1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Historia pełna jest kobiet - o tych, które zmieniły świat

Historia pełna jest kobiet - o tych, które zmieniły świat

Barbara McClintock (1902–1992) odkryła, że geny mogą włączać się i wyłączać oraz zmieniać położenie – do tej pory sądzono, że geny są „jak przybite do podłogi meble”. Na uznanie swojej teorii musiała czekać niemal 20 lat, aż inni badacze doszli do takich samych wniosków. W 1983 roku, 32 lata po swoim wielkim i zignorowanym odkryciu, otrzymała Nagrodę Nobla. (Fot. Everett/Forum)
Barbara McClintock (1902–1992) odkryła, że geny mogą włączać się i wyłączać oraz zmieniać położenie – do tej pory sądzono, że geny są „jak przybite do podłogi meble”. Na uznanie swojej teorii musiała czekać niemal 20 lat, aż inni badacze doszli do takich samych wniosków. W 1983 roku, 32 lata po swoim wielkim i zignorowanym odkryciu, otrzymała Nagrodę Nobla. (Fot. Everett/Forum)
Mistrzynie drugiego planu, współpracowniczki, życiowe towarzyszki, geniuszki. Historia pełna jest kobiet, które nie tylko popchnęły do przodu kariery swoich mężów, ale i cały świat. Pora je poznać i uznać. A także zacząć doceniać własną rolę.

Prowadziłam niedawno zajęcia z grupą niezwykle wykształconych i utalentowanych osób płci obojga. Było ich dziewiętnaścioro. W którymś momencie mieli podzielić się na cztery zespoły. Jedna z dziewczyn z grupy mniej licznej, bo czteroosobowej, zaproponowała: – Wymieńmy którąś dziewczynę na faceta, żebyśmy miały równe szanse. – Słyszysz, co powiedziałaś? – zapytałam. – Tak odruchowo mi się powiedziało – wyjaśniła z zażenowaniem. – Bez sensu.

I rzeczywiście, jej pomysł był bez sensu, bo zespół czterech dziewczyn świetnie sobie poradził z zadaniem. Gorzej za to radzimy sobie ze stereotypami dotyczącymi kobiet, a w dodatku same je podtrzymujemy. Odruchowo. Może za mało wiemy o kobietach, które za nami stoją?

„Kobiety nie wynalazły praktycznie NIC – nawet mopa wynalazł mężczyzna (Murzyn akurat); nawet tampax (o.b.) wynalazł mężczyzna!!! Kobietą była tylko Kopernik – ale to wyjątek” – napisał w Internecie znany mizogin i szowinista, którego nazwiska nie chce mi się przywoływać. Na treść tej wypowiedzi możemy się słusznie oburzać, budzi ona jednak niepokój. Bo co właściwie wynalazły kobiety? Owszem, długo nie miałyśmy dostępu do nauki, długo nie doceniano naszych możliwości, ale gdyby były wśród nas geniuszki, to świat by o nich usłyszał, prawda?

Niekoniecznie. Czytałam kiedyś o Margaret Knight, która już w wieku 12 lat wynalazła urządzenie zatrzymujące awaryjnie maszyny włókiennicze, co chroniło pracowników przed wypadkami. W wieku 14 lat skonstruowała maszynę do klejenia papierowych toreb, a i później była autorką wielu wynalazków, czym zasłużyła na miano „żeńskiego Edisona” i „najsłynniejszej XIX-wiecznej wynalazczyni”, ale jej sława jakoś do nas nie dotarła. Na szczęście jest Maria Skłodowska-Curie! To ją zwykle przywołujemy, gdy mowa o wielkich kobietach w nauce, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni. Wręcz przeciwnie. Maria Skłodowska-Curie zdaje się stanowić wyjątek i tym samym odcina się wyraźnie na tle innych kobiet, które są zwykle bohaterkami drugiego planu. Ich rola w męskich karierach jest wielka – jako żon i współpracowniczek – ale kto by do tego przywiązywał wagę? Pewnie tylko Michelle Obama jest dość pewna siebie, by swoją rolę docenić. Tak przynajmniej wynika z krążącej w Internecie anegdoty.

Michelle poszła z mężem do restauracji, której właściciel przywitał się z nią jak stary znajomy. – Kto to był? – zapytał Barack, gdy zostali sami. – Kolega ze szkoły, który kiedyś się we mnie kochał – usłyszał. – Widzisz, gdybyś za niego wyszła, byłabyś teraz właścicielką restauracji – skomentował. – Nie, kochany. Gdybym za niego wyszła, on byłby teraz prezydentem Stanów Zjednoczonych – bez wahania odpowiedziała jego żona. Kto wie, czy nie byłoby tak?

Żona przy mężu

Wiele kobiet inspiruje swoich mężów, motywuje ich i wspiera, zdejmuje z nich życiowe troski i zadania, podporządkowuje swoje życie ich karierze, nierzadko też pomaga im merytorycznie, ale same pozostają w cieniu. Weźmy Milevę Marić. Wiecie, kto to taki? Nie? No właśnie. Za to wszyscy wiemy, kim był Albert Einstein, jej mąż przez długie lata, dopóki nie odszedł do młodszej. Ta historia brzmi niewiarygodnie i można by ją sprowadzić do tego, że ha, ha, Einstein była kobietą, ale pozornie zabawna teza jest dobrze udokumentowana.

Mileva i Einstein poznali się na studiach w Szwajcarskim Federalnym Instytucie Technologicznym, czołowej europejskiej uczelni politechnicznej. Skoro przyjęto ją, choć była kobietą, to naprawdę musiała być dobra! Einstein i Mileva szybko zostali parą. W liście do niej Ein­stein napisał: „Jakże będę szczęśliwy i dumny, kiedy wspólnie osiągniemy zadowalający koniec naszej pracy nad teorią ruchu względnego”. Potem Mileva rodzi dzieci i pracuje jako asystentka męża. Początkowo ich artykuły były podpisywane Einstein-Marić, ale wkrótce to drugie nazwisko zaczęło być pomijane. „Tajemnica kreatywności tkwi w tym, aby wiedzieć, jak dobrze ukryć swoje źródła” – napisał Einstein. Nawet gdy jego źródła w postaci Milevy zostały po latach odkryte, on na tym zbytnio nie ucierpiał, a Milevy w zasadzie wciąż nie ma.

W towarzystwie

Jak to się dzieje, że wybitne naukowczynie tak słabo istnieją w świadomości społecznej? Można się o tym dowiedzieć z książki Rachel Swaby „Upór i przekora. 52 kobiety, które odmieniły naukę i świat”. Książka fascynująca, pokazująca determinację kobiet w walce o prawo do kształcenia się i pracy naukowej. Kobiety od wieków dokonywały odkryć, ale mężczyźni świetnie umieli sobie z tym radzić.

Na przykład Anna Wessels Williams, bakteriolożka, w 1894 roku wyizolowała szczep bakterii wywołującej błonicę, a kilka lat później szczep bakterii zdolny generować pięćset razy silniejszą toksynę, co pozwoliło produkować antytoksynę na masową skalę. Tego drugiego odkrycia dokonała, gdy szef laboratorium William H. Park przebywał na wakacjach, no ale on był szefem, więc nowy szczep otrzymał nazwę Park-Williams No. 8, którą szybko skrócono do Park 8.

Albo Hilde Mangold, autorka pracy doktorskiej z embriologii eksperymentalnej. Jej promotor Hans Spemann ocenił tę rozprawę dość wysoko, ale nie najwyżej. Dodał jednak do niej swoje nazwisko i to umieścił je na pierwszym miejscu. Doktorat Mangold opublikowano w 1924 roku i w tym samym roku autorka zginęła w wypadku. W 1935 roku Hans Spemann dostał Nagrodę Nobla za tę pracę, która „zainicjowała nową epokę w dziedzinie biologii rozwoju”.

Barbara McClintock (1902–1992) żyła znacznie dłużej i dzięki temu doczekała uznania. Nie było łatwo. Już w wieku 29 lat wniosła wiele do genetyki, ale nie dostała posady na uczelni, bo zespół Uniwersytetu Cornella sprzeciwił się wnioskowi dziekana. McClintock znalazła w końcu pracę w instytucie genetyki, gdzie odkryła, że geny mogą włączać się i wyłączać oraz zmieniać położenie – do tej pory sądzono, że geny są „jak przybite do podłogi meble”. Na uznanie swojej teorii musiała czekać niemal 20 lat, aż inni badacze doszli do takich samych wniosków. W 1983 roku, 32 lata po swoim wielkim i zignorowanym odkryciu, otrzymała Nagrodę Nobla.

Róża Nightingale

Kobiety w nauce miały naprawdę ciężko. Na wiele uczelni ich nie przyjmowano, a jeśli nawet pozwalano im uczestniczyć w zajęciach, to bez możliwości zdobycia dyplomu. „Kto byłby tak głupi, żeby spędzić cztery lata na studiach i nie otrzymać dyplomu?” – zapytała dziekana nowo otwartej i dostępnej również dla kobiet Szkoły Zdrowia Publicznego Helen Taussig, później wybitna kardiolożka, która stworzyła kardiologię dziecięcą. „Mam nadzieję, że nikt” – odpowiedział. Jeśli kobieta skończyła jednak studia i miała świetne wyniki, czasem mogła pracować na uczelni, ale za darmo, bo przepisy nie pozwalały na zatrudnianie kobiet jako naukowców. Maria Goeppert-Mayer, laureatka Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki za odkrycia dotyczące jądra atomu, przez długie lata pracowała na Uniwersytecie Chicagowskim bez wynagrodzenia. Alice Hamilton, amerykańska ekspertka od chorób zawodowych, to wyjątek – już w 1919 roku otrzymała stanowisko młodszego wykładowcy jako pierwsza kobieta w kadrze Uniwersytetu Harvarda. A mimo to dopiero 26 lat później kobiety mogły tam studiować medycynę! Emmy Noether (1882–1935), genialna matematyczka i fizyczka, została w końcu zatrudniona jako „nieoficjalna profesor nadzwyczajna”, ale bez pensji! Teoria Noether stanowi szkielet całej współczesnej fizyki, to ona stworzyła algebrę abstrakcyjną! Jak to możliwe, że o niej nie wiemy? Albo o Mary Cartwright, twórczyni teorii chaosu? Matematyczce Sofji Wasiljewnej Kowalewskiej?

Czy wiecie, skąd się wzięła skala Apgar? Stworzyła ją Virginia Apgar w 1952 roku. Wcześniej nie oceniano stanu zdrowia noworodków zaraz po urodzeniu, więc nie widziano związku między metodą porodu a stanem dziecka! Metoda amerykańskiej lekarki szybko rozniosła się po świecie i została nazwana od jej nazwiska. To jedna z nielicznych sytuacji, kiedy pomysł kobiety został doceniony i nikt nie próbował go zawłaszczyć. A dzięki komu wiemy, od czego zależy płeć dziecka? Jeszcze na początku XX wieku sądzono, że od czynników zewnętrznych. To Nettie Stevens, genetyczka, w 1905 roku udowodniła, że decydujące są chromosomy, a nie temperatura, siła namiętności czy dieta. Lata minęły, nim inni naukowcy uznali wyniki jej badań. Ona tego nie doczekała, wcześniej zmarła na raka piersi. Odkrycie Stevens często przypisuje się Thomasowi Huntowi Morganowi, który był jej tutorem, co jest o tyle zabawne, że Morgan nie uwierzył w wyniki jej badań i jeszcze długo obstawał przy tym, że płeć zależy od czynników środowiskowych!

Florence Nightingale (1820–1910) znamy jako wspaniałą pielęgniarkę, którą była. Ale kto słyszał o jej pionierskim wkładzie w rozwój medycyny opartej na analizie danych? Prowadziła badania, stworzyła diagram „Róża Nightingale” do graficznego przedstawiania danych. A komu zawdzięczamy in vitro? Anne McLaren, Brytyjka, jako pierwsza powołała do życia mysz z probówki! A wiecie, że chemioterapia ma matkę, a nie ojca? To Jane Wright! Podobnie mutageneza zawdzięcza swoje narodziny kobiecie, Charlotte Auerbach. Nasza kultura lubi spychać sukcesy kobiet w niepamięć, ale przecież my także ją tworzymy i możemy się temu przeciwstawić! Nie wynalazłyśmy nawet mopa? Za to Stephanie Kwolek wynalazła lycrę!

Książka Rachel Swaby pokazuje, że kobiety zmieniały świat, choć było i jest im trudniej. W szkole średniej Yvonne Brill (1924–2013) usłyszała od nauczyciela fizyki, że kobiety nie potrafią wznieść się na wyżyny w żadnej dziedzinie. Potem zajęła się silnikami rakiet kosmicznych, zaprojektowany przez nią elektrotermiczny silnik do dziś jest wykorzystywany do napędzania satelitów.

Poznajmy te kobiety – jeśli nie dla nas samych, to dla naszych córek. Niech wiedzą, że szlaki zostały przetarte – śmiało mogą ruszać w swoją drogę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kobieca moc niejedno ma imię

Kobieca siła to moc płynąca z emocji, cielesności, intuicji, wglądu w siebie, proroczych snów. (Fot. iStock)
Kobieca siła to moc płynąca z emocji, cielesności, intuicji, wglądu w siebie, proroczych snów. (Fot. iStock)
Czasami myślimy o niej jak o kobiecej naturze, energii animy albo intuicji. Bardziej potrafimy ją poczuć ciałem niż rozpoznać umysłem. Kobieca moc niejedno ma imię... Psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz inauguruje nowy cykl artykułów w miesięczniku "Sens".

Wiele z nas doświadczyło szczególnych momentów, w których wyraźnie poczułyśmy swoją moc np. w trakcie narodzin dziecka, ukończenia artystycznego dzieła (to tzw. euforia ostatniego pociągnięcia pędzlem) czy podjęcia jakiejś bardzo ważnej i brzemiennej w skutkach decyzji. Co najważniejsze, ta moc pojawia się zwykle wtedy, kiedy głowa odpuszcza, a czasami nawet budzi się rezygnacja: „trudno, nie dam rady”, „nie wiem, co robić”, „to wszystko, na co mnie stać”... – i nagle gdzieś w głębi siebie już wszystko wiesz!

Siła czy moc?

Męska siła kojarzy nam się z działaniem w świecie zewnętrznym, z myśleniem analitycznym. Kobieca siła to moc płynąca z emocji, cielesności, intuicji, wglądu w siebie, proroczych snów. Mężczyzna czuje się silny, kiedy ma osiągnięcia i uznanie w zawodzie, w sporcie, w życiu. Kobieta czuje swoją moc, jeśli żyje w zgodzie z własną legendą podąża świadomie wybraną przez siebie drogą, jest obecna w „tu i teraz”, potrafi zintergrować głowę, serce i ciało... Jednak taki sposób odczuwania przychodzi z wiekiem.

Jako nastolatki czy dwudziestoparolatki chętnie próbujemy swoich sił w sportach, często ekstremalnych, lubimy rywalizować z mężczyznami. Kickboxing, MMA czy choćby zwykłe sztuki walki – czemu nie? Dieta ketogeniczna, płaski brzuch i „kaloryfer” wyćwiczony w siłowni, morsowanie czy wejście zimą na Śnieżkę w spodenkach i sportowym biustonoszu – czemu nie? Przed trzydziestką nadal realizujemy swoją moc bardziej „po męsku”: w rywalizacji, wspinaniu się po szczeblach kariery, sięganiu po eksponowane stanowiska. Momentem przełomowym często bywa ciąża. Być może to wtedy po raz pierwszy zaczynamy odróżniać siłę od mocy. Moc „z brzucha” pojawia się także w momentach, kiedy budzi się nasza energia twórcza: pragnienie namalowania obrazu, napisania książki czy ekspresji emocji poprzez ruch. Pojawia się świadomość, że siła wynika z naszego działania na zewnątrz a moc płynie z ekspresji tego, co wewnątrz.

Około czterdziestki wiele kobiet nagle odczuwa potrzebę radykalnje zmiany życia. Bywa, że bilans przeszłości wcale nie wypada na plus albo pojawia się tęsknota odnalezienia czy odkrycia celu i sensu życia. Czujemy, że dotąd żyłyśmy zgodnie z nieswoim scenariuszem. Doskonale tłumaczy to Paulina Młynarska, autorka rocznego planeru „Moc kobiet” pisząc, że jedyne, co może każda z nas, to wprowadzić korektę do wręczonego nam w chwili narodzin scenariusza – gotowca, który przypisuje określone z góry role, zadania i ograniczenia. Trzeba wiele odwagi i buntowniczej energii, aby je zakwestionować. I jeszcze więcej, aby rozpoznać czy też powołać do życia nowe wewnętrzne postaci, których energia pozytywnie zasili nasze życie psychiczne”.

Po pięćdziesiątce, kiedy siła działania w zewnętrznym świecie nie jest już taka oczywista, coraz częściej i wyraźniej zdarza nam się słyszeć głos wewnętrznej mocy. Na początku to bardziej szept: ,,Czy na pewno musisz tak dużo pracować?”, „Czy dzisiaj zrobiłaś coś, co nakarmiło twoją duszę, a jeśli nie dzisiaj, to kiedy ostatnio ci się udało?”. Dopóki traktujemy wycofanie się z jakiejkolwiek aktywności za oznakę słabości, nadal bardziej jesteśmy w energii siły niż mocy. Ale pewnego dnia, kiedy coraz częściej łapiemy się na tym, że wolimy być niż mieć, być tak prosto z brzucha; zachwycić się słońcem na twarzy, wąchać deszcz, popłakać się nad zdjęciem wnuczka tuż po narodzeniu – czujemy, że wróciłyśmy do domu. Swoją moc zaczynamy odczuwać jako wewnętrzny zew, którego nie sposób nie usłyszeć.

W podróży do siebie

Od czasu covidowej zawieruchy większość moich pacjentek przychodzi z kłopotami, które tak naprawdę są opowieściami o mocy – o tym, że czasami ona je przeraża, że nie czują się gotowe do przyjęcia, otworzenia się na tak intensywną energię, że jest jakaś ogromna siła, która próbuje się wydostać z ich wnętrza, że nagle poczuły potrzebę odmienienia całego swojego życia...

Nic w tym dziwnego, kobieca moc ma potężną energię, zarówno do działania jak i bycia w swojej prawdzie, wizji, osobistym micie. Pandemia, która w każdym z nas uruchomiła najbardziej pierwotne lęki, zmiany w tzw. ustawie antyaborcyjnej, które ,,dotknęły” kobiecych brzuchów, i era Wodnika (odpowiedzialnej wolności) – sprawiły, że nie mamy innego wyjścia jak dopuścić do głosu swoją moc. I to bez względu na wiek.

Jak przekonuje Maureen Murdock, analityczka jungowska, zadaniem, jakie dziś mają do spełnienia kobiety, jest wewnętrzna podróż ku całkowitej integracji, równowadze i pełni. Dziś, wszystkie jesteśmy w podróży „do siebie i po siebie”. Dla wielu z nas wyjście na ulice i głośny protest był początkiem tej ważnej podróży. Inne, dotknięte chorobą własną lub w rodzinie przeżyły poważne kryzysy: drobne śmierci iluzji, całkowite załamanie się dotychczasowych wartości. Niektóre, na początku nieśmiało, w oczekiwaniu na pozwolenie czy akceptację zaczęły, czasami po raz pierwszy w życiu, opiekować się sobą. Pielęgnować własne potrzeby, zagłębiać się w świat książek czy muzyki. Tańczyć, oddychać, tworzyć, być. Konfrontować się z demonami przeszłości i z lękiem.

Już czas…

Agnieszka Maciąg przekonuje, że tę moc czerpiemy ze swojego duchowego Ja, które jest pełne spokoju, pewności i siły. „Świat ducha istnieje w przestrzeni pomiędzy bodźcem i reakcją. W tej przestrzeni pojawia się świadomość. To właśnie ona daje nam możliwość dokonania wyboru reakcji” – pisze w książce „Twoja wewnętrzna moc”. Czas na porzucenie, choćby symboliczne, wszystkich ról życiowych, zmierzenie się z własnymi ograniczeniami i lękami. Czas na powrót do kontaktu z własnym ciałem i odkrycie, kim tak naprawdę jestem, co chcę albo co mogę dać światu i co chcę dostać.

Przyda nam się w tym pomoc od innych kobiet. Wiele z nas już odnalazło swojej miejsce w kręgu kobiet czy innej grupie rozwojowej. Praca z baśniami, taniec 5 rytmów, medytacje, malowanie intuicyjne – każda metoda, która porusza naszą duszę jest dobra.

Potrzebujemy wysłuchania a właściwie usłyszenia swojej indywidualnej narracji o mocy, poczucia i uwierzenia, że naprawdę ją mamy. Każda z nas musi sama odkryć swój wzorzec. Ale warto słuchać opowieści, zarówno tych przekazywanych w baśniach, jak i opowieści kobiet, które chcą się dzielić swoim doświadczeniem.

Opowieści o mocy zaczniemy od tej, która budzi się w reakcji na krzywdy z przeszłości. To moc, którą czujesz w biodrach, brzuchu, udach… To ona pozwala ci mocno stanąć na ziemi, poczuć jej energię. Odwrócić się za siebie, otworzyć drzwi do dziecięcego pokoiku i poczuć tamten ból. Popatrzeć na matkę i ojca, którzy nie umieli ochronić przed krzywdą a może nawet byli jej sprawcami i przede wszystkim zrozumieć i zaakceptować, że w dorosłym życiu nikt nie da ci tego, czego nie dostałaś od rodziców. Ty już to wiesz, bo czujesz swoją moc.

Gdzie czujesz swoją moc?

Mocno stań na nogach. Poczuj kontakt z podłożem. Lekko ugnij nogi w kolanach, zamknij oczy. Pozwól ciału odkryć swój balans i poddaj się kołysaniu. Poczekaj cierpliwie, aż poczujesz się wygodnie w tej pozycji. Lewą dłoń połóż na brzuchu, prawą na sercu. Poczuj, gdzie znajduje się twój ośrodek mocy. Czy leży w brzuchu? W sercu? A może jeszcze w innym miejscu? Jak to jest czuć moc w ciele?

Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

Zapraszamy do dzielenia się swoimi opowieściami o budzeniu mocy. Czekamy na listy od kobiet, które odkryły swoje własne metody pracy z mocą, również te, które pracują w tym temacie z innymi kobietami. Piszcie na adres sens@grupazwierciadlo.pl.

  1. Seks

Kobiety są kobietom potrzebne

Wsparcia kobiet potrzebujemy, począwszy od narodzin. Tutaj wszystko się zaczyna: w momencie przyjścia na świat i odbicia się w reakcji mamy. (Fot. iStock)
Wsparcia kobiet potrzebujemy, począwszy od narodzin. Tutaj wszystko się zaczyna: w momencie przyjścia na świat i odbicia się w reakcji mamy. (Fot. iStock)

Kobiety są kobietom potrzebne, by poprzeć swoje prawo do stawiania granic. I nie chodzi tylko o mówienie „nie”, również o mówienie „tak”. Dopiero kiedy czujemy się odrębne i samodzielne, zdolne do wyrażania potrzeb, możemy naprawdę cieszyć się życiem seksualnym – mówi Olga Haller, psycholożka, terapeutka.

Kobiety są kobietom potrzebne, by poprzeć swoje prawo do stawiania granic. I nie chodzi tylko o mówienie „nie”, również o mówienie „tak”. Dopiero kiedy czujemy się odrębne i samodzielne, zdolne do wyrażania potrzeb, możemy naprawdę cieszyć się życiem seksualnym – mówi Olga Haller, psycholożka, terapeutka.

Często mówisz, że kobiety powinny się wspierać w odkrywaniu i rozwijaniu swojej seksualności. Co to wsparcie oznacza? Wsparcia kobiet potrzebujemy, począwszy od narodzin. Tutaj wszystko się zaczyna: w momencie przyjścia na świat i odbicia się w reakcji mamy. Najlepiej, gdy wzrokiem, gestem czy słowami daje nam bezwarunkową akceptację: „Cieszę się, że jesteś dziewczynką!”. W opiece powinnyśmy doświadczyć szacunku i delikatności. W ten sposób dowiadujemy się, jak traktować swoje ciało: „Zasługuję na uznanie i szacunek, moje potrzeby będą zaspokojone, mam prawo je mieć”. Mama to wielka nauczycielka, uczy nas, jak być kobietą.

Jeśli nie doświadczamy wsparcia w tym pierwszym okresie, ucierpi na tym nasze życie seksualne? Tak, może utrwalić się w nas przekonanie, że coś z nami jest nie tak, że nie zasługujemy na miłość i że ma to związek z naszą płcią. Ten brak zdeterminuje nasze życie, będziemy np. poszukiwać w mężczyznach akceptacji, potwierdzenia siebie jako kobiety i często używać w tym celu własnego nieakceptowanego ciała. Dlatego tak trudno nam stworzyć szczęśliwe związki. Bo chcemy dostać od mężczyzny to, czego nie dostałyśmy od mamy: pełne bezpieczeństwo, bliskość, niezachwianą pewność, że jesteśmy chciane.

Czy bliskie relacje z innymi kobietami mogą nam pomóc odczarować negatywne wzorce z przeszłości? Kobiece kręgi i grupy rozwoju, których powstaje coraz więcej, pomagają nam zapełnić lukę po matce. Grupa staje się taką zastępczą mamą – dajemy sobie wzajemnie prawo do bycia kobietami, wzmacniamy się i otwieramy na kontakt ze sobą samą. Kobiety są nam potrzebne, by poprzeć nasze prawo do stawiania granic. I nie chodzi tylko o mówienie „nie”, również o mówienie „tak”. Dopiero kiedy czujemy się odrębne i samodzielne, zdolne do wyrażania potrzeb, możemy naprawdę cieszyć się życiem seksualnym. Bo zdejmujemy z mężczyzny ciężar odpowiedzialności za nasze szczęście: i w życiu, i w łóżku. To daje niezwykłe poczucie wolności.

Tylko czy my potrafimy się wspierać? Czy poza stworzonymi do tego celu grupami czujemy wspólnotę kobiet? Kobiety bardzo często wspierają się w nieszczęściu albo przeciwko mężczyznom. Pamiętam ten klimat z dzieciństwa: wizję ciężkiego kobiecego losu. I kobiety z rodziny, które wspierały się poprzez umacnianie tej wizji. Była w tym mieszanka sprzecznych emocji i przekonań. Taka jest dola kobiety – to z jednej strony. A z drugiej – to my tak naprawdę jesteśmy silne, wszystko się jakoś kręci dzięki nam i naszej zaradności. W pamięci mam obraz swojej babci. To była cudowna kobieta o ognistym temperamencie. A jednocześnie miewała nerwicowe lęki, bóle głowy i inne dolegliwości psychosomatyczne. Teraz myślę, że była to cena, jaką płaciła za ten wewnętrzny konflikt. Kobiety uczą się ukrywania swojej siły i swoich pragnień, również w seksie, a w relacjach z innymi kobietami nieczęsto mogą liczyć na poparcie, jeśli chcą to zmienić. Mogą się sobie godzinami zwierzać, rozumieć w cierpieniu i narzekać na mężczyzn.

Wiele kobiet uderza w rozpaczliwy ton: „Gdzie ich szukać, tych dojrzałych mężczyzn?!”, czasem jednak daje wyraz lekkiej pogardzie: „Co oni tam wiedzą, są lata świetlne za nami”. Przekonanie, że my jesteśmy wspaniałe, a oni to dranie lub fajtłapy, doraźnie wzmacnia poczucie wspólnoty, ale tak naprawdę powoduje, że każda z nas zostaje samotna w swojej tęsknocie za miłością i spełnieniem w związku. Czasami nasze urazy sprawiają, że wpadamy w emocjonalną pułapkę: muszę mieć mężczyznę, żebym mogła uwierzyć w swoją wartość, a jak już go mam, to czym prędzej muszę udowodnić, że on jest niczym. I seks staje się jedną z aren tej rozgrywki. Celem jest uniknięcie bólu głębokiego zranienia z dzieciństwa („taka, jaka jestem, nie zasługuję na bezwarunkową matczyną miłość”). Wykorzystujemy m.in. swoją seksualność, żeby mu zaprzeczyć. Uwodzimy lub pozwalamy się uwodzić, pomiatamy albo dajemy sobą pomiatać, spełniamy oczekiwania, stawiamy warunki, nagradzamy seksem lub karzemy odmową albo w ogóle jesteśmy „ponad to”. Jeśli w kontaktach z przyjaciółkami uda się wyjść poza pocieszanie, radzenie, towarzyszenie w nieszczęściu i montowanie koalicji, a pojawi się otwartość na dzielenie się uczuciami i potrzebami, to wzrasta szansa na wsparcie, które posłuży przemianie.

Jakie były twoje przyjaźnie z kobietami: „w szczęściu” czy „w nieszczęściu”? Bywało różnie. Jedna przyjaźń zakończyła się nagle i niespodziewanie. Doskonale się rozumiałyśmy, obie przez kilka lat byłyśmy w nieszczęśliwych związkach. Ale kiedy wreszcie się rozwiodłam, a ona nie, nasza relacja tego nie wytrzymała. Każda poszła w swoją stronę, zachowując szacunek dla odrębnych wartości, jakie nami kierowały. Inna przyjaźń trwa i rozwija się, choć pamiętam też okres przejściowy – kiedy uczyłam się przyjaźnić właśnie w szczęściu i nie potrzebowałam pomocy w doraźnych problemach. Wśród kobiet zdarza się też często, że przyjaźń trwa, dopóki przyjaciółki nie mają partnerów. A kiedy ich już znajdują, wychodzą za mąż, znacznie mniej inwestują w przyjacielskie kontakty. Wydaje mi się, że kobiety zachowują się czasami tak, jakby znalezienie partnera było jedynym ważnym zadaniem życiowym, a w związek ten musimy zaangażować się na sto procent. A na dodatek tego samego oczekujemy od niego, zgodnie z zakończeniem każdej bajki: „a potem żyli długo i szczęśliwie”. Możemy zrezygnować z pomysłu, że mężczyzna da nam wszystko – będzie przyjacielem, misiem i dzikim kochankiem. Rozwijając kobiece przyjaźnie, w których dajemy i bierzemy zrozumienie, akceptację i bliskość, umacniamy swoją tożsamość płciową, autonomię i moc. To z kolei  pozwala nam na więcej swobody, radości i satysfakcji w łóżku. W głębokich rozmowach z przyjaciółkami oraz w grupach rozwojowych możemy przyjrzeć się na nowo wyniesionym z domu przekazom na temat kobiecości, seksualności, związków i mężczyzn. Mamy szansę zrobić remanent: co z tego biorę, a czego nie.

Jest coś, co zatrzymałaś po swoim remanencie? Moja babcia, choć bardzo narzekała na mężczyzn i powtarzała, że „chłop to nieszczęście”, wciąż mi np. śpiewała piosenkę o Małgorzatce, która zamiast wracać do ojca i matki, woli tańczyć z góralami, i błyskała okiem na wieści o chłopakach. Takie słodko-gorzkie historie. Babcia i mama opowiadały mi różne historie. Uwielbiałam ich słuchać. Było tam dużo o niespełnionych miłościach, tchnęły tęsknotą i żalem za czymś utraconym. Odebrałam je jednak jako naukę, że można marzyć i pragnąć czegoś więcej. A z drugiej strony, że tęsknota to coś wpisanego w los kobiety. Musiałam nauczyć się sięgania po to, za czym tęsknię, i działania. Dostałam też skarb, dzięki któremu pewnie mam odwagę rozmawiać o kobiecej seksualności. Bo babcia potrafiła być niebywale spontaniczna. Mówiła o sobie, że jest „kobietą naturalną”. Jak byłam mała, kąpałyśmy się w cynowej wannie: najpierw ja, potem mama, a na końcu babcia – która wskakiwała przy nas do wody radośnie, na golasa! Gdy miałam z 11 lat i zaokrąglające się piersi, z zachwytem nazywała je „cytrynkami”. Czułam zawstydzenie, ale i dumę, że zauważyła i się cieszy. Pomagała mi oswoić się z przejawami kobiecości. Kiedyś, w czerwcowy ciepły wieczór tuż przed pójściem spać, porwała mnie na spacer. Do dziś pamiętam: mocny zapach jaśminów, ciepłe, wilgotne powietrze i ja z babcią przechadzające się w letnich płaszczykach zarzuconych na podkasane koszule, pod którymi hulał wiatr, a my – bez majtek!

Rozmawiałam kiedyś ze śpiewaczką pieśni ukraińskich Marjaną Sadowską. Zapytałam ją, jakie są te ukraińskie wiejskie kobiety. A ona na to: „Wyobraź sobie babki, które zbierają się razem, śpiewają, jedzą, piją... Najpierw usłyszysz opowieści o tragizmie ludzkiego istnienia, potem takie erotyczne o ich mężach, że wstydzę się ich słuchać, a one same wstydzą się ich śpiewać, a na koniec zaśpiewają ci o obrzędzie chrzcin dziecka”. Taka sprośność w opowieściach, przyśpiewkach, powiedzonkach to najprostszy przekaz, który zawiera przyzwolenie na cielesność i fizjologię. To nazywanie wprost, lekko i bez wstydu. Trudno o to w dzisiejszych czasach. Kiedyś zarabiałam na wakacje pracą w polu w towarzystwie wiejskich kobiet. Pieląc chwasty, zaczynały gadki o chłopach i zaśmiewały się rubasznie. Czułam się z nimi swobodnie. Sprośne żarty w takiej atmosferze są dla młodej dziewczyny czymś pozytywnym, za to kiedy sprośności opowiadają przy niej mężczyźni, staje się to przykrym przekroczeniem intymności.

Myślisz, że łatwo jest nam przyjaźnić się z kobietami, które manifestują swoją seksualność?    Coś w tym jest. Jeśli któraś swobodnie robi coś, za czym skrycie tęsknimy, budzi się zazdrość, jesteśmy gotowe potępić ją ze świętym oburzeniem. Kobieta, która pokazuje swój seksualny wdzięk, odważa się przyznawać do pragnień wobec mężczyzn, przekracza konwenanse, może się spotkać z odrzuceniem. Łatwo przykleić jej etykiety: puszczalskiej, łatwej, dziwki. Na szczęście budzimy się, zachwyca nas możliwość bycia razem.

Co zrobić, żeby nie zazdrościć, ale uczyć się od siebie nawzajem? Czy nie trzeba przypadkiem zacząć od początku: odgrzebać swoją historię, przypomnieć kobiety z rodziny, zaopiekować się swoją małą dziewczynką...? Na moim ostatnim warsztacie dotyczącym seksualności jedna z kobiet podzieliła się taką fantazją: wszystkie siedzimy w kręgu, jak czarownice czy szamanki, a w środku, w cieple ogniska, leży uśmiechnięte niemowlę, Nowa Dziewczynka – wreszcie bezpieczna, przywitana z radością i zaakceptowana w całości.

  1. Styl Życia

I ty możesz zostać liderką przyszłości

Zdjęcie z nagrania z udziałem Anity Kucharskiej-Dziedzic na Wydziale Nauk Politycznych 
i Dziennikarstwa UAM w Poznaniu; od lewej: Karolina Zgoła – makeupistka, Żenia Aleksandrowa – kierowniczka produkcji, Anita Kucharska-Dziedzic,  Aleksandra Hirszfeld – reżyserka, i Sonja Orlewicz-Zakrzewska – operatorka. (Fot. materiały prasowe)
Zdjęcie z nagrania z udziałem Anity Kucharskiej-Dziedzic na Wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UAM w Poznaniu; od lewej: Karolina Zgoła – makeupistka, Żenia Aleksandrowa – kierowniczka produkcji, Anita Kucharska-Dziedzic, Aleksandra Hirszfeld – reżyserka, i Sonja Orlewicz-Zakrzewska – operatorka. (Fot. materiały prasowe)
I ty możesz zostać liderką przyszłości – przekonuje filozofka Aleksandra Hirszfeld, która wspólnie z Magdą Sobolewską realizuje projekt mentoringu kobiet „Entuzjastki”. W naszym wywiadzie wyjaśnia, jakie przywództwo jest dziś potrzebne światu.

Co zainspirowało panią do zostania aktywistką? Zawsze interesowały mnie sprawy społeczne, mam to zapewne w genach. Mój pradziadek, Antoni Niwiński, był działaczem społecznym. Prababcia Helena jedyną nauczycielką w szkole wiejskiej. Babcia i mama wybrały medycynę, zatem etos niesienia pomocy był w naszej rodzinie od zawsze. Moja mama jest też osobą wyjątkowo sprawczą. Ma cechy liderki przyszłości: jest energiczna i decyzyjna, a jednocześnie swoją aktywność wykorzystuje do tego, aby pomóc światu wokół. Jest też niezwykle empatyczna wobec zwierząt. Dokarmia psy, przynosi potrzebujące pomocy koty do domu i leczy. Myślę, że postawa mojej rodziny, zwłaszcza mamy, była dla mnie najbardziej motywująca.

Nie każda kobieta, która chce być liderką, ma taką inspirację. No właśnie! Dlatego nasz projekt „Entuzjastki” narodził się po to, aby inspirować kobiety do aktywności. Na razie składają się na niego wywiady ze stoma polskimi liderkami z różnych sfer życia społecznego, ekonomicznego i politycznego, kobietami, które są jednocześnie wrażliwe na dobro wspólne. Pokazując ich przykład, chcemy podpowiadać, jak każda z nas może pokonywać problemy, które pojawią się na naszej drodze. W wywiadach można dostrzec cechy charakterystyczne dla kobiet, które są i liderkami, i aktywistkami, a swoje przywództwo opierają na tzw. kompetencjach miękkich, etyce komunikacji czy holistycznym podejściu do świata. A więc cechach przypisywanych kulturowo kobietom.

Czy właśnie tego oczekujemy od liderów i liderek przyszłości? Klasyczne cechy lidera, takie jak sprawczość czy decyzyjność, dziś już nie wystarczą. Lider przyszłości to nie tylko ktoś, kto wyznacza kierunek i umie porwać innych. To ktoś, kto wsłuchuje się w swoją społeczność, poznaje problemy ludzi i pomaga je rozwiązać. Myśli holistycznie, czyli na przykład zarządzając firmą, bierze pod uwagę nie tylko zysk, ale też oddziaływanie na środowisko. Potrafi też odróżniać prawdę od fałszu, bo na każdym kroku będzie miał do czynienia z dezinformacją, z postprawdą.

Jak „Entuzjastki” pomogły pani w rozwoju? Już w trakcie realizacji projektu czułam, że te kobiety, ich historie, stają się ogromną inspiracją dla mnie. Karmiłam się ich wiedzą, mądrością życiową i doświadczeniem. Dziś wspólnie z Magdą Sobolewską promujemy na naszych mediach społecznościowych historie osób, które dają ludziom narzędzia do rozwiązania problemów, a nie tylko mówią o problemach.

"Przestańmy mówić o kobietach, używając figury ofiary. Zacznijmy doceniać ich zalety, czyli tzw. kompetencje miękkie: etykę komunikacji czy holistyczne podejście do świata"
Na przykład Katarzyna Czajka-Chełmińska, prezeska Szkoły Liderów, pochodzi z małej miejscowości, dlatego przez lata miała kompleks prowincji. Jej droga do bycia liderką zaczęła się z chwilą, kiedy spostrzegła, że tam, gdzie mieszka, nie ma przedszkola, i postanowiła je założyć. Nie chciała jednak zostać jego dyrektorką, przekazała tę funkcję mężowi. Kiedy jednak po kilku latach dostrzegła, że wszystko i tak robi sama, zdała sobie sprawę, że to bez sensu, i została dyrektorką. Dziś pomaga innym kobietom, niezależnie od tego, gdzie się urodziły, uwierzyć, że mogą stać się liderkami na skalę europejską.

Pośród  „Entuzjastek” znalazłam Annę Alboth, autorkę niezwykłej inicjatywy: marszu z Berlina do Aleppo,  nominowanego w 2017 roku do Pokojowej Nagrody Nobla. Jaka cecha Anny Alboth sprawia, że może być mentorką dla innych kobiet? Jest empatyczna, wrażliwa i chętnie niesie pomoc. Jak sama często podkreśla, zawdzięcza je doświadczeniom wyniesionym z rodzinnego domu, a konkretnie relacjom z niepełnosprawnym bratem. Dzięki Annie podczas siedmiomiesięcznego marszu z Berlina do Syrii ponad cztery tysiące ludzi pokonało drogę, jaką pokonują uchodźcy. Tyle że w drugą stronę.

Liderka przyszłości nie musi więc rezygnować ze swojej wrażliwości? Do „Entuzjastek” zaprosiłyśmy kobiety, które budują swoje liderstwo na kompetencjach miękkich. A więc są też „mamami” dla środowiska, w którym działają. Świat dziś potrzebuje przywódców, którzy umieją słuchać, budują wspierające relacje. A to dlatego, że dotyka nas coraz więcej kryzysów, z którymi poradzimy sobie, tylko jeśli zmienimy paradygmat z ekonomicznego na wspólnotowy. Na szczęście coraz więcej kobiet trafia do władzy i w tym pokładam wielką nadzieję. Przestańmy mówić o kobietach, używając figury ofiary. Zacznijmy doceniać ich zalety. To jeden z powodów, dlaczego na stulecie praw wyborczych Polek powstał właśnie ten projekt. Chcemy mówić więcej o sprawczych liderkach. Wierzę, że dzięki temu ich liczba będzie wzrastała.

A czy liderka przyszłości potrzebuje mentorki? Zawsze warto uczyć się od innych. Ja cały czas szukam inspiracji i jest wiele kobiet, które mi ją dają. Na Uniwersytecie Warszawskim spotkałam moją pierwszą mentorkę feministkę, prof. Magdalenę Środę, która bardzo wspierała studentki, motywowała nas, żebyśmy realizowały siebie. Kolejne mentorki znajdowałam choćby w książkach i dziś jedną z nich jest Naomi Klein. Działaczka społeczna, wnikliwie analizująca i wskazująca problemy współczesnego świata.

Mentorki znajduję także w świecie polityki, jak choćby premierkę Nowej Zelandii, Jacindę Ardern, która obniżyła pensje sobie i całemu rządowi o 20 proc., żeby okazać solidarność ze społeczeństwem w trakcie pandemii. Ardern dba o klimat, o służbę zdrowia, mieszkalnictwo publiczne, zajmuje się więc sprawami związanymi z  dobrostanem każdego obywatela.

Jak liderka ma poradzić sobie z krytyką, dziś za sprawą hejtu szczególnie dotkliwą? Dbając o wewnętrzną spójność. Jeśli robię coś z potrzeby serca, a właśnie z tej potrzeby zainicjowałam „Entuzjastki”, to nie boję się żadnej krytyki, zawsze ten projekt obronię, bo jest w 100 procentach spójny ze mną. Kiedy wiemy, co jest dla nas priorytetem, możemy skonstruować swoje życie prywatne i zawodowe w taki sposób, żeby móc działać według wewnętrznego kompasu. No a jeśli się nam to uda, to nawet w obliczu krytyki będziemy odczuwać spokój.

Ale jak sobie poradzić z przeciwieństwem mentorstwa czyli z rywalizacją między kobietami? Poprzez pogłębianie umiejętności współpracy i wsparcia. Sama dostałam wiele pomocy od kobiet i staram się ją dalej przekazywać. To pośrednio dzięki Dorocie Pabel, której wtedy nie znałam, pojechałam na stypendium do Stanów Zjednoczonych, a potem Ambasada Amerykańska została sponsorem projektu. Dorota pomogła mi, bo spodobał się jej mój wcześniejszy projekt. Z kolei Magda Sobolewska, producentka „Entuzjastek”, dała mi kredyt zaufania. Długi czas pracowałyśmy przy projekcie za darmo. Nasz projekt jest symbolem wzajemnego wspierania się kobiet.

Aleksandra Hirszfeld, dr filozofii. Jej rozmowy z cyklu „Entuzjastki” można oglądać na Canal+. Projekt został nazwany na cześć pierwszej polskiej grupy feministycznej, działającej w Warszawie końca lat 30. do końca lat 40. XIX wieku.

  1. Moda i uroda

Stworzone przez kobiety, dla kobiet. "My Story" od Converse

Najnowsza kolekcja Converse „My Story”. (Fot. materiały prasowe)
Najnowsza kolekcja Converse „My Story”. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Najnowsza kolekcja Converse „My Story” to hołd złożony kobietom, które nie boją się dzielić swoją historią i jednocześnie zachęta do bycia odważną.

Każdej wiosny marka Converse w swoich działaniach celebruje kobiecość. Dwa lata temu podczas kampanii "Love the progress"  marka walczyła o zmianę definicji słowa „kobieta” na bardziej pozytywną. W ramach akcji "Love fearlessly" Converse poprzez znane postaci zachęcał do pokochania samego siebie i rozpoczął dyskusję na temat samoakceptacji.

Tegoroczna kolekcja „My Story” stworzona przez projektantki Converse zainspirowana została młodymi, odważnymi i niezależnymi kobietami, które swoimi działaniami udowadniają, że kobiety to prawdziwe liderki. Klasyki od Converse stały się płótnem dla fantazyjnych wzorów stworzonych przez kobiety. Kolekcja zaprojektowana, aby nadać kolor i znaczenie słowom i aby zachęcić do opowiedzenia twojej historii.

Kolekcja składa się z ikon od Converse – Chuck 70, Chuck Taylor all Star i Chuck Taylor All Star Platform. Każdy z modeli ozdobiony jest różnorodnymi wersjami napisu „My Story” co w symboliczny sposób pokazuje jak różne historie kryją się za każdym z nich.

Do kampanii „My Story” marka Converse zaprosiła dwie młode artystki – Sofię i Rocię, które są członkiniami społeczności All Stars. Każda z nich dzieli się swoją historią, którą już niebawem będzie można poznać na kanale @Converse.Polska na Instagramie.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

All Stars to międzynarodowa społeczność młodych artystów i aktywistów, która została stworzona przez markę Converse. Członkowie All Stars inspirują markę swoją twórczością, działaniami i osiągnięciami, a brand staje się dla nich platformą, dzięki której mogą dotrzeć do szerokiej grupy odbiorców. Converse wspiera działania tych młodych ludzi, ponieważ zdaje sobie sprawę, że to oni poruszają świat do przodu i stoją za pozytywnymi zmianami, które na nas czekają.

Poza kampanią „My Story” marka Converse szykuje coś specjalnego. W ramach globalnej akcji City Forest, która miała już swoją odsłonę w Polsce w zeszłym roku, marka planuje stworzenie kilku murali stworzonych przy użyciu oczyszczających powietrze farb fotokatalitycznych. We współpracy z polskimi artystami powstanie kilka murali, które będą zachęcały do przełamywania barier i walki z dyskryminacją na różnym tle. Pierwsze dzieła już powstały, aby dowiedzieć się więcej na temat murali odwiedź stronę conversecityforest.com, poznaj historie artystów stojących za tymi projektami i dowiedz się ile wirtualnych drzew zostało posadzonych do tej pory dzięki użyciu farb fotokatalitycznych.

Kolekcja My Story dostępna będzie na converse.pl oraz w sklepach stacjonarnych Converse.

  1. Styl Życia

Odważne, inspirujące, niezależne. 7 portretów niezwykłych kobiet

Prezentujemy portrety 7. niezwykłych kobiet. (Fot. materiały prasowe National Geographic)
Prezentujemy portrety 7. niezwykłych kobiet. (Fot. materiały prasowe National Geographic)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Od medycyny, przez biologię morską i ekologię, po lotnictwo czy technologie wykorzystywane w kosmosie – każda z tych i wielu innych dziedzin rozwija się z udziałem niezwykłych kobiet. Prezentujemy portrety 7. niezwykłych kobiet, które nie tylko kształtują historie i społeczeństwo, ale i inspirują kolejne pokolenia.

Na co dzień tych nazwisk nie odnajdujemy na pierwszych stronach gazet, ale ich historie i osiągnięcia stanowią niezbity dowód na to, że kobiety mają w sobie niezwykłą siłę i moc zmieniania sposobu, w jaki postrzegamy świat. Amelia Earhart, pierwsza na świecie pilotka, która samotnie przeleciała nad Oceanem Atlantyckim, badaczka Ella Al-Shamahi zmieniająca oblicze współczesnej paleontologii czy też dr Amani Ballour, która ratuje przed śmiercią ofiary wojny domowej w podziemnym szpitalu w Syrii. W naszej galerii prezentujemy sylwetki 7. wybitnych kobiet, które zrobiły wiele dobrego dla nas i świata.

Z okazji 8 marca, czyli Dnia Kobiet, National Geographic postanowiło przybliżyć portrety fascynujących kobiet, dla których granice istnieją tylko po to, by je przekraczać. W ramach cyklu „Inspirujące kobiety” (od 6 marca w każdą sobotę od godz. 17.00) National Geographic przypomina produkcje dokumentalne przybliżające sylwetki działaczek i kobiecych postaci, stanowiących inspirację dla pokoleń.

Co więcej, dwie z dokumentalnych produkcji, poświęconych przełomowym sylwetkom kobiet, zostaną udostępnione bezpłatnie na kanale You Tube. Dokument „W poszukiwaniu Amelii”, opowiadający o zagadce zaginięcia pierwszej kobiety, która w 1932 roku przeleciała samotnie nad Oceanem Atlantyckim, oraz film „Diana: żywa legenda”,  dokonujący wnikliwego spojrzenia na życie rodzinne jednej z najpopularniejszych osób w brytyjskiej rodzinie królewskiej. Obie produkcje będą dostępne na kanale YT National Geographic Polska od soboty 6 marca do poniedziałku 8 marca.