1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Sprośne słówka. Dlaczego warto świntuszyć – tłumaczy Kasia Miller

Sprośne słówka. Dlaczego warto świntuszyć – tłumaczy Kasia Miller

Język seksualny może być barwny i lekki. Zależy to tylko od braku naszych ograniczeń. (fot. iStock)
Język seksualny może być barwny i lekki. Zależy to tylko od braku naszych ograniczeń. (fot. iStock)
Mówienie o seksie jest niełatwe. Tym bardziej więc powinniśmy baraszkować słownie. W ten sposób bowiem oswajamy tę sferę, otwieramy się na seksualną energię. Dlaczego jeszcze warto świntuszyć? – tłumaczy Katarzyna Miller.

Przeczytam ci mój limeryk: Pewna figlarka z miasta Łodzi Udawała, że nie wie, o co chodzi Pewien pan jej powiedział Bowiem sporo już wiedział I teraz z tym panem chodzi.

Ale świntuszysz. Ładnie to tak?
A nieładnie? Układanie sprośnych limeryków to przecież świntuszenie najwyższych lotów. A ten jest delikatny. Mam mocniejsze. Jesteśmy pruderyjni i załgani. Nie uczymy młodzieży rozmawiania o seksie, a z drugiej strony wylewa się on z każdego filmu. I kiedy tylko bractwo się ze sobą spotka i nieco rozluźni, zaczyna się sprośne gadanie. Na imprezie, na konferencji, na babskich plotkach czy przy męskim piwie. Pod wpływem alkoholu – bo o to najłatwiej – albo zmęczenia, bo wtedy trochę odpuszcza kontrola. Albo, jak jest poważniejsza aura, zaczynają się zwierzenia. Ale to już wymaga dużego poczucia bezpieczeństwa i wzajemnego zaufania.

Zwykle ludzie boją się tak do końca otworzyć, więc przygadują nie wprost.
Na początek zawsze jest niekonkretnie i o innych. Żarty, zabawa, trochę sprośności. Tak, żeby się temperatura nieco podniosła. Nasza przyduszona zakazami seksualność tylko czeka, by ją wypuścić na wierzch. Cokolwiek by kultura robiła.

A że zwykle nie ośmielamy się posunąć za daleko, to sobie choć poopowiadamy sprośności?
To taki wentyl. Musimy bezpiecznie spuścić nieco napięcia, które się wiąże z tym trzymaniem i udawaniem. Więc niby z dystansem, niby to nie ja, można się pośmiać z innych, ale trochę tego zakazanego dreszczyku poczuć. Często na tym poprzestajemy. A czasami nie. Na przykład na imprezie znikamy z kimś w drugim pokoju.

Chcesz powiedzieć, że świntuszenie to też rodzaj gry wstępnej?
Może być też grą zamiast. Ale możemy się na tym nie zatrzymać. Bo takie gierki, nieprzyzwoite słówka, dwuznaczności sprawiają, że ludzie zaczynają inaczej się zachowywać. Zmienia się ich sposób mówienia, tembr głosu. Skóra się zaczerwienia, żywiej gestykulują. Może to być nieporadne, ale i prowokujące – to, jak się ciało rusza, kiedy mówimy o seksie. Oddech zaczyna być przyspieszony. To są objawy podniecenia.

Przy gadaniu o seksie?
Tak. Czemu pytasz? Nigdy nie gadałaś o seksie?

Do pewnego stopnia zawsze mnie to zawstydza.
Czyli do pewnego stopnia jesteś wciąż grzeczną dziewczynką? Myślę, że świntuszenie to jeden ze sposobów, by przestać wreszcie nią być. Bo tak długo, jak długo twoja głowa kontroluje te sprawy, czyli słuchasz swego wewnętrznego rodzica, który pilnuje zasad, twoje wewnętrzne dziecko się wstydzi. Nie chce słuchać albo nie mówi, a więc nie podnosi tego poziomu energii. W związku z tym ciało nie może tej energii poczuć.

Czyli rozmowy o seksie mogą być drogą do oswojenia się z seksem?
Też. Kiedy zaczynasz używać pewnych słów, oswajasz się z ich znaczeniem. Jeżeli np. boisz się pieniędzy, uważasz je za brudne, nie wiesz, jak je zarabiać. Dopóki tego nie zobaczysz, nie zaczniesz o tym mówić jasno i otwarcie, dopóki nie oswoisz się z myślą, że chcesz i możesz mieć pieniądze, dopóty one nie przyjdą. Tak samo z seksem. Jeśli się wstydzisz, niby słuchasz, ale nie odważasz się o tym mówić sama, a kiedy coś mocniejszego usłyszysz, to ojej, nie, no takie świństwa, oni są obrzydliwi, chamscy – to znaczy, że zamykasz sobie dostęp do tego poziomu energii. To jest właśnie kontrola. „Brzydkich słów nie mówię”. Zachęcam każdego, kto tak myśli, do zadania sobie pytania: Co by się stało, gdybym to jednak zrobił?

Pamiętam, że kiedy pierwszy raz powiedziałam głośno słowo „kurwa”, wyzwoliło to we mnie olbrzymią energię. U mnie w domu to był szczyt wulgarności...
Przekroczyłaś ważny próg. Wielu kobietom przydałoby się podobne doświadczenie. Spotykam damy, które do trzydziestki czy czterdziestki docierają w stanie niemal nienaruszonym. Buźka w ciup, nóżki razem złożone, rączki na kołdrze. Może się nawet z kimś kiedyś przespała, ale żadnej z tego frajdy nie było, raczej rozczarowanie. Jednym z dobrych sposobów terapeutycznego otwierania, jeśli taka osoba oczywiście tego chce, będzie zabawa w powtarzanie różnych zakazanych wyrazów z lat dziecinnych. Małe dzieci często chodzą po domu i mówią: kupa, dupa, siki, gówno... I w ten sposób uczą się ważnych rzeczy. Jeśli oczywiście trafią na sensownych dorosłych, których to nie bulwersuje. W normalnym rozwojowym cyklu to jest konieczny punkt programu. Bo oswaja nie tylko ze słowami, ale też z tymi czynnościami czy rzeczami, które oznaczają. Z częściami ciała na przykład. Jeśli dziecko słyszy, że takie czy inne słowo jest zakazane, jednocześnie dostaje przekaz, że owa czynność czy część ciała jest „zakazana”, jakaś nieakceptowana, wstydliwa czy brudna. A więc to, że ktoś dorosły wstydzi się wypowiedzieć neutralne przecież słowo „cipka”, świadczy o tym, że w ogóle się wstydzi tego narządu. Że do jakiegoś stopnia wypiera seks.

Posłuchaj tego: Pewnemu panu ze Słomnik Sterczał ów narząd jak pomnik Wreszcie rzekła żona, nieco przerażona Wiesz co, Józiu, kup sobie odgromnik
„Limeryki plugawe”, z których pochodzi to cudo i które tu sobie dla inspiracji poczytujemy z przyjemnością, zostały tak zatytułowane przez ich autora Macieja Słomczyńskiego właśnie dlatego, że tak nazywają je niektórzy dorośli. A co w tym jest plugawego? Plugawe są jedynie te słowa, gesty czy czyny, za pomocą których chcemy kogoś pomniejszyć, pozbawić godności, wykorzystać jego słabości.

Czyli intencja może być plugawa, nie same słowa. Oczywiście. Kiedy człowiek chce się pobawić erotycznie, baraszkuje sobie słownie. Jak widać, robią to ludzie wysokiej kultury. I to jest piękny przejaw tego aspektu naszej duszy, który nie daje się zdominować. Przejaw pewnej wewnętrznej wolności, dystansu. Zabawa pozwala odetchnąć, zapomnieć na chwilę o tym, co mówią rząd, Kościół i rodzice. I nic się nie dzieje. Możemy być dalej porządnymi ludźmi. A więc: chcesz być bliżej czegoś, zacznij o tym mówić.

 
Wciąż pokutuje przekonanie, że świntuszenie to męska domena. A tymczasem u nas świntuszy nawet szacowna noblistka... Raz pewna dama w Lubomierzu Tarzała swego gacha w pierzu. „Czemu to czynisz?” – jęczał gach, A ona na to dictum: „Ach, zbyt goły jesteś, Kazimierzu...”
Dobrze, że podniosłaś ten temat. Bo to kolejny mit. Kobiety są świetne w świntuszeniu, często lepsze od panów, bardziej frymuśne... Wyzwalamy się, wracamy do siebie. Lubimy to robić po cichutku i w zaprzyjaźnionym gronie. Jak kółko gospodyń. Gospodynie wiejskie najbardziej świntuszyły. Przecież ludowe piosenki i przyśpiewki są prawie wyłącznie o seksie. Mocno nieprzyzwoite. I jakoś ludzie się nie gorszyli. A i dzieci słyszały.

Żenujące, nieprzyzwoite, brzydkie, świńskie, gorszące... Ależ te słowa mają ładunek. Stąd pewnie olbrzymia energia, która wiąże się z przekraczaniem tych granic w sobie. Tymczasem na ostatniej płycie Maria Peszek śpiewa: „I lubię ten smak, gdy w ustach mam słowo »fuck«”.
Nareszcie w przestrzeni medialnej, w masowym przekazie pojawiła się seksualność kobiety, nie z męskiej perspektywy, tylko tej realnej, z pazurem. To wartość.

A jeśli kogoś mówienie o „tych sprawach” zawstydza? Chyba nie ma sensu się zmuszać, udając, że nas to nie rusza?
Nie ma. Chodzi o to, żeby się zorientować, gdzie ja w tym wszystkim jestem. I tę granicę co milimetr przesuwać. Badać ją. Bawić się tym. Nie ma bez tego rozwoju.

To, że ktoś dorosły wstydzi się wypowiedzieć neutralne przecież słowo „cipka”, świadczy o tym, że w ogóle się wstydzi tego narządu. Że do jakiegoś stopnia wypiera seks.

A czy takie nazywanie po imieniu, często wulgarne, nie odziera tej sfery z tajemnicy, z romantyzmu? Przecież nie chodzi o wulgaryzmy na siłę czy przeklinanie. Tylko o nieuciekanie w fałszywy wstyd. Zależy zresztą, co mamy na myśli. Jeśli tajemnica oznacza niewiedzę i chowanie się za nią, to absolutnie nie jest to wskazana opcja, szczególnie gdy się chce mieć satysfakcjonujące życie seksualne. A romantyzm? Jeśli to ma być wspólne wąchanie kwiatków i śpiewanie serenad, to ma sens jedynie jako gra bardzo wstępna. Przecież seksualność to dzikość, zwierz w nas. Ci, którzy sobie z nim nie radzą, chcą go okiełznać za pomocą jakichś idealistycznych wizji. Zwykle osoby, które tak marzą o romantycznych zbliżeniach, po prostu boją się seksu, bo go nie znają, nie znają siebie i swoich ciał.

Nie jest wartością do starości zachować poziom rozwoju 14-latki. To nie sukces. To zatrzymanie się, zamieranie. Przyjemnym kierunkiem jest akceptacja siebie i innych – tego, co jest. A nie cały czas: ojej, pan dmuchnął i starł puszek mojej niewinności. Można powiedzieć, że nie dziewictwa oczekuje się po 40-letniej damie...

Również w sensie metaforycznym, prawda?
W każdym. Nie nieśmiałości i niewiedzy seksualnej spodziewamy się po dorosłym mężczyźnie. Możemy to nawet lubić u 20-latka, który nadrabia entuzjazmem. Chodzi o to, żeby tę seksualność oswajać. Między innymi znajdując dla niej odpowiednie słownictwo, co nie jest łatwe po polsku. Ale może być dla twórczych ludzi wcale nie takie trudne. I oswajać siebie.

Młodzi ludzie czują się zażenowani tym, że są podnieceni i wydani na ogląd. Lubią być z tymi uczuciami ukryci, bo się nie czują pewnie. Ale im człowiek starszy, tym większe ma prawo, a nawet obowiązek czuć się z tym pewniej. Ma prawo czuć się podniecony. To normalny stan. Nic tak nie podnieca jak cudze podniecenie. To jest energia i ona się udziela. Są oczywiście tacy, których podnieca pozorny chłód. Ale zważ: pozorny, nie prawdziwy. Tam, pod spodem, ma być wulkan podniecenia schowany pod płaszczykiem zasad. Które ona czy on dla niego łamie. Perwersja. Mężczyzny nie podnieca zimna ryba. Kobieta nie chce drewnianego słupa.

Uświadomiłaś mi, że okazanie podniecenia jest tabu.
Niestety jest. Mówienie o tym też. Mało tego, ludziom się wydaje, że okazywanie podniecenia to coś poniżającego, a już przeżywanie podniecenia niespełnionego jest groźne dla zdrowia. Niby dlaczego? Przecież to przeżycie jest boskie samo w sobie. Jaka to była ulga dla mnie, kiedy się zorientowałam, że nic się nie stanie, kiedy się podniecę i z tym zostanę. Bo po pierwsze, sama decyduję, czy coś z tym robię dalej, czy nie – mogę przecież sama pójść do pokoju obok, jeśli dojdę do wniosku, że tak chcę. Mogę też uznać, że sam fakt, że to przeżyłam, jest uroczy.

Taka miła zmiana stanu... Skoro tak uznaję, mogę o tym mówić bez poczucia tabu.
W jakiś sposób oswajamy się z tym językiem. W tej radości też leży siła seksu. Świntuszenie, masturbacja, dziecięcy erotyzm, fantazje, pozwalanie sobie na nie – to wszystko otwiera człowieka na tę sferę. To rodzaj treningu – czerpanie przyjemności z tej przestrzeni. Jestem mężczyzną, więc jestem seksualny. Jestem kobietą, więc jestem seksualna. Jestem żywa, więc jestem seksualna. Jeszcze żyję, więc jestem seksualna. Póki żyję.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak rozmawiać, gdy w związku dzieje się źle? 5 kroków do porozumienia

Co może pomóc, gdy w związku dzieje się źle? Zwykła rozmowa. Ale oparta na kilku ważnych zasadach, a dokładnie pięciu krokach. (Fot. iStock)
Co może pomóc, gdy w związku dzieje się źle? Zwykła rozmowa. Ale oparta na kilku ważnych zasadach, a dokładnie pięciu krokach. (Fot. iStock)
Terapeutka własnego związku - ty w takiej roli? Czemu nie! Twój partner boryka się z problemem, który rzutuje na waszą relację? Zaproś go na kozetkę.

Oliwia i Leszek, małżeństwo 30-latków, spodziewają się dziecka. Od pewnego czasu Oliwia obserwuje zmianę w zachowaniu męża. Zwykle roześmiany i energiczny, coraz częściej bywa nieobecny, ponury, późno wraca z pracy. Oliwia martwi się i próbuje do niego dotrzeć. Bezskutecznie. Któregoś wieczora nie wytrzymuje i wykrzykuje w złości: „Nie chcesz tego dziecka?!”. Leszek, oburzony jej oskarżeniami, zarzuca jej paranoję i egocentryzm…

– To świetny przykład na to, jak nie postępować – mówi psycholog Anna Dzierżawska. – Strony nie słuchają się, można nawet powiedzieć, że siebie nie widzą. Oskarżenia i domysły prowadzą donikąd. Bywa, że partnerzy nic nie mówią, co jest nawet gorsze niż serie oskarżeń, milczenie jest bowiem najbardziej mściwą formą okazywania złości.

Co pomoże Oliwii i Leszkowi? Zwykła rozmowa. Ale oparta na kilku ważnych zasadach, a dokładnie pięciu krokach. Ich twórcy, psychologowie Kathryn i David Geldard, twierdzą, że skorzystać z nich może każdy, kto ma problemy w relacji z partnerem i kto chce pozbyć się ich w sposób mądry i efektywny.

Zanim jednak zostaniesz psychoterapeutką własnego związku, musisz odpowiedzieć sobie na trzy pytania: Czy jestem gotowa na to, by słuchać o problemach drugiej osoby? Czy potrafię szanować rozmówcę (uznać go za wartościowego człowieka)? Czy umiem wykazać się empatią (pełne zrozumienie i dzielenie uczuć drugiej osoby) oraz bezwarunkowo akceptować myśli i uczucia partnera (powstrzymywać się od osądzania)?

Jeśli na wszystkie odpowiedziałaś twierdząco, możesz zaprosić partnera na kozetkę.

KROK 1. Sprawdź, czy chce pomocy

Pewne sygnały, jakie odbierasz od partnera, mogą świadczyć o tym, że boryka się z jakimś problemem i potrzebuje pomocy, ale nie wiesz, czy jej chce. Dlatego warto zachęcić go do rozmowy: podziel się z nim swoją obawą, a następnie zapytaj, czy przyjmie twoją pomoc (pytanie musi dawać rozmówcy wybór: możesz rozmawiać, ale nie musisz). Np. „Martwi mnie, że wracasz do domu tak późno i się nie uśmiechasz. Jeśli chcesz ze mną porozmawiać, to jestem”. Jeżeli odmówi, nie naciskaj. Wróć do tematu za kilka dni. Albo poproś kogoś innego, np. brata czy tatę, żeby zainicjowali rozmowę. Może partnerowi będzie łatwiej porozmawiać z kimś innym?

KROK 2. Zorientuj się na osobę

Carl Rogers, amerykański psycholog, zakładał, że ludzie posiadają naturalną zdolność rozwiązywania własnych problemów. Twierdził, że zadaniem doradcy nie jest bezpośrednia interwencja ani znajdowanie rozwiązań za kogoś, ponieważ każdy potrafi zrobić to sam. Dlatego, skupiając się na problemach partnera, nie podsuwaj mu gotowych rozwiązań, nie radź („Musisz coś z tym zrobić”) i nie powołuj się na własne doświadczenia: „Ja na twoim miejscu zrobiłabym to i to”. Pozwól mu samemu znaleźć rozwiązanie.

– Łatwiej i wygodniej jest nam wyręczać innych – mówi Anna Dzierżawska. – Tymczasem dając komuś prawo do podejmowania własnych, nawet błędnych, decyzji, uznajemy go za dojrzałego. Pozwalamy, żeby sam niósł swój ciężar, potykał się, ale i rozwijał. Pamiętajmy, że jeżeli weźmiemy odpowiedzialność za cudze problemy, będziemy winni cudzych porażek.

KROK 3. Dużo słuchaj, mało mów

Po pierwsze: ten mówi, kto ma problem, a powiernik słucha. I robi to aktywnie: kiwa głową, uważnie patrzy w oczy rozmówcy, ale mu nie przerywa. Gdy skończy, odczekuje kilka sekund i dopiero wtedy zabiera głos. Po drugie: to, co mówisz, powinno upewnić partnera w tym, że uważnie go słuchasz i rozumiesz: „Widzę, że to dla ciebie trudne”. Od czasu do czasu podsumować to, co powiedział do tej pory oraz potwierdzać jego słowa: „Rozumiem twój punkt widzenia”. Warto również odzwierciedlać uczucia rozmówcy: „Bałeś się, że stracisz pracę, to naturalne”.

KROK 4. Zrozum i zaakceptuj uczucia

Osoba, która boryka się z jakimś problemem, widzi wszystko w krzywym zwierciadle (np. dostrzega same minusy sytuacji albo wyolbrzymia to, co się stało). Słuchanie drugiej strony, parafrazowanie (czyli mówienie tego, co zostało powiedziane, ale własnymi słowami) ma na celu „wyprasowanie” krzywego zwierciadła po to, żeby rozmówca mógł zrzucić z siebie emocje, które go zaślepiają, i ujrzeć problem bez zakłóceń, w jego realnej postaci. Często na tym etapie domowa interwencja się kończy. Partner chciał jedynie zostać wysłuchany i zrozumiany.

KROK 5. Pomóż znaleźć rozwiązanie

Musisz pamiętać, że twój partner jest ekspertem w poszukiwaniu najlepszych dla siebie rozwiązań (patrz krok 2). Powiernik winien raczej skupić się na omawianiu konsekwencji danego wyboru, a nie na samym wyborze (czyli mówić: „Jeśli zmienisz pracę, zarobisz więcej”, zamiast: „Powinieneś zmienić pracę, by więcej zarabiać”). Czasem warto podsunąć najgorsze rozwiązanie, bo może zmobilizować do szukania lepszego, albo powiedzieć wręcz: „Nie ma dla ciebie rozwiązania” – to zmusza do wytężonej pracy (trzeba tylko pamiętać, żeby te słowa wypowiadać z szacunkiem, bez cienia złośliwości).

Przełomem i rozwiązaniem może być też decyzja o powstrzymaniu się od działania lub jego odroczeniu. Nawet gdy myślisz, że z twojej perspektywy to za mało albo za późno – zaufaj partnerowi. W końcu on wie lepiej od ciebie, co jest dla niego najważniejsze.

Warto przeczytać: Kathryn i David Geldard, „Rozmowa, która pomaga”, GWP 2004. 

  1. Psychologia

Białe małżeństwo - rozmowa z Kasią Miller o związkach bez seksu

Jeśli człowiek był nieobudzony do życia, nie pokazano mu, że ma do tego życia prawo, to nie będzie z niego czerpał. Zero pasji, seks nie istnieje. Libido nie przypadkiem określa się jako siłę życiową (fot. iStock)
Jeśli człowiek był nieobudzony do życia, nie pokazano mu, że ma do tego życia prawo, to nie będzie z niego czerpał. Zero pasji, seks nie istnieje. Libido nie przypadkiem określa się jako siłę życiową (fot. iStock)
Życie bez seksu jest możliwe. Tylko co to za życie – powiedziałaby znacząca większość dorosłych Polaków. W świetle tego trudno uwierzyć, że coraz więcej stałych par i małżeństw żyje „na biało”. Co się dzieje? Dlaczego tak łatwo znika w związku pożądanie? – odpowiada Katarzyna Miller.

Powiedziałaś niedawno, że w swojej praktyce spotkałaś sporo par, które w ogóle ze sobą nie współżyją. Zdziwiło mnie to. Najwyraźniej wokół tego tematu istnieje zmowa milczenia.
Dzisiejszy świat jest wręcz przesycony seksem. Wyraźnie z tym przesadzamy, bo seks nachalny i wszechobecny staje się rodzajem odreagowania, a przez to takim samym objawem nierównowagi, jak zakazy, lęki i zahamowania. Przeciętna ludzka potrzeba to zlać się z otoczeniem, więc gdy z tym seksem ci nie idzie, to się za Chiny nie przyznasz, bo wszyscy wokół grają ogierów. Tymczasem seks jest po prostu seksem. Normalną, częściowo fizjologiczną stroną życia. Jak jedzenie, spanie...

Ale bez jedzenia i spania długo się nie da żyć. A bez seksu?
Da się. Nawet całe życie. Nazywamy to białym małżeństwem, ale może to być narzeczeństwo, para. Mało tego, to dotyczy ludzi młodych, niejednokrotnie pięknych.

Można tę sferę tak całkiem zamknąć, będąc z kimś?
Możliwe jest wszystko, więc też ludzie, którzy nie potrzebują seksu. Białe małżeństwa pokazują, że nie trzeba chcieć, nie trzeba na siłę nic robić. Warto jednak szczerze zapytać siebie, czy naprawdę dobrze się z tym czujemy, czy brak seksu wynika z tego, że nie mamy takich potrzeb, czy mamy z nim jakiś problem. Seks zanika z wielu powodów. Ciążą na nas wstyd i lęk związane z tą sferą. Tak się nas zawstydza w dzieciństwie i w czasie dojrzewania, że co wrażliwsi chowają się za murem. To chowanie się może mieć różne stadia. Od nieobudzenia seksualnego – są osoby, które niby uprawiają seks, ale nie mają z tego specjalnej przyjemności – po zaniechanie seksu w ogóle.

Ponoć największym wrogiem seksu jest codzienność...
Raz czy drugi nie ma entuzjazmu, raz czy drugi byliśmy na siebie nieuważni, a może dziś też nie wyjdzie, to nie warto zaczynać, lepiej się wyspać... No i trzeba się zająć życiem: jakimś sukcesem, domem, pojawia się dziecko – bardzo dużo zamieszania seksualnego wywołuje jego przyjście na świat. Jej się nie chce, jest zmęczona, mężczyzna czuje się odtrącony, narasta wzajemny chłód. Naprawdę nie wystarczy wyjść za człowieka, do którego się poczuło miętę. To dopiero początki. Trzeba inwestować w związek, rozwijać swoją jednostkową, a potem naszą wspólną seksualność. Jeśli nie ma w nas otwartości na to, by się uczyć siebie i partnera, a mamy za to dużo oczekiwań i wyobrażeń, nic dziwnego, że gdy pierwsze uniesienia miną, ten nieszczęsny seks kuleje, zanika. Dużo można by też powiedzieć o lęku mężczyzny przed kompromitacją w tej materii. Raz mu nie stanął, za wcześnie skończył, ma za małego, nie umie utrzymać podniecenia i mięknie... To traumy.

Dzień za dniem mija, nie ma tego seksu i co? Co się w nas wtedy dzieje?
Zaczyna się myślenie: nie lubię cię za to, że mnie nie chcesz. Przeważnie w ogóle nie myślimy o sobie dobrze, więc projektujemy to uczucie na partnera, w taki właśnie sposób tłumacząc sobie jego brak zainteresowania seksem: już mu się nie podobam, nie kocha mnie. Ale nie pytamy, nie rozmawiamy. Jesteśmy tak poranieni, że wolimy się opancerzyć, wycofać, bo wydaje nam się, że naprawdę usłyszy-my: już mi się nie podobasz. Lepiej tę gorycz włożyć w inne słowa: za mało zarabiasz, ciągle cię nie ma, co z ciebie za żona, utyłaś... Albo uciec w samobiczowanie się, depresję. Wolimy to wszystko od prawdy.

To ucieczka?
I ochrona. Znamy te gry małżeńskie... Skrycie pragnę zostać przytulona albo rozebrana, pogłaskana piórkiem albo lodem jak w „9 i pół tygodnia”... Ale przecież się nie odezwę, bo jak mu o tym powiem, to może on tego nie zrobi albo, jeszcze gorzej, wyśmieje. Albo się w ogóle nie odezwie i ja wyjdę znowu na idiotkę. Co gorsza, on się może rzeczywiście nie odezwać, bo tak się przestraszy jej oczekiwań i tego, że będzie „sprawdzany”, że woli udać, że nie słyszał. Im dłużej trwa przerwa, tym trudniej rozpocząć grę erotyczną, przerwa przechodzi w stan trwały.

Rośnie w nas niezadowolenie, bo żyjemy w poczuciu, że wszyscy wokół żyją seksem, a nas to omija...
A wcale nie wszyscy żyją… Mamy pełno oczekiwań, wizji, a często zero wiedzy. A ciało potrzebuje się uczyć, rozkręcać. Szczególnie kobiece ciało. Ale swoje możliwości musimy odkrywać bez przymusu, w tempie, jakie nam odpowiada. Przecież to zupełnie normalne, że ludzie rodzą się z różnym poziomem „elektryczności”, że ich seksualność jak wszystko inne podlega życiowym cyklom, jest bardzo wrażliwa na zmiany nastroju, stanu zdrowia, na stresy, leki... Wolno nam nie uprawiać seksu i wolno nam się za to nie obwiniać. A po przerwie można wrócić do zabawy.

Często utożsamiamy miłość i bliskość z seksem. Można mimo braku seksu być blisko z drugą osobą?
Oczywiście. Czułość i seks to dwie różne sfery. Można się czule kochać bez stosunków. Ale kluczową sprawą jest tu zgoda obojga partnerów. Jeśli się tak dobrali, że im taka forma bliskości wystarczy – nie ma w tym nic nieprawidłowego.

W tym największy jest ambaras, aby dwoje nie chciało naraz?
Trudności pojawiają się, gdy jedno z partnerów żyje w poczuciu niespełnienia. A bywa, że oboje. Część z tych osób się masturbuje. I twierdzi, że bez tego byłoby im znacznie trudniej. W przypadku takich par powodem braku seksu nie jest niski poziom libido, tylko problemy w związku.

Co wtedy?
Trzeba szczerze się przyjrzeć samemu sobie i odpowiedzieć na pytania, czego chcę, co mi przeszkadza. A potem otwarcie porozmawiać z partnerem o własnych uczuciach, potrzebach. Ludzie się boją takich rozmów, obawiają się, że jak się już powie, że są problemy, to zniszczy związek. Ale gdy partnerzy tak ważnej kwestii nie podnoszą, żyją obok siebie w poczuciu krzywdy, to o jakim związku i jakiej bliskości mowa? Można mówić raczej o pewnym układzie, strategii walki z samotnością. Taki związek oparty jest na przekonaniu, że lepiej żyć z kimś niż w pojedynkę. To jeden z wzorów białych małżeństw. Jeśli jednak nie chcemy żyć w poczuciu niespełnienia, warto rozmawiać, sięgnąć po pomoc terapeuty. Temat seksu jest trudny, emocjonalny, mocno związany z poczuciem wartości, łatwo drugą osobę zranić, projektując na nią własne problemy.

Trzeba zobaczyć, co sprawia, że się nie kochamy...
Zauważyłam, że niektóre pary przychodzące z tym problemem zachowują się tak, jakby seks ich de facto nie interesował. Owszem, ja bym chciał albo chciała, żebyśmy ze sobą spali, ale niech to on czy ona zrobi coś w tej sprawie. Taka postawa nie wróży nic dobrego. By coś zmienić, to w sobie należy szukać problemu, jeśli on istnieje. Każdy z partnerów musi wziąć odpowiedzialność za to, co robi i czuje.

Udaje się wrócić do seksu?
Znam pary, którym się udało z sukcesem wyjść z impasu, i takie, którym się to nie udało. Ci drudzy to często ludzie, którzy sobie bardzo wielu rzeczy w życiu odmawiają, przede wszystkim przyjemności. Są bierni, boją się życia, chcą mieć wszystko pod kontrolą. Podkreślam, że nie jest to diagnoza wszystkich tego typu par, tylko pewna tendencja.

Z czego to wynika?
Z pewnego typu wychowania: dzieci są zostawiane samym sobie, najlepiej, gdyby siedziały w pokoju i były cicho. Jeśli nie trafi się nikt, kto je zainteresuje światem, kto się nimi zajmie, często wyrastają na dorosłych biernych, bez inicjatywy, czekających nie wiadomo na co. Gdy trafia się taka para – łapię się za głowę. Bo jak tu w człowieku wzbudzić pasję życia? Można powiedzieć, że w tym typie aseksualności jest pewien rodzaj martwoty. Jeśli człowiek był nieobudzony do życia, nie pokazano mu, że ma do tego życia prawo, to nie będzie z niego czerpał. Zero pasji, seks nie istnieje. Libido nie przypadkiem określa się jako siłę życiową.

Jak się nauczyć na nowo seksu z partnerem?
Najbezpieczniej zbliżać się nie przez seks, tylko przez robienie czegoś miłego dla siebie, zerwanie z rutyną... Trzeba wrócić do początku, przypomnieć sobie, co mnie w tym człowieku fascynowało. Nie należy koncentrować się na własnych lękach. One są ważne i trzeba się nimi zająć, ale nie w przestrzeni relacji, tylko w terapii. Ten drugi człowiek też ma takie lęki. Uatrakcyjniajmy sobie wzajemnie czas, uczmy się czułości. Niektórzy seksuolodzy w ogóle zabraniają penetracji w tej fazie terapii. To zwalnia z lęku, że nam coś nie wyjdzie. Zalecają, żebyśmy otwarcie mówili o swoich potrzebach i uczuciach: chcę cię przytulić, lubię cię, jak to czy to robisz, powiedz mi, że ładnie w tym wyglądam, że lubisz tak ze mną siedzieć... Szukajmy przyjemności. Bo jeśli nie leżymy w łóżku z przyjemnością, nie jemy z przyjemnością, nie znajdujemy frajdy w tym, że czytamy, patrzymy na drzewa, nie czujemy swojego ciała, to jak mamy cieszyć się seksem? Seks jest przyjemnością, nie traktujmy go jak zadania – wszyscy mamy serdecznie dosyć ciężkich zadań.

  1. Psychologia

Dlaczego boimy się kontaktu z ziemią? - o sile ugruntowania mówi Wojciech Eichelberger

Ziemia nas przyciąga, przygarnia, chce dać wsparcie, zachęca do odpoczynku. Grawitacja nas ogranicza, ale też daje fizyczne oparcie, poczucie bezpieczeństwa. Coś za coś (fot. iStock)
Ziemia nas przyciąga, przygarnia, chce dać wsparcie, zachęca do odpoczynku. Grawitacja nas ogranicza, ale też daje fizyczne oparcie, poczucie bezpieczeństwa. Coś za coś (fot. iStock)
Rzecz pozornie oczywista: żyjemy na ziemi. Mamy ją cały czas pod stopami. Można z tego czerpać siłę. Nie da się od tego uciec. Dlaczego więc tak wiele ludzi próbuje oderwać się od ziemi? Co nam daje ugruntowanie, tłumaczy psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Mówiliśmy ostatnio, że dopiero kiedy jesteśmy urealnieni w ciele i sytuacji, zaczynamy w pełni odczuwać swoją obecność, ukorzeniamy się. Co to znaczy? To stan odczuwany jako poczucie: jestem. Niezależnie od tego, co mi się przytrafia, jakie są okoliczności – jestem tutaj i to, co teraz robię, jest dla mnie najważniejsze. Czuję swoje ciało, oddech, czuję ziemię pod stopami, jedność ze sobą i z sytuacją. Czerpię z tego siłę, spokój, pewność siebie i świadomość, że to, co się dzieje, jest dokładnie tym, co ma się dziać. To jest właśnie poczucie oparcia w sobie – fizycznego, cielesnego wymiaru obecności.

Gdyby tak można cały czas... Chwile pełnej obecności zdarzają się nam spontanicznie. To jednak zwykle nie wystarcza, byśmy mogli w nich znaleźć prawdziwe, stałe oparcie. Działają raczej jako motywujące wspomnienia, dzięki którym chcemy powrócić do błogosławionego stanu i go utrzymać. Bo dopóki będziemy uczestniczyć w teraźniejszości jak japoński turysta, który zamiast odczuwać i przeżywać, w pośpiechu jedynie dokumentuje wydarzenia swego życia, w nadziei, że wróci do nich kiedyś jak do kolekcji zdjęć – dopóty będziemy się czuli samotni, zmęczeni, puści i nieszczęśliwi.

Ugruntowanie zapewnia uczucie ukojenia i bezpieczeństwa podobne do tego, którego dziecko doświadcza w ramionach matki

Wiecznie nie nadążamy z przeżywaniem. A przez to odnosimy wrażenie, że czas pędzi. Ale to my pędzimy, czas stoi w miejscu. W ten sposób kreujemy stres. Po jakimś czasie takiego życia zaczynamy się energetycznie wypalać, w dodatku na własne życzenie. Tęsknimy za poczuciem ziemi pod stopami, ale boimy się wylądować. Jedyne, co nam może w tym pomóc, to dyscyplina ciała i umysłu. Ona pozwala się zakorzenić w tu i teraz, poczuć upragnione oparcie w sobie. Dobrze zakorzenione drzewo zniesie wichury i sztormy, może też dawać cień, oparcie i schronienie. Tak samo jest z nami. Kiedy będziemy mieć silne korzenie, rzeczywistość nas nigdy nie przerośnie. Będziemy silniejsi i odporniejsi na stres, więc bez trudu sprostamy wyzwaniom.

Co to za korzenie? Poczucie oparcia w sobie czerpiemy z czterech splecionych ze sobą korzeni. Pierwszy to świadomość ciała, która daje nam poczucie bezpieczeństwa związane z tym, że wiemy, gdzie się znajdujemy, co robimy i w jakim jesteśmy stanie. Oraz, co bardzo ważne, jak oddychamy. A więc wiemy, na co możemy sobie pozwolić – czytamy i rozumiemy sygnały wysyłane przez ciało. Drugi korzeń to zmysły. Im lepiej uświadomione ciało, tym mniej zaburzony obraz świata przekazują do naszej świadomości. Trzeci korzeń to świadomość emocji, które przejawiają się jako fizyczne stany i doznania. Czujemy coś i umiemy to poprawnie zinterpretować, dzięki czemu możemy adekwatniej wyrażać to, co się z nami dzieje. To drżenie w ciele jest podnieceniem, a tamto mrowienie i szybsze bicie serca to radość. W ten sposób sprawiamy, że to nie emocje nad nami panują, tylko my panujemy nad nimi i wyrażamy je w zgodzie z okolicznościami i ze sobą. Świadomość tego, co czujemy, jest podstawą poczucia bezpieczeństwa. Znacząco zmniejsza napięcie pojawiające się wtedy, gdy dzieje się z nami coś, czego sobie nie uświadamiamy lub nie rozumiemy. Jest jeszcze jeden ważny korzeń: to mocne stanie na nogach – czyli dobry kontakt z ziemią.

Co to znaczy? Brzmi to bardzo tajemniczo, szamańsko czy niemal mistycznie... Ten mistycyzm to nic innego jak jasna świadomość tego, co rzeczywiste. Ci, którzy reagują niechętnie na wzmiankę o kontakcie z ziemią, mają na ogół problem z ugruntowaniem. W naszej kulturze to niemal norma.

Większość z nas nie chce kontaktu z ziemią. Chcemy do nieba. To jednostronnie rozumiana duchowość i zasadnicze nieporozumienie.
Kontakt z ziemią pojawia się automatycznie, gdy nawiązujemy dobry kontakt z ciałem, które na materialnym planie jest przecież zrobione z elementów ziemi. Odkrycie ciała jest równoznaczne z odkryciem ziemi pod stopami. Grawitacja jest stałym doświadczeniem naszego życia, nieustannym dialogiem naszych ciał z ziemią. Ziemia nas przyciąga, przygarnia, chce dać wsparcie, zachęca do odpoczynku. Grawitacja nas ogranicza, ale też daje fizyczne oparcie, poczucie bezpieczeństwa. Coś za coś. Dzięki temu nie żyjemy w powietrzu, nie lewitujemy samotnie w nieskończonym kosmosie.

Można nie czuć kontaktu z ziemią? Niestety można i często tak się dzieje. Tacy ludzie wszędzie szukają oparcia, zachowują się jak dzieci, które chcą, żeby ktoś je wziął na ręce, zaopiekował się nimi. A przecież nikt nie musi ich brać na ręce – ziemia niesie nas cały czas. Dlatego w chwili, kiedy sobie to po raz pierwszy uświadamiamy, doświadczamy silnego wzruszenia, radości i poczucia mocy, które płyną właśnie z kontaktu z ziemią. Nie bez przyczyny mówi się o ziemi jako o matce. Ugruntowanie zapewnia uczucie zaufania, ukojenia, bezpieczeństwa podobne do tego, którego dziecko doświadcza w ramionach spokojnej, niezawodnej matki, która nigdzie się nie spieszy i po prostu jest.

 
Doświadczyłam tego, że napięcia i stresy odrywają nas od ziemi w bardzo namacalnym sensie. Kiedy leżę na plecach, zdarza mi się czuć, że są takie miejsca w moim ciele, które nie przylegają do podłoża, tak są spięte... Ciało odzwierciedla wszystko to, co dzieje się w umyśle: naszą osobistą historię, przekonania, wewnętrzne konflikty i sposoby radzenia sobie z życiem. Kiedy odczuwasz na przykład strach, napinają się konkretne mięśnie w twoim ciele. Kiedy odczuwasz go przez dłuższy czas, napięcia utrzymują się, ciało nie rozluźnia się automatycznie. Wtedy, kładąc się na ziemi, możesz poczuć napięcie mięśni, które nie chcą się poddać w kontakcie z podłożem. Umysł wpływa na ciało, a ciało na umysł, to relacja zwrotna. Gdy czujemy się zestresowani, nasze spięte ciało nie ma kontaktu z ziemią. To znaczy nie czujemy go, choć przecież ten kontakt jest. Natomiast gdy ciało rozluźnimy, odreagujemy napięcia w sposób fizyczny, będziemy mieć lepszy kontakt z ziemią i korzystnie wpłyniemy na stan naszego umysłu.

Co sprawia, że niektórzy ludzie boją się wylądować na ziemi, jak to określiłeś? Osoby, które unikają kontaktu z ziemią, pragną tak naprawdę uciec od rzeczywistości. Unikają w ten sposób cierpienia, bo zapewne w dzieciństwie nie przytrafiło im się wiele dobrego. Jednak taka ucieczka od życia na dłuższą metę nie przynosi ulgi. Jeśli naprawdę chcemy sobie pomóc, musimy zmierzać dokładnie w odwrotną stronę. Oprzeć się całym ciężarem o ziemię, zaufać jej i oddawać jej każdy ciężar, jaki przychodzi nam dźwigać. Stać mocno obiema nogami na ziemi i nie dać się wyprowadzić z równowagi – czy nie tego chcemy?

Z drugiej strony jest to przeciwieństwo wizjonerstwa, duchowości. Słowa „przyziemny” i „uziemiony” też w końcu pochodzą od związku z ziemią, ale mają wydźwięk zdecydowanie pejoratywny. Nie chodzi o to, by się odciąć od duchowości, tylko zaprzyjaźnić z ciałem, z ziemią, odczuć realność naszego bytowania na tej planecie. Dążenie za wszelką cenę ku niebu sprawia, że odbieramy sobie szansę dostrzeżenia tego, że tu, na ziemi, kiepsko sobie radzimy i niszczymy to, co jest źródłem i pokarmem naszego istnienia. Duchowość oderwana od ziemi zamienia się w egzaltację i łatwo przeradza w skrajną ideologię.

Ćwiczenie na ugruntowanie

Skoro bycie ugruntowanym oznacza pozostawanie w świadomym kontakcie z ciałem i z tym, co tu i teraz, polecam cztery kategorie ćwiczeń wspomagających odpowiednio: ugruntowanie w ciele, zmysłowe, oddechowe i ugruntowanie w kontakcie z ziemią. W praktyce trudno oddzielić od siebie powyższe obszary naszego doświadczenia. Podczas wykonywania każdego ruchu są one jednocześnie dostępne naszej świadomości. Ćwiczenie polega na tym, że akcentujemy jeden z tych obszarów. Przydatne są tu wszystkie techniki i szkoły uświadamiania ciała, ruchu i energii ze Wschodu. Jednak cokolwiek robimy ze swoim ciałem w ramach ćwiczeń ugruntowujących, musi być spełnionych sześć podstawowych zasad:

6 zasad ugruntowania

Maksymalnie – do przesady – zwolnij ruch, nie spiesz się, daj sobie bardzo dużo czasu. •    Każdy ruch wykonuj z maksymalną uwagą. •    Nie rób niczego na siłę, nie przekraczaj swoich możliwości, pozostań w strefie komfortu i przyjemności. •    Uświadamiaj sobie swój oddech (staraj się oddychać przeponą). •    Uświadamiaj sobie to, w jaki sposób działa na ciebie grawitacja (czyli ziemia). •    Uświadamiaj sobie wszystko to, co odbierają twoje zmysły: dźwięki, zapachy, widoki, kolory, temperaturę otoczenia itp.

Wszystko to można zawrzeć w jednym prostym ćwiczeniu rodem z tai-chi:

Stań boso na twardym, równym podłożu. Stopy równolegle. Kolana lekko ugięte. Brzuch rozluźniony. Pośladki nieco wypięte. Kręgosłup prosty. Broda lekko przyciągnięta do szyi. Na wdechu podnosisz obie ręce, prowadząc dłonie daleko od ciała, ale nie prostując do końca łokci. Jednocześnie lekko prostujesz kolana. Gdy dłonie osiągną wysokość oczu, uginasz łokcie i płynnie zaczynasz ruch w dół. W tym czasie uginasz kolana i robisz stopniowy wydech. Twoje nadgarstki zakreślają koło. Dłonie są rozluźnione, zachowują się tak, jakby były zanurzone w wodzie: gdy unosisz ręce – dłonie opadają. Gdy opuszczasz ręce – dłonie się wyraźnie unoszą. Wykonuj to ćwiczenie jak najwolniej, ale zachowaj komfortowy dla siebie rytm oddechu. Niech oddech decyduje o tempie, w jakim poruszają się twoje ręce. Ćwicz przez minimum 5–10 minut, stosując się do sześciu zasad świadomego ruchu.

  1. Seks

Jak w dzieciństwie kształtuje się nasza erotyczna wrażliwość?

Seksualność nie zaczyna się od okresu dorastania: pierwszej miesiączki, pierwszego seksu. Wiąże się z płcią, która wpływa na nasze życie od chwili, kiedy się rodzimy. (Fot. iStock)
Seksualność nie zaczyna się od okresu dorastania: pierwszej miesiączki, pierwszego seksu. Wiąże się z płcią, która wpływa na nasze życie od chwili, kiedy się rodzimy. (Fot. iStock)
Nie doceniamy wagi zmysłowych przeżyć z czasów dzieciństwa. A przecież one kształtują erotyczną wrażliwość, otwierają na doznania przyjemności, radości, ekscytacji. To jest właśnie ten nasz zagubiony potencjał. Kiedy przypominamy sobie o tych doświadczeniach, możemy poczuć się tak, jakbyśmy odzyskiwały siebie – mówi Olga Haller, psycholog, terapeutka.

Co cię zafrapowało w temacie wczesnych doświadczeń seksualnych?
Zajmując się kobiecą seksualnością w praktyce – mam na myśli doświadczenia z życia, terapii i warsztatów dla kobiet – odkryłam, jak bardzo brakowało mi łączności z tym właśnie okresem, że nie pamiętałam i nie doceniałam dziecięcych przeżyć dotyczących płci, a przede wszystkim jak się ich wstydziłam. I kiedy już pozwoliłam sobie na to, żeby je odkrywać, aż zaparło mi dech ze zdumienia, jak silne i radosne są to przeżycia, jaki w nich tkwi potencjał! Przez pryzmat tych odkryć zobaczyłam wyraźnie, że moja seksualność jest moja! Od urodzenia mam do niej prawo – moje ciało, wszystkie jego części bez wyjątku, wszystkie zmysły są uprawnione, żeby być! Mam je po to, żeby przeżywać kontakt ze światem, cieszyć się nimi!

Początek doświadczeń seksualnych kojarzymy najczęściej z okresem dojrzewania czy inicjacją seksualną.
Seksualność nie zaczyna się od okresu dorastania: pierwszej miesiączki, pierwszego seksu. Wiąże się z płcią, która wpływa na nasze życie od chwili, kiedy się rodzimy. Choćby na to, jak jesteśmy przyjmowani na świecie przez rodziców. To nie jest sprawa zamierzchłych czasów, że gdy przychodzi na świat chłopiec, dla ojca jest to powód do dumy, a matki czują, że wywiązały się z zadania. Na warsztatach spotykam się z kobietami, które mówią, jak bardzo pragnęły urodzić chłopca i jak bardzo bały się urodzić dziewczynkę. To znak, że taki przekaz nadal działa i wpływa na to, jak postrzegamy siebie – czy mamy poczucie, że to dobrze być dziewczynką, czy nie. Zaraz potem uczymy się, czy my same i nasze dziewczęce ciała zasługujemy na akceptację. Z większym przyzwoleniem na eksplorację ciała spotyka się niemowlę płci męskiej. Zabawy chłopczyka penisem budzą zwykle czułe uśmiechy i pobłażliwe napomnienia; dziewczynka, która wsadza paluszek do pochwy, spotyka się ze stanowczym zakazem zabarwionym silną nieakceptacją. Kontakt matki z niemowlęciem płci żeńskiej często aktywizuje jej własne lęki. Bardzo świadomie przygotowywałam się do porodu, a mimo to pamiętam przerażenie po urodzeniu córki, kiedy zobaczyłam jej powiększone naturalnie, z powodu moich hormonów, wargi sromowe. Nie śmiałam zapytać o przyczynę, sądziłam, że coś jest nie w porządku. Z nikim się tym nie podzieliłam. Nazajutrz z lękiem odwijałam pieluszkę i odetchnęłam z ulgą, kiedy to minęło. Kobiety, które odczuwają niechęć i lęk wobec własnych genitaliów, przekazują to dalej córkom. Wiele z nich ma poczucie, że wagina to część wstydliwa, a odczucia z nią związane nie nadają się do opowiadania. Nie można swobodnie jej mieć. A co dopiero z ciekawością poznawać i badać. Małe dzieci, gdy leżą, wierzgają nóżkami, otwierają je, pokazują krocze. U chłopca to w porządku...

...a u dziewczynki nie bardzo.
No więc trzeba to zamknąć, zasłonić, nie widzieć tego sedna naszej płci.

A my potem nóżki razem, elegancko, jak przystoi kobiecie.
I staje się to naszą drugą naturą. Wstydliwe zamykanie, ściśnięcie, powstrzymanie. Wydaje się to oczywiste w zachowaniu kobiety. Nie możemy być wyzywające, mamy być skromne. Chłopcy oglądają sobie siusiaczki, ściągają majtki, mówią o ciele i seksie, „świntuszą” – dorośli zwykle traktują to jako coś oczywistego – chłopcy są po prostu ciekawi, tak mają. A jak robią to dziewczynki, jest to naganne, fe, be, wstydziłabyś się. Dziewczynki bardzo wcześnie się uczą, że ciekawość tego, co dotyczy ciała, spotyka się z zakazem, jest nie na miejscu i powinny się jej wstydzić. A już na pewno tematy te nie powinny ich podniecać.

Jedna z kobiet opowiadała na warsztacie o swoich zabawach z koleżanką. Miały może pięć, sześć lat. Mizianie, łaskotki, zabawy w lekarza były wielką tajemnicą. Jeździły kiedyś rowerem i omal nie wpadły na wielkiego konia, który pojawił się na drodze. Sterczące uszy, grzywa na sztorc, płomień w ślepiach... Były przekonane, że zobaczyły diabła. Pognały do domu, upadły na kolana i modliły się, że już nigdy więcej nie będą robić „tych brzydkich rzeczy”.
No właśnie, na konia zrzutowały lęki, które towarzyszyły tak przyjemnie podniecającej zabawie. Bawiąc się, przeczuwały, że kara się należy, no i proszę: spotkanie z diabłem, bo byłyśmy niegrzeczne! Trzeba się bać, kiedy odczuwa się ekscytację w podbrzuszu! Niewerbalny przekaz, który nie jest uświadomiony ani przez matkę, ani przez dziecko, działa tym mocniej. Czasem nie wiadomo nawet, czego nie wolno, ale dziecko dobrze wyczuwa, że wszystko, co przyjemne, co dotyczy genitaliów i ich okolic, jest niewłaściwe i już.

Erotyzm związany jest jednak nie tylko ze sferą genitalną?
Jasne, że nie, zwłaszcza w okresie dzieciństwa. Organizm przygotowuje się do życia seksualnego nie tylko w taki sposób, że zmieniają się narządy płciowe. Dojrzałą przyjemność seksualną przeżywa się całym ciałem. Cali jesteśmy do tego! I cali do tego dorastamy! W dzieciństwie doświadczamy naszej zmysłowości w różnego rodzaju zabawach: dziewczynek z dziewczynkami, chłopców z chłopcami, pomiędzy rodzeństwem i, aż głupio to powiedzieć, czasem z dorosłymi – i nie ma to charakteru nadużycia czy wykorzystania, ale tak się może kojarzyć. Może mieć, i wtedy to nieprawidłowość, ale mówię o czymś naturalnym – zabawach związanych z potrzebą dotyku, czułości, ciepła, przyjemności. Nie są to przeżycia stricte seksualne. Kształtują wrażliwość zmysłową, uczą pozwalania sobie na doznawanie przyjemności, ekscytacji. Kiedy wspominamy te przeżycia z kobietami na warsztatach, okazuje się, że takich właśnie odczuć pragniemy w dorosłym życiu seksualnym: swobody, odwagi, zaufania, radości, spontaniczności, odkrywania, ciekawości...

 
Te wspomnienia jednak często splatają się ze wstydem, czymś bardzo trudnym. Tak, jednak najciekawsze jest to, że niezależnie od tego, w jaki sposób je stłumimy, u podstaw pozostają przyjemne. I umysł może je na nowo zatytułować. Można podważyć negatywny przekaz i odzyskać pamięć ciała o tym, co radosne i miłe. Oczywiście przeżycia o charakterze zmysłowym mogą się wiązać z czymś przykrym. Dzieciom zdarza się przekraczać granice. Jak w każdej innej zabawie. To nie znaczy, że jeżeli zrobią coś źle, to cała ta sfera jest zła i nie powinny chcieć się bawić. Muszą nauczyć się bawić z głową, przewidzieć konsekwencje. Na tym polega późniejsza odpowiedzialność w seksie. Dlatego potrzebna jest obecność dorosłych, którzy z jednej strony akceptują sferę dziecięcych pragnień tak jak każdą inną, ale potrafią też postawić granice, powiedzieć: to jest OK, ale nie można tego robić w ten sposób, bo wtedy krzywdzisz drugą osobę, albo: jest to niebezpieczne dla ciebie. Ale skoro my, dorośli, boimy się seksualności własnej i naszych dzieci, wolimy udawać, że jej nie ma, to nie mamy szansy pomagać dziecku w uzyskaniu zdrowej kontroli nad tą sferą.

Jak odzyskać pozytywny potencjał wczesnych doświadczeń?
Żeby dojść do wczesnych doświadczeń, potrzeba na początku klimatu zaufania, wiary, że to ma sens, że mamy prawo szukać swoich prawdziwych odczuć. Kobiety muszą też wiedzieć, po co to robią. Kiedy opowiadają już o swoich wspomnieniach dziecięcych zabaw związanych z erotycznym pobudzeniem, bardzo często mówią: „O rany, jak to dobrze usłyszeć, że inne miały podobnie!”. Bo np. bawiłam się z drugą dziewczynką i myślałam, że to coś złego. Wiele wspomnień dotyczy tego, co się dzieje, gdy rodzice wyszli z domu. Eksperymentujemy z udawaniem dorosłej kobiety: wypychamy biustonosze albo suknie mamy poduszkami, jakbyśmy były w ciąży, i przeglądamy się w lustrze podniecone swoją kobiecą figurą. Towarzyszy temu erotyczne pobudzenie – wizja przyszłości: stanę się kobietą z piersiami, z brzuchem. I to jest takie ekscytujące! Zabawy w lekarza z siostrą, bratem czy z koleżanką, podciąganie koszulki, ściąganie majtek... Oglądanie gazet z fotografiami nagich kobiet, czytanie książek, oglądanie filmów z momentami – to jest przeżycie! Pamiętam, jak mając 11 lat, któregoś dnia wylegiwałam się na leżaku w ogrodzie i czytałam opowiadanie Fowlesa „Kolekcjoner”. O milczącym kolekcjonerze motyli zakochanym w dziewczynie, którą porywa i zamyka w podziemiach swojego domu. Usypia ją, zniewala, jest zdana na niego, nie może uciec, a on ją tak kocha! Pamiętam ciepłe promienie słońca rozgrzewające ciało i delikatne fale niezrozumiałej, przemożnej przyjemności, które przepływały przez moje podbrzusze. Na całe lata utraciłam kontakt cielesny z tym doświadczeniem, choć pamiętałam je głową. Gdy je odzyskałam, wróciło to cudowne uczucie erotycznego podniecenia, moje ciało ożyło. Za tym wspomnieniem przyszły inne: tańce przed lustrem w przezroczystej nocnej koszulce, wyprawy do parku po lekcjach religii po to, by uciekać przed chłopakami do utraty tchu, czytanie w „dorosłych” książkach o menstruacji, pettingu i stosunku seksualnym, rozmowy z dziewczynkami o tym, skąd się biorą dzieci...

Ile w tym energii, życia! Te doświadczenia uczą czerpania radości z ciała, bycia w ciele?
To jest właśnie ten nasz zagubiony potencjał. Kiedy przypominamy sobie o tych doświadczeniach, możemy poczuć się tak, jakbyśmy odzyskiwały siebie. Bo w tych momentach ekscytacji doświadczałyśmy życia całą sobą. Wrażliwość zmysłowa dotyczy nie tylko seksu. To wrażliwość na kontakt ze światem: z całą przyrodą i innymi ludźmi. Wszystkie zmysły, które biorą udział w seksie, wykorzystujemy w wielu innych sytuacjach. Węch, dotyk, wzrok, słuch, smak... Służą poznawaniu, pogłębieniu kontaktu, odczuwaniu radości, przyjemności, rozkoszy. Warto je budzić.

W rozwijaniu swojej seksualności potrzebujemy innych kobiet? Tych, które przedarły się przez swoje mroczne tajemnice? Które pomogą nam przywrócić pamięć ciała?
W grupach kobiecych możemy dostać to, czego nie dostałyśmy z różnych powodów, czego każda z nas w głębi serca pragnie – matczynego przyzwolenia. Potrzebujemy usłyszeć, poczuć: „To, co przeżywasz, jest w porządku. Możesz sobie pozwolić na bycie istotą seksualną”.

  1. Psychologia

Pruderia – co to znaczy? Przykłady zachowań pruderyjnej osoby

Choć zdarzają się pruderyjni mężczyźni, to jednak zdecydowanie bardziej pruderyjne są kobiety. (Fot. iStock)
Choć zdarzają się pruderyjni mężczyźni, to jednak zdecydowanie bardziej pruderyjne są kobiety. (Fot. iStock)
Pruderyjna osoba - co ją charakteryzuje? Co to za rodzaj zachowania? Jakie jest znaczenie słowa pruderia? Okazuje się, że niesłusznie mylimy ją z zahamowaniem czy wstydliwością. Czasem z prawem do intymności. Jak się jej pozbyć? Bo najwyższy czas spakować jej walizki!

Pruderyjna osoba - co ją charakteryzuje? Co to za rodzaj zachowania? Jakie jest znaczenie słowa pruderia? Okazuje się, że niesłusznie mylimy ją z zahamowaniem czy wstydliwością. Czasem z prawem do intymności. Jak się jej pozbyć? Bo najwyższy czas spakować jej walizki!

Pruderyjna, czyli jaka? - znaczenie

Słownikowa definicja mówi, że pruderia jest to udawana i przesadna wstydliwość, zwłaszcza gorszenie się sprawami seksu. Dla kontrastu, zahamowanie jest naszą osobistą granicą, której nie potrafimy swobodnie przekroczyć. Kiedy się do niej zbliżamy, czujemy lęk, wstyd, zażenowanie, poczucie winy, niewłaściwość swego zachowania, czasem obrzydzenie.

Pruderia to kłamstwo, że ta granica faktycznie jest. Pruderyjna osoba nie przekracza jej, dopóki jest poddana społecznej cenzurze. Powstrzymuje się przed działaniem w obawie: „co ludzie powiedzą”. Ale kiedy wie, że nikt jej nie obserwuje albo że jej czyny nigdy nie wyjdą na jaw, robi coś, co otwarcie potępiała. Bo pruderyjna osoba tylko usiłuje się „sprzedać” jako ktoś cnotliwy, ale naprawdę cnotliwa nie jest. Deklaruje, że seks jest zły, ale chętnie go uprawia, bywa, że nie stroniąc od udziwnień… Natomiast osoba zahamowana w obu obszarach czuje autentyczną trudność: zarówno w mówieniu o seksie, jak i w jego uprawianiu.

Pruderia jest kobietą. Pruderyjna osoba – co to znaczy dziś, a co oznaczało kiedyś?

Choć zdarzają się pruderyjni mężczyźni, to jednak zdecydowanie bardziej pruderyjne są kobiety. Nic dziwnego: od wieków żyły w społecznie generowanym przeświadczeniem, że pewne sprawy przystoją tylko mężczyźnie – tak zrodziła się pruderia. Przykłady pokazują, że jeszcze do niedawna nie do pomyślenia było, żeby kobieta inicjowała seks, mówiła, na co ma ochotę, miała własne łóżkowe potrzeby i pomysły czy domagała się zaspokojenia w sypialni. Przez wieki kobieca przyjemność nie była traktowana jako coś istotnego – ale dostarczanie jej mężowi było obowiązkiem. Co więcej, uważało się, że cnota polega na wstydliwości, zahamowaniach i właśnie braku przyjemności. Kobieta, która lubiła seks, uważana była za rozwiązłą. A ta, która otwarcie dążyła do stosunku lub miała wielu partnerów – wręcz za dziwkę. To mężczyzna dyktował, kiedy się kochać, w sposób bardziej lub mniej subtelny.

Teraz role się nieco odwróciły. Społeczna cenzura dopuszcza coraz więcej. Współczesne kobiety potrafią być bardziej odważne w swoich pomysłach, otwarcie inicjować seks i to nie tylko w ramach stałego związku. Co więcej, często decydują się na przygody na jedną noc, nastawione wyłącznie na przyjemność. Jednak pruderia ma się dobrzez. Wciąż rzesze kobiet zachowują się zupełnie inaczej i pozwalają sobie na więcej, kiedy czują, że nie są oceniane. W przeciwnym razie zaczynają taksować swoje zachowania pod kątem „przystoi – nie przystoi” i wybierają to pierwsze, choć mają wewnętrzną gotowość do diametralnie innego zachowania. Trudno się dziwić, skoro w wielu domach wciąż wobec dziewcząt i chłopców panują podwójne standardy: córka ma być w domu z powrotem o dwudziestej, bo zbyt późne eskapady zagrażają jej niewinności i bezpieczeństwu. Natomiast syn może wrócić po północy, bo przecież młody mężczyzna „musi się wyszaleć”.

Ptaszek i sikorka – jak wykształca się pruderia?

Dlaczego jesteśmy pruderyjni? Jak „rodzi się” pruderyjna osoba? Co to znaczy dla naszego dorosłego życia? Przede wszystkim warto wiedzieć, że wynosimy to z domu. Nie znam ani jednego, w którym rodzice mówią do dziecka: „Kochanie, masz już 18 lat i warto byłoby, żebyś zaczął już życie płciowe”. Takich domów nie ma. Dla rodziców zawsze jest za wcześnie, nawet jeśli potomek jest już po dwudziestce. Seks pojawia się w życiu naszych dzieci ciągle nie w porę, bo lepiej, by się uczyły. Każdy rodzic chce widzieć swoje dziecko jako „nieskażone seksem”. Już samo to sformułowanie wiele mówi o tym, co to pruderia – tak jakby seks był czymś, co może pokalać, uczynić nieczystym. Nic dziwnego, że nie potrafimy o nim swobodnie rozmawiać, jak o czymś naturalnym, czymś, co jest częścią naszego ludzkiego dziedzictwa, nieodłączną sferą życia. Skoro nie udaje się to nam nawet z partnerem, jak może się sprawdzić w przypadku naszych dzieci? A przecież kiedyś będziemy musieli z nimi o tym porozmawiać, już czteroletnie pociechy są ciekawe, czym się różni chłopczyk od dziewczynki. Z tego wprawdzie pruderyjna osoba może wybrnąć dość łatwo, tłumacząc urokliwie, że chłopczyk ma ptaszka, a dziewczynka sikorkę. Tylko że kolejne pytanie, które nas czeka, brzmi: „Skąd się biorą dzieci?”. I tu już nie będzie łatwo. Będziemy się jąkać, czerwienić. Dobrze, jeśli powiemy dziecku prawdę w sposób symboliczny, na przykład opowiadając historię o nasionku mamusi, które podlewa tatuś i które wtedy rośnie. Gorzej, jeśli wymyślamy bajki o bocianach i kapuście, bo dla dziecka, które szybko doda dwa do dwóch, jest to pierwszy sygnał, że zapytało o coś, o co lepiej nie pytać. Bo kiedy trzeba przejść do konkretów, zaczynamy czuć się niewygodnie. Do zawstydzenia osoby pruderyjnej dokłada się jeszcze ogromne poczucie odpowiedzialności: bezradnością napełnia nas własna niewiedza, co można powiedzieć dziecku, żeby zrozumiało, a czego nie mówić, żeby nie wzbudzić u niego obrzydzenia, nie przestraszyć, zniechęcić czy zablokować. Tym bardziej, że są to treści, które zapadają w pamięć.

Kulturowo wszystko, co wiąże się z płciowością, jest owiane tajemnicą, towarzyszy jej pruderia. Przykłady potwierdzają tę teorię: matki czują się skrępowane, uświadamiając dziewczynkę w sprawie jej fizjologii i mówiąc, że będzie kiedyś miała miesiączkę i z czym to się wiąże. A córka czując jej zakłopotanie, wyciąga wnioski, że to sprawy trudne i wstydliwe. Trzeba udawać, że ich nie ma. Pruderia działa zresztą w obie strony: dzieci niechętnie widzą swoich rodziców jako istoty seksualne. Przecież mama, która w dzieciństwie pieściła i dotykała całego ich ciała, jest od czułości, a nie od seksu. Już prędzej tata, ale też niekoniecznie. Autorytet w sprawach seksuologii, prof. Zbigniew Izdebski przeprowadził badania, z których wynika, że konieczne jest wprowadzenie rozsądnej edukacji seksualnej w szkołach, bo ani rodzice nie chcą rozmawiać o tym z dziećmi, ani dzieci z rodzicami.

 

Szyfrem w łóżku 

Całą sprawę utrudnia fakt, że kiedy już dochodzi do rozmowy o seksie, nasze słownictwo okazuje się niezwykle ubogie. Mamy do dyspozycji albo sformułowania medyczne, łacińskie i naukowe, albo wulgaryzmy czy infantylizmy. W granicach związku ludzie sobie z tym radzą, wymyślając związane z seksem własne miłosne szyfry, określenia dla genitaliów, typowe tylko dla danej pary. Swoją ochotę na poranny seks można np. zaanonsować stwierdzeniem: „Chciałabym, żeby rano obudził mnie nie kogut, a cietrzew” – i dla kochanków wszystko jasne. Jeśli posługujemy się swoim miłosnym tajnym językiem i przywołujemy obrazy dotyczące tylko naszej dwójki w obecności osób trzecich, dodatkowo czujemy siłę tego, co nas łączy.

Obecnie panuje moda na publiczne rozmowy o seksie – jej odbicie znajdujemy chociażby w popularnych serialach. Staramy się mówić o seksie otwarcie, czasem opowiadając nawet o technicznych detalach. To wymaga odwagi i jeśli jesteśmy na to gotowi – w porządku. Ale nie każdy, kto tego odmawia, musi być zaraz pruderyjną osobą. Są tacy, którzy nie rozmawiają o erotyzmie, ponieważ dla nich jest to strefa intymna. Starają się, żeby seksowi towarzyszyła odpowiednia sceneria i nastrój. A jeśli już zabierają głos, to raczej używając sformułowania „kochaliśmy się”, niż „uprawialiśmy seks”. Takie osoby będą unikać rozgłaszania szczegółów o swoim pożyciu. I trzeba to uszanować. Dla nich erotyka i wszystko, co się z nią wiąże, są zarezerwowane wyłącznie dla partnera – i to też w porządku. Jest wyrazem wierności wyznawanym zasadom, delikatności i skromności. Nie pruderii. Co to daje partnerom i czy warto rozmawiać o seksie w związku? Zdecydowanie warto – by ustalić, czy oboje mamy ochotę na to samo lub powiedzieć partnerowi, co lubimy, a czego nie. Chwaląc „dobre momenty”, zapewniamy sobie kolejną dawkę tego, co lubimy, a rozmawiając o problemach, korzystnie wpływamy na jakość naszego życia seksualnego – bo kiedy w łóżku jest dobrze, mniej nas irytują zostawione na środku pokoju skarpetki…

Nazywanie rzeczy po imieniu - coś, czego nie robi pruderyjna osoba

Do spraw seksu mamy dość krańcowe podejście: albo jesteśmy w nich bardzo „do tyłu”, albo bardzo „do przodu”. Albo zahamowani czy pruderyjni, albo przesadzamy z wyzwoleniem. Trudno nam traktować erotykę i seksualność jako coś naturalnego, jako jedną z podstawowych potrzeb. Cały czas przyjmujemy jakieś postawy, zamiast być zwyczajnie sobą. Dlaczego pruderyjna osoba napotyka tyle problemów w sferze intymnej?

Z jednej strony, trudno w tej dziedzinie mówić o jakiejś normie, z drugiej – rzadko się zdarza, żeby ludzie żyjący w związku spotkali się w tym samym miejscu, by ich granice seksualne były podobnie zakreślone. Zawsze jedno z nich jest bardziej wyzwolone. Jednak psychologowie uważają, że związkom partnerskim dobrze robi, gdy jedno z partnerów jest w czymś tylko odrobinę „do przodu”, bo za duży dystans jest niemożliwy do nadrobienia i zniechęca do „doganiania”. Bardziej wyzwolony partner nie powinien zatem zawstydzać, żeby druga osoba nie poczuła, że to świat, do którego ona nie ma wstępu.

Bycie pruderyjnym – co to znaczy dla komunikacji w związku? Pruderia i unikanie nazywania pewnych spraw po imieniu może też stać się źródłem nieporozumień. Nie chcąc przyznać, że ulegamy fascynacji erotycznej, która bywa silna, wręcz porywająca, nazywamy ją miłością.

W społeczeństwie, w którym nie daje się zielonego światła związkom opartym wyłącznie na pociągu fizycznym, ludzie wolą powiedzieć: „kocham cię”, zamiast: „fascynujesz mnie, bardzo pociągasz”. Wtedy sami ze sobą czują się lepiej. Bo łatwiej się rozgrzeszyć, że np. rozbiliśmy swoje małżeństwo z powodu uczucia niż pożądania. Nie wiemy lub nie chcemy wiedzieć, że popęd może mieć tak wielką siłę. Gdybyśmy byli bardziej otwarci, mówili o seksie w sposób naturalny, przyznawali, że jest zwykłą potrzebą – nie wypieralibyśmy się tej sfery życia. I wszystkim wyszłoby to na zdrowie.