1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Umieranie jako metafora końca relacji

Umieranie jako metafora końca relacji

123rf.com
123rf.com
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Śmierć, koniec świata - takie myśli często towarzyszą decyzji o rozstaniu. Psychoterapeuci Olga Libich i Grzegorz Zieliński polecają pracę z tymi skojarzeniami kiedy relacja przeżywa kryzys, padają groźby końca, a także po rozstaniu.

Z naszej praktyki terapeutycznej i doświadczeń własnych wynika, że nierzadko pojawia się wtedy strach, rezygnacja, depresja, brak wizji przyszłości. Może to oznaczać, że faktycznie relacja nieubłaganie kończy się albo koniec dotyczy tylko konkretnego aspektu życia dwojga ludzi, który musi ulec zmianie aby związek mógł się rozwinąć. Czyli chodzi po prostu o dużą zmianę. Relacje przeżywają takie małe śmierci i końce świata wielokrotnie i świadczy to o ich rozwoju. Pierwszy raz może się to zdarzyć kiedy chodzenie na randki i czerpanie radości z każdej spędzanej wspólnie chwili przestaje wystarczać. Końcem świata mogą być trudności i kłótnie wokół zamieszkania razem. Nierzadko takie konflikty któraś ze stron kwituje - ok, to się rozstańmy. Podobnie może być przy rodzącej się idei założenia rodziny, przeprowadzki do innego miasta i tym podobnych sytuacji. Możemy więc świadomie wykorzystać tę myśl o końcu - umieraniu, by odnaleźć w sobie energię potrzebną do wprowadzenia zmiany w relacji. Takie skojarzenie staje się wtedy sprzymierzeńcem na drodze do nowego.

Jeśli naprawdę chodzi o koniec relacji, myśl o śmierci czy końcu świata pomaga odkryć zagubiony potencjał i wnieść go do swojego osobnego już życia. Szukamy wtedy odpowiedzi na pytanie, co potrzebuje umrzeć, a co się chce narodzić we mnie. Na przykład do tej pory bardzo dużo pracowałam, niekiedy zostając w biurze po godzinach, i rezygnując ze wspólnego spędzania czasu z partnerem. Po rozstaniu zostaje we mnie żywe doświadczanie końca świata. A kiedy umiera stara tożsamość pojawia się miejsce dla nowej. Dzięki temu mogę uwolnić się od życia w wyłącznym utożsamieniu z pracą i zauważyć oraz docenić inne niż obowiązki zawodowe wartości w życiu - takie jak przyjemność spędzania czasu z bliską osobą, zabawa, bliskość, zmysłowość, opiekuńczość. Zyskanie takiej świadomości jeszcze zanim faktycznie nasze drogi się rozejdą może pomóc naprawić relację. Wizja końca relacji może mnie wtedy zmobilizować do zmiany w dotychczasowym trybie życia, sprzyjającej zarówno mnie samej jak i naszej relacji.

Niekiedy bywa też tak, że z nostalgią wspominamy osobę z którą się rozstaliśmy, nawet dawno temu. Jeśli potraktujemy to jako wskazówkę, we wspomnieniu osoby zyskujemy cenną informację o części nas, zagubionym potencjale, niezrealizowanej potrzebie. Najczęściej tęsknię za konkretną właściwością drugiej osoby: poczuciem humoru, dystansem do życia, wrażliwością, luzem towarzyskim, kreatywnością, itp. Nie działają zaklęcia przyjaciół w rodzaju - zapomnij o nim, o niej, bo potrzebuję kontaktu z jej właściwością. Widać to dobrze na przykładzie Eli i Wojtka

Ela z dużą łatwością wydawała pieniądze na siebie, ale też lubiła sprawiać przyjemność swojemu partnerowi Wojtkowi, przyjaciołom i bliskim. Oboje pracowali, nieźle zarabiając. Z kolei Wojtek nie lubił wydawać pieniędzy, mówił że oszczędza, ale bardzo cieszyły go prezenty od Eli. Łatwiej było mu sprawić przyjemność jej niż sobie, dlatego razem z Elą chętnie chodził do restauracji, przyjmował gości i pozwalał jej doradzać sobie w sprawie stroju. Po pięciu latach bycia z Wojtkiem Ela dostała propozycję pracy w Holandii, o której zawsze marzyła i ich związek nie przetrwał relacji na odległość. Wojtkowi było trudno w nowej rzeczywistości i zdecydował się pójść na terapię. Tam okazało się, że w tęsknocie za Elą chodzi przede wszystkim o dostęp do przyjemności i tego, co nazywał niepotrzebnym zbytkiem. Wojtek uświadomił sobie, że brakuje mu prezentów, wypadów do kina i restauracji. I że bez Eli bardzo trudno mu to robić. Odkrył, że sprawianie sobie przyjemności jest też jego potrzebą, a Ela jest dla niego wzorem jak to robić. Doświadczenie siebie samego w taki sposób pozwoliło Wojtkowi zastąpić negatywne przekonania dotyczące wydawania na siebie pieniędzy. Wojtek dzięki temu wykroczył poza bycie ofiarą w sytuacji rozstania. Obok naturalnego smutku po kilkuletnim związku, zyskał także dostęp do realizacji swoich potrzeb. Przeniósł uwagę na otwierające się przed nim możliwości.

Po świadomym zaakceptowaniu końca relacji pojawia się miejsce na coś nowego. Jest to czas na odkrywanie dopiero rodzących się tendencji i kierunków relacyjnego rozwoju. Ich sygnałów możemy szukać w spontanicznym żarcie czy najbardziej niesamowitej fantazji na swój temat, w snach, momentach kiedy nasza uwaga odpływa w niespodziewane rejony. Zjawiska te, które można nazwać kwantowym flirtem czy intuicją, wykraczają poza codzienne ja i obecne doświadczenia. Są to bardzo ulotne i krótkotrwałe przebłyski doznań, coś jak odległe echo doświadczeń, które dopiero mają się wydarzyć.

Na przykład Adam po rozstaniu z żoną fantazjował i żartował z kolegami, że teraz to już zostanie księdzem, na co jego kumpel, który właśnie wrócił z wycieczki do Izraela, wyjął z plecaka jarmułkę i włożył mu na głowę, dodając „chyba rabinem”. Kilka tygodni później do Adama odezwała się na facebooku stara znajoma. Po paru rozmowach wspomniała, że interesuje się kabałą. Adam dał się namówić na wykład znanego nauczyciela kabały ze Stanów. I tak w jego życiu coraz więcej miejsca zaczęły zajmować sprawy duchowe, mimo że do tej pory uważał się za zdeklarowanego racjonalistę. Zaczął poznawać osoby o podobnych zainteresowaniach. Gdy wtedy żartował z kumplami o zostaniu księdzem, nie przyszło mu do głowy, że w tej nieprawdopodobnej fantazji zawarta była cenna informacja o kierunku zmian, jakie nastąpią w jego życiu. W wygłupie o księdzu i rabinie pojawiła się w zalążku nowa tożsamość Adama, wtedy traktowana jako coś, co nie ma prawa zaistnieć. I jak się okazało, nie chodziło o to, by taki kwantowy flirt traktować dosłownie, to jedynie symbol - w wypadku Adama symbol zbliżającego się duchowego doświadczenia, które chciało się w jego życiu wydarzyć po rozwodzie.

Olga Libich - psychoterapeutka z Ośrodka Psychoterapeutyczno-Szkoleniowego Poza Centrum , gdzie pracuje w prywatnej praktyce z osobami indywidualnymi, parami, rodzinami a także prowadzi warsztaty rozwojowe pod superwizją dyplomowanych nauczycieli. Asystuje nauczycielom w zajęciach dwuletniego studium Instytutu Psychologii Procesu. Jej pasją są relacje, dlatego od roku prowadzi wraz z Grzegorzem Zielińskim trzyczęściowy cykl warsztatów rozwojowych „Przepływ w relacjach” poświęcony początkom, bliskości oraz kończeniu się relacji. Uwielbia pracę z ludźmi i wspólne odkrywanie natury procesu. e-mail: olgalibich@o2.pl

Grzegorz Zieliński - psychoterapeuta z Ośrodka Psychoterapeutyczno-Szkoleniowego Poza Centrum (. Pracuje i szkoli się w psychologii procesu Arnolda Mindell'a. Ukończył I etap Programu Licencyjnego prowadzonego przez Instytut Psychologii Procesu w Warszawie. Razem z Olgą Libich współprowadzi warsztaty na temat relacji - nawiązywania znajomości, pogłębiania relacji, rozstania. E-mail: gzielinski@pozacentrum.pl

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jaka jest przyczyna nietrwałości współczesnych związków? Pytamy psychoterapeutów

Psychologowie podkreślają dramatyczny spadek naszej dojrzałości: nie chcemy brać odpowiedzialności za drugą osobę, ponosić konsekwencji swoich działań, dbać o innych. (Fot. iStock)
Psychologowie podkreślają dramatyczny spadek naszej dojrzałości: nie chcemy brać odpowiedzialności za drugą osobę, ponosić konsekwencji swoich działań, dbać o innych. (Fot. iStock)
Łatwo dziś ludziom przychodzi robić w tył zwrot, nawet w dobrych związkach. Powód nie musi być dużego kalibru. Właściwie każdy powód jest dziś dobry. Ale pod tymi błahymi pretekstami często kryją się bardzo głębokie przyczyny.

Rozstania to nowa specjalność współczesnego człowieka. Z roku na rok bijemy w tej dziedzinie rekordy. I co ciekawe – najczęściej mówią sobie „żegnaj” ludzie młodzi.

Pieniądze, seks i dzieci

Magda (28 lat, kieruje działem sprzedaży w firmie kosmetycznej) i Maciej (30 lat, informatyk w prężnym wydawnictwie) planowali ślub. Obydwoje pochodzą z małego miasteczka z robotniczych rodzin. Wszystkiego sami się dorabiają, z tym że ona oszczędza, a on wydaje na lewo i prawo. Ona ogląda każdą złotówkę, on kupuje drogie sprzęty, markowe ubrania, zmienia samochody. I z tego powodu ciągle się kłócili. Już nie mają okazji. Kiedy Maciej wyjechał w delegację, Magda zmieniła zamki.

Iwona i Andrzej (32 lata, lekarze) byli parą od podstawówki. Rozstali się po dwóch miesiącach wspólnego mieszkania.

Iwona: – Wydawało mi się, że znam Andrzeja, że mamy takie same potrzeby, że seks jest dla nas bardzo ważny. Na bycie ze sobą kradliśmy każdą wolną chwilę. Myślałam: „to facet mojego życia”. A wystarczyło, że zamieszkaliśmy razem, i zbliżenia przestały go już ekscytować. Odkryłam, że ma romans. Potem dowiedziałam się, że gdy byliśmy razem, też mnie zdradzał. Wniosłam pozew o rozwód.

Bożena (45 lat, nauczycielka) i Jarek (47 lat, strażak) w przyszłym roku obchodziliby 25-lecie małżeństwa. Dopóki nie mieli dziecka, ich związek kwitł, choć już wtedy kłócili się o ciążę – on naciskał, ona zwlekała. Po urodzeniu córki problemy narastały. On nie widział poza dziewczynką świata, żona od początku podchodziła do dziecka z rezerwą (przeszła depresję poporodową). Jarek każdą wolną chwilę poświęcał małej, rozpieszczał, pozwalał na wszystko, Bożena trzymała ją krótko. Apogeum konfliktu przypadło na wiek dorastania. Wtedy on jawnie stanął po stronie córki. Bożena uznała to za zdradę. Sprawa o rozwód jest w toku.

Tina B. Tessina w książce „Pieniądze, seks i dzieci” właśnie te trzy czynniki – pieniądze, seks i dzieci – uważa za najbardziej zapalne w związkach. Pieniądze – bo stają się substytutem miłości, władzy, poczucia własnej wartości, pozycji społecznej, bezpieczeństwa. Bywają też źródłem konfliktów: Jaka część zarobków jest wspólna, a jaka każdego z partnerów? A co wtedy, gdy jedno nie pracuje? Na co wydawać? Gdzie inwestować? Seks – bo bywa wykorzystywany do kontrolowania partnera i manipulowania nim. A z badań naukowych niezbicie wynika, że trwałość małżeństwa zależy nie tylko od tego, jak partnerzy radzą sobie z nieuniknionymi konfliktami, ale także od jakości zbliżeń. Dzieci – bo zmieniają w życiu małżonków wszystko: priorytety, życie towarzyskie, sytuację finansową i wzajemne relacje. Potem dochodzą konflikty na temat podziału obowiązków i wychowania.

Już nie mamy ochoty grać

Oficjalnie ludzie zeznają, że przyczyną rozstania jest niezgodność charakterów, zdrada i nadużywanie alkoholu. Mniej oficjalnie – na przykład w ogólnoświatowej ankiecie dla miesięcznika „Reader’s Digest” – mówią o przemocy (tak odpowiada 67 proc. ankietowanych we Francji, 50 proc. w Polsce; w Wielkiej Brytanii, Rumunii i Rosji – 49 proc.), ale również o niewierności (w Meksyku 64 proc., Chinach 57 proc., Rumunii 50 proc., RPA 49 proc. i Indiach 39 proc.).

Statystyki dowodzą, że przyczyny rozwodów są stare jak świat. Ale z drugiej strony obserwujemy nowe zjawisko rozstań z byle powodu i pod byle pretekstem. Psycholog Jarosław Przybylski:

– Ludzie trafiający do mnie po kolejnym zerwaniu związku są sfrustrowani i rozczarowani życiem we dwoje. Mówią, że odchodzili, bo się odkochali, bo on coraz bardziej ich denerwował albo że ona za dużo mówi. Powody rozstania czasem są wręcz groteskowe. Jeden z mężczyzn z rozbrajającą szczerością oznajmił: „po prostu któregoś dnia się obudziłem i już mi się nie podobała”.

Internautka na forum dla singli: „Jak dla mnie sprawa jest prosta. Rozstajemy się, bo nagle się okazuje, że już nie mamy ochoty grać. Już nie chcemy być tacy, jakim chce nas widzieć partner. Chcemy być sobą, a okazuje się, że nasze prawdziwe JA już takie interesujące nie jest. Bo taka jest prawda – po zakochaniu stajemy się ikoną, bliżej nam samym nieznaną. Stajemy się »lepsi«, bo staramy się być takimi, jakimi chce nas widzieć partner. Ale ile tak można? Potem wychodzimy z założenia, że tak dłużej się nie da i game over. W drugą stronę też to działa – lata mijają i okazuje się, że ukochany nie jest tą samą osobą co kiedyś. Jeśli zostanie przyjaźń, związek jest do uratowania, bo przecież chemia to nie wszystko. Prawda jest jednak taka, że większość z nas w związkach nawet się nie lubi. Gdy mija namiętność, zaczyna nas drażnić wszystko. I kobiety poświęcają się dzieciom, a faceci szukają kochanek”.

Jesteśmy samowystarczalni

Psycholog profesor Katarzyna Popiołek uważa, że przyczyny rozstań podawane przez partnerów, na przykład w sądzie, mają się nijak do rzeczywistych: – Ludzie mówią o niezgodności charakterów, a tak naprawdę przyczyną jest podobieństwo. To, że zderzają się tymi samymi kolcami: agresja spotyka się z agresją, nietolerancja z nietolerancją, niepohamowanie z niepohamowaniem. Rzeczywiste powody, takie jak przemoc, alkoholizm, też mają inne głębsze przyczyny.

Według Katarzyny Popiołek stabilność związku zależy od czterech czynników. Pierwszy to troszczenie się o kogoś, pragnienie niesienia pomocy. Drugi to współzależność. Czyli wzajemne poleganie na sobie, które przejawia się tym, że obchodzi nas to, co dzieje się z partnerem, że jego działanie ma wpływ na nasze, że wzajemnie na siebie oddziałujemy. Trzeci to zaufanie – czyli rodzaj pewności, że partner będzie wrażliwy na nasze potrzeby. Im dłuższy związek, tym większe zaufanie. A im większe zaufanie, tym mniejsza niepewność. I czwarty czynnik – zaangażowanie, czyli gotowość pozostania w relacji bez względu na okoliczności. Gotowość ta wywodzi się z traktowania związku jako wartości.

 
– Myślę, że przyczyną epidemii rozstań jest to, że te wszystkie cztery czynniki obecnie bardzo słabną – mówi prof. Popiołek. – A słabną dlatego, że świat się zmienił i to, co obowiązywało kiedyś, dziś wydaje się ludziom anachroniczne. Dziś dominującą postawą jest indywidualizm wypływający z filozofii, która mówi, że człowiek powinien dbać przede wszystkim o swoje potrzeby, czerpać z siebie, bo jest samowystarczalny. Jak tu więc przejmować się drugą osobą, gdy mam dbać o własne interesy, rozwijać się? Partner z problemem jest kulą u nogi, przeszkadza, więc lepiej wymienić go na nowy model.

Dzisiaj nie mamy przekonania, że będziemy razem w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji życiowej. Stanowimy parę indywidualności, a każda myśli o własnej karierze. Rywalizujemy ze sobą, kto atrakcyjniejszy. Im większa atrakcyjność jednego z partnerów, tym większe prawdopodobieństwo, że porzuci on tego, który nie nadąża. Z kolei młodzi ludzie stoją przed pułapką zastawioną na nich przez biologię. Otóż natura tak sprytnie to zaprogramowała, że przyciągają się osobnicy dający szansę na najlepsze potomstwo. Ale czasem, gdy przyciąganie słabnie, okazuje się, że ludzie są tak różni, że nic ich ze sobą poza tym nie łączy.

Zabawiamy się na śmierć

Zdaniem psychologów przyczyną nietrwałości współczesnych związków jest też istny wysyp narcystycznych osobowości. Skąd się biorą? Z braku bliskich kontaktów z ważnymi dla nich osobami na wczesnym etapie rozwoju albo ich utratą. Wiele badań pokazuje, że w rodzinach słabną więzi, że rodzice zajęci są karierą, że brakuje wielopokoleniowych domów, czasu na rozmowę, którą zastępuje Internet. Na tej glebie wyrasta narcyz próbujący wypełnić poczucie bezsensowności i pustki bajkami o swojej wspaniałości. Ktoś taki nie jest zdolny do miłości innej niż własna.

Kolejnym gwoździem do trumny związków jest konsumpcjonizm. Zapełniamy swoje życie przedmiotami. Im są one wartościowsze, tym sami czujemy się wartościowsi. W końcu zaczynamy postrzegać siebie jak towar. Chcemy dobrze się sprzedać, być popularni, a to wymaga ciągłego pilnowania, co teraz jest na topie, zmusza do nieustannego udawania. Łatwiej udawać, że się jest kimś, niż być kimś, bo jak się chce być kimś, to trzeba wiedzieć, starać się, pracować. I tak spotyka się towar z towarem, a nie człowiek z człowiekiem. A towar, jak wiadomo, można szybko wymienić.

Winna też jest płynna nowoczesność (termin ukuty przez światowej sławy socjologa i filozofa Zygmunta Baumana). Czyli błyskawiczna zmienność wszystkiego, co nas otacza.

Prof. Katarzyna Popiołek: – To, co wczoraj było pożądane, dzisiaj jest śmieszne. Zasady wczoraj cenione dzisiaj są do niczego. Wszystko musi być tymczasowe, chwilowe. Następuje przedłużona bezdecyzyjność. Ludzie nie chcą się wiązać na dłużej, bo nie wiedzą, czy związek będzie do czegoś przydatny. A jak okazuje się nieprzydatny, to do widzenia. Ale to nie znaczy, że ludzie są dzisiaj źli. Oni po prostu poddawani są piekielnej presji mediów, popkultury, kusi ich bogactwo wyborów i wymóg życia chwilą, która powinna być łatwa, lekka i przyjemna. Amerykański filozof Neil Postman mówi, że świat się teraz zabawia na śmierć. Związek też musi być zabawny i przyjemny. Nie umiemy radzić sobie ze złym nastrojem, który nazywamy często na wyrost depresją. Każdy chce być u szczytu szczęścia, wrażeń, przeżyć. Odrzucamy naturalny rytm emocji, które raz są lepsze, raz gorsze. Panuje wielki lęk przed lękiem czy bólem. Źródłem takich postaw jest m.in. wychowanie. Współcześni rodzice chcą dzieciom dać wszystko, nie pozwalają się im ponudzić, posmucić. A w dodatku dzieci mają być nieustającym powodem do dumy i radości.

Chcemy odmiany

Kasia Żelaska, malarka mieszkająca we Francji, od 32 lat żona Gerome’a: – Prawie wszyscy nasi znajomi są po rozwodzie. Większość z nich to dobre, sprawdzone związki. Rozstali się bez jakichś większych przyczyn, po prostu chcieli odmiany.

Podobną tendencję zauważa Katarzyna Popiołek – rozpadają się całkiem dobre związki. Powód? Nudno. A nowy obiekt zawsze jest bardziej podniecający od starego. Zwłaszcza w seksie, który współczesna kultura przewartościowała do maksimum. Juwenalizacja społeczeństwa, czyli kult młodości, powoduje, że trwa totalna wymiana partnerów na młodszych. Ci wymieniający mają poczucie, że przez to sami stają się młodsi, że oddalają od siebie starość i śmierć.

Psychologowie podkreślają dramatyczny spadek naszej dojrzałości: nie chcemy brać odpowiedzialności za drugą osobę, ponosić konsekwencji swoich działań, dbać o innych. Zupełnie zmieniła się definicja związku – nie pragniemy dobra partnera, lecz chcemy poprzez niego być szczęśliwi. Partner jest tylko środkiem do samorealizacji, sukcesu, szczęścia, ewentualnie do podwyższenia naszej pozycji. Nie uczymy się trudu głębokiego bycia z nim. Nad trwały związek przedkładamy relacje powierzchowne, które szczęścia nie przynoszą, a męczą, więc je kończymy.

– Dzisiaj mentalność długiego trwania jest zastępowana mentalnością trwania krótkiego, zarówno w sferze zawodowej, jak i prywatnej – mówi prof. Popiołek. – Teraźniejszość jest oceniana przez pryzmat tego, co nadejdzie. A ponieważ przyszłość jest niewiadoma, więc wolimy nie mieć niczego na stałe.

Kasia Żelaska: – Jednemu z moich znajomych wydawało się, że jak rzuci partnerkę, będzie miał więcej energii do życia, innemu – że napisze wreszcie książkę, pewnej koleżance – że zajmie się sobą. Wszyscy po jakimś czasie stwierdzili, że nic takiego nie osiągnęli. Zupełnie tak jak w filmie Woody’ego Allena „You Will Meet a Tall Dark Stranger” ("Spotkasz wysokiego nieznajomego bruneta"). Starzejący się pisarz znudzony związkiem goni za kobietami, w tym za sąsiadką, którą podgląda przez okno. W końcu nawiązują romans. Pisarz przeprowadza się do kochanki i z jej mieszkania podgląda byłą żonę. Z nowej perspektywy żona wydaje mu się niezwykle atrakcyjna. Wszyscy bohaterowie żyją iluzjami, wpadają w pułapki własnych pragnień i w pogoni za idealnym związkiem rzucają partnerów. I co? Przekonują się, że jest tak samo albo gorzej.

  1. Psychologia

Relacje jako antidotum na samotność

Relacje to inwestycja i – tak jak każda inwestycja - wymagają podjęcia decyzji, zaakceptowania ryzyka i wysiłku. (Fot. iStock)
Relacje to inwestycja i – tak jak każda inwestycja - wymagają podjęcia decyzji, zaakceptowania ryzyka i wysiłku. (Fot. iStock)
Jak to się dzieje, że w świecie, który podsuwa tyle narzędzi służących komunikacji, daje tyle możliwości spotkania nowych osób coraz więcej ludzi czuje się samotnie? Co możemy zrobić, aby uchronić się przed pułapką długotrwałego osamotnienia? Co możemy zrobić, aby uchronić się przed pułapką długotrwałego osamotnienia?

Jak to się dzieje, że w świecie, który podsuwa tyle narzędzi służących komunikacji, daje tyle możliwości spotkania nowych osób coraz więcej ludzi czuje się samotnie? Co możemy zrobić, aby uchronić się przed pułapką długotrwałego osamotnienia?

Artykuł archiwalny

Samotność zwykła kojarzyć się z wiekiem podeszłym, jednak w ostatnich latach sytuacja zmieniła się fundamentalnie - problem samotności dotyka coraz większej liczby osób. Według danych przytoczonych przez Susan Pinker w znakomitej i szeroko komentowanej książce „Efekt wioski” 12-23% współczesnych Amerykanów nie ma z kim porozmawiać. W krajach takich jak Polska, Węgry, Słowacja czy Rosja aż 34% społeczeństwa deklaruje, że boryka się z samotnością. Może ona oczywiście być następstwem rozwodu, wyprowadzki dzieci z domu, ale nie omija również osób żyjących w związkach czy w rodzinie.

Samotność zabija. I to dosłownie. U ludzi, którzy przez dłuższy czas odczuwają bolesną samotność, podnosi się poziom kortyzolu – hormonu stresu, którego długotrwałe działanie wyniszcza organizm. To między innymi dlatego ludzie ci są bardziej podatni na choroby, częściej zapadają na depresję oraz mają duże trudności z rozwiązywaniem problemów. W trakcie wieloletniej praktyki terapeutycznej zaobserwowałem, że samotność towarzyszy niemal wszystkim problemom, z jakimi zgłaszają się pacjenci. Co więcej: często jest ich pierwotnym źródłem. Dokładnie odwrotnie sprawy wyglądają u ludzi, którzy otoczeni są gronem oddanych przyjaciół: osoby te żyją dłużej, są bardziej optymistycznie nastawione do życia, szybciej dochodzą do siebie nawet po bardzo ciężkich chorobach oraz znacznie lepiej radzą sobie z rozwiązywaniem problemów.

Dlaczego samotność jest aż tak destruktywna? Wyjaśnienie znajdujemy w przytoczonych w „Efekcie wioski” naukowych dociekaniach profesora Johna Cacioppo z University of Chicago. Skoro ludzkie mózgi ewoluowały w czasach, gdy przetrwanie mogła zapewnić jedynie społeczność, a izolacja wcześniej czy później prowadziła do śmierci poprzez głód lub atak drapieżnika, nie powinno nas dziwić, że pojawił się pewien system ostrzegawczy. Systemem tym jest dotkliwe uczucie samotności, które w swej istocie podobne jest do głodu, pragnienia czy bólu fizycznego. Jeśli z jakiegoś powodu jednostka odłączyła się od grupy, uczucie to spełniało rolę alarmu, który mówił: jeśli szybko nie znajdziesz swoich, zginiesz.

Pułapki współczesnego świata

Po pierwsze: zwodnicza łatwość. Pozorny kontakt. To, że w każdej chwili możemy otworzyć Internet i wejść na portal randkowy, Facebook, Skypa czy grupę tematyczną i poznać nową osobę, wcale nie znaczy, że nawiążemy z nią bliższą relację.

Po drugie: brak czasu. Nie jest tajemnicą, że współczesny świat wymusza na nas coraz szybsze tempo życia: awanse w pracy, podążanie wybraną ścieżką kariery czy nacisk na samodoskonalenie. Jeśli dodamy do tego rodzinę i osobiste problemy, to okazuje się, że w takiej rzeczywistości wyjścia ze znajomymi czy rozmowy z przyjaciółką traktowane są najczęściej jako strata czasu.

Po trzecie: brak świadomości. Czy zdajemy sobie sprawę, jak ważne są dla nas autentyczne więzi z innymi? Czy świadomie uczymy się, w jaki sposób możemy je budować i utrzymywać? Prawda jest taka, że jeśli nie mamy odpowiednich wzorców wyniesionych z domu lub z natury nie jesteśmy osobami zbyt towarzyskimi, często zbyt późno orientujemy się, że wpadliśmy w samotność.

Tylko głębokie i trwałe więzi mogą nas uzdrowić. Jednak ich nawiązanie i podtrzymanie kosztuje: wymaga czasu, energii, oddania, dzielenia wspólnych doświadczeń. Czy potrafimy inwestować w relacje? Przyjrzyjmy się pod tym kątem własnemu życiu.

Nauka nawiązywania relacji w pigułce

Czy nawiązywania szczerych i głębokich relacji można się nauczyć? Tak, podobnie jak każdej innej umiejętności. Relacje to inwestycja i – tak jak każda inwestycja - wymagają podjęcia decyzji, zaakceptowania ryzyka i wysiłku.
  • Zaryzykuj kontakt twarzą w twarz, zastąp nim kontakty wirtualne.
  • Wyjdź do świata, poznaj swoje najbliższe otoczenie, zaciekaw się nim. Choćby miały to być 5–minutowe pogawędki przy okazji wyjścia do sklepu czy koszenia trawy.
  • Zauważ, że wokół Ciebie mieszkają inni ludzie. Sprawdź, czy odwzajemnią Twoje spojrzenie, uśmiech. Poczuj, jak przyjemnie jest być zauważonym.
  • Inwestycja wymaga wysiłku – pamiętaj o urodzinach i ważnych dla bliskich Ci osób wydarzeniach. Świętuj z nimi, ciesz się ich radościami, płacz z nimi w smutku, złość się, kiedy jest to potrzebne.
  • Zaangażuj się we "wspólne chwile". Zaproś znajomych do siebie na mecz, na wspólne zabawy waszych dzieci, na twoje urodziny albo bez okazji.
  • Daj sobie szansę, żeby poczuć się dla innych kimś ważnym. Oczywiście jesteś ważny pomimo wszystkiego, stwórz jednak okazję, aby osoby z Twojego otoczenia mogły to wyrazić. To bardzo przyjemne i budujące.
  • Myśl o relacjach tak, jak myślisz o ćwiczeniach, rozwijaniu różnych umiejętności.
  • Zarezerwuj sobie miejsce w kalendarzu na spotkania z przyjaciółmi.
  • Dziel pasje z innymi.
  • Naucz się budować relacje, być blisko, ale po swojemu. Pamiętaj, nie ma żadnego wzorca bycia w bliskich związkach, nie ma na świecie drugiej takiej osoby jak Ty.
  • Bierz i dawaj tyle, ile potrzebujesz i tylko tyle. Bliskość i relacje to najlepsza i najpewniejsza inwestycja, na jaką możesz się w życiu zdecydować. Zwrot gwarantowany.
Przy pracy nad artykułem opierałem się na książce Susan Pinker „Efekt Wioski”, której przeczytanie w całości gorąco polecam osobom zainteresowanym budowaniem głębokich, uzdrawiających więzi.

  1. Psychologia

Jak się rozstać? Skąd mieć pewność, że związek naprawdę warto zakończyć?

Czasem trwanie w związku, zamiast dodawać nam skrzydeł, powoduje spadek energii, gorsze samopoczucie, a nawet lęk. Po czym poznać, że to już koniec? (fot. iStock)
Czasem trwanie w związku, zamiast dodawać nam skrzydeł, powoduje spadek energii, gorsze samopoczucie, a nawet lęk. Po czym poznać, że to już koniec? (fot. iStock)
Jak się rozstać po długim związku? Jak zakończyć związek kiedy się kocha? – Decyzja o tym, by rozstać się z partnerem nigdy nie przychodzi łatwo. A gdy już ją podejmiemy, to i tak często mamy wątpliwości. Dlaczego tak jest? Po czym poznać, że przestałyśmy kochać, albo jak dostrzec, że on przestał kochać nas? Kiedy należy skończyć związek i jak można przygotować się do rozstania – mówi Paulina Kapiec-Kałużyńska, psycholożka, psychoterapeutka.

Uważasz, że kobieta, która rozstaje się z partnerem, potrzebuje wsparcia innych kobiet?
Myślę, że to pomaga. Prowadząc grupę wsparcia dla kobiet po rozstaniu, zobaczyłam, jakim trudem może być koniec związku. Można się z tym borykać latami, unikać budowania nowej relacji. Kiedy na warsztatach spotykają się kobiety, które mają podobne doświadczenie i przeżywają w związku z tym podobne emocje, czują ulgę, widząc, że nie są same.

Jak się rozstać po długim związku? Co takiego robicie podczas warsztatów, że pomagają one uporać się ze stratą?
Nie u każdej z tych kobiet możemy mówić o uporaniu się. Jedne, owszem, wychodzą zupełnie inne, gotowe do nowego życia. Ale są też takie, którym warsztaty tylko coś otwierają, dają początek długiej drodze, jaką muszą pokonać, żeby móc powiedzieć: „Poradziłam sobie”. A co takiego robimy na warsztatach? Wspólnie nazywamy i przerabiamy wszystkie emocje związane z rozstaniem. To już bardzo dużo, bo kiedy zadaję pytanie: „Jakie masz konkretne uczucia, kiedy myślisz o tym związku?”, to one po raz pierwszy głośno mówią o żalu, złości, smutku, strachu. Kiedy proszę, żeby zapytały siebie, z czym konkretnie nie potrafią się pogodzić, to stopniowo docierają do sedna i mówią, że na przykład chodzi najbardziej o poczucie odrzucenia, przegraną rywalizację z inną kobietą. Uczestniczki warsztatów sporo rozmawiają też między sobą o tym, jak się czują, co także pozwala pokonać wstyd. Czasem proszę, żeby wyobraziły sobie lustro, w którym widzą byłego partnera. Ich zadaniem jest roztrzaskanie tego lustra w wyobraźni na kawałki. Potem rozmawiamy o tym, czy to się udało. Nie zawsze to wychodzi, tak samo jak nie zawsze udaje się przejść symboliczną linię, która ma oznaczać gotowość na zmianę, na rozpoczęcie nowego życia. Intensywnie pracuję też z nimi nad zaakceptowaniem tu i teraz. Chodzi o to, by uświadomiły sobie, że tu i teraz one już nie są w tamtym związku, że to już przeszłość. To ważne, bo często one karmią się iluzjami: wszystko się uda naprawić, znów będziemy razem. Żyją takimi złudzeniami, nawet wiedząc o tym, że ich były partner już jest w innym związku.

Cierpi najbardziej osoba porzucana – taki jest stereotyp. Ale czy bólu nie przeżywa też ktoś, kto porzuca? Jak zakończyć związek kiedy się kocha?
Z mojego doświadczenia wynika, że ktoś, kto podjął decyzję o rozstaniu i jest tego pewny, raczej nie szuka pomocy. Oczywiście, są ludzie, którzy odchodzą, bo nie mają wyjścia. Ale wtedy trudno mówić o decyzji, to jest bardziej przymus. Bo co mi pozostaje, jeśli druga strona już nie odpowiada na to, czego ja potrzebuję, odsuwa się? Kto tutaj kogo porzuca, nawet jeśli to ja wypowiadam słowo „koniec”? Choć z drugiej strony – nawet taką sytuację możemy przeżyć z dumą – co ułatwia pogodzenie się ze stratą.

Jak się rozstać zatem? Wiele kobiet zostaje w związku, mimo że chce rozstania.
Tym, co sprawia, że kobieta nie odchodzi, często jest lęk. On ma, oczywiście, różne podłoże. Czasem zastanawiamy się, co będzie potem, i to budzi strach, bo wydaje się nam, że będzie gorzej. Sama zmiana życia też generuje strach – nie jesteśmy na to gotowe. Jest mnóstwo mechanizmów, które zatrzymują kogoś w relacji. Trzeba je powoli poznać, rozbroić jak bombę, dopiero wtedy można mówić o gotowości do rozstania. To, co powiedziałam o łatwości wychodzenia ze związku, dotyczy tych kobiet, które z zasady traktują go jako wartość dodaną. Relacja ma dawać szczęście, a nie generować piętrzących się problemów czy cierpień. To są kobiety, które potrafią postawić granicę.

Dużo jest takich kobiet?
Z pewnością nie, a to pewnie dlatego, że jest niewiele rodzin, które uczą takiego komfortowego funkcjonowania w relacji z mężczyzną. Jesteśmy raczej od dziecka przygotowywane do tego, że może być ciężko, a naszym zadaniem jest to znosić, naprawiać, łagodzić. Pewnie inaczej jest w rodzinach, w których kobiety potrafiły odchodzić, wiedziały jak się rozstać. Sama pochodzę z domu, gdzie jest duża tradycja rozwodów, te rozwody pojawiały się jeszcze w takich czasach, gdy nie rozwodził się prawie nikt. W związku z tym dla mnie rozstanie nie jest niczym strasznym, jest wyborem. Takie podejście ma swoje plusy, ale ma też minusy, bo łatwo wpaść w pułapkę pakowania walizek, rezygnowania z prób naprawienia związku w momencie, w którym inne kobiety jeszcze by walczyły.

Dla mnie związek ma być dobry, jeśli mnie niszczy, to ja go nie chcę.

Co to znaczy wiedzieć, że związek mnie niszczy?
A skąd w ogóle wiemy, że czujemy się źle? Jakie ciało daje nam sygnały? Najczęściej to ściśnięty żołądek, drżące ręce, przyspieszony puls, ogólny dyskomfort. Jeżeli kobieta wraca do domu i jest zestresowana, boi się, nie może jeść albo przeciwnie, kompulsywnie się objada, pojawiają się problemy ze snem, jeśli nie może się rozwijać, cieszyć, jest smutna – jest to znak, że ta relacja jest niszcząca. Mąż czy partner nie powinien być źródłem lęku czy frustracji. Jeśli, oczywiście, uznajemy, że właściwa jest definicja związku jako relacji napędzającej do życia, dodającej energii. Że razem możemy zrobić więcej niż samotnie, lepiej zarabiać, może więcej podróżować, mieć dzieci, pasje, seks. Gdy tego nie ma, warto się zastanowić, dlaczego tak się dzieje. Może to nie chodzi o partnera – albo nie tylko o niego? Może to ja przestałam kochać?

Ale czasem kobieta, szczególnie gdy ma z partnerem dzieci, zastanawia się: „Rzucę go, ale co będzie z domem, rodziną?”. Bo co to znaczy kochać? Włączają się jej mechanizmy, które racjonalizują to instynktowne: „Przestałam kochać”.
Słysząc to pytanie, automatycznie wyobraziłam sobie kobietę, która nie rozmawia z partnerem. Dla mnie zdrowa jest taka relacja, w której możemy być sobą, nie musimy udawać, tylko możemy szczerze mówić o tym, co czujemy. I jeśli kobieta zaczyna mieć wątpliwości, to siada ze swoim mężem i mówi: „Nie wiem, co się z nami dzieje, nie wiem, co czuję, zróbmy coś z tym”. Wtedy mogą podjąć ileś działań, których celem jest przyjrzenie się temu. Mogą rozmawiać, iść na terapię, wyjechać razem czy nawet zdecydować się na chwilę rozłąki. Ale to zawsze jest współpraca. Ona mówi, on reaguje. A jeżeli ona w samotności zastanawia się, co ma z tym zrobić, czy go kocha, czy nie kocha, to chyba nie najlepiej świadczy o ich porozumieniu. Potrzeba uchronienia związku przed rozpadem musi być po obu stronach.

A może taka kobieta nie mówi partnerowi o swoich wątpliwościach, bo boi się, że on powie: „O co ci chodzi, jesteś dziwna”. Albo sam zacznie pakować walizki?
I jak to świadczy o tym związku i jego wartości? Inna rzecz, że kobiety często nie chcą dostrzec tego, co mężczyźni im przekazują, nawet niewerbalnie. On się już wycofuje, a ona myśli, że jak będzie miła, to wszystko da się uratować. Godzi się na wszystko, byle tylko on z nią był. Często utrzymujemy więc pozory, że wszystko jest OK. Robimy to i dla siebie, i dla otoczenia. Łatwiej przepłakać noc, a rano z dumnie podniesionym czołem ruszyć do pracy i podtrzymywać iluzję dobrze funkcjonującej rodziny. U większości ludzi jest ta ogromna tęsknota za domem z ogródkiem, dwójką dzieci i kolacjami dla przyjaciół. Bo tak – w obiegowej opinii – wygląda i żyje człowiek, który ma udane życie.

Jednak są kobiety, które chcą silnych emocji, dla nich relacja z mężczyzną to ciągłe przejażdżki z nieba do piekła. Jak się rozstać w takiej sytuacji? Skąd one mają wiedzieć, że powinny podjąć decyzję o rozstaniu, skoro wciąż żyją w skrajnych emocjach?
Wróćmy na chwilę do tej pierwszej relacji w naszym życiu, czyli relacji z rodzicami. Jeśli tam było zbliżanie i oddalanie, odrzucenie, napięcie, huśtawka – to trudno, żeby ktoś wychowany w takiej atmosferze umiał potem żyć w spokojnym związku. Taka osoba rzeczywiście często mówi: „Nudzi mnie stabilizacja”. Za tym kryje się lęk przed bliskością. Niestabilny partner jest gwarancją, że nigdy nie będziemy z nim naprawdę. A co za tym idzie, nie zostaniemy odrzuceni. Paradoks polega na tym, że kobiety żyjące z niestabilnym mężczyzną są przecież wciąż odrzucane, ale z drugiej strony – mają złudzenie, że nie muszą bać się, że on je odkryje, pozna, zaakceptuje, a potem odtrąci. One też nie będą musiały pokochać go naprawdę – z jego wadami, słabościami. Taka więź jest dla nich odstraszająca. Takie kobiety zakochują się nie tylko w niestabilnych mężczyznach, ale też w takich, z którymi nie mogą się związać: księżach, uczniach, żonatych. I ich związek może ciągnąć się latami. Jak z tego wyjść? Obedrzeć relację z iluzji nieba. Ale to jest trudne. Bo takie kobiety potem – gdy tęsknią albo gdy on się odzywa – racjonalizują: „Było źle, ale przynajmniej od czasu do czasu miałam ten moment haju, więc i tak mam więcej niż kobiety żyjące w nudnych związkach”. Trzeba dokładnie zobaczyć ten mechanizm, skoncentrować się na sobie, zaobserwować, co nami kieruje, być może skorzystać z pomocy psychoterapeuty. Ważne, żeby zastanowić się, na jakim związku nam zależy, jak chcemy żyć. I na ile partner, z którym jesteśmy, jest w stanie pomóc nam zrealizować ten cel.

Dlaczego tak wielu z nas bardzo boi się rozstań?
Bo generują dużo trudnych emocji. Wymagają nauczenia się nowych zachowań, uruchomienia siły, energii. Dużo trudniej się rozstać ludziom, którzy nie zostawili sobie w związku pewnej sfery niezależności. I nie chodzi tylko o pieniądze. To często dzieje się wtedy, gdy kobieta oczekuje, że mężczyzna będzie nie tylko partnerem, ale że się nią całkowicie zaopiekuje, wszystko za nią załatwi. To jest, oczywiście, wygodne. Ale to pułapka, bo przestajemy zaspokajać swoje potrzeby albo je tak bardzo tłumimy, że nie potrafimy ich rozpoznać. A kończy się to depresją, nerwicami.

Jak pokonać strach przed decyzją o rozstaniu?
Trzeba przyjrzeć się temu lękowi. Zadać sobie pytanie: „Czego konkretnie się boję?”. Załóżmy, że odpowiedź brzmi: „samotności”. Kiedy będę się czuła samotna? Wieczorami. To co mogę zrobić, żeby te wieczory sobie umilić? Warto też zrozumieć, dlaczego tak bardzo boimy się samotności. Czy to nasz lęk, czy na przykład przekazała go nam mama, babcia czy inna ważna osoba? Trzeba oddzielić to, co jest moje, od tego, co ktoś mi wpoił. Należy także zaakceptować trudne emocje. Decydując się na rozstanie, decyduję się na swego rodzaju kryzys, ale kryzysy są najbardziej rozwojowymi momentami w życiu, może więc warto podejść do tego z optymizmem.

Na co musimy być przygotowane?
Unikałabym wymieniania konkretnych rzeczy, bo wymyślimy sobie różnego rodzaju scenariusze, emocjonalnie będziemy już je przeżywać, czyli kryzys rozstania będziemy przeżywać dużo dłużej, niż on trwa, a potem może się okazać, że czujemy w ogóle inaczej, niż przewidywałyśmy. Możemy nie radzić sobie ze strachem, czy jeszcze kiedyś się zakochamy i założymy rodzinę, z obawą przed nową rzeczywistością, w której wszystko będziemy musiały robić same. Warto się zastanowić, czy lęk w ogóle nie jest dominującą emocją w naszym życiu. Możemy wchodzić w relacje, bo się boimy. Boimy się być same, a za tym „same” kryje się świadomość, że musimy być teraz odpowiedzialne za swoje życie, że nie ma „my”. Możemy też sobie nie radzić ze społecznym przymusem wychodzenia do ludzi. „Zbierz się, nie można tak siedzieć w czterech ścianach”. A w sumie dlaczego nie? Trzeba słuchać swojego organizmu. Owszem, jesteśmy istotami stadnymi, każda relacja, spotkanie może być budujące, ale samotność jest nam potrzebna do pracy nad sobą, do rozwoju, to nie jest gorszy sposób na życie. Nie mówię o izolacji czy ucieczce. Ważne, żeby po rozstaniu rozmawiać, dzielić się tym, nie stawiać się w roli ofiary: „Jestem gorsza, bo mi się nie powiodło”. Wiele kobiet ma takie myśli i ja bym się przyjrzała, co się za tym kryje. Lęk przed opinią, utratą określonego wizerunku, bo przecież mając partnera, jestem atrakcyjniejsza, bo koleżanki przychodzą z mężami, ja też chcę.

Niektóre kobiety uciekają w romanse albo szybko znajdują nowego partnera.
Ważne, żeby wykorzystać ten moment po rozstaniu dla siebie, żeby – co się często zdarza – kolejny związek nie był lekarstwem. Na przykład znajdujemy partnera kompletnie innego od poprzedniego i kompulsywnie zaspokajamy potrzeby, których nie zaspokoił tamten. Ale ile tak będziemy się karmić? Myślę, że w nowy związek powinnyśmy wchodzić, będąc już świadome tego, czego chcemy w relacji, co same możemy dać, a na to często potrzeba czasu. I dobrze, gdy go mamy, bo dzięki temu potem będziemy szczęśliwsze. I mądrzejsze. I nawet jeśli zauroczymy się kimś, będziemy bardziej racjonalnie na to patrzeć. A słowo „rozstanie” nie będzie już budzić tak strasznego niepokoju.

Paulina Kapiec-Kałużyńska: psycholożka, psychoterapeutka trenerka grupowa. Pracuje w nurcie terapii Gestalt. Założyła Atelier Terapeutyczne. Prowadzi terapię indywidualną i grupową. Prowadziła też warsztaty rozwojowe dla osób przeżywających kryzys rozstania w Warszawskim Centrum Psychologicznym.

Wywiad archiwalny

  1. Psychologia

Ludzie rozstają się, bo nie potrafią ze sobą rozmawiać

Konflikty są wpisane w związek, nie można się ich bać. Od tego, jak je rozwiązujemy, zależą nasze relacje.(Fot. iStock)
Konflikty są wpisane w związek, nie można się ich bać. Od tego, jak je rozwiązujemy, zależą nasze relacje.(Fot. iStock)
Większość ludzi rozstała się, bo nie potrafiła ze sobą rozmawiać. Ale nie w znaczeniu opowiadać różne historyjki, tylko pomagać sobie nawzajem zrozumieć, co myślą, czują – mówi psychoterapeuta Andrzej Wiśniewski

Kiedy warto jest walczyć o związek?
Warto walczyć, jeśli nie jest pasmem przemocy, nadużyć, zdrad, wykorzystywania, lekceważenia naszych uczuć i braku lojalności. Słowo „walczymy” co prawda niezbyt dobrze wpisuje się w codzienność, ale jednak dobrze oddaje sens naszych działań – bo o związek walczymy każdego dnia. Przedstawiając swoje zdanie, konfrontując się z partnerem, chwaląc go, dostrzegając jego wartość, tak naprawdę staramy się, żeby ten związek był coraz lepszy. Bo nigdy nie można osiąść na laurach.

Powiedział pan: konfrontując…
Konflikty są wpisane w związek, nie można się ich bać. I od tego, jak je rozwiązujemy, zależą nasze relacje.

Ale ludzie od rozwiązywania konfliktów wolą innego partnera.
Pewna młoda aktorka powiedziała mi ostatnio, że w jej środowisku związki bardzo szybko się rozpadają. W najlepszym przypadku są związkami na dwa lata. Dotarło do mnie, że nastąpiła tu jakaś znacząca zmiana. W moim pokoleniu związek był dużą wartością. Zawierało się go na zawsze, mimo że rozum mówił, że czasem uczucia się kończą, a ludzie rozstają. Owa aktorka uprzytomniła mi fakt, że młodzi ludzie nie zastanawiają się, jaki ich związek będzie za ileś lat. Oni nie patrzą na relacje w dłuższej perspektywie, bo z góry zakładają, że w każdej chwili mogą się skończyć. Im rozstanie przychodzi bardzo łatwo. Większość związków jest nieformalna, można więc odejść z dnia na dzień, bez pokonywania prawnych czy organizacyjnych barier. Po prostu pakuje się walizkę i mówi „do widzenia”.

A normy, zasady?
Odgrywają coraz mniejszą rolę. Coraz więcej natomiast jest związków, w których ma być przyjemnie. Jeżeli partnerzy nie dostarczają sobie przyjemności w różnych obszarach – intelektualnych, seksualnych – to po prostu się rozstają. Dla mnie kiedyś był to przykład niedojrzałości.

Już nie jest?
W moich standardach to nadal niedojrzałość. Związek według mnie powinien być zawierany na zawsze. Powinien wiązać się z uczuciem, choć oczywiście mogą następować w jego trakcie różne perturbacje. Wiem jednak, że kłopoty potrafią wzmocnić związek. Ale coraz mniej ludzi w ten sposób myśli o budowaniu relacji.

Wiedza na ten temat pomaga?
Im robię się starszy, tym jestem bardziej przekonany, że to, co ludziom pomaga w relacjach, to nie jest wiedza każdego z nich, ale rozmowa. Coś, co się tworzy w trakcie, gdy partnerzy posiadający jakieś przekonania, uczucia zaczynają rozmawiać. Wtedy powstaje zupełnie nowa jakość, związek może odkryć zupełnie nowe obszary do penetrowania. Większość ludzi rozstała się, bo nie potrafiła ze sobą rozmawiać. Ale nie w znaczeniu opowiadać sobie różne historyjki, tylko w znaczeniu pomagać zrozumieć, co myślą, czują. Jak coś powiedziałem, to nie jestem już tym samym człowiekiem co wcześniej, a i ten, kto to usłyszał, też nie jest już tym samym człowiekiem. Rozmowa to naprawdę coś niezwykle istotnego w walce o związek.

Współczesne kobiety walczą też o siebie.
Asertywność kobiet jest dobra także dla mężczyzn. Mężczyźni cenią partnerki, które uczą ich rezygnować ze swoich narcystycznych pomysłów, które pokazują im, że nie mają monopolu na wiedzę, władzę, jakość związku. Nagle mężczyźni muszą znaleźć się w sytuacji osób, które nie tylko wygłaszają mowy, ale też słuchają. Namawiam kobiety, żeby stawiały granice swoim partnerom. To jeden z ważnych elementów relacji.

A tolerancja dla inności?
Inność jest fundamentem związku. Bo jeżeli dwie osoby są takie same, to po co być ze sobą, po co rozmawiać. Dlatego warto tę inność zauważyć i pielęgnować. To, że mój partner ma inne zdanie, wywodzi się z innej tradycji rodzinnej, jest czymś bardzo cennym. Ale ludzie mogą docenić różnice dopiero, gdy mają poczucie własnej wartości. I wtedy druga osoba nie stanowi zagrożenia. Nie potrzebują jej kontrolować, żeby z nią być. Dają tyle miłości, ile wolności. A partner też dostrzega w nich inność, bo oni dostrzegają to w nim. Taki związek ma szansę. Wielu ludzi boi się inności, gdyż nie bardzo wierzy, że samodzielni, niezależni partnerzy będą chcieli z nimi być. Więc rozwijają funkcje kontrolne, odmawiają informacji, ukrywają uczucia, manipulują seksem, obwiniają. Takie zachowania dają niezwykle kruche podstawy do związku, który wcześniej czy później się rozpada.

Nigdy nie ma się gwarancji, że następny będzie idealny.
Oczywiście. Bo to nierealistyczna tęsknota niedojrzałych ludzi myśleć, że na świecie jest ktoś, kto da im to wszystko, czego nie otrzymali w całym swoim dotychczasowym życiu. Każdy spotkany człowiek podlega wtedy potężnej idealizacji, wydaje się właśnie tą wymarzoną osobą. A kiedy jakiś czas potem okazuje się, że nie spełnia oczekiwań, dramat gotowy.

Pewien pan, który żenił się po raz siódmy, powiedział mi, że dobrze już wie, na czym polega problem między kobietami a mężczyznami. Mianowicie na tym, że kobiety dążą do zdominowania mężczyzn, a zadaniem mężczyzn jest się nie dać.

Ów pan wybierał partnerki nieśmiałe, niepewne, które potrafił nagiąć do swoich wymagań, ale tylko do pewnej granicy. Potem one się „odginały”, stawiały swoje wymagania, a on mówił: „no i już się zaczyna”. Proszę sobie wyobrazić reakcję tego pana, gdy partnerka mówi: „zrób mi herbatę”. Jego myślenie na temat kobiet to dobry przykład pokazujący, co się dzieje, gdy realizują się nasze pomysły na partnerów, które nosimy w głowie. Zawsze prowadzi to do katastrofy.

  1. Psychologia

"Ode mnie się nie odchodzi", czyli co czuje i myśli porzucony mężczyzna

Wielu mężczyzn, kiedy zostają zdradzeni albo porzuceni, stara się nie płakać, nie zapadać się, tylko pomyśleć o partnerce coś złego, żeby poczuć się bardziej spójnie z samym sobą. (Fot. iStock)
Wielu mężczyzn, kiedy zostają zdradzeni albo porzuceni, stara się nie płakać, nie zapadać się, tylko pomyśleć o partnerce coś złego, żeby poczuć się bardziej spójnie z samym sobą. (Fot. iStock)
Mężczyźnie łatwiej jest pogodzić się ze stratą kobiety w wyniku zdarzenia losowego czy śmierci niż z tym, że go porzuciła – mówi psycholog Paweł Droździak.

W jaki sposób mężczyzna przeżywa żal po stracie kobiety, związany z rozpadem związku?
U różnych typów ludzi różne elementy psychiki są newralgiczne. Dla niektórych kluczowe jest na przykład poczucie wartości własnej i w sytuacji kryzysu to ono ucierpi jako pierwsze. „Skoro ona odeszła, to co ze mnie za facet?”. Mężczyźni rzadziej niż kobiety upatrują włas­nej atrakcyjności w fizyczności, szukają jej raczej w pozycji zawodowej i różnych aspektach związanych z osobowością, w sprawczości. No, i jeśli to akurat jest u danego mężczyzny kluczowe, to możliwe, że będzie przeżywał utratę z takiego punktu widzenia. Jako fiasko pewnego projektu życiowego.

Mężczyzna o innej strukturze będzie to zdarzenie przeżywał jako zachwianie wyobrażenia o przewidywalności świata i ludzi. „Mówiła, że kocha, a teraz twierdzi, że nigdy nie kochała. Jak to możliwe, świat powinien przecież opierać się na jakichś zasadach?!”. To, co w tym przypadku zostaje zachwiane, to nie samoocena, ale przekonanie o własnej zdolności do rozumienia, co się wokół dzieje. Rozumienia innych ludzi, przewidywania, co się zdarzy. Poza tym jeśli ona mówi, że nigdy nie kochała, to czy to znaczy, że moje dobre wspomnienia z nią związane nie opisują trafnie rzeczywistości? A więc nie tylko nie wiem już, gdzie za chwilę będę, ale nawet nie wiem, gdzie byłem. Bardzo dezorientujące. I to uczucie dezorientacji jest u tego typu osób w tej sytuacji kluczowe. Inny mężczyzna z kolei może mieć silną skłonność do kontrolowania innych osób i całe zdarzenie przeżywa raczej poprzez specyficzny filtr. „Przecież ode mnie się nie odchodzi! Ja na to nie wyraziłem zgody”.

Czy wypieranie lub zapadanie się w smutek utrudnia mężczyźnie przeżycie żałoby po stracie?
Ujmę to tak: „Odeszła, ale czym dla mnie była?”. Czyli – co odeszło? Ktoś przekłada tę stratę na język władzy, inny na język rzeczy czy struktur, ktoś inny może robić z siebie ofiarę: „Jeśli odejdziesz, to się zabiję”. Chodzi o to, żeby zadać sobie pytanie, co tak naprawdę jest uderzone przez to uczucie żalu. Inne ciekawe pytanie: jak różni się przeżywanie rozstania u mężczyzn i u kobiet? Pierwsza różnica, na którą można by wskazać, jest czysto praktyczna i dość oczywista. Przy rozpadzie rodziny dzieci najczęściej zostają z matką. Z tej asymetrii wyniknie później mnóstwo innych różnic.

Czyli w sytuacji rozstania mężczyźnie dochodzi jeszcze żal po stracie kontaktu z dziećmi.
Powstaje zupełnie inny świat przeżyć psychicznych, ponieważ sytuacja zewnętrza jest odmienna: walka o kontakty z dziećmi, seria różnego rodzaju oskarżeń, rozgrywanie alimentami, ukrywanie swoich dochodów, konflikty interesów między dziećmi a nową partnerką. Cała masa problemów specyficznie męskich w tej sytuacji. Jeśli mowa o małżeństwie, i to jeszcze takim, które coś razem tworzyło, ma jakiś dorobek materialny, potomstwo, długi staż – to rzadko się zdarza, żeby udało się rozstać całkiem pokojowo. Zwykle dochodzi do walki. I w jej trakcie partnerzy często dewaluują się nawzajem. Po części po to, żeby sobie poradzić z bólem, ale jest i inny powód.

Dla wielu ludzi to nie do pomyślenia, że rozstają się z kimś po prostu dlatego, że nie spełniają się w związku. Czują, że to coś złego, bo ten powód jest jakby niewystarczający. Za mało konkretny. Czy można rozstać się z czystego pragnienia rozstania? Bez żadnej zbrodni, którą druga strona popełniła? Potrzebują jakiegoś mocniejszego powodu, szczególnie gdy ktoś ma tendencję do myślenia na poziomie konkretów. Dlatego się tego konkretu szuka, a jak go nie ma, to trzeba go sobie stworzyć. Wtedy idziemy w oskarżenia, często monstrualne. A prawda jest taka, że po prostu nie potrafimy poradzić sobie z...

Z żalem po stracie partnerki?
Albo z żalem po jej stracie, albo też z tym, żeby samemu powiedzieć sobie: „Nie chcę z nią być”. To jest dla nas za trudne. Bo jak można tęsknić za czymś, co jest dobre, przeżywać brak tego i jednocześ­nie wciąż widzieć to jako dobre? Zatem trzeba uczynić to złym, aby odzyskać spójność.

Czy chodzi o to, żeby potrafić rozstać się również z tym, co dobre? Na zasadzie: „Ja jestem dobry, ty jesteś dobra, ale to już nie działa”.
Dla niektórych ludzi taka operacja myślowa jest strukturalnie niewykonalna. Dlatego albo muszą tę osobę zdewaluować – jeśli jej wspomnienie jest źródłem bólu po stracie, albo zdewaluować siebie. Uzyskanie zdolności do takiego wewnętrznego przeżycia, w którym coś jest źródłem dyskomfortu (bo tego już nie mamy), a jednocześnie jest wciąż cenione – to jest poważne zadanie rozwojowe. Niektórzy nigdy tego nie osiągają. I podobnie, kiedy trzeba by złożyć razem dwie rzeczy: nie ma zbrodniarza, a mimo to chcemy rozwodu. Dlatego wiele osób raczej stara się stworzyć sobie jakiś „ważny powód”, no i zaczyna się masa oskarżeń po to, żeby nie czuć się tym, który jest niesolidny.

Dewaluacja jest obroną. Gdybyśmy tego nie robili, na pewno dopuścilibyśmy do siebie wszystkie te depresyjne uczucia, które pojawiają się po stracie. Dewaluacja jest bardziej pierwotna, instynktowna i łatwiejsza. To tak jak w sytuacji, gdy ugryzie nas komar, drapiemy się, mimo że to wcale nie pomaga. Myślę, że często może to działać tak, że jeśli nie dewaluowalibyśmy drugiej strony, to od razu dewaluowaliśmy siebie. Znów po to, żeby nie dopuścić do przeżywania żalu w czystej postaci.

Czyli dewaluacja partnerki daje mężczyźnie poczucie, że ma kontrolę nad sytuacją?
To pierwszy objaw tego, że mężczyzna próbuje przejąć kontrolę nad uczuciem żalu. Ale to nie jest specyficzne tylko dla mężczyzn. To uniwersalny mechanizm.

Kiedy zatem mężczyzna jest w stanie poczuć ten żal?
Żal znajduje się niedaleko bezradności. Zgoda na bezradność to nie taka prosta sprawa. Snucie fantazji o tym, co strasznego knuje kobieta, jest świetnym sposobem na to, żeby nie czuć, że się kogoś straciło. Bo żal jest niezwykle bolesny. Żal nas kompletnie rozwala.

Złość także rozwala.
Złość wiąże się z mobilizacją do działania, choćby destrukcyjnego, ale jednak. Tymczasem żal odwrotnie – demobilizuje. Mężczyźnie łatwiej jest czuć złość niż smutek, bo ten drugi jest wstępem do poczucia bezradności. Dlatego wielu mężczyzn, kiedy zostają zdradzeni albo porzuceni, stara się nie płakać, nie zapadać się, tylko raczej pomyśleć o partnerce coś złego lub obraźliwego, żeby poczuć się bardziej spójnie z samym sobą. Czasem jest to zdrowy mechanizm obronny. Szczególnie jeśli zdrada wiązała się z bardzo upokarzającą sytuacją.

A kiedy ten mechanizm przestaje być zdrowy?
Jeśli w ogóle nie przyjmuje się swojego żalu do wiadomości. Czyli kiedy istnieje tylko ten element złości i dewaluacji, a cała reszta jest zaprzeczona. Co miewa na przykład taką postać całkowicie zadaniowego skupienia się na konkretach, na przykład związanych z walką sądową po rozwodzie. Ktoś taki może godzinami rozprawiać o pismach, które napisał, ruchach formalnych, jakie wykonał, snuć plany ataków, obron, forteli, zbierania dowodów, mówić o zdjęciach, nagraniach, może opowiadać o okropieństwach, jakie była partnerka popełniła, i zupełnie nie dopuszczać tego, że pod tym wszystkim jest jakaś rzeczywistość złamanego serca i tęsknota. Był smutek, jest paranoja. Bywa też, że zamiast obsesji sądowej walki i całej paranoicznej wizji, która się często z tym wiąże – jest czysta przemoc. Trochę jak w piosence taty Kazika „Celina”: „Ziutek nie płakał, twardy jest, godzinę ze wściekłości wył jak pies”, i dalej: „tylko podniósł brew, błysnęło, na białą pierś trysnęła krew”. Pracując w więzieniach, często spotykałem mężczyzn, którzy mieli całkowitą niezgodę na dopuszczanie jakiejkolwiek bezradności w sobie. Umysł to nie ciało. W ciele wiadomo, co jest zdrowe, co chore. W umyśle dzieją się różne przedefiniowania tego, co czujemy. Możemy je po prostu opisywać, próbując rozumieć, do czego te przedefiniowania mogą człowiekowi służyć.

I do czego najczęściej mu służą?
Od mężczyzn często wymaga się, żeby byli zdolni do wykonania pewnych zadań wymagających mobilizacji i ogólnie funkcji „przełamania się”. Wytrzymania czegoś i działania pomimo pewnych przeszkód. Jeżeli podczas meczu ktoś kopnie piłkarza w kostkę, to nie oczekujemy, że piłkarz w tym momencie skontaktuje się ze swoimi uczuciami i bólem i zacznie ten ból wyrażać i celebrować, tylko chcemy, żeby szybko zebrał się w sobie i grał dalej. Jego organizm używa do tego adrenaliny. Zatem on nie jest trenowany do tego, by się uwrażliwić na subtelne sygnały, tylko do tego, żeby wytrzymać sygnały zgoła niesubtelne i działać mimo nich. Wychowanie mężczyzn i cały męski wzorzec mityczny zawiera ten element i dzięki temu mężczyzna osiąga pewne cele, co zresztą bywa przez kobiety cenione. Z drugiej strony staje się to dla tych kobiet udręką, kiedy z tak wychowanym mężczyzną, szczególnie jeśli weźmie sobie to zbyt mocno do serca, nie daje się w ogóle porozumieć. No i mamy konflikt, bo z jednej strony taka kobieta korzysta z efektów jego zaradności, a z drugiej – ma mu za złe, że on „nic nie rozumie”. W to miejsce wchodzi często poppsychologia z fałszywą obietnicą, że tego mężczyznę uwrażliwi bez utraty sprawczości.

Realna psychoterapia nie formułuje na szczęście takich obietnic. W terapii często szuka kontaktu z własnymi emocjami, bo po prostu szuka się prawdy o tym, co w człowieku siedzi pod wszystkimi warstwami zaprzeczeń czy przedefiniowań – i na przykład chodzi o to, żeby te uczucia powtórnie przeżyć, żeby zostały przez kogoś dobrze przyjęte. W prawdziwym życiu to nie jest tak, że cały czas możemy sobie pozwolić na celebrowanie „prawdy swego wnętrza”, bo świat nie zawsze jest tym zainteresowany. Warto to rozróżnić.

Czyli uważasz, że mężczyznom bardziej opłaca się ten żal po stracie jakoś przedefiniować, zakłamać i zmniejszyć niż naprawdę przeżyć?
W kulturze przedfreudowskiej do tego, by mężczyźni mogli się rozmontować i pokazać uczucie bezradności, służyła gospoda. Stąd popularność alkoholu. Dawał usprawiedliwienie dla pokazywania emocji, które u osoby trzeźwej musiałyby pozostać ukryte. Wciąż to zresztą działa. Co robią przyjaciele, kiedy jeden z nich odkryje zdradę partnerki? Idą na kawę? No nie. Idą na piwo. Przy zdradzie szczególnie poważnej – nawet na wódkę. W dynamice takich spotkań uczucia depresyjne często są odreagowywane prawdziwie, ale często też przetwarzane w działania agresywne bądź stany maniakalne. Można na to narzekać, ale prawda jest taka, że nie ma na świecie człowieka, który mógłby sobie pozwolić na to, że będzie przez cały czas i w każdych okolicznościach w zgodzie i kontakcie ze swoimi emocjami, i tylko tymi emocjami się będzie kierował i je tylko szczerze wyrażał. To nierealne.

Istnieje przestrzeń, w której musimy mobilizować się do działania mimo pewnych uczuć, i przestrzeń, w której sobie folgujemy. Zakłada się, że na przykład gabinet psychoterapeutyczny może być miejscem, gdzie może do tego dojść w bezpieczny sposób. Ale w codziennym życiu zwykle zbieramy się do kupy, dajemy sobie na wstrzymanie, wybieramy to, co dyktuje rozum, nie uczucia. Śmiem twierdzić, że czasem nawet kłamiemy, udajemy, gramy pewne role i nie ma żadnej możliwości, żeby to jakoś całkowicie zmienić. Taki po prostu jest dorosły świat. Ja sam teraz najchętniej położyłbym się spać, bo jestem potwornie zmęczony, ale nie ma cudów. Rozmawiamy, bośmy się umówili i się tu przecież na ławce teraz nie położę. Choć jako dziecko mógłbym. Narzędzie psychoterapeutyczne to nie to samo co całościowy sposób na życie.

Nie zachęcasz facetów, by wyżałobili tę żałobę do końca?
Nie wiem, czy w ogóle mogę powiedzieć, że ja jako psychoterapeuta kogoś do czegoś zachęcam. Na pewno część mojej roli polega na tym, żeby mówić o tym, że na przykład duża część procesu dewaluacji partnerki jest obroną. Badać, czy jest pod tym smutek, rozpacz, lęk, poczucie winy, żal do samego siebie. To w gabinecie. W praktyce życia jednak wygląda to tak, że ludzie przeżywają tragedie rozstań, rozpadów związków, rozpadów rodzin, a mimo to muszą pracować, uczyć się, wykonywać swoje życiowe zadania, także wykonywać pewne zadania rodzicielskie, nie czyniąc z dzieci ani sędziów, ani powierników tego, co przeżywają. Jeśli ktoś umie się skupiać tylko na własnych potrzebach i uczuciach, to kiedy jego związek się rozpada – biada jego dzieciom. Dlatego ważne, żebyśmy – kiedy coś takiego przeżywamy – znaleźli sobie miejsce czy osobę, przy której możemy pokazać, co się z nami dzieje, bez udawania i kręcenia.

Jak to zrobić? Zdanie sobie sprawy z tego procesu jest już w pewien sposób uzdrawiające?
Tak jest. Jednak jeżeli zdradziła mnie dziewczyna, a ja ciągle siedzę i myślę o tym, że nie jestem nic wart i moje życie nie ma sensu – jestem w kontakcie z uczuciem o charakterze depresyjnym. W pewnym momencie musi jednak nastąpić porzucenie obiektu przywiązania, czasem drogą jakiejś choćby częściowej dewaluacji, a w każdym razie odmitologizowania. Bo inaczej będzie się zawsze żyć w cieniu mitu.

Czyli dewaluacja partnerki musi jednak nastąpić...
A jak inaczej rozwiązać problem przywiązania do osoby, która już nas nie chce? I nie zdewaluować przy tym samego siebie? Wręcz karkołomne zadanie. Dlatego czasem łatwiej jest przeżyć żal, kiedy partnerka umiera czy odchodzi w wyniku zdarzenia losowego, niż kiedy porzuca.

Naprawdę?
Co innego, gdy ktoś nie przyszedł na spotkanie, bo nie mógł. A inaczej, gdy tego nie chciał.

A jeśli chcemy rozstać się lepiej, inaczej? Nie bez żalu.
Wtedy trzeba pomieścić w sobie całą serię skomplikowanych operacji. Bo wyobraźmy sobie, że kocham kobietę, która odeszła ode mnie z innym. Wtedy musiałbym zrozumieć, że ona nie może ze mną być, bo szuka czegoś innego. Są nawet ludzie, którzy proponują tak niewyobrażalne rzeczy jak to, żeby cieszyć się jej szczęściem...

Spróbujmy rzucić mężczyźnie jakieś łatwiejsze do złapania koło ratunkowe.
Jeśli kobieta, która odeszła, stanie się w pewnym momencie obojętna emocjonalnie, to wtedy może się uda. Albo kiedy nie będzie całkiem obojętna, tylko dobrze wspominana, ale już bez tego silnego przywiązania. Mówię o czymś takim jak sentyment. Wspomnienie czegoś pięknego, co już było. Jest w tym świadomość straty, ale już przeżytej. Kiedy mówię: „To były dobre czasy, ile nocy przepłakałem przez nią, ech, stare dzieje” – to oznacza, że przełożyłem sobie ten smutek na sentyment, w którym siedzi żal.

Jak możemy pomóc w tym mężczyznom?
W książce Edwarda Stachury „Siekierezada” widzimy mężczyznę wchodzącego do gospody z siekierą, rozwalającego stoły, bo jego kobieta notorycznie go zdradza. Pięknie pokazano tę scenę w filmie pod tym samym tytułem. Wejście z siekierą przez zamknięte drzwi i struchlały tłum robią duże wrażenie. Gdyby drwal w tym momencie znalazł tę kobietę, pewnie by ją zabił. Za to wyładował swoją złość, przez co mógł wejść w ten depresyjny stan smutku i rezygnacji. No i co wtedy usłyszał od mądrego, starego człowieka? „Kaziuk, baby były, są i będą”. Czyli perspektywa filozoficzna, ale wciąż ludzka, a nie boska. I to jest bardzo dobry wstęp do poczucia nostalgii.

Paweł Droździak, psycholog, psychoterapeuta, mediator rodzinny. Prowadzi praktykę prywatną. Pracuje z osobami dorosłymi i parami. Współautor książek: „Zawsze bezpieczna” (2003), „Blisko, nie za blisko” (2012).