbach. Nasza kultura lubi spychać sukcesy kobiet w niepamięć, ale przecież my także ją tworzymy i możemy się temu przeciwstawić! Nie wynalazłyśmy nawet mopa? Za to Stephanie Kwolek wynalazła lycrę!

Książka Rachel Swaby pokazuje, że kobiety zmieniały świat, choć było i jest im trudniej. W szkole średniej Yvonne Brill (1924–2013) usłyszała od nauczyciela fizyki, że kobiety nie potrafią wznieść się na wyżyny w żadnej dziedzinie. Potem zajęła się silnikami rakiet kosmicznych, zaprojektowany przez nią elektrotermiczny silnik do dziś jest wykorzystywany do napędzania satelitów.

Poznajmy te kobiety – jeśli nie dla nas samych, to dla naszych córek. Niech wiedzą, że szlaki zostały przetarte – śmiało mogą ruszać w swoją drogę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Problemy seksualne kobiet – skąd się biorą?

Seksualność jest na tyle ważną sferą naszego życia, że jej zaburzenia mogą wpływać na całokształt naszej osoby, na relację z partnerem a nawet z przyjaciółmi. (Fot. iStock)
Seksualność jest na tyle ważną sferą naszego życia, że jej zaburzenia mogą wpływać na całokształt naszej osoby, na relację z partnerem a nawet z przyjaciółmi. (Fot. iStock)
Do niedawna seksualność kobieca w społeczeństwie była tematem tabu. Kobietom nie przysługiwało prawo do czerpania radości i satysfakcji z seksu, do osiągania orgazmów czy zmiany partnerów seksualnych. Seks był tematem, o którym porządna, szanująca się kobieta nie powinna mówić. Dziś słowo seks pojawia się na większości okładek prasy dla kobiet. Wraz z wyzwoleniem kobiecej seksualności, zaczęto mówić o trudnościach, jakie w tej sferze się pojawiają. Trudnościach po części wynikających z wpływu przeszłości negatywnie traktującej seksualność kobiety, po części związanych z innymi czynnikami.

Wyzwolone kobiety pragną czerpać radość z seksu, okazuje się jednak, że przyzwolenie na przyjemność nie zawsze wystarcza do tego, by prowadzić satysfakcjonujące życie seksualne. Z tego powodu do gabinetu seksuologa zgłasza się wiele kobiet, cierpiących z powodu różnych dysfunkcji seksualnych, pragnących zmienić swoją sytuację.

Najczęstsza dysfunkcja seksualna, którą zgłaszają kobiety to brak lub utrata potrzeb seksualnych. Kobieta cierpiąca na to zaburzenie nie odczuwa chęci odbywania stosunków seksualnych, często pomimo tego, iż ma partnera, którego kocha i z którym chciałaby współżyć. Niektóre kobiety twierdzą, iż nigdy nie czuły potrzeb seksualnych. Są też takie, u których utrata libido pojawiła się nagle na pewnym etapie życia. Ta sytuacja często powoduje u nich cierpienie i obawy o to, że niezaspokojony seksualnie partner opuści je i znajdzie kobietę, która spełni jego oczekiwania.

Bolesność narządów płciowych podczas współżycia, zwana dyspareunią, to kolejna trudność, z którą borykają się kobiety. Ból bywa tak silny, że uniemożliwia odbycie stosunku, pomimo ochoty na seks i pojawiającego się podniecenia. Dyspareunii często towarzyszy pochwica, polegająca na silnym zaciśnięciu mięśni okołopochwowych, uniemożliwiającym wprowadzenie penisa, a czasem nawet palca do pochwy.

Problemy seksualne zgłaszają również kobiety, które mają ochotę na seks, czują podniecenie i nie odczuwają bólu podczas współżycia. Pomimo tego z jakichś przyczyn nie potrafią czerpać przyjemności z seksu oraz nie są wstanie osiągnąć orgazmu.

Skomplikowana i zawiła seksualność kobieca powoduje, iż odkrycie przyczyny ich trudności bywa bardzo trudne. Z tego też powodu seksuolog nierzadko musi przeprowadzić bardzo dogłębną analizę problemu. Wiele pacjentek, udających się do gabinetu seksuologa idzie tam z nadzieją, że dostanie cudowną pigułkę, która je wyleczy. Niestety nie jest to takie proste. Zaburzenia seksualne u kobiet zdecydowanie częściej pojawiają się na tle psychologicznym niż biologicznym. Te drugie mogą wiązać się z niektórymi chorobami, takimi, jak cukrzyca, nadciśnienie, zaburzenia hormonalne czy choroby neurologiczne oraz przyjmowaniem niektórych leków. Czynniki psychologiczne natomiast mogą dotyczyć bardzo wielu obszarów. Brak ochoty na seks często spowodowany jest problemami w relacji z partnerem. Na kłótnie i nieporozumienia z mężczyzną kobieta bardzo często reaguje utratą zainteresowań seksualnych. Jeżeli nieporozumienia są przejściowe, zostają w odpowiedni sposób rozwiązane i nie pozostawiają urazy, ochota na seks z partnerem powraca. Jeśli jednak partnerzy nie mogą się porozumieć i nie potrafią ze sobą rozmawiać, żal i pretensje do partnera mogą stale obniżać zainteresowanie seksem. Jeśli dodatkowo kobieta w takiej sytuacji będzie kochać się z mężczyzną „na siłę”, co nie przyniesie jej przyjemności, niechęć może się utrwalić.

Szalenie istotne jest również postrzeganie swojego ciała przez kobietę. Jeżeli ma niską samoocenę, nie akceptuje swojego wyglądu i nie lubi siebie, prawdopodobnie trudno będzie jej czerpać przyjemność z życia seksualnego. Seksualność jest natomiast na tyle ważną sferą naszego życia, że jej zaburzenia mogą wpływać na całokształt naszej osoby, na relację z partnerem a nawet z przyjaciółmi. Dlatego nie bójmy się mówić otwarcie o tak ważnym elemencie życia i w razie potrzeby prośmy o pomoc.

  1. Psychologia

Etapy życia kobiety – na którym z nich się teraz znajdujesz?

Na przestrzeni lat, bez względu na metrykę, wielokrotnie przerabiasz te same „apetyty”: pragniesz być beztroską dziewczynką, idealną matką, kobietą sukcesu czy outsiderką. I jest to naturalny proces. (Fot. iStock)
Na przestrzeni lat, bez względu na metrykę, wielokrotnie przerabiasz te same „apetyty”: pragniesz być beztroską dziewczynką, idealną matką, kobietą sukcesu czy outsiderką. I jest to naturalny proces. (Fot. iStock)
Kobieta w życiu przechodzi różne fazy – przed każdym nowym etapem rozwoju pojawia się kryzys i lekcja do przerobienia. Ale po burzy zawsze zaświeci słońce.

Rozwój kobiety nie jest procesem liniowym: „od–do”, lecz przebiega spiralnie. Na przestrzeni lat, bez względu na metrykę, wielokrotnie przerabiasz te same „apetyty”: pragniesz być beztroską dziewczynką, idealną matką, kobietą sukcesu czy outsiderką. I jest to naturalny proces, pod warunkiem że pozwolisz mu zaistnieć; zatrzymasz się w biegu, dasz sobie chwilę do zastanowienia się, co domaga się w tobie uwagi, dopełnienia, a co odrzucenia i uwolnienia.

Jeśli czujesz, że właśnie znalazłaś się na rozstajach dróg, nie wiesz, kim jesteś i co dalej, sprawdź, którą fazę rozwoju przechodzisz.

1. Faza pełnienia ról

Pewnego dnia nagle odkrywasz, że największą radość daje ci bycie: matką, żoną, babcią albo bizneswoman. Masz apetyt na tę rolę, a wszystkie inne sprawy chcesz odłożyć na bok. Do tej pory zaangażowana w pracę, przechodzisz na pół etatu, by więcej czasu spędzać z dzieckiem. Albo czujesz, że towarzyski styl życia przestaje cię cieszyć, za to twój partner staje ci się bliski jak nigdy dotąd i pragniesz spędzać z nim wszystkie wieczory. A może jesteś młodą mamą i choć do tej pory ta rola bardziej cię przerażała niż cieszyła, teraz czujesz, że macierzyństwo karmi twoją duszę? Albo z innej bajki. Nagle, bez względu na wiek, czujesz wewnętrzną potrzebę uruchomienia własnego biznesu. Wszystkie niezrealizowane dotąd marzenia o pracy, którą kochasz, budzą się w tobie z siłą wodospadu i wiesz, że nie da się tego procesu zatrzymać.

Rady:

  • Zauważaj znaki. Pragnienie zaistnienia w konkretnej roli może pojawiać się w twoich snach, na przykład około czterdziestki zaczną nawiedzać cię sny o ciąży czy bezludnej wyspie, na której jesteście tylko we dwoje – ty i twój partner. Albo na wieść, że w twojej firmie szykuje się redukcja, poczujesz nagłą ulgę: „Teraz już nie muszę zastanawiać się, jak zrezygnować z pracy, bo oto nadarza się cudowna okazja”.
  • Zaufaj intuicji. Jeśli każdego dnia, ilekroć zadajesz sobie pytanie: „Kim jestem?”, wewnętrzny głos mówi ci: „matką”, „nauczycielką”, „lekarzem” itp., to oznacza, że w twoim życiu powrócił etap pełnienia ról. Pójdź za nim, ustąp, pozwól, by ta konkretna, potrzebna rola się w tobie „wysyciła”.
  • Nie usprawiedliwiaj swoich wyborów. Być może świat zewnętrzny będzie próbował cię kusić, straszyć albo zniechęcać. Usłyszysz: „Chcesz rzucić taką dobrą pracę i zająć się ojcem?!” albo: „Własny biznes, w tym wieku?!”, nie walcz z tymi opiniami, nie tłumacz się. Zamiast tego wzmacniaj swoje wewnętrzne przekonanie, że to jest na ten moment twoja droga.
  • Nie analizuj przeszłości. Nie zastanawiaj się nad tym, jaką do tej pory byłaś matką, żoną, pracownikiem. Teraz masz niepowtarzalną szansę przeżycia tej roli po raz kolejny, po swojemu, na zupełnie nowych zasadach.
  • Wsłuchuj się bardziej w duszę i serce niż w rozum. Odgrywaj swoją rolę tak, jak czujesz, a nie tak, jak myślisz. Nie pytaj się: „Jaką jestem: żoną, przyjaciółką, matką…?”, tylko: „Jak czuję swoją rolę?”.

Ćwiczenie

Nagraj swój głos na dyktafon, a potem uważnie przesłuchaj nagranie. Jak go odczytujesz? Czyj to głos? Troskliwej matki, beztroskiej nastolatki, a może pewnej siebie kobiety sukcesu?

2. Faza odkrywania własnej tożsamości

Ni stąd, ni zowąd budzi się w tobie wewnętrzny bunt przeciwko wszystkiemu i wszystkim. Masz ochotę zmienić swoje życie. Pojawiają się pragnienia, by grubą kreską przekreślić wszystko, co do tej pory ci się przydarzyło; zerwać kontakty z przyjaciółmi, odejść od partnera, rzucić pracę, zmienić styl ubierania i zacząć wszystko od początku. By usprawiedliwić swoje pragnienia, dewaluujesz: dzieciństwo, rodziców, miłość, swoje wybory. Masz wrażenie, że przez te lata byłaś zupełnie kimś innym, że twoje dotychczasowe życie to jakaś jedna wielka pomyłka.

Pragnienie zmiany wszystkiego jest tak silne, że nie jesteś w stanie go powstrzymać. Rzucasz się w „nowe”: pracę, miłość, przyjaźnie. Czasem przytrafia ci się jakiś romans, okazja zmiany mieszkania czy podróż życia. Czujesz, że choć może to niezbyt racjonalne, tego właśnie chcesz najbardziej na świecie. Zachłanność na „nowe” często przypłacasz „niestrawnością”; pojawiają się wyrzuty sumienia, poczucie winy czy obawy, że sobie nie poradzisz. Ale i tak nie potrafisz się zatrzymać. Jesteś jak zdesperowana nastolatka, która sprawdza swoje możliwości, nie zważając na guzy, które sobie po drodze nabija.

Rady:

  • Pytaj siebie. Droga do odkrywania całej prawdy o sobie bywa kręta i pełna wybojów. Czasami można się na niej nieźle poturbować. Przypomnij sobie siebie z czasów nastoletnich, ale nie odrzucaj bagażu doświadczeń, które udało ci się zgromadzić. Czujesz, że nie jesteś w stanie oprzeć się pragnieniu romansu? W porządku, ale najpierw zapytaj siebie, czy jesteś gotowa ponieść konsekwencje, na przykład w postaci zburzenia dotychczasowego związku?
  • Odkryj, ile z twojego obecnego buntu ma źródło w okresie dorastania. Jako dziecko nie potrafiłaś wyzwolić się od despotycznej matki, a dziś u swojej szefowej dostrzegasz jej zachowania? Nie musisz od razu rzucać pracy. Opanuj emocje i oddziel projekcje („widzę w niej matkę”) od rzeczywistości. Odchodząc z pracy, nie porzucisz matki, tylko zrezygnujesz z, być może, dobrej sytuacji zawodowej. Może jest jakieś inne wyjście?
  • Nie pielęgnuj w sobie urazy. Wszystkie wydarzenia, które ci się przytrafiły w życiu, były po coś. Zamiast dewaluować przeszłość, puść ją wolno i rozstań się z nią w przyjaźni. Poczuj wdzięczność za całe to dobro, jakie cię spotkało, a złego nie rozpamiętuj, bo to już było.
  • Daj sobie czas na testowanie. Zwłaszcza jeśli twój apetyt na „nowe” jest zbyt kompulsywny: chwytasz się pierwszej lepszej okazji, by zmienić swoje życie, a potem tego żałujesz i ze wstydu nie potrafisz zrezygnować. Powiedz: „OK, spróbuję nowej pracy”, „zrobię kolejny mały krok w nowej relacji”, a potem sprawdź, jak się z tym czujesz, czy to na pewno jest propozycja dla ciebie.
  • Bądź realistką. Nie jesteś w stanie urodzić się na nowo. Sprawdź, co z twojej poprzedniej wersji uda się zaadaptować do ciebie w nowym wydaniu. Praca na etat to nie twoja bajka? Pomyśl, może uda ci się z tą firmą współpracować na zasadach kontraktu? Zachwyca cię inny mężczyzna niż twój partner? Co konkretnie? I jak musiałby zmienić się twój obecny związek, byś czuła się podobnie?

Ćwiczenie

Na kartce papieru wypisz kilka sytuacji, w których musisz wybierać: być wierną sobie czy światu? Zastanów się, czy możliwy jest kompromis. Jeśli na przykład potrzebujesz dodatkowych pieniędzy, ale nie chcesz już pracować tak dużo jak do tej pory, pomyśl, jakie zajęcie wykonywałabyś z przyjemnością i bez zmęczenia, czerpiąc jednocześnie z niego źródło dochodu?

3. Faza kryzysu

To trudny etap, który wielokrotnie pojawia się na drodze rozwoju, gdy stare metody przestają działać, a nowe jeszcze się nie przyjęły. Pewnego dnia dochodzisz do wniosku, że tak dalej być nie może, ale kompletnie nie masz pojęcia, jak ma być. Niby nadal wypełniasz swoje obowiązki, ale coraz bardziej brak ci energii. Na początku próbujesz się ratować: zmianą diety, kolejną kawą, może nawet pozwalasz sobie na jakąś drobną przyjemność, która do tej pory zawsze pomagała, ale czujesz się coraz gorzej. Nawet twoje ciało jest przeciwko tobie; częściej się przeziębiasz, miewasz migreny, dokucza ci kręgosłup. Przez jakiś czas udaje ci się ukryć przed światem swoje niemoce, ale dobrze wiesz, że potrzebujesz na to coraz więcej energii. Praca, którą do tej pory wykonywałaś z łatwością, teraz wymaga wysiłku. Kiedy pewnego dnia na pytanie: „Co się ze mną dzieje?”, dasz odpowiedź: „Nie wiem”, to znak, że jesteś na dobrej drodze – pogodziłaś się z fazą kryzysu.

Rady:

  • Pozwól sobie na dystans i izolację. Tylko wtedy możesz w pełni doświadczyć kryzysu. Ogranicz swoje bycie w świecie do minimum; nie wstawaj z łóżka, jeśli nie masz na to siły, jedz tyle, ile potrzebujesz, nie angażuj się w żadne nowe aktywności, bądź w stanie „niebycia”.
  • Nie racjonalizuj na siłę, by wytłumaczyć ten stan. Jeśli odczuwasz silny niepokój, że dzieje się z tobą coś złego, odwiedź lekarza, wykonaj badania, ale nie szukaj recepty cud. Twoje ciało ma czerwoną lampkę, która zapala się, kiedy nie słyszysz wewnętrznego głosu.
  • Ogranicz do minimum wszystkie swoje powinności. Masz prawo okresowo: mniej intensywnie pracować, zaniedbać dom, dzieci czy przyjaciół. Nie odrzucaj troski bliskich, ale jeśli jej nie potrzebujesz, możesz podziękować i nie skorzystać.
  • Nie naśladuj innych. Nie wierz, że pomoże ci to samo, co pomogło twojej przyjaciółce. Możesz oczywiście spróbować na przykład lekcji jogi, ziółek, masaży, ale jeśli nie poczujesz w sobie, czego konkretnie ci potrzeba, metody te zadziałają jedynie na chwilę.
  • Wychodź z kryzysu powoli. Kiedy faza kryzysu będzie już dobiegać końca, świat zacznie ci podsuwać różne propozycje; nowa praca, nowe znajomości itp. To znak, że powoli stajesz się gotowa na „wyjście z mroku” – ale bądź ostrożna, nie rzucaj się na pierwszą lepszą ofertę, z lęku „jak długo można być taką bierną?!”.

Ćwiczenie

Zrób porządek w swoim zewnętrznym świecie. Wyrzuć albo schowaj do piwnicy wszystko, co nie jest już twoje. Ogranicz rzeczy do niezbędnego minimum. Schowaj ubrania, których od dawna nie nosisz, bibeloty, które cię nie cieszą, książki, do których od dawna nie zaglądałaś. Prostota dookoła ciebie umożliwi lepsze zagłębienie się w wewnętrzne przeżycia.

4. Faza autentyczności

Masz poczucie adekwatności. Wszystko, co się dzieje wokół ciebie, jest zgodne z tym, co w tobie. Czujesz, że twoje uczucia, myśli i zachowania są spójne. Czerpiesz satysfakcję z pracy, pojawiają się wokół ciebie ludzie, którym podobnie w duszy gra. Jesteś wreszcie na swoim miejscu, we właściwym czasie. Robisz wszystko, co masz do zrobienia. Twoje emocje są stonowane; nie ma lęku, ale też zbędnych ekscytacji. Odczuwasz wewnętrzny spokój. Może jesteś bardziej niż zwykle milcząca, bo czujesz, że etap, na którym się znajdujesz, nie wymaga zbyt wielu słów. Za to więcej masz w sobie mądrości do dzielenia się nią ze światem. Przyjaciele chętnie zwierzają ci się ze swoich problemów, cierpliwie ich wysłuchujesz, ale nie dajesz zbędnych rad, bardziej służysz swoją obecnością. Świadomie wybierasz to, co dla ciebie najlepsze, ale umiesz też spokojnie z różnych rzeczy, relacji rezygnować; bez żalu, urazy czy potrzeby usprawiedliwienia się. Czujesz, że jest dobrze.

Rady:

  • Smakuj swój stan. Zapamiętuj sytuacje, doświadczenia, które nasycają cię błogością. Będziesz miała do czego wrócić, kiedy w twoim życiu pojawi się mniej spokojna faza rozwoju.
  • Nie uciekaj przed światem. Choć czujesz, że jesteś teraz największym autorytetem dla siebie, nie unikaj poznawania nowych ludzi, bo być może na twojej drodze pojawi się „nauczyciel”, „mistrz”, który poprowadzi cię na jeszcze wyższy etap rozwoju.
  • Nie staraj się „nauczać” innych. Każdy ma własne lekcje do przepracowania. Możesz się dzielić doświadczeniem, ale pamiętaj, że drugi człowiek weźmie z tego tylko tyle, na ile jest gotowy.
  • Bądź wdzięczna tym, którzy towarzyszą ci na drodze rozwoju. Czasami wystarczy zwykłe: „dziękuję, że jesteś”. Doceń, ile darów dostajesz, często od mało znanych ci osób, choćby od pani w sklepie, która schowała pod ladą ostatnią bułkę – twoją ulubioną.
  • Bądź zakorzeniona w „tu i teraz”. Nie przywiązuj się do myśli, że odkryłaś całą prawdę na swój temat i teraz znasz dokładny scenariusz własnego życia. Przez cały czas się zmieniasz. Po etapie spokoju i równowagi pewnie jeszcze nie raz pojawią się zawirowania i zwątpienia. Przed każdym kolejnym, wyższym etapem rozwoju czeka cię chwilowy kryzys i powrót doświadczeń z przeszłości (lekcje do przerobienia), ale ty już wiesz, że po burzy zawsze pojawia się słońce.

Ćwiczenie

Odkryj swój osobisty rytuał mocy. Co zapewnia ci błogość i spokój? Kiedy, w jakich sytuacjach, czujesz się pełna i autentyczna? Jeśli nie masz pomysłu, co to miałoby być, skorzystaj z rytuałów opisanych w książkach czy poznanych na warsztatach. Sprawdzaj, które z nich są naprawdę twoje.

  1. Styl Życia

Poznaj siłę kobiecości w nowym miejscu

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Kobiety przeszły długą drogę aby znaleźć się w miejscu, w którym jesteśmy teraz. Coraz odważniej poruszamy tematy naszych potrzeb, marzeń i praw. Jednak mimo naszej siły, kobiety nadal spotykają się z brakiem zrozumienia. Portal My-V.pl powstał aby wesprzeć, doradzić i odpowiedzieć na pytania uważane przez niektórych za kontrowersyjne.

Kobiecość zawsze i wszędzie

My-V.pl jest portalem, dla którego nie ma tematu tabu. Możemy tam znaleźć artykuły, które dla innych portali są zbyt sporne. Inni nie chcą ich poruszać, ale nie zmienia to faktu, że my – kobiety, jesteśmy osobami ceniącymi seksualność i chcemy znać odpowiedzi na pytania, których wielu nie ma odwagi zadać.

Poza Polską na temat seksualności mówi się, w porównaniu do naszego kraju, wręcz ochoczo. I nie ma w tym nic złego. Kto nie pamięta momentu z kultowego serialu „Przyjaciele”, w którym idealnie przedstawione są potrzeby kobiet i „łatwa instrukcja” odnośnie ich zaspokojenia? Chodzi oczywiście o Monice doradzającą Chandlerowi o tym jak znaleźć siódmy punkt i jak poruszać się pomiędzy punktami od 1 do 6.

Jeżeli chodzi o kolejny przykład, to nie ma co daleko szukać i można skupić się na znanym serwisie, jakim jest Netflix. W Grace&Frankie mamy dwie dojrzałe kobiety, które w oczach wielu widzów mogłyby się mylnie wydawać za stare, aby wciąż prowadzić aktywne i spełnione życie seksualne. Jednak one innowacyjnie wprowadzają kolejne produkty do sfer intymnych, szokując tym widzów.

Klasa i bajeczność

My-V.pl można również wpisać do sfery innowacyjności – portal porusza tematy, które są trudne bądź do tej pory niezbyt chętnie poruszane. Na My-V.pl panuje przyjemna atmosfera, w której kobieta jest dla kobiety. Doradzi, wesprze, po prostu będzie obok. Zagłębiając się w cudowny świat kobiecości, seksualności i rozwoju, kobieta zdaje sobie sprawę z tego, że żadna część jej jestestwa nie jest zła. Czytelniczka zobaczy, że nie ma się czego wstydzić, ani pod względem ciała, ani swojego umysłu.

Jeśli ktokolwiek, kiedykolwiek zastanawiał się co my kobiety zrobiłybyśmy w życiu bez mężczyzn, to poprawna odpowiedź jest tylko jedna – WSZYSTKO. Kobieta jest zdolna do wszystkiego. Nie ma rzeczy, zadania ani sytuacji, której kobieta by nie podołała.

My-V.pl potrafi śmiało ogłosić światu wiele kwestii. Oznajmia - tak, jesteśmy kobietami i jesteśmy matkami, żonami, kochankami, szefami. I jesteśmy w tym dobre. Tak jesteśmy kobietami, mamy waginy i lubimy seks. I mamy do tego prawo. Mamy klasę i bajeczność, czyli dwie rzeczy, które powinna mieć kobieta według Coco Chanel.

Nie tylko żona

Kobiety ostatnimi czasy pokazały na co je stać. Feminizm nie jest już czymś o czym kobiety szepczą między sobą. Jest śmiałym ruchem, który idealnie podkreśla naszą siłę. Doszłyśmy do tej chwili, w której mamy odwagę wyjść i wykrzyczeć nasze myśli. My-V.pl również „krzyczy”, ale w internecie - poruszając tematy edgingu, wulwodyni czy kamasutry.

Seksualność nie jest jednak jedynym tematem poruszanym na blogu. Tak jak kobiety My-V.pl jest o wiele bardziej rozbudowane. Nie określamy się tylko mianem, np. żon, bo jesteśmy również artystkami, pracownikami, kucharkami, tak i My-V.pl nie skupia się tylko na jednym temacie. Można tam znaleźć artykuły odnośnie samorozwoju, kariery, kultury czy nauki. Przeczytamy tam o kobietach z branży technologicznej, ale i o tym jak zarządzać własnym czasem.

Portal M-V.pl to miejsce dla wszystkich kobiet – tych, które są już pewne siebie i tego kim są oraz tych, które potrzebują zainspirowania i wsparcia w samorozwoju.

  1. Kultura

Marta Frej: "Nie zgadzam się na zastaną rzeczywistość"

Marta Frej, polska malarka, ilustratorka i animatorka kulturalna, opisuje dzisiejszą rzeczywistość i swój stosunek do niej za pomocą memów.  (Fot. Marta Lityńska)
Marta Frej, polska malarka, ilustratorka i animatorka kulturalna, opisuje dzisiejszą rzeczywistość i swój stosunek do niej za pomocą memów. (Fot. Marta Lityńska)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
- Bardzo zależy mi na tym, żeby feminizm pozbawić dorobionej mu „gęby”. Chciałabym, żeby zaistniał w Polsce w mniejszych miastach i wsiach, zmienił je - mówi Marta Frej, ilustratorka i autorka memów, pokazujących kobiecą codzienność - pełną absurdów, ciągłej walki ze stereotypami i niekończącego się udowadniania swojej siły. 

Czym jest dla ciebie feminizm?
Sposobem myślenia, patrzenia na świat, odczuwania, życia, ale też radzenia sobie z trudnymi rzeczami. A mówiąc mniej prywatnie – jest to dla mnie światopogląd, według którego ludzie powinni mieć równe szanse. Jest wiele feminizmów, wiele feministek i coraz więcej feministów. Mam do tego poznawczy stosunek. Według mnie każda osoba musi sama zdefiniować sobie feminizm.

Można śmiało stwierdzić, że wprowadziłaś feminizm do polskiej popkultury.
To duże słowa, ale nie chcę tak o sobie myśleć, bo nie chciałabym, żeby woda sodowa uderzyła mi do głowy. Popkultura jest ważna, bo to bardzo dobre narzędzie kształtowania opinii i postaw. Ja cały czas żyję trochę na uboczu, nie bywam na salonach i nie jestem osobą publiczną. Zależy mi na tym, żeby nie stracić perspektywy przeciętnej kobiety, która jeździ rowerem, gada z sąsiadami i sąsiadkami, angażuje się w społeczność lokalną. Jednocześnie, bardzo zależy mi na tym, żeby feminizm pozbawić dorobionej mu „gęby”. Chciałabym, żeby zaistniał w Polsce w mniejszych miastach i wsiach, zmienił je.

Ukrywasz się za swoją twórczością?
Chyba trochę tak. To jest kwestia mojej osobowości. Poza tym, często mam nieodparte wrażenie, że osoby, które poznaję w ostatnich latach, mają jakieś konkretne wyobrażenie na mój temat i konkretne oczekiwania, wtedy dość szybko się zamykam, bo to nie jest komfortowe. Muszę nauczyć się to akceptować. Chciałabym znaleźć swój gang kobiet, stworzyć jakąś społeczność. To jest moje marzenie i mój feministyczny kawałek na teraz.

Kobiety, które podczas Strajku Kobiet niosły na transparentach twoją grafikę „Wody odeszły, rodzimy rewolucję” już należą do tego gangu.
To dla mnie największa radość, gdy to co robię, komuś służy. Gdy można to wydrukować i wynieść na ulicę jako manifest, postulat czy znak tego, co się myśli. To największa nagroda, najlepsza wystawa w najlepszej galerii świata.

Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy) Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy)

Katarzyna Kasia we wstępie do najnowszego albumu z twoimi rysunkami „120 twarzy Marty Frej” zadała pytanie: „Czy jesteśmy w stanie zmienić schemat, przeprogramować system, w którym kobiety z góry są na przegranej pozycji?”. Jak myślisz?
Tak! Choć najważniejszą rzeczą, którą musimy sobie wbić do głowy jest to, że nie zrobimy tego od razu. Być może beneficjentkami i beneficjentami tej zmiany będą przyszłe pokolenia i to jest ok. Ważne, by wierzyć w tę zmianę i robić wszystko co się da, by się dokonała.

Na jakim etapie tej zmiany teraz się znajdujemy?
Mam nadzieję, że to już jest dno, od którego się odbijemy. Kobiety od stuleci walczą o swoje prawa i nieprędko pewnie przestaniemy. Toczymy tę walkę na różnych poziomach i różnymi sposobami, z różną świadomością. Ale wszystkie robimy to wiedzione naturalną potrzebą samostanowienia i wolności. Dlatego jestem spokojna, że wola zmiany w nas nie umrze.

Od początku przekazywanie treści feministycznych poprzez sztukę było twoim pomysłem na siebie?
To był przypadek. Przez długi czas płynęłam poprzez życie, ale niespecjalnie odnajdowałam się w mainstreamie. Feminizm pojawił się w moim życiu, gdy byłam w bardzo trudnej sytuacji życiowej, posypało mi się wiele rzeczy naraz. I oczywiście wzięłam to na klatę, jak typowa Polka wytresowana do tego, by obarczać się winą za wszystko. Myślałam, że to ja zawaliłam, ale nie miałam pojęcia dlaczego. Skoro tyle pracy, miłości i entuzjazmu nie wystarczyło, to jak tu żyć dalej ? Skąd wziąć siły i środki? Kiedy już trochę się uspokoiłam i dostrzegłam pewne przykre wzory zachowań i mechanizmy stosunków społecznych związane z płcią, zaczęłam rysować o tym rysunki. Próbowałam to obśmiać, spojrzeć z dystansem, bo co więcej mogłam zrobić? Wtedy potwierdziły się moje przeczucia: moje przeżycia i problemy okazały się przeżyciami i problemami tysięcy kobiet. Tak narodził się mój feminizm.

Kobiety w twoich memach odnajdują siebie.
Okazało się, że ten mój przeciętny głos ma znaczenie. Ta świadomość dała mi chęć do życia, do dzielenia się swoim głosem i opowiedzenia swojej historii, a ściślej mówiąc, herstorii. To ważne, bo nie wszystkie mamy szczęście dostawać komunikat z rzeczywistości: „Halo, twoja herstoria jest ważna i ciekawa”. A każda jest ważna i ciekawa, a co najważniejsze, opowiadanie jej jest ważnym momentem terapeutycznym i emancypacyjnym.

Twoja twórczość jest formą autoterapii?
Na pewno. I być może dlatego, że wynika z przeżyć i doświadczeń, a nie z książek i abstrakcyjnego myślenia pod tytułem „będę udawać kogoś, kim nie jestem, żeby na chwilę uciec od codzienności”, prowokuje moje odbiorczynie i odbiorców do reakcji, polemik, dzielenia się własnymi opowieściami. Dzięki tysiącom komentarzy kobiet sformułowałam listę tematów, które pojawiają się jako najczęstsze problemy: umiejętność powiedzenia nie, stawianie granic, dbanie o swój dobrostan w takim samym stopniu, jak o innych, no i uwolnienie się od jarzma ciągłych ocen, od lęku przed oceną sąsiadek i sąsiadów, koleżanek i kolegów, rodziny... My, polskie kobiety, mamy bardzo niską samoocenę. Bez przerwy spotykam kobiety, które robią wspaniałe rzeczy, są mądre, odważne i pełne innych zalet, a najgorsze zdanie o nich mają one same.

Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy) Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy)

Odpowiedzią na to był twój zeszłoroczny projekt „Jestem silna, bo…”.
Odkąd pamiętam zastanawiałam się kim jest „silny człowiek” - jakie ma cechy, czym się charakteryzuje? Kiedy prosiłam osoby na warsztatach, żeby zamknęły oczy i zwizualizowały sobie silnego człowieka, a potem opisały efekt, przeważająca większość zobaczyła mężczyznę. W końcu jeszcze niedawno funkcjonowało określenie „słaba płeć”... Z drugiej jednak strony, często słyszałam od facetów, że kobiety są silniejsze psychicznie. Do tego dochodzi jeszcze wiele stereotypów dotyczących tego, jak mamy się zachowywać, wyglądać. A że ja strasznie nie lubię gier, w których reguły nie są głośno nazwane i w gruncie rzeczy trzeba się domyślać, jak grać, postanowiłam poprosić kobiety, by dokończyły zdanie „Jestem silna, bo…”.

Nie obawiałaś się, że Polki będą z góry źle nastawione do zdania, które zaczyna się od takich słów?
Miałam takie podejrzenie i to się oczywiście potwierdziło, bo początek projektu był zupełnie inny niż to, co dzieje się teraz. Teraz to zdanie jest już akceptowane, nawet chętnie powtarzane. Na początku każde jego dokończenie budziło opór, zdziwienie, niechęć u dużej części odbiorczyń i odbiorców. Spotkałam się nawet z zarzutem, że promuję „kult siły”, co ma dla mnie wymiar groteski, biorąc pod uwagę, jak brzmi zakończenie większości bohaterek...

Z czasem zdanie „Jestem silna, bo…” urosło na ogromną skalę.
W krótkim czasie dostałam jakieś 2 tys. maili – wtedy zrozumiałam, jak trudne zadanie sobie stworzyłam i jak ciężko mi to będzie udźwignąć. Skala przemocy domowej, która ujawniła się w tym projekcie była przerażająca. Bo z przemocą domową to jest tak, że wszyscy o niej wiemy, wszyscy o niej mówimy, ale nie do końca zdajemy sobie z niej sprawę. A gdy dostaje się maila od kobiety, która ma imię i nazwisko i opisuje swoje przeżycia związane z przemocą domową, a do tego jeszcze pisze: „Jestem silna, bo…”, czyli poradziła sobie z tym wszystkim i wyszła z tego, to zupełnie zmienia się perspektywa. Wtedy dotarło do mnie, że ten projekt powinien nazywać się: „Jestem silna, pomimo że…”, bo okazało się, że największą siłę, według bohaterek tego projektu, dały im te najcięższe przeżycia, z którymi sobie poradziły.

To ćwiczenie było też ważne dlatego, że uświadomiło, że nikt nie jest silny przez cały czas. Możemy codziennie robić sobie takie ćwiczenie i pytać siebie, jak dzisiaj dokończymy to zdanie. I za każdym razem możemy kończyć je inaczej, bo to jest nasza decyzja, my decydujemy, czy to, że dziś wstałyśmy z łóżka to jest powód, dla którego możemy dziś się nazwać silną. I co z tego, że ktoś napisze: „Jesteś silna, bo wstałaś z łóżka – też mi coś”.  Tylko ja sama mogę ocenić, czy jestem silna – mogę sobie tę siłę przypisać, nazwać ją i sobie ją uświadomić oraz być z niej dumna.

Nie czułaś się trochę przytłoczona?
Trochę czułam. Teraz mam przerwę w tym projekcie, choć myślę, że do niego wrócę. To jest bardzo trudne, bo ja jestem tylko kronikarką i tak naprawdę nic nie mogę zrobić. A jednocześnie mam głębokie poczucie, że robię coś prawdziwego i potrzebnego.

Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy) Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy)

Czy zaczynając spełniać się jako artystka myślałaś, że będziesz publikować swoją twórczość w Internecie?
Gdy studiowałam na Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi uczono mnie, że artysta – bo nie artystka, końcówki żeńskie wtedy w ogóle nie funkcjonowały – może tylko wystawiać w dużych galeriach, gdzie przychodzą ważni ludzie i jego elitarny przekaz dotrze tylko do garstki wybranych osób. Zresztą, ukończyłam szkołę imienia Władysława Strzemińskiego i wtedy nikt nie mówił o tym, że Strzemiński za żonę miał wielką artystkę Katarzynę Kobro, którą równo tłukł, a jej prace dopiero od kilku lat są doceniane. Gdybym na studiach wiedziała, że będą media społecznościowe i moi profesorowie dowiedzieliby się, że będę tam cokolwiek publikować, zostałabym wyśmiana. Dopiero gdy zrozumiałam, że nigdy nie będę wielkim „artystą” i że kompletnie w tym świecie nie umiem funkcjonować, zaczęłam publikować w mediach społecznościowych i uwolniłam się od wyobrażeń, jakim artystą powinnam być. I zostałam artystką.

Ale jednak wydałaś album z memami, czyli twórczością typowo internetową, w formie tradycyjnej. Czym jest dla ciebie ten album?
Taką nieoczekiwaną przyjemnością. Już tak przywykłam do Internetu, że onieśmiela mnie za każdym razem, gdy widzę swoje prace na papierze. Ale nie ukrywam, że to wielka przyjemność – dotykanie i posiadanie materialnego albumu ze swoimi pracami. Nawet mi się podobają te moje rysunki!

Bije z ciebie skromność, a przecież jesteś jedną z najbardziej znanych współczesnych artystek feministycznych w Polsce.
Trochę trudno mi w to uwierzyć... Jestem szczęśliwa i jest mi miło, ale z drugiej strony trochę się wstydzę i krępuje mnie, gdy ktoś tak mówi. Wiem, że to skutek polskiego wychowania, gdzie skromność jest największą cnotą dziewczynki. Walcząc z tym odpowiem: Dziękuję, miło mi to słyszeć.

„Twórczość Marty Frej jest – w najgłębszym sensie tego słowa – niepokorna” – to znowu słowa Katarzyny Kasi. Czy ty też jesteś niepokorna?
Ja po prostu nie zgadzam się na zastaną rzeczywistość, bo bardzo dużo trzeba w niej naprawić. Jestem też bardzo przekorna i jeśli słyszę, że jakaś grupa ludzi (płci męskiej) coś ustaliła dawno temu i dlatego tak trzeba postępować, i że od dziada pradziada (no bo przecież nie od baby prababy) tak było i tak jest najlepiej, to w to nie wierzę.

Polecamy: album '120 twarzy Marty Frej', Wydawnictwo RM. Polecamy: album "120 twarzy Marty Frej", Wydawnictwo RM.

  1. Styl Życia

Miejsce kobiet jest na szczycie. Historia polskich taterniczek

Na zdjęciu: Ewa Panejko-Pankiewicz – polska alpinistka i himalaistka. (Archiwum prywatne Ewy Panejko-Pankiewicz)
Na zdjęciu: Ewa Panejko-Pankiewicz – polska alpinistka i himalaistka. (Archiwum prywatne Ewy Panejko-Pankiewicz)
Taterniczki - kobiety i dziewczyny, które szły w górę niezależnie od wszystkiego. Twarde charaktery i pilne kursantki, subtelne sportsmenki i muskularne wspinaczki. Dostosowują się do zmaskulinizowanego sportu i walczą o kobiecy styl uprawiania tej dyscypliny. Oto ich historia podboju Tatr.

Fragmenty pochodzą z książki "Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie" Agaty Komosy-Styczeń, wydawnictwo Prószyński i S-ka, premiera 13 kwietnia

Podobno gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Ale kobiety nie potrzebują szatańskich podszeptów, by iść tam, gdzie nawet czortowi się nie chce. Siła nieczysta musi jednak widzieć w kobiecie te cechy, które predysponują ją do dokonywania niemożliwego. Cechy powszechnie uznawane za męskie, przynależne płciowo, w praktyce często okazują się domeną kobiet. Twardość, zdecydowanie, siła psychiczna.

Tatry są zupełnie inne od reszty polskich gór. Tamte miękko wybrzuszone, bez wyraźnie zaznaczonych szczytów, te spienione na wierzchołkach, ostre, budzące respekt, strach. Co skłoniło ludzi do próby zmierzenia się z ich graniami? Na początku, jak to zwykle bywa, potrzeba – w Tatrach w coraz to wyższe partie gór zapuszczali się kłusownicy. Jednak wraz z epoką romantyzmu na podhalańskie ścieżki zaczęli wchodzić turyści, po prostu, bez celu, dla wzbogacenia ducha o niezwykłe przeżycia. Z czasem turystyka górska nabrała bardziej sportowego charakteru, potem była obowiązkowym krokiem do gór wyższych. Dziś Tatry są dla wspinaczy także źródłem dochodów. Kiedyś dzikie i niedostępne, dziś zatłoczone, przeładowane, głośne.

Zdobycie Tatr przez kobiety to inna historia niż męski podbój tych gór. To truizm, ale bardzo smutny – kobiety poza wysokością, ekspozycją i zmęczeniem mierzyły się z nieprzychylnością panów, z atmosferą nieprzyjazną damskim wyczynom, z rolą kulturową, jaką się przypisuje kobietom.

Pierwsze potykały się o własne powłóczyste suknie i sarkastyczne docinki towarzyszy. Te późniejsze już w wygodniejszych pumpach czy nawet softshellowych spodniach wciąż mierzyły się z dyskryminacją.

Dlaczego taterniczki, a nie po prostu taternicy? Po co dzielić, kiedy można komplementarnie zebrać doświadczenia górskie wspinaczek i wspinaczy. Bo brakuje kobiecych narracji, a te są inne niż męskie. Bo wciąż jest nas w górach mało, zbyt mało, byśmy mogły opowiedzieć własną historię. Nie będzie ona lepsza ani gorsza od męskiej. Będzie inna. Nasza. Czy warto tak dzielić opowieści? Na jej męską część i herstorię? Tak. Bo nie ma obiektywnej, bezpłciowej narracji. A zazwyczaj to, co uważamy za obiektywne i obowiązujące, jest właśnie opowieścią mężczyzn – to oni mieli przez długi czas dostęp do nauki, to oni opowiadali przez książki i podania, to ich słowa wykształciły nam obraz rzeczy, zjawisk, ciągów przyczynowo-skutkowych. Dlatego dziś tak ważny jest powrót do głosów żeńskich, które opowiedzą po swojemu. A my, kobiety, nie dbałyśmy o swoje historie – duża część przedwojennych taterniczek nie pilnowała nawet, by ich wyczyny były odnotowane w annałach. To pachnie próżnością, a z tą cechą damie nie do twarzy. Także dziś, rozmawiając z wybitnymi wspinaczkami, często na początku słyszałam powątpiewanie – ale czy ja na pewno nadaję się do tego, by o mnie pisać. Wzdrygały się na określenia „kariera”, „sukces”. Część nie dała się namówić na rozmowę – niektóre nie chcą już wracać do górskiej przeszłości, od jednej usłyszałam, że kiedyś nie epatowało się tak własnymi osiągnięciami. Dziewczyny po prostu robią swoje.

Ale przecież „Nie możesz być tym, czego nie widzisz”. Do niedawna nie widziałyśmy kobiet liderek, bohaterek, strateżek, przywódczyń – co wcale nie znaczy, że ich nie było. Były, tylko nie znaliśmy ich historii. Świadectwa kobiet są niezwykle ważne, bo dopiero kiedy widzimy, że ktoś wszedł na szczyt, odebrał Nobla, przebiegł maraton, a nawet został komiksową superbohaterką, możemy zacząć marzyć, by stać się kimś takim. Każda mała dziewczynka, która zapragnie pójść tropem jednej wielkiej kobiety, to niebywały sukces i krok naprzód.

[...]

Tatrzańskie orlice

Marzena i Lida – dwie siostry, które swoją krótką, choć intensywną karierą taterniczą zdążyły mocno namieszać w środowisku taterniczym, wśród artystów i emancypantek. Siostry urodziły się w Zakopanem i były wychowywane wraz z bratem przez matkę, która wcześnie owdowiała. Obydwie od dzieciństwa chodziły po górach, ale prawdziwe wspinanie i rozwiązywanie taternickich problemów zaczęło się dla nich w 1928 roku. Dużo bardziej zawzięta była Marzena, ona szła w góry z misją. Poza tym, że chodziła, to działała i publikowała. Nie podobała się jej dyskusja o tym, czy kobiety powinny samodzielnie się wspinać.

– Bezdyskusyjnie momentem, który rozpoczął tę kobiecą przygodę z taternictwem na poważnie, są lata dwudzieste, kiedy pojawiają się siostry Skotnicówny. Oczywiście po drodze były turystki, które bardzo starały się dotrzymać kroku mężczyznom w górach. Tu warto wymienić Adę Rainal-Loriową, żonę strażnika i współzałożyciela TOPR-u Leona Lorii. Ada dotrzymywała mu kroku na najtrudniejszych wycieczkach, zarówno letnich, jak i zimowych. Później Julia Zembatowa. To była narciarka, która też chodziła na wspinaczki. I Dłuska, która niestety miała wypadek w Dolinie Strążyskiej, bo spadła i to spowodowało kalectwo. Ale to nie zamknęło drogi kobietom. Właśnie w latach dwudziestych trudne wspinaczki rozpoczęły siostry Skotnicówny. W 1929 roku Bronek Czech, Wiesław Stanisławski i Lida Skotnicówna przeszli drogę skrajnie trudną, czyli wejście północną ścianą, od Morskiego Oka na Żabiego Konia. Do dzisiaj jest to trudna droga. Jest ślisko, stromo, krucho. Inicjatorem był Bronek, a Wiesław wziął Lidę ze sobą na wspinaczkę, bo to była jego sympatia – mówi Wojciech Szatkowski.

Dzięki dziennikom wypraw obu sióstr widać, że już sezon 1928 był bardzo aktywny. Weszły między innymi z Wiesławem Stanisławskim na wschodnią grań Niebieskiej Turni i zjazd na Niebieską Przełęcz. Następnego dnia Marzena wspięła się znowu ze Stanisławskim bardzo trudną północną ścianą Żabiej Turni Mięguszowieckiej.

Przejścia kobiece Marzeny (poza tymi, które robiła z siostrą w 1928) to głównie 1929 rok. Chodziła z Lidą i inną aktywną taterniczką tamtego okresu, Zofią Galicówną. Zdobyły grań Orlej Baszty i północno-zachodnią ścianę Kozich Czub. Lida także znalazła inną partnerkę, Marię Perlberżankę, z którą zdobyła między innymi wschodnią ścianę Kościelca.

Marzena w zespole mieszanym ze Stanisławskim robiła drogi, które zostały sklasyfikowane jako skrajnie trudne. Jeden z wariantów takiego wejścia zostanie nazwany jej imieniem. Dziewczyny nie próżnowały i dzień w dzień zdobywały szlaki.

Były bardzo popularne. Marzena to podobno wielka miłość poety Juliana Przybosia. W domu Skotnicówien odbywały się narady, dokąd teraz iść, z jaką ścianą się mierzyć. Matka dziewczyn nie do końca wiedziała, na czym polegała aktywność jej córek, była jednak spokojna, bo w przygotowaniach do wypraw często brali udział doświadczeni taternicy.

Pod koniec sezonu 1929 Marzena napisała list do Roguskiej-Cybulskiej. Chciała założyć stowarzyszenie kobiet taterniczek, marzyło jej się wzajemne wsparcie, wymiana doświadczeń międzypokoleniowych. Miała dość tego, że w związkach sportowych w dyskusjach o wspinaczce wypowiadali się przede wszystkim mężczyźni. Tak jak to było w opisywanej już dyskusji Jana Alfreda Szczepańskiego ze Stanisławem Krystynem Zarembą – o tym, czy kobiety powinny być na szlakach i czy mają do tego wystarczające predyspozycje, rozmawiało dwóch panów. Starsza Skotnicówna nie godziła się na to – sama nie czuła się gorsza i nie widziała powodów, żeby tak ją traktowano.

Marzena uważała, że urodziła się co najmniej sto lat za wcześnie. Ówczesny patriotyzm nazywała szowinizmem. Przyjaźniła się z Marią Wardasówną, pionierką lotnictwa kobiet, pisarką i feministką (także podjęła próbę taterniczą, a partnerowała jej Jadwiga Pierzchalanka). Chodziła z Wardasówną do szkoły w Cieszynie. Tam została wysłana przez matkę, po interwencji Józefa Oppenheima, ratownika TOPR-u. Uważał on, że oddzielenie Marzeny od Tatr na jakiś czas dobrze jej zrobi.

Wspinaczki młodych dziewcząt (chodziły już w góry, gdy młodsza miała lat czternaście, a starsza szesnaście) budziły wśród starszych, prócz podziwu, wiele wątpliwości i zastrzeżeń. Oppenheim, który nigdy nie wtrącał się do takich spraw, tym razem uznał za stosowne rozmówić się z matką młodych taterniczek. Wychodził z założenia, że (…) drobiazg może spowodować katastrofę – czytamy w książce "W stronę Pysznej" Stanisława Zielińskiego. Jednak Marzena zwykła mawiać: „Tatry są mną, a ja jestem nimi”, i nic nie wskazywało na to, że nawet najdłuższa rozłąka z ostrymi graniami zmniejszy jej uczucie do wspinaczki.

Porywała sobą. Miała jakiś szczególny magnetyzm, który stale przybierał na sile... Jednak ten żywiołowy temperament Skotnicówny nie potrafił odnaleźć się w ustabilizowanym życiu. Ją pociągał żywioł, ryzyko, niebezpieczeństwo... Dlatego planowała nowe pionierskie przejścia w Tatrach i żyła tym na co dzień – tak o Marzenie pisała w „Taterniku” Mariola Bogumiła Bednarz.

Lida była mniej wyrazista niż starsza siostra. Nie brylowała na salonach, mimo że ciekawa, inteligentna, w towarzystwie była milcząca i wycofana. Jednak w górach przechodziła całkowitą metamorfozę i zmieniała się w radosną, pogodną dziewczynę. Podobno wspinała się lepiej od Marzeny, co zresztą Marzena w swoich dziennikach przyznaje.

Szóstego października 1929 roku Marzena i Lida szły po historyczny wyczyn. Zamierzały w kobiecym składzie zdobyć południową ścianę Zamarłej Turni. To miejsce owiane złą legendą, określane jako ucieleśnienie (a dokładniej „uskalnienie”) szatana. Wydarza się tragedia.

Księga wypraw ratunkowych Mariusza Zaruskiego i Józefa Oppenheima tak odnotowuje ten wypadek: Lida Skotnicówna, wspinając się południową ścianą Zam. Turni, odpadła od skały w kominie poniżej II trawersu, pociągając za sobą asekurującą siostrę Marzenę.

Z kolei Michał Jagiełło w Wołaniu w górach relacjonuje: Stało się to na oczach kolegów, wybitnych wspinaczy – B. Czecha i J. Ustupskiego – bezsilnych świadków dramatu. Lida odpadła od ściany pierwsza. Wiadomo, że zderzyły się głowami w locie. Zginęły tragicznie.

– Dziewczyny uwzięły się na Zamarłą Turnię. I pewnie udałoby się im, gdyby nie zawiódł karabinek. Prawidłowo założony karabinek nie powinien się rozgiąć. Ich wypadek spowodował straszną traumę w środowisku. Skotnicówny wspinały się bardzo szybko, podobno w trakcie feralnej próby dotarły do innego wspinacza i Lida go jeszcze poczęstowała cukierkami. On wspinał się z Bronkiem Czechem. Kluczowe trudności na Zamarłej są wyżej. Przynajmniej wtedy, na klasycznej drodze Henryka Bednarskiego. Lida doszła do słynnego miejsca, gdzie jest lekka przewieszka, i nie dała rady – odpadła, pociągnęła za sobą siostrę. Ta nie była tak mocna, by utrzymać takie szarpnięcie. Było ono tak potężne, że wyrwało karabinek, który się rozgiął, i dziewczyny zginęły. Józef Oppenheim, naczelnik TOPR-u, miał bardzo niewdzięczną rolę, musiał ich matce przekazać informację o śmierci córek. Po tym wydarzeniu ściana Zamarłej obrosła w legendę jako dzika droga, która zabija. Tym bardziej że wcześniej i później były kolejne wypadki. Zginął Szczuka, Leporowski na filarze Koziego Wierchu. W muzeum mamy straszną fotografię, jak Skotnicówny leżą na ziemi związane liną. Ktoś im wtedy zrobił zdjęcie. Obydwie były śliczne, miały niebywały talent – opowiada Wojciech Szatkowski.

Śmierć Skotnicówien to woda na młyn dla publicystów – zwłaszcza tych, którzy uważają, że samodzielne kobiece taternictwo jest bezsensowną brawurą. Siostry stają się pięknym symbolem niepowetowanej straty, przedwczesnej śmierci, która wcale nie musiała nastąpić. Młode, piękne, kruche – powstają o nich wiersze i powieści. Z aktywnych i silnych taterniczek na powrót wróciły tam, gdzie wciąż kobieta wyglądała lepiej – do roli kruchej i pięknej kobiety. Publicyści zaś dają ujście swoim poglądom na łamach prasy. Jadwiga Roguska-Cybulska pisze odezwę "Do młodych taterniczek", Roman Kordys w „Taterniku” z 1929 roku nie przebiera w słowach: Kobieta – która o ile nie jest weiningerowskim typem męskim, czy półmęskim, odzianym przez niezbadaną tajemnicę Stwórcy w ciało niewieście – nie ma nic do powiedzenia w taternictwie i nigdy „rasowym” taternikiem nie będzie, tak jak nie może być myślicielem, wodzem czy wynalazcą, ale która, jak nikt inny na świecie, odczuwa i chłonie przepotężny urok męskiego czynu.

Z kolei Wanda Gentil-Tippenhauer, malarka i znawczyni Tatr, w swoim niewydanym maszynopisie SOS w Tatrach formułuje bardzo mocne osądy: Śmierć młodziutkich Skotnicówien przy próbie przejścia południowej ściany Zamarłej Turni była tragicznym następstwem tych niewczesnych kobiecych ambicji, podsycanych przez najmłodszych taterników.

Rok po wypadku odnalazły się na ścianie lina i rozgięty karabinek. Obydwie siostry zawiódł wadliwy sprzęt, nie brak umiejętności.

Skotnicówny zostawiły po sobie wyrwę, którą próbowali zapełnić pisarze i poeci. Julian Przyboś, którego uczucie do 10 lat młodszej uczennicy Marzeny Skotnicówny wywołało ogromny skandal obyczajowy, nie był w stanie napisać nic przez rok od wypadku na Zamarłej Turni. Opłakał swoją miłość w wierszu Z Tatr.

Ten świat, wzburzony przestraszonym spojrzeniem, uciszę, lecz – Nie pomieszczę twojej śmierci w granitowej trumnie Tatr. To zgrzyt czekana, okrzesany z echa, to tylko cały twój świat skurczony w mojej garści na obrywie głazu; to – gwałtownym uderzeniem serca powalony szczyt. Na rozpacz – jakże go mało! A groza – wygórowana! Jak lekko turnię zawisłą na rękach utrzymać. i nie paść, gdy w oczach przewraca się obnażona ziemia do góry dnem krajobrazu, niebo strącając w przepaść! Jak cicho w zatrzaśniętej pięści pochować Zamarłą.
 

Agata Komosa-Styczeń, 'Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie', wydawnictwo Prószyński i S-ka. Agata Komosa-Styczeń, "Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie", wydawnictwo Prószyński i S-ka.