1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Gniew - maska miłości

Gniew - maska miłości

123rf.com
123rf.com
Jeśli ktoś cię atakuje, prosi o miłość. Gniew bowiem ochrania dawne zranienie. Dlatego z lęku przed bólem, chcemy zdominować kogoś, kogo kochamy. Psychoterapeuta Chuck Spezzano, twórca psychologii wizji, namawia żeby badać co kryje się za negatywnymi emocjami. Przekonuje, że w każdym związku tkwi obietnica, że możemy mieć wszystko.

Codzienność we dwoje bywa bolesna. Różnice zdań, kłótnie, furie, obrzucanie się oskarżeniami. Irytacja, gniew, wściekłość. Głębokie poczucie odrzucenia, zranienia, niezrozumienia. Przytłaczająca myśl, że człowiek który jest twoim partnerem, jest twoim wrogiem, kimś obcym. Możemy doświadczyć tego w związku. Chuck Spezzano twierdzi, że jeśli partner przeciwstawia się tobie, wskazuje ci drogę ku zmianie, która jest tobie potrzebna. Jak odczytać tą wskazówkę?

Zachowanie, które nie wyraża miłości, jest wołaniem o miłość

Jeśli ktoś atakuje ciebie, prosi cię o miłość, zainteresowanie, pomoc. Zyskasz w nim sprzymierzeńca poprzez głębokie zrozumienie jego postawy, zwrócenie się w jego stronę. On potrzebuje wsparcia. To często jest ktoś ważny. Twój wieloletni partner albo ktoś, kto właśnie pojawił się w twoim życiu. Przypomnij sobie chwile, jak to jest prosić płaczem o pomoc, nie mogąc wydobyć z siebie słowa.

Kiedy ktoś nas atakuje, to znaczy że się boi, tak naprawdę nie liczy na to, że wyciągniesz do niego rękę. Każdy ból przyciąga inny ból. Wyjdź mu naprzeciw, z życzliwością i pewnością siebie. I nie chodzi o to, żeby przyjąć postawę obronną, wycofując się, ani o to, żeby przystąpić do napastliwego kontrataku. Gdy ktoś atakuje i spotyka się z brakiem oporu, przestaje walczyć. Agresja ulatnia się z niego jak powietrze z przekłutego balonu. Można porozmawiać, podyskutować, można nawet ostro się pokłócić, ale bez osądzania, krytykowania, ranienia. Wyślij w stronę agresora dobre, ciepłe myśli. Jest duża szansa, że przy następnym spotkaniu albo jeszcze następnym, poczujesz że twój „wróg” jest tobie bliższy. Przyjęcie ataku to doskonała okazja, aby zacieśnić więzi z atakującym. Gdzieś bardzo głęboko osoba atakująca ma nadzieję, że to właśnie my możemy jej pomóc, chociaż nie przyznaje się do tego. Jest też w niej opór wobec tego i walczy z tym. Jest niemalże wściekła przez to, że coś ją do nas przyciąga, i jest to powodem ataku. Jeśli odpowiemy bliskością, świadomością i troską, walka zakończy się i wspólnie wejdziemy na kolejny poziom bycia razem.

Ćwiczenie: Pomyśl o osobie, która atakuje cię najdotkliwiej. Wyobraź sobie, że podchodzisz do niej z otwartością. Zastanów się, czego ona potrzebuje? Jak możesz jej pomóc? Czy wiesz, jak to zrobić? Może chcesz zadzwonić, napisać, coś ofiarować? Może porozmawiać? Zbliż się do niej, połącz się z nią. Udziel pomocy. Przekonasz się, że gdy pomożesz tej osobie, właśnie ona znajdzie rozwiązanie jakiegoś twojego problemu teraz lub w przyszłości. Jeśli nie podsunie ci go bezpośrednio, pokaże ci je poprzez to, że będzie odbiciem części twojego umysłu, dlatego też pomożesz również sobie.

Za zachowaniem obronnym kryje się stara rana emocjonalna

Za każdym razem, gdy ktoś przyjmuje postawę obronną przed atakiem, kryje się za tym rana z przeszłości. Bronimy się przed starym bólem. Ktoś bliski nas kiedyś zawiódł - nie udzielił wsparcia, odszedł, zranił słowami, brakiem zaangażowania. Teraźniejsza obrona to reakcja na wydarzenia z przeszłości. W ten sposób czasem udaje się stłumić dawny ból, natomiast zawsze uniemożliwia przyjęcie tego, co dobre, nowe, uzdrawiające.

Ćwiczenie: Być może właśnie nadszedł czas, by doświadczyć bólu, który kryje się za postawą obronną. Jeśli wykażesz się odwagą i rozpoznasz to uczucie, uwolnisz się od niego. Zastanów się, w jakich sytuacjach się bronisz. Doświadcz jeszcze raz dawnych uczuć. Przejście przez ten ból do momentu, w którym sam nie minie, przyniesie ci spokój. Nie będziesz musiała już nosić na sobie zbroi. Energię, którą zużywałaś, by się bronić, wykorzystasz w życiu by płynąć z prądem uczuć. Rozprawienie się ze starymi ranami może okazać się trudne. Często w takich przypadkach potrzebna jest pomoc psychoterapeuty.

Potrzeba dominacji bierze się z lęku

Kiedy staramy się kogoś zdominować lub ktoś chce nad nami dominować, jest to prawdopodobnie reakcja wewnętrznego dziecka, które się boi. W ten sposób prosi nas, byśmy reagowali tak jakby był przestraszonym dzieckiem. Jeśli odpowiemy na tę potrzebę wsparciem i zrozumieniem, nie będziemy się czuć pokrzywdzeni. Jeżeli to my próbujemy rządzić, jest w nas część, która się boi. Czasem wystarczy powiedzieć partnerowi o tym lęku, by uwolnić się od niego. Porozmawiać o tym, co czujemy. Że na przykład boimy się zostać wykorzystani, odrzuceni, poniżeni, skrytykowani. Otwartość w mówieniu o naszych wzajemnych lękach może uleczyć relacje.

Ćwiczenie: Kiedy zauważysz, że nadmiernie dominujesz, powiedz o swoim lęku. A kiedy partner ciebie próbuje zdominować, wyjdź mu naprzeciw i zareaguj tak, jakby był przestraszonym dzieckiem. W każdej takiej sytuacji rozmawiaj i wybaczaj sobie oraz partnerowi.

Gniew jest zawsze przykrywką dla innego uczucia

Gniew jest on uczuciem, które ochrania inne uczucia. To może być smutek, poczucie straty, zranienia, odrzucenia, chęć zemsty, ale też poczucie winy, poświęcania się, frustracja, rozczarowanie. Głębsze emocje mogą być czasem elementem walki o władzę. Możliwe, że czując zobojętnienie, uważamy iż odrobina gniewu wniesie w związek nieco ożywienia. Podobnie wściekłość jest przykrywką dla innych uczuć. Wpadamy w szał, by nie odczuwać bezradności, poniżenia lub wstydu. Posługujemy się wściekłością, by ochroniła nas przed ogromnym cierpieniem, zazdrością, samotnością, wypaleniem.

Ćwiczenie: Zbadaj swój gniew. Pamiętaj, że gniew w każdej formie - furii czy lekkiego poirytowania - jest tylko czymś, co cię wstrzymuje. Bądź gotów zmienić się i rozwijać poprzez rozpoznanie i uszanowanie tego, co kryje się pod gniewem. Rozpocznij uzdrawiający dialog, rozmawiaj o tym uczuciu z osobą, która cię rozgniewała lub poirytowała, nie oczekując od niej żadnej konkretnej reakcji. Taka rozmowa ma moc uzdrawiania.

Więcej w książce Chucka Spezzano „Miłość nie rani. Sekrety udanego związku”, wydawnictwo G + J

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Nie walka, a rozmowa, czyli jak się dobrze spierać i mądrze godzić w związku

Ludzie kłócą się, gdy nie są spełniane ich potrzeby albo nie ma w ich związku komunikacji. Kłótnia to często wyzwolenie komunikacji i emocji, jedyny wentyl bezpieczeństwa, aby znowu być blisko. (Fot. iStock)
Ludzie kłócą się, gdy nie są spełniane ich potrzeby albo nie ma w ich związku komunikacji. Kłótnia to często wyzwolenie komunikacji i emocji, jedyny wentyl bezpieczeństwa, aby znowu być blisko. (Fot. iStock)
Zdarza się, że tylko dzięki kłótni jesteśmy w stanie otwarcie o czymś sobie powiedzieć – mówi psychoterapeutka par Marlena Ewa Kazoń. Bywa też, że zamiast oczyścić atmosferę, awantura tylko utrwala niezgodę między partnerami. Jak zatem dobrze się spierać, ale i mądrze godzić?

Jaką funkcję pełni kłótnia w naszych miłosnych związkach?
Jest pragnieniem kontaktu i nadzieją na lepsze, ku zmianom i bliskości. Jednak tak dzieje się tylko wtedy, gdy w kłótni chodzi o relację, a nie rację. Gdy jesteśmy nastawieni na dialog z drugą osobą i naprawdę chcemy się dogadać.

Jak kłócić się, by nie przekroczyć granicy, za którą kończy się miłość?
Kłócić się dobrze, czyli z szacunkiem do drugiej osoby, to znaczy być w tej kłótni opanowanym. Ale też mieć w sobie odwagę, by mówić o swoich emocjach wprost. Najpierw sobie, a potem partnerowi. „Nie mogę jej tego powiedzieć, bo przestanie mnie kochać”, „Nie powiem o tym, bo to pogorszy sprawę”. To myślenie z pozycji lęku, w którym siedzi mnóstwo cierpienia, niezrozumienia i braku akceptacji. Zasada jest taka, że jeśli partnerowi, z którym żyjemy, coś nie odpowiada, zawsze na to reagujemy.

Jednak czasami nie chcemy, nie potrafimy lub nie możemy zmienić naszego zachowania. Jeśli partnerowi nie odpowiada coś, co jest naszym fundamentalnym „ja”, jak: nieuważność, bałaganiarstwo, odmienny styl życia – to powinien nas zaakceptować, a nie próbować na siłę zmieniać. Zawsze może też odejść.
Myślę, że na tego typu konflikty w związku najczęściej mocno wpływa zaburzenie ról. To jednak nie dzieje się na świadomym poziomie. Rola to nasze głębokie, choć błędne przekonanie, że właśnie w ten sposób należy funkcjonować w związku. Spontanicznie i nieświadomie odtwarzamy zapisane w głowie, utrwalone schematy rodzinne. Wszyscy nosimy w sobie pewne treści, które ciągle nami rządzą. Kobiety uzdrowicielki i ratowani mężczyźni to najczęstsze zaburzenie ról, które obserwuję w swoim gabinecie. Dlatego niezwykle ważna jest świadomość, w czym tkwimy i w jaki typ relacji najczęściej wchodzimy. To jest nasze „emocjonalne DNA”, czyli model bycia w relacji. Gdy uświadomimy sobie, że partner to nie jest nasz ojciec i przykładowo nie musimy się go bać, a partnerka nie jest naszą matką i nie trzeba trzymać jej na dystans – wtedy stajemy się świadomi rzeczy, które przenosimy ze związku rodziców, możemy uwolnić się od tych wzorców.

Z jakich powodów pary najczęściej się kłócą?
Ludzie kłócą się, gdy nie są spełniane ich potrzeby albo nie ma w ich związku komunikacji, tak że druga strona nieustannie musi domyślać się, o co chodzi. Bardzo często mam takich pacjentów – ona i on, wieloletni staż w związku, więź, bliskość, a jednak gdy pojawiają się choroby, kłopoty z dziećmi czy rodzicami, to on zajmuje się sobą, a ona sobą. Problemy ich rozdzielają, zamykają się na siebie. Kłótnia to często dla takich par wyzwolenie komunikacji i emocji, jedyny wentyl bezpieczeństwa, aby znowu być blisko. Przynajmniej na jakiś czas, do kolejnego trudnego wydarzenia. Czasem jednak zdarza się tak, że partnerzy kłócąc się, zaczynają walczyć i niszczyć siebie nawzajem. W ten sposób rodzi się związek dysproporcjonalny, w którym jedna strona dominuje, a druga jest zależna. W takiej relacji bardzo łatwo o zaburzenia więzi, a to prowadzi do kryzysów w związku.

Kłócąc się, stajemy się coraz mniej partnerskim związkiem czy właśnie dążymy do tego partnerstwa?
Jak mówiłam, w kłótni wchodzimy w różne role, często powielając styl kłótni naszych rodziców – ktoś dominuje, ktoś inny jest uległy. Kiedy nie akceptujemy partnera takim, jaki jest, prosimy go o zmianę. A na nieświadomym poziomie atakujemy go energetycznie, co jest bardzo niebezpieczne, ponieważ ta energia wraca do nas w postaci awantur, przemocy słownej czy fizycznej. Atakowany partner odczuwa zagrożenie, dlatego ucieka z domu, unika rozmów, bliskości czy seksu. Pracując z klientami, zwracam na to uwagę, ponieważ bez akceptacji siebie samych i partnera nasz związek nie ma szans się udać. Zgoda, za którą idzie akceptacja, nie oznacza jednak, że mamy sobie pozwolić na poniżanie, przemoc czy brak szacunku. To pozwala nam po prostu wyjść z pewnych iluzji i podjąć świadomą decyzję o przemianie, ale nas samych. Partner to lustro, w którym odbija się nasze wnętrze. Jeśli jest coś, czego bardzo mocno nie akceptujemy, to powinniśmy najpierw przyjrzeć się sobie. Może gdzieś w głębi duszy nie akceptujemy siebie samych?

Dlaczego jedni z nas kłócą się nieustannie, inni wolą zamknąć się w sobie i nie mówią o problemie, a jeszcze inni po prostu się dogadują?
Nie znam pary, która się nie kłóci. Tak bywa tylko wtedy, gdy ludzie nie dążą do rozwoju i zmiany w związku, akceptując w nim wszystko. Milczenie nie jest wtedy złotem, lecz tłumieniem siebie. Wzmacnia utrzymywanie relacji w stagnacji, a relacja musi żyć. Trzeba mieć odwagę wyrażać siebie, zawsze i wszędzie, przede wszystkim w związku.

Tyle że to wyrażanie siebie i mówienie prawdy często prowadzi do kłótni, a one wysysają z nas energię. Bo ile można? W serialu „After life” przyjaciółka głównego bohatera zwraca uwagę: „Nie mówiłeś swojej żonie, że nie smakuje ci obiad, bo bardzo ją kochałeś”. Może jednak czasem warto przemilczeć pewne sprawy i nie pokazywać siebie.
To od nas zależy, czy wejdziemy w jakąś rolę, czy zdecydujemy się być sobą. W długofalowym związku warto jednak żyć w autentyczności, nawet jeśli nie jest przyjemna. I nawet jeśli to prowadzi do kłótni. Czy warto przemilczeć pewne sprawy w związku? Wiesz, mam takich pacjentów, którzy muszą zachować pewne tajemnice, żeby mieć poczucie wolności. Często zastanawiam się wtedy: po co? Może chodzi im o poczucie niezależności? Najczęściej taką potrzebę zgłaszają pacjenci, którzy mają kontrolujących partnerów, a wcześniej rodziców. Oni muszą mieć swój świat, żeby czuli, że żyją. Ich partner często czuje się nieważny i niepoważnie traktowany.

Co zrobić, jeśli powiedzieliśmy sobie zbyt wiele raniących słów?
Powiedzieć szczerze: „Przepraszam, zagalopowałam się, przekroczyłam granicę”. I zrobić to jak najszybciej, nie zasypiać z negatywnymi emocjami. To ważne słowa budzące ponownie zaufanie i otwierające przestrzeń, która jest niezbędna do tego, żeby kłótnia nas zbudowała.

Ale jak zwalczyć w sobie ten wewnętrzny hamulec: niech on pierwszy przeprosi?
Ten hamulec jest właśnie potrzebą władzy i dominacji w związku. Warto zapytać wtedy siebie o to, czy nie chcemy znowu czuć się ofiarą, bo zawsze się tak czujemy, gdy pierwsi przepraszamy? Może nie czujemy naszej odpowiedzialności w tym działaniu i tak naprawdę nie mamy potrzeby przepraszania? A może w domu rodzinnym musieliśmy za wszystko przepraszać? W partnerskim związku mówimy „przepraszam” wtedy, gdy czujemy się odpowiedzialni.

Tymczasem często mamy tendencję do związkowego ping-ponga: „a ty powiedziałaś to”, „a ty nie wyniosłeś śmieci"...
To nic innego jak walka o to, aby nie być przegranym i nie zostać w roli ofiary. Czyli nie pozwolić się pokonać. Zawsze trzeba w kłótni widzieć drugiego człowieka. To ktoś, kogo wybraliśmy do wspólnego życia. To nie jest konkurent w wyścigu. Związek jest raczej biegiem na długi dystans, maratonem. Trzeba nauczyć się w nim biec obok siebie, tylko tak tworzy się bliskość.

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Dajmy taki przykład: mąż mówi mi, że robi więcej dla naszego związku niż ja i że ciągle czuje nierównowagę. Rozumiem to i dostrzegam, jednak nic się nie zmienia.
Najczęściej nasza sprawczość werbalna jest na wysokim poziomie, czyli „wiem, rozumiem, następnym razem tak zrobię”. Ale sprawczość w działaniu pozostaje lękowa. Dlatego pomagam moim pacjentom, żeby zobaczyli siebie w lustrze. Pokazuję im ich samych z pozycji siebie dorosłego, siebie dziecka i siebie rodzica, tak jak w analizie transakcyjnej Erica Berne‘a. To oznacza, że widzę siebie i partnera w trzech odsłonach osobowości: wewnętrznego Dorosłego, Dziecka i Rodzica. Jeśli twój mąż mówi ci, że robi więcej w waszym związku, to jak się z tym czujesz? Jak się czuje dorosła część twojej osobowości? „Tak nie jest, to nieprawda, ja robię te rzeczy, a on inne”. Racjonalnie pokazujesz to mężowi i on wtedy to zauważa. A jak się czuje dziecięca część twojej osobowości? „Jestem obrażona, zła, nie będę się do niego odzywać”. No i jak czuje się sprawcza część osobowości, czyli bycie rodzicem dla siebie? „Zrobiłam listę, kto ile robi i zaczęłam z nim o tym dyskutować i pokazywać, kto ma rację, a kto jej nie ma”. Z którą częścią czujesz się najbezpieczniej? A która pomoże ci zbudować bliższą więź z mężem?

Chyba nie do końca rozumiem, czym się różni w tym przykładzie Dorosły od Rodzica?
Wielu moich pacjentów nie rozumie różnicy pomiędzy tymi dwiema wewnętrznymi postawami. To zwykle jest diagnostyczne i znaczy, że często wchodzimy w te role jednocześnie. W części dorosłej mamy strukturę działania wygrany–wygrany. Widzimy obowiązki nasze i cudze. Dostrzegamy w lustrze zarówno siebie, jak i partnera, co pomaga nam w budowaniu empatycznej więzi. W części rodzica mamy strukturę działania wygrany–przegrany. Wtedy kłócimy się dalej o to samo i nic się nie zmienia.

Jaka jest najlepsza dla związku reakcja na atak, który nas zabolał lub obraził?
Atak partnera nie może uruchomić procesu „oko za oko”. Przemoc możemy zatrzymać, mówiąc o sobie i swoich uczuciach. To w empatycznym związku powinno rozpoczynać dialog i zdążanie w stronę bycia razem, a nie ku przemocy i złości. I nawet jeśli większość naszych związków nie jest empatyczna, to jednak kłótnie nas zbliżają. Dlatego, że wychodzimy ze swoich dziecięcych mechanizmów obronnych: odrzucenia czy obrażania się. Ważne jest to, co robimy po kłótni. Czy zamykamy się w sobie i mówimy: „znowu mnie skrzywdził, jestem zła, zemszczę się na nim”. Na tym dialogu czy wewnętrznym monologu, nic nie zbudujemy – bądźmy tego świadomi.

Jak się zatem mądrze godzić? W pogodzeniu zawiera się element odpuszczenia winy, a nie zawsze mamy na to ochotę.
Odpuszczenie winy powinno być równoznaczne z zakończeniem psychicznej agresji wobec siebie. To podstawowy warunek wejścia na inny poziom związku, prawdziwej bliskości. Dlatego ważne, żeby po każdej kłótni przytulić się do siebie. To, jaki rodzaj godzenia wybierzemy, nie jest istotne, ważne, żeby to zrobić jak najszybciej. Zdarza się, że tylko dzięki kłótni ludzie są w stanie otwarcie o czymś powiedzieć drugiej osobie. Najczęściej wygląda to tak: on milczy, ona go prowokuje, on jeszcze mocniej zamyka się w sobie, zatem ona atakuje znowu, aż w końcu on mówi „dosyć”, a ona czuje, że żyje, bo nareszcie ma z nim kontakt... Do rozstania dochodzi, gdy kłótnia nie spełnia już swojej roli, czyli poprawy komunikacji w związku.

A co jeśli partner w odpowiedzi na nasze „przepraszam” mówi: „Tak tylko mówisz, a i tak się nie zmienisz, ty nic nie rozumiesz”. Co, jeśli druga strona nie wierzy w to, że szczerze przepraszamy?
To znaczy, że dalej walczymy o to, aby nasz partner miał takie samo zdanie jak my. To nadal jest walka o władzę w związku. Dobra kłótnia zawsze prowadzi do pogodzenia się. W słowie „przepraszam" zawiera się: „Skrzywdziłam cię i już tak nie będę, ponieważ jesteś dla mnie ważny i bliski”. Walka o władzę jest tak naprawdę podszyta lękiem przed dominacją, tymczasem w dojrzałym związku raz my dominujemy, raz nasz partner – i to jest normalne. Niektórzy mają jednak silną potrzebę stawiania na swoim, ponieważ byli zdominowani w przeszłości przez rodziców. W związku nie musimy podporządkowywać się partnerce czy partnerowi. Nie musimy też się z nimi zgadzać. Jednak powinniśmy przede wszystkim siebie nawzajem wysłuchać.

Marlena Ewa Kazoń, psychoterapeutka par i małżeństw, terapeutka rodzinna. W swojej pracy integruje metody i techniki różnych szkół terapeutycznych, dobierając je pod względem specyfiki problemów pacjenta oraz jego potrzeb i możliwości.

  1. Psychologia

Sztuka kompromisu. Jak być razem i nie rezygnować z siebie? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Kompromisy są dobre w polityce i w biznesie. Związki oparte na nich – choć bywają trwałe, są niedożywione. (Ilustracja: Getty Images)
Kompromisy są dobre w polityce i w biznesie. Związki oparte na nich – choć bywają trwałe, są niedożywione. (Ilustracja: Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Ja jedno, on drugie, ja w lewo, on w prawo. W każdym związku są momenty, gdy jedno chce czegoś innego niż drugie, gdy ma inne zdanie lub coś ukrywa. Co wtedy? Czy kompromis jest najlepszy? A tajemnica? Czy mamy prawo do jej posiadania, czy to bomba zegarowa, która w końcu rozsadzi związek? Jak być razem i nie rezygnować z siebie, ale też nie zdominować partnera – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Rafał Bornus, małżeński psychoterapeuta, poleca, aby para co wieczór przez trzy minuty rozmawiała o pozytywach i negatywach, jakie wydarzyły się w naszym związku. Zobaczyłam wtedy, że często wystarczy opowiedzieć o problemie, by przestać się nim frustrować.
To, że nawet takie rytualne, zaaplikowane przez terapeutę rozmowy pomagają, świadczy o tym, jak bezcenną sprawą w bliskich związkach jest dobra komunikacja. Większość ludzi myśli, że partner powinien mieć matczyny wgląd w nasze problemy, intuicyjnie wiedzieć, co nam dolega i czego potrzebujemy. Z tą iluzją trzeba się rozstać. Ale opuszcza nas ona dopiero, gdy nauczymy się rozmawiać z partnerem o potrzebach i problemach. Wtedy okazuje się, że nikt nie posiada matczynych kwalifikacji, że nasza wiedza o drugim człowieku jest nikła. Dlatego w czasie takich rozmów słyszymy: „Czemu nie powiedziałaś, że tego potrzebujesz, a tamtego nie znosisz?!”. Jak w dowcipie o rozwodzących się staruszkach. Kiedy sędzia zorientował się, że to babcia z 70-letnim małżeńskim stażem złożyła pozew bez uzasadnienia, natychmiast zaproponował polubowne rozwiązanie sprawy. Babcia jednak uparcie twierdziła: „Nie, ja już z nim dłużej nie wytrzymam, muszę się rozwieść”. „Ale dlaczego?” „No już dłużej nie mogę słuchać, jak on siorbie zupę”. Cisza. Po czym słychać głos zrozpaczonego dziadka: „Kochanie, czemu czekałaś tak długo, żeby mi to powiedzieć!?”.

Bardzo prawdziwe! Kiedy zaczęliśmy ćwiczyć te trzyminutowe wypowiedzi o plusach i minusach bycia razem, okazało się, że mój mąż nie chce mówić o tym, co go we mnie irytuje, bo nie chce mnie krytykować.
Większość ludzi obawia się, że mówienie o tym, co w zachowaniu innych budzi negatywne uczucia, będzie odebrane jako miażdżąca i niesprawiedliwa krytyka. Może ich matki nie znosiły słowa protestu? Obrażały się na cały świat i przestawały piec ulubione ciasteczka synów, gdy ci ośmielali się im przeciwstawić? Jeśli tak, mogli nabrać przekonania, że kobiety nie przyjmują uwag, a więc że i ze strony partnerek czeka ich wtedy niechybne odrzucenie.

Z dowcipu o babci i siorbiącym dziadku, podobnie jak z mojej praktyki terapeutycznej, wiem jednak, że lepiej się zdobyć na odwagę i powiedzieć: „Chcę, żebyś wiedział, że bardzo mnie irytuje, gdy siorbiesz”. Skoro tego nie robimy, to dzieje się tak jak w innej opowieści, tym razem z życia wziętej. Młoda kobieta po śmierci mamy zaprosiła tatę na niedzielną zupę grzybową, którą specjalnie przygotowywała według przepisu matki. Ojciec zawsze zachwycał się tą zupą i dziękował mamie. Gdy postawiła wazę na stole, ku jej zdumieniu ojciec z irytacją powiedział: „Całe życie męczyłem się i bałem się twojej matce powiedzieć, że nie znoszę tej zupy! ”.

Ale szczera rozmowa bywa trudna, bo wiele osób nie znosi uwag.
Wszystko opiera się na obustronnym niezrozumieniu. Nadawcy wydaje się, że odbiera zachowanie odbiorcy obiektywnie, a odbiorcy, że jest obiektywnie oceniany. W istocie nasze oceny nie są obiektywne. Obiektywnie można mówić tylko o faktach np. „Termometr wskazuje plus 21 stopni”, ale już „W mieszkaniu jest ciepło” to subiektywne odczucie. Wracając do rozwodzących się dziadków, obiektywnie babcia mogła stwierdzić, że dziadek siorbie. Ale jeśli powiedziałaby, że siorbanie jest chamskie, wyraziłaby subiektywną ocenę. Problem w tym, że zabrzmiałoby to tak, jak obiektywny osąd. Co więcej, babcia zapewne przypisała sobie prawo do takiej obiektywnej oceny, więc tym bardziej chciała oszczędzić dziadka, a siebie nie narazić na odrzucenie. O dziwo – po 70 latach – w sądzie wypowiedziała właściwie sformułowane zdanie: „Nie mogłam już wytrzymać tego siorbania!”. Nie było w nim oceny ani potępienia. Dlatego dziadek dał jej do zrozumienia, że gdyby mu to powiedziała, przestałby siorbać. Nauka z tego taka, że wtedy, gdy świadomie, biorąc odpowiedzialność za swój subiektywizm, komunikujemy komuś nasze negatywne odczucia, minimalizujemy ryzyko odrzucenia. Warto też podkreślać, że mówimy o tym w trosce o nasze relacje, bo ta osoba jest nam bliska i powinna wiedzieć, co się z nami dzieje. Możemy wtedy usłyszeć np. „Zmienię to, aby zaoszczędzić ci przykrych uczuć” albo „Nie chcę tego zmienić, więc ty spróbuj zrobić coś, by zmienić swoją reakcję na moje zachowanie”. Gdy informujemy kogoś o naszych negatywnych odczuciach z nim związanych, dbajmy, by odnosiły się do tego, co on może zmienić. Unikajmy negacji np. wzrostu czy wady wymowy. Problem jest wtedy po naszej stronie.

W każdym razie są powody, aby żałować babci, która przez swoją bojaźliwość i dobre serce nie dość, że zmarnowała sobie życie, to jeszcze musiała porzucić Bogu ducha winnego dziadka.

A teraz: kompromis. Każą nam się go uczyć, gdy zaczynamy z kimś być. Ale czy zawsze jest możliwy? Na czym ma np. polegać kompromis, gdy on chce dziecko, a ona nie? Mieć pół dziecka?
Kompromisy są dobre w polityce i w biznesie. Związki oparte na nich – choć bywają trwałe – są niedożywione, pozbawione rumieńców i błysku w oku. Obie strony czują się w głębi duszy rozżalone, przegrane. Związek potrzebuje do życia daru pogodnego poświęcenia. Wtedy kwitnie i pulsuje energią. Jedna strona czuje się dobrowolnym dawcą, a druga – obdarowana czymś naprawdę cennym. Ale i ten, który dał, dostał coś cennego, bo kto szczerze daje, ma poczucie zysku. Następuje więc wymiana miłości i wdzięczności. To prawdziwy życiodajny nektar.

Sprawa dzieci jest wyjątkowo trudna i nie do rozstrzygnięcia na zasadzie kompromisu, należy tę kwestię rozpatrywać na zasadzie daru. Wchodzą tu bowiem w grę potężne instynktowe energie związane z systemem rodzinnym obojga potencjalnych rodziców. We wszelkich decyzjach dotyczących poczęcia dzieci najważniejszy i decydujący głos należy do kobiety. Kobieta nie może być zmuszana do rodzenia ani nie może być zmuszana do nierodzenia. Tu nie ma miejsca na kompromis. Kobieta, która nie jest zdecydowana, by stać się matką, czuje organiczną niechęć do bycia w ciąży, rodzenia, karmienia itd., nie powinna z miłości do pragnącego dziecka partnera tych odczuć lekceważyć. Może dać sobie czas na ewentualne dojrzewanie tej potrzeby lub na dowiedzenie się, co za tą jej niechęcią stoi. Np. czy ma może ona podłoże hormonalne, psychologiczne? Musi jednak wtedy liczyć się z tym, że jej partner odejdzie, dać mu prawo do szukania kobiety, z którą będzie mógł mieć dzieci. Podobnie w drugą stronę, jeśli mężczyzna nie chce lub nie może mieć dziecka, a kobieta bardzo tego pragnie, to jego obowiązkiem jest dać jej swobodę: „Rozumiem, że masz taką potrzebę, ja jednak nie chcę być ojcem, dlatego jestem gotowy odejść, byś mogła znaleźć partnera, z którym założysz rodzinę”. On też nie może być wbrew sobie zmuszany lub wrabiany w bycie ojcem. W grę wchodzi bowiem szczęście dziecka. To ono będzie ponosić konsekwencje tego, w jaki sposób, przez kogo i dlaczego zostało powołane do życia. Zarówno zgniły kompromis, jak i gorzkie poświęcenie któregoś z rodziców nie wróżą dziecku satysfakcjonującego życia.

Kolega został ojcem po tym, jak obiecał żonie, że zapłaci za powiększenie jej biustu. Tak też się stało. Lecz po kilku latach ta kobieta odeszła z innym, zostawiając córkę z ojcem.
To ilustracja tego, o czym mówimy. Nie miała prawdziwej, organicznej motywacji do zostania matką. Lecz w końcu poszła na kompromis z potrzebami męża, lekceważąc to, co dla niej było ważne. Dlatego decyzja o powołaniu do życia nowego człowieka winna być oparta na silnej potrzebie i zgodzie obojga partnerów.

Czy więc kompromis jest dobry tylko tam, gdzie chodzi o kolor ścian w salonie?
Bywa dobrym rozwiązaniem, ale i w takich mało ważnych sprawach lepsze dla związku jest pogodne poświęcenie. Jeśli usłyszymy od partnerki, że jej zależy na wspólnym spędzaniu wolnego czasu i zostanie to ciepło i jasno zakomunikowane, otworzy się droga do pogodnego poświęcenia, dobrowolnie darowanej zmiany planów: „Wiem, że planujesz kolejny wyjazd, więc chcę, żebyś wiedział, że ja ten czas chętnie spędziłabym z tobą. Bardzo mi jest przykro, że znów wybrałeś swoją pasję zamiast bycia razem. Wiedz też, że to budzi mój żal i rozgoryczenie. Dlatego bardzo bym chciała, żebyś zmienił tę decyzję”. Takie słowa dają przestrzeń i czas na to, by pomyśleć, co robić. Dla zachowania twarzy prosimy o czas na zastanowienie i zapewne nie dalej niż za godzinę mówimy: „Kochanie, rzeczywiście nie zauważyłem, że zbyt często mnie nie ma. Nie przyszło mi do głowy, że chciałabyś, byśmy pobyli razem – więc zostaję”. To nie kompromis, lecz dar dla partnerki i dla związku.

Dla autora „Mitów o miłości...”, o których ostatnio rozmawialiśmy, „związek to właśnie to, co dajemy sobie nawzajem w dobrej wierze”.
I co przyjmujemy w dobrej wierze. Bo to też jest ważne, by partnerka, która mówi: „Zależy mi, żebyś został w domu…”, gdy usłyszy, że partner zostaje – przyjęła tę decyzję w dobrej wierze. Niestety, często bywa tak, że na: „Zostaję, kochanie”, odpowiada: „Już za późno! Nie potrzebuję twojej łaski!”.

A teraz temat tajemnic i kłamstw. Czasem robimy coś, co ukrywamy przed partnerem, choć niekoniecznie od razu jest to skok w bok. Nikt nie jest święty, ale co dalej? Czy powiedzieć, co się stało?
Nie ma zasady ogólnej, ale gdy postanawiamy coś ważnego zachować tylko dla siebie w imię dobra i ochrony związku, to warto przetestować się na hipokryzję. Odpowiedzieć sobie szczerze na pytanie: „Czy na pewno nie mówię tego, by ochronić kochaną osobę i związek? Czy biorę to na swoje sumienie i załatwię sam ze sobą? Czy boję się to powiedzieć, bo tak naprawdę chronię siebie i swoją reputację w oczach partnerki?”. Niestety, najczęściej okazuje się, że powodem nieujawniania bolesnej dla drugiej strony nowiny jest chronienie siebie, a to nie wróży dobrze związkowi. Nikomu nie służy życie w poczuciu, że daliśmy ciała. Nie dość, że zrobiliśmy głupstwo, nadużyliśmy zasady lojalności, to na dodatek tchórzymy i musimy się pilnować, by się nie wydało. To szkodzi budowaniu dobrych relacji, bo też ukrywanie prawdy jest często wyrazem braku szacunku dla drugiej połowy. Często usprawiedliwiamy swoje tchórzostwo, dewaluując partnera: „Ona tego nie zrozumie, nie zniesie, jest za słaba, za delikatna, nie dość mądra” itp. Najczęściej jest tak, że najbardziej się opłaca wyłożyć karty na stół.

Ale czy to nie jest czasem wyraz dziecięcego zrzucania odpowiedzialności na drugą osobę: „Zrobiłem coś, czego nie powinienem zrobić, i zobacz, jak bardzo teraz cierpię”.
Tak też bywa, nie dość, że sprawiliśmy ból drugiej stronie, to jeszcze domagamy się pocieszenia. To manipulacja. Jeśli czujemy się winni, weźmy to na klatę, wyrażając żal, skruchę i gotowość przyjęcia konsekwencji. Taka postawa może pomóc partnerowi w uporaniu się z tą trudną sytuacją, a w rezultacie bardzo zbliżyć oboje. Pod warunkiem jednak, że zachowane zostaną dobre intencje i pokora – czyli świadomość, że nikt nie jest bez grzechu, więc nie ma prawa rzucać kamieniem. Ważna jest też pewność, że nic nas nie spotyka bez powodu. Wtedy jesteśmy bliżej rozwiązania kryzysu i szansy na wzmocnienie i pogłębienie związku.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Psychologia

Sprzeczki dobre dla związku? Zamiast unikać konfliktów, lepiej nauczmy się kłócić

Kłótnie są zupełnie naturalnym elementem bycia razem – nie ma bez nich bliskich związków. Tam, gdzie brak kłótni, jest fałsz i powierzchowność. (Ilustracja: Getty Images)
Kłótnie są zupełnie naturalnym elementem bycia razem – nie ma bez nich bliskich związków. Tam, gdzie brak kłótni, jest fałsz i powierzchowność. (Ilustracja: Getty Images)
Tam, gdzie nie ma tarcia i emocji, jest fałsz i powierzchowność – twierdzi psycholog Maria Rotkiel. Dlatego zamiast unikać konfliktów i spięć w związku, lepiej nauczmy się kłócić.

Mówi się, że wspólne mieszkanie to prawdziwy test dla związku. A może najważniejszym testem jest jednak pierwsza kłótnia? Pokazuje to, co nam się w sobie nie podoba, ale też to, czy umiemy o tym rozmawiać.
Na pewno ważny jest sam temat, który wywołuje pierwszą sprzeczkę. Tym bardziej jeśli powraca w następnych – to znaczy, że jest to punkt newralgiczny. Matka partnera, która wiecznie jest w pobliżu, pieniądze, a może była dziewczyna? Kłótnia pokazuje też naszą sferę wrażliwości i nasze granice, co nam się w sobie nie podoba i na ile to „nie podoba” znaczy „denerwuje”, a na ile „wkurza”. Na przykład przeszkadza mi to, że on odbiera po raz kolejny telefon podczas naszej randki, ale już wkurza, że odbiera mój telefon, kiedy nie ma mnie w pobliżu. Równie ważne, a może nawet ważniejsze jest to, w jaki sposób się kłócimy.

A nie jak często?
Kłótnie są zupełnie naturalnym elementem bycia razem – nie ma bez nich bliskich związków. Tam, gdzie brak kłótni, jest fałsz i powierzchowność. Coś, co jest dla nas trudne, coś, co musimy przenegocjować, coś, co powoduje emocje – to wszystko wychodzi w takich momentach spięcia. Po prostu nie wierzę w zgrane pary, które się nie sprzeczają.

Może kłócą się w sposób wyważony. Na zasadzie: „Kochanie, nie rób tak, bardzo mi to przeszkadza”. „Kochanie, nie wiedziałem, przepraszam, nie będę”.
Kiedy czytam wywiady z parami, którym nigdy nie puszczają nerwy, i tylko sobie z dzióbków spijają, to od razu wiem, że jest między nimi źle. Natomiast ludzie kłócą się na milion sposobów i sprzeczka, w której jest agresja, ranienie drugiej osoby, mówienie: „Czy ty jesteś jakimś debilem?” – to sygnał, że w parze dzieje się źle. Bo można poruszyć nawet najtrudniejszy temat, ale w odpowiedni sposób. Sztuka kłócenia się jest jedną z ważniejszych i pożyteczniejszych. To umiejętność odróżnienia komunikatu: „Naprawdę irytuje mnie to zachowanie” od: „Wkurzasz mnie” – raniącego, oceniającego i nieprawdziwego, bo przecież on mnie nie wkurza, ja go kocham, natomiast niektóre jego zachowania są dla mnie trudne. Psychologowie często mówią o tym, żeby postarać się skupić podczas kłótni na komunikatach „ja”, czyli konstruować wypowiedzi na zasadzie: „Kiedy tak robisz, to czuję…”, żeby nazywać uczucia i mówić o zachowaniu, a nie o osobie – wiem, że dla niektórych to brzmi sztucznie i śmiesznie, ale to pozwala doprowadzić nas do jakichś wniosków, znaleźć wzajemne porozumienie, zamiast zgliszczy. Bo możemy ująć sprawę tak: „Chyba jesteś jakiś nienormalny, tyle razy ci powtarzałam, że mnie to denerwuje, a ty znów to robisz, mam cię dosyć!”. Albo tak: „To zachowanie jest dla mnie bardzo trudne, prosiłam cię, żebyś tak nie robił”. I mamy dwa inne światy. Oczywiście, to nie znaczy, że masz to wszystko wyrazić spokojnym, stonowanym głosem. Nie, możesz to powiedzieć w emocjach, podnieść głos, a mimo to nie zranić drugiej osoby, nie deprecjonować wartości partnera ani waszej relacji.

Chodzi o przekazanie informacji: to mnie denerwuje, to przekracza moje granice i czuję się wtedy tak…?
Kiedy mówimy o swoich emocjach, nikogo w ten sposób nie obrażamy, co innego, gdy zaczynamy przypisywać uczucia lub ich brak partnerowi. Słowa się materializują, zostają na długo, czasem na zawsze. Nie da się ich wymazać gumką z notatnika wspólnego życia. Trzeba mieć świadomość, że jeżeli kogoś obrazimy, to mimo że nawet za chwilę będziemy tego żałowali, i tak konsekwencje raz „palniętej” głupoty możemy ponosić bardzo długo. Niestety, ponieważ ludzie uczą się siebie nawzajem, to w miarę trwania związku poznają coraz lepiej swoje słabości i drażliwe obszary. Odkrywają swoją piętę Achillesa albo nawet „pięty”: to może być trudna relacja z mamą, niezrealizowane ambicje zawodowe, nadmierna tusza czy inne kompleksy. I w kłótni, pod wpływem zranienia i wysokiej temperatury emocji, zdarza się im potem wykorzystać tę wiedzę. Uderzyć w miękkie podbrzusze. Tak nie wolno się kłócić. Tu nawet nie chodzi o to, by nie być wulgarnym, tylko by nie być agresywnym. Obrażanie, wyśmiewanie, zaniżanie czyjejś samooceny, ranienie słowami to też agresja. Życie z drugą osobą uczy wielu rzeczy, w tym tego, że z frustracją trzeba sobie radzić. Bo choć strasznie wkurza mnie jego zachowanie, to nie usprawiedliwia ono na przykład takich słów: „Jak znajdziesz sobie wreszcie pracę, która da ci więcej satysfakcji, to może przestaniesz leczyć swoje kompleksy, wyżywając się na mnie”.

Mocne.
To typowo kobieca kwestia. Mężczyźni za to są specjalistami od: „Jesteś taka sama jak twoja matka”, mimo że wiedzą (a może właśnie dlatego), iż partnerkę bardzo boli ta relacja. Tak nie wolno robić. Uczmy się mądrze kłócić. I miejmy przyzwolenie na to, że kłótnie będą się zdarzały, i o duperele, i o ważniejsze rzeczy. Przyglądajmy się tematom, o które się kłócimy, i temu, jak się kłócimy. Bo to właśnie po bolesnych kłótniach ludzie najczęściej trafiają do terapeuty. Słyszę często: „Wie pani, ja mu tego nie mogę wybaczyć. Jak on mógł powiedzieć coś takiego?!”. Naprawdę, trzy razy zastanówmy się, zanim powiemy coś w złości. Bo ludzie ranią się głównie przez nieumiejętność mówienia pewnych rzeczy i niezadanie sobie trudu, by ująć coś tak, by nie zranić, a zmobilizować do zmiany. Ucząc się kłótni, czyli mówienia trudnych rzeczy w prosty i delikatny sposób, uczymy się też asertywności.

A nie sądzisz, że czasem niepotrzebnie mówimy pewne rzeczy, nawet jeśli mamy rację? Może zamiast zastanawiać się, jak to inaczej powiedzieć, darujmy sobie nasze oceny i mądrości?
Na pewno darujmy sobie komentarze raniące i dotykające sfery, na którą druga osoba nie ma wpływu. Nie mówmy: „Twoja matka na niczym się nie zna”, jeśli matka jest dla naszego partnera bardzo ważną osobą. Bo co on może zrobić z naszą informacją? Nie mówmy też: „Zazdroszczę mojej przyjaciółce, że jej mąż więcej zarabia”. Chcesz zmobilizować go do szukania lepszej pracy – powiedz, że w niego wierzysz.

Niektóre pary w kłótni wypominają sobie pochodzenie, wykształcenie, rodziców… Rzeczy od nas niezależne.
I jeśli to się często powtarza, może stać się przyczyną rozstania. Naprawdę. Ludzie odchodzą od siebie najczęściej wtedy, kiedy kończy się ich tolerancja na zranienie. Można być raz zranionym, dwa razy, trzy, ale kropla drąży skałę. Dlatego nie ma się co dziwić, że niektórzy rozstają się nie z powodu zdrady czy wielkiego przewinienia, tylko tego, że on po raz enty obraził ją w większym towarzystwie czy znów wypomniał coś sprzed lat. Bo czara goryczy się przepełniła.

A czy nauka kłótni obejmuje też naukę godzenia się? Ja na przykład nauczyłam się o sobie tego, że w momencie, gdy napięcie sięga zenitu, muszę wyjść na kilka minut, by się uspokoić. Dopiero potem mogę wrócić do rozmowy i dojść do porozumienia.
Kłótnia to otwarcie tematu i trzeba go umieć też zamknąć. Ty nauczyłaś się o sobie bardzo istotnej wiedzy i umiesz ją teraz wykorzystać. Wiele osób tego nie robi, nie wycofuje się w momencie, kiedy czuje, że już nad sobą nie panuje, a potem, kiedy kurz bitewny opadnie, nie wraca do tematu i zamiata wszystko pod dywan. Czasami wystarczy jedno zdanie: „Nie dogadamy się w tym temacie, trudno, niech tak zostanie”. Albo: „OK, tym razem wybierzmy rozwiązanie, za którym ty optujesz, ale umówmy się, że w innej kwestii zgodzisz się na moją propozycję”. Negocjujmy, uzgadniajmy: raz niech będzie po twojemu, raz po mojemu, a może w ogóle z tego zrezygnujmy. Zamknięciem sprawy może być też: „Słuchaj, nie rozmawiajmy już o tym, to nie ma sensu”, kiedy kłótnia dotyczy np. poglądów politycznych. Musimy umieć zamykać sprawy i mieć w sobie zgodę na różnice, jakie są między nami. Poznając materię kłótni, poznajemy też swoje style kłócenia się. Jest na przykład styl „na mruka”, częściej spotykany u mężczyzn. Ona gada i gada, a on nic. To też kłótnia, tyle tylko, że oparta na biernej agresji, bo partner nie odpowiada na zadane pytania, nie wchodzi w interakcję, odgradza się murem. Jest styl „włoski”, charakterystyczny dla typów emocjonalnych. Najpierw jest dużo krzyku i nawet rzucania przedmiotami, ale emocje szybko opadają i „Włoszka” lub „Włoch” już nie pamiętają nawet, o co była kłótnia. Dlatego bardzo ważne jest, by poznać swoje style kłócenia się i umieć zwrócić uwagę na to, co może być dla mnie i dla partnera szczególnie trudne.

Niektóre osoby bardzo źle tolerują na przykład podniesiony głos. Jeśli podnosimy go momentalnie, wręcz niezauważalnie, starajmy się mówić spokojnie. Podaję to z własnego doświadczenia, bo my z partnerem kłócimy się bardzo śmiesznie. On jest introwertykiem, szybko zamyka się w sobie i wycofuje. Ja jestem bardzo emocjonalna, mówię szybko i głośno. I wiem, że to bywa dla niego trudne. Staram się nad tym panować i żeby się uspokoić, zaczynam mówić bardzo powoli i wyraźnie, co szybko doprowadza go do szału, a chwilę potem – także mnie samą. Ale to jest dobre, bo ja zaczynam się wtedy śmiać, a chwilę potem on też. Śmiech cudownie rozładowuje napięcie.

Bywa też tak, że ona po kłótni czuje się zrelaksowana, jakby zeszło z niej powietrze, ma ochotę objąć partnera. A tymczasem on jest emocjonalnym wrakiem, bo dużo go ta sprzeczka kosztowała, i musi godzinę po tym ochłonąć.
I niech ma ten czas na ochłonięcie. Miejmy szacunek dla odrębności drugiej osoby. A co do dobrego stylu samego kłócenia się: nie wyciągajmy rzeczy z przeszłości, kłóćmy się o jedną, konkretną i bieżącą sprawę, nie o całokształt. Nie przywołujmy też osób trzecich na zasadzie „Nie dziwię się, że twoja żona cię rzuciła”. Nam, kobietom, zdarza się to często. Jesteśmy mistrzyniami dziwnej dyscypliny, w której od niewstawionego talerza do zmywarki w tempie kosmicznym przechodzi się do zarzutu, że on nie rozmawia z ojcem już od roku. A to dlatego, że często myślimy na skróty i wszystko łączy się dla nas w jakiś większy kontekst. Często w tym rozumowaniu jest dużo racji, bo nasz partner rzeczywiście może nie mieć uważności na potrzeby drugiej osoby, o czym mówiła mu jego żona i ojciec, a teraz jego podejście uwidacznia się w stosunku do domowych obowiązków – ale jeśli do jednego worka wrzucimy jego eksżonę, ojca i niepozmywane talerze, może być to komunikat nie do ogarnięcia. O wiele lepiej będzie usiąść z partnerem i na spokojnie z nim to przegadać, wspomnieć o ojcu, o byłej żonie i dodać: „Zastanów się, czy ty tak nie masz w relacji, że ludzie cię o coś proszą, a ty nie słuchasz, co ich bardzo irytuje. Wiem, że nie robisz tego złośliwie, ja ci tylko mówię, jak to jest odbierane, że może wkurzać i być powodem wielu konfliktów”. I naprawdę nie trzeba być psychologiem, żeby tak rozmawiać. Ale być człowiekiem, czytać mądre książki i fajne gazety, uczyć się siebie i rozwijać.

W wielu związkach kłótnia staje się codziennym rytuałem, pretekstem do tego, by drugiej osobie „nawtykać”.
Ja powiedziałabym raczej, że jest wtedy pretekstem do rozładowania napięcia. Ale to bardzo zły sposób. Istnieje tyle innych metod i dróg, by odreagować, partner nie jest naszym workiem treningowym.

Jeden z psychologów mówił niedawno w wywiadzie, że nie martwią go pary, które się często i burzliwie kłócą, tylko te, które już tego nie robią.
Ja powiedziałabym, że martwią mnie pary, które nie przychodzą do mnie w emocjach, bo związki, w których jest chłód i obojętność, rokują najgorzej. Podsumowując, nie bójmy się emocji, także tych trudnych, ale kłóćmy się w sposób konstruktywny.

Maria Rotkiel, psychoterapeutka, trenerka, dydaktyk, doradca rodzinny i zawodowy. Specjalizuje się w terapii par, terapii rodzinnej oraz doradztwie z zakresu rozwoju zawodowego i osobistego, autorka książek, w tym „Nas dwoje, czyli miłosna układanka” i „Nas troje, czyli rodzinne nastroje”.

  1. Psychologia

Jak widzą świat kobiety a jak mężczyźni? Rozmawiamy z Wojciechem Eichelbergerem

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Kobiety i mężczyźni widzą świat nieco inaczej. Różnimy się na poziomie struktury i funkcji centralnego układu nerwowego i hormonalnego, a różnic wpisanych w biologię płci nie da się przekroczyć ideowymi deklaracjami, pobożnymi życzeniami czy postanowieniami. Czy jest sens próbować to zmieniać? - zastanawia się Wojciech Eichelberger w rozmowie z Beatą Pawłowicz.

„Chłopaki nie płaczą”. Odrzuciliśmy to przekonanie jako szkodliwe dla mężczyzn, którzy hamując okazywanie uczuć, chorowali, a nawet umierali na zawały. Z drugiej strony  – mamy coraz więcej maminsynków, których byle niepowodzenie załamuje. Czy więc męskie łzy to dobry pomysł?
Nie wszyscy mężczyźni potrafią płakać. Nauczyłem się płakać na nowo już jako dorosły mężczyzna. W dzieciństwie płakałem jak wszystkie dzieci, ale w okresie dorastania postanowiłem, że więcej nie zapłaczę. Łzy upokarzały mnie w oczach rówieśników, a także karzącej matki. Przestałem więc płakać. Mężczyzna może sobie pozwolić na płacz, kiedy czuje się wewnętrznie mocny, dowartościowany. Łzy są dobre, bo przywracają sprawom właściwe proporcje, uczą pokory, gaszą narcystyczne namiętności. Ale też do dyskusji o męskich łzach dołączyli biolodzy i badacze mózgu. Ich zdaniem mężczyźni nie płaczą, bo m.in. mają prawie o połowę mniej prolaktyny, która wpływa na produkcję łez. Niezależnie jednak od tego płacz mężczyzny jest w trudnych sytuacjach nie tylko możliwy, lecz wręcz emocjonalnie niezbędny.

Nawet jeśli mężczyzna nie czuje takiej potrzebny?
Nie chodzi o zmuszanie go do łez, lecz o kulturowe przyzwolenie. Nie o stworzenie normy przyzwalającej na męski płacz z byle powodu: bo kelner się nie pojawia, bo dziura w oponie, bo kolega obgadał, a ona nie zwraca uwagi. Mężczyźni mają większą zdolność do kontrolowania emocji, bo pobudzenie tej części układu limbicznego, która za nie odpowiada, jest u nich kilka razy słabsze niż u kobiet. Co nie znaczy, że nie czują potrzeby płaczu. Łatwiej im tylko przychodzi opanowanie łez, gdy uznają, że to nie jest dobry czas lub miejsce. Nie ma w tym nic złego, wystarczy, że odczuwają emocje adekwatne do sytuacji. Jeśli nie odczuwają i nie rozumieją, dlaczego wszyscy mają łzy w oczach, a on nie, to znaczy, że pod grubą skórą, zrogowaciałą na skutek urazów i upokorzeń, utracili, ukryli zdolność do empatii…

Jak rozpoznać, że mężczyzna czuje, ale się kontroluje?
Mężczyźni rzadko przeżywają silne emocje w bezruchu. Poruszony emocjonalnie mężczyzna ma skłonność do działania, bo ciało migdałowate odpowiedzialne za emocje jest u niego powiązane z ośrodkami zawiadującymi aktywnością fizyczną. Mogliśmy o tym przeczytać w „Płci mózgu”. U kobiet natomiast silne emocje wpływają m.in. na ośrodek mowy. Działania mężczyzn przeżywających trudne chwile mają zazwyczaj charakter wspólnotowy – chcą coś zrobić dla swojej grupy lub rodziny: polują (zdobywają żywność), budują, walczą, bronią. Męskim sposobem wyrażania ważnych i silnych emocji były i nadal są rytuały. Żołnierze, zamiast płakać po śmierci towarzysza broni, wyrażają emocje honorami, eskortą, salwą z karabinu itd. Wyrażanie emocji w zrytualizowanym ruchu to jedna z różnic wynikających z funkcjonowania męskiego mózgu i hormonów. Nie wszystkie więc różnice są kulturowe, genderowe. Różnimy się na poziomie struktury i funkcji centralnego układu nerwowego i hormonalnego. Trochę inaczej widzimy świat, inaczej na niego reagujemy, porządkujemy informacje. A różnic wpisanych w biologię płci nie da się przekroczyć ideowymi deklaracjami ani pobożnymi życzeniami czy postanowieniami. Lepiej nauczyć się je dostrzegać, rozumieć i komunikować. I to jest punkt wyjścia do prawdziwego porozumienia i akceptacji.

To, że mężczyźni bywają opanowani i nastawieni na działanie, wydaje się dobre, zwłaszcza gdy ich partnerki są empatyczne, pod warunkiem jednak, że oboje szanują swoje odmienności.
Sensem międzypłciowych różnic jest ich komplementarność. Dzięki temu osoby w związku hetero dysponują kompletem unikatowych właściwości. Kobiety mają często większą tendencję do rozpamiętywania smutnych wydarzeń. Dlatego dłużej przeżywają żałobę. Gdyby mężczyzna będący z taką kobietą podobnie rozpamiętywał i użalał się nad swoim losem, oboje zanurzyliby się w rozpaczy i skazali na jeszcze większe kłopoty. Dlatego lepiej, gdy jedno z nich powie (a zazwyczaj jest to mężczyzna): „Mleko się rozlało, posprzątaliśmy, nauczyliśmy się czegoś, a teraz jedźmy do przodu, bo są sprawy do załatwienia”. Taka para ma więcej siły i zdolności przystosowania się do zmiennych kolei losu. Dlatego warto różnice doceniać i mądrze się różnić. Wiedzieć, co jest kulturowe, a co biologiczne, i nie wymagać od siebie samego i od siebie nawzajem rzeczy niemożliwych.

To, że mężczyźni nie słuchają, jest kulturowe czy biologiczne? Kobiety wciąż ich pytają: „Czy ty mnie słuchasz?”. Mężczyźni w kobiecej narracji nie zwracają uwagi na słowa, ale na emocjonalny przekaz i związaną z nim melodię głosu. Kobiety to interpretują jako lekceważenie: „Nie bierzesz tego, co mówię, poważnie”. Tak też może się zdarzać, ale w wielu wypadkach to niesłuszny zarzut. Powodem braku męskiej uważności na słowa jest bogate, melodyjne brzmienie kobiecego głosu, który dla męskiego ucha brzmi jak muzyka. Męskie głosy w porównaniu z kobiecymi są płaskie. Jeden z kompozytorów tak zainspirował się kłótnią z żoną, że napisał na tej kanwie jedną z kompozycji. Zapewne jego sposób słuchania wyprowadził ją z równowagi, ale ludzkość na tym skorzystała. Ale w sprawie rozumienia słów kobiety i mężczyźni ciężką pracą mogą wiele zmienić. Jako psychoterapeuta musiałem się tego nauczyć. Tak więc nawet to, co biologiczne, jest w jakimś stopniu do przekroczenia. Zwłaszcza że współcześni mężczyźni, wiele czasu spędzają wśród kobiet. Muszą nauczyć się czytać kobiety, ich emocje z wyrazu twarzy, oczu. To trudne, bo jeszcze do niedawna najważniejsze dla mężczyzn były informacje przekazywane przez twarze mężczyzn. Sprawność w tej sprawie warunkowała współpracę, odróżnienie wroga od sojusznika, czyli przeżycie. Dzisiaj to, co widzimy na twarzach kobiet, staje się też ważne.

Może stąd popularność książek o mowie ciała czy serialu „Magia kłamstwa”. Czemu jednak, choć różnice między płciami widzimy, nie chcemy ich zaakceptować?
Przede wszystkim dlatego, żeby było nam wygodnie i przyjemnie. A jest tak, gdy druga osoba jest do nas podobna. Wtedy łatwiej o porozumienie. Mężczyzna woli pogadać z kimś, kto podejmuje szybko decyzje i nie roztrząsa emocjonalnych niuansów. Kobieta lepiej czuje się z kimś, kto słucha i mówi o uczuciach. Dlatego kobiety pragną zainstalować tę kobiecą właściwość w swoich partnerach. Samo w sobie nie jest to złe, pod warunkiem jednak, że celem nie jest całkowita homogenizacja obu płci, lecz rozwój obojga partnerów polegający na uzupełnianiu brakujących zdolności i możliwości. Jeśli proces naszego dojrzewania nie zostanie zablokowany, z czasem zaczynamy doceniać różnorodność i wtedy nie jest ważne, by w związku było łatwo i przyjemnie, ale żeby było ciekawie i rozwojowo. Przestajemy więc dążyć do tego, żeby partnerów ukształtować na swoje podobieństwo. Zaczynamy doceniać wyzwania, jakie się z akceptacją różnorodności wiążą, bo odkrywamy, że dzięki nim stajemy się mądrzejszymi, otwartymi i kochającymi ludźmi.  

A może przekonanie o równości płci zmusza nas do lekceważenia i niwelowania różnic? Boimy się, że uznając je, podważymy przekonanie o naszej równości.
Z pewnością o różnicach pomiędzy kobietami a mężczyznami nie wypada mówić w towarzystwie, bo to grozi oskarżeniem o nierówne traktowanie. Ale te różnice zanikają dziś bez naszego świadomego udziału. Powodem jest nadmiar estrogenu w wodach gruntowych i żywności. Jest go dużo w ropopochodnych plastikowych opakowaniach. Antymęskie skutki ma także dodawana do produktów spożywczych nieprzefermentowana soja nazywana roślinnym estrogenem. Szkodzi męskim gonadom i hormonom, bo w organizmach mężczyzn oddziaływanie właściwego im testosteronu jest (już w łonie matki) ograniczane. Stąd zmniejszająca się waga męskich niemowląt, nieschodzenie jąder, gorzej rozwijające się mięśnie – a po osiągnięciu dojrzałości niedobór plemników. A więc to, co się dzieje w relacjach między płciami, jest w mniejszym stopniu wynikiem świadomej abdykacji mężczyzn czy emancypacji kobiet. Może to biologia odpowiada za bezsilność coraz większej liczby mężczyzn w wypełnianiu tradycyjnej – tej dobrze pojmowanej i wolnej od patriarchalnego skażenia – męskiej roli. I za coraz większy deficyt woli, odporności i determinacji w męskich działaniach oraz brak naturalnego dążenia do rozwijania atrybutów męskości  – uważanych za przyrodzone. Nadmiar estrogenu krążący w środowisku może także być szkodliwy dla kobiet, odpowiadając za rosnącą liczbę zachorowań na raka piersi i narządów rodnych. U kobiet uczestniczących w biznesowych rywalizacjach obserwuje się z kolei podwyższony poziom testosteronu, co powoduje kłopoty z płodnością i z budowaniem serdecznych, seksualnych relacji z mężczyznami. Efekt jest taki, że młode kobiety górują nad rówieśnikami agresją, determinacją i pewnością siebie – a także siłą libido.

Ale nawet mężczyzna z estrogenowego ekosystemu woli mecz, a jego superkobieta serial...
To też ma silne biologiczne podłoże. Mężczyzna identyfikuje się z drużyną, której kibicuje, i emocjonalnie uczestniczy w jej zmaganiach. A gdy jego drużyna zwycięży, organizm kibica wydziela duże ilości testosteronu. Hormon ten czyni mężczyznę zdolnym do agresji, bycia nieustraszonym w walce, i dzielnego znoszenia fizycznego oraz psychicznego bólu. Testosteron działa więc jak naturalny narkotyk, jest nagrodą za wspólnie przeżytą, zwycięską walkę. Ale jeśli drużyna przegrywa, to poziom testosteronu w organizmie kibica spada. A to nakłada odpowiedzialność na barki narodowych drużyn. Można powiedzieć, że odpowiadają za narodowy poziom testosteronu. Może więc obserwowany zanik cnót w narodzie wiąże się z brakiem sukcesów reprezentacji? Większość kobiet woli seriale zapewne dlatego, że nie mają wrodzonej potrzeby testosteronowego haju, choć na fali emancypacyjnej obsesji likwidowania wszelkich różnic kobieca awangarda poszukuje testosteronowej stymulacji i ofiarnie ogląda mecze, boksuje na ringach i walczy na wojnach. Możliwe efekty takiej kobiecej przemiany najlepiej streszcza dialog przeżywającej kryzys pary korporacyjnych wojowników w moim gabinecie: On: „Od czasu, jak zaczęłaś ostro rywalizować w pracy i w domu, zmienił się twój zapach. Przestałaś pachnieć jak kobieta. Stąd nasz kryzys łóżkowy”. Ona (z intencją rewanżu): „A ty przestałeś pachnieć jak mężczyzna”. On: „Niedługo poszukasz sobie pachnącej kobietą kobiety”. Wygląda na to, że emancypacja testosteronowa może mieć katastrofalne skutki dla intymnych relacji i trwałości rodzinnych więzi. Na szczęście jednak jest to zjawisko marginalne.

Dla większości kobiet seriale są ciągle naturalnym wyborem, bo mówią o budowaniu relacji z partnerami, z dziećmi i z sąsiadami, o emocjach i o związanych z nimi komplikacjach. Seriale to znakomity kurs psychologii stosowanej. To w tym od wieków specjalizują się kobiety. Dlatego mogą wspierać swoich bezradnych emocjonalnie mężczyzn w radzeniu sobie z trudną materią międzyludzkich związków. Jeśli jednak apokaliptyczna wizja estrogenowego potopu stanie się rzeczywistością, to symetria testosteronowa niebawem się pojawi. Lecz nie dzięki hormonalnej emancypacji kobiet – raczej wskutek stopniowej degeneracji męskich gonad.  

I co to wtedy będzie?
Starzejące się ludzkie społeczności złożone z niewydolnych seksualnie mężczyzn i bezpłodnych kobiet ustawiać się będą w kolejkach do klinik in vitro i masowo wynajmować matki surogatki pochodzące z rejonów świata mniej dotkniętych katastrofą cywilizacyjnego dobrodziejstwa. Pradziadkowie i metroseksualni rodzice gromadzić się będą przy łóżeczkach urodzonych przez surogatki dzieci, by opowiadać im o czasach, gdy na świecie żyły płodne, pachnące estrogenem kobiety o idealnym stosunku obwodu bioder do obwodu talii i muskularni, odważni i owłosieni mężczyźni, na których kobiety zawsze mogły liczyć. I wszędzie będzie słychać chichot historii. I to głośny.

WOJCIECH EICHELBERGER psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii; www.ipsi.pl

  1. Psychologia

Niepohamowane ego - największy wróg współczesnych związków

Czy w tych szybkich i nerwowych czasach potrafimy być ze sobą blisko? Zaangażować się prawdziwie w relacje? (Fot. iStock)
Czy w tych szybkich i nerwowych czasach potrafimy być ze sobą blisko? Zaangażować się prawdziwie w relacje? (Fot. iStock)
Czy w tych szybkich i nerwowych czasach potrafimy być ze sobą blisko? Zaangażować się prawdziwie w relacje? Według amerykańskiego nauczyciela Williama Weila przeszkadza nam w tym tylko jedna rzecz: nasze niepohamowane ego. To największy wróg współczesnych związków. Jak zatem sprawić, by przestało się rządzić?

William Weil patrzy na związki partnerskie dość realistycznie. Przyznaje, że nie są dla wszystkich. Sam stworzył szczęśliwą relację po latach prób i błędów. Kiedy pierwszy raz brał ślub, nie miał wątpliwości, że to związek na zawsze. Wszystko było jak w bajce, emanowało magią i tak miało pozostać! Nie pozostało – „wykoleiło się” już w pierwszym roku: „W fatalny sposób połączyliśmy arogancję z brakiem świadomości. Po jedenastu stresujących latach bycia razem i prób sprawienia, by wszystko jakoś grało, rozwiedliśmy się” – wyznaje. Tak naprawdę jego relacje z kobietami rozgrywały się według określonego schematu. Pierwsza dziewczyna była jak ze snu: najładniejsza w klasie, świetna tenisistka (miała prywatny kort!), kumpela, kochanka. Przez trzy miesiące znajomości ani razu się nie pokłócili. A potem – cóż – młody William znudził się. Przez kilkanaście kolejnych lat poszukiwał tej jedynej – w praktyce interesowały go tylko kobiety, które odrzucały jego zaloty albo trzymały go na dystans. Kiedy tylko zaczynały odwzajemniać uczucie, traciły dla niego urok. Wycofywał się w poszukiwaniu czegoś innego, czegoś więcej... Wreszcie zrozumiał: był uzależniony! Uzależniony od szukania kobiety, która go uleczy, uratuje. Oddawał swoją moc na zewnątrz. Posługując się drugą osobą, chciał załatać swoją emocjonalną dziurę.

Dziura w sercu

Niemal każdy przechodzi w dzieciństwie przez doświadczenie, którego rezultatem jest coś, co Weil nazywa „dziurą w sercu”. Czasem przez resztę życia próbujemy ją zapełnić – prestiżem, dobrami materialnymi, rozrywkami, używkami. Albo relacjami. Zwłaszcza kiedy uwierzymy, że istnieje gdzieś na świecie idealny partner, który nas „uzupełni”. Ironia przyciągania polega jednak na tym, że trafiamy na osoby z analogicznymi deficytami, napędzane podobnymi iluzjami. I wszystko kończy się rozczarowaniem. Chyba że – no właśnie – dostrzeżemy pułapkę, w którą wpadamy, i zajmiemy się wreszcie naszym podziurawionym sercem. Jak się okazuje, ten „rozczarowujący” partner może się tu okazać niezwykle pomocny.
„Kiedyś myślałem, że idealną dla mnie kobietą byłaby taka, która sama poradziła sobie z tymi wszystkimi częściami, które we mnie były poranione” – wyznaje Weil.
Weil w końcu pojął, że jeśli ma skupić się na uzdrowieniu dziury w sercu – potrzebuje kogoś innego. Kogoś, kto ma podobne (albo kompatybilne) wzorce. Kogoś całkowicie oddanego wspólnemu wzrastaniu. No i potrafiącego brać pełną odpowiedzialność za własne emocje. Z taką też kobietą w końcu się związał – pełną ran i mroków. Czasem oddalającą się emocjonalnie (dzięki czemu musi radzić sobie ze swoim lękiem przed opuszczeniem). Czy się kłócą? Tak, ale „umiejętnie”, konstruktywnie, nie tracąc z oczu miłości i wyższego celu.

Zwykło się mówić, że kluczem do udanego związku jest komunikacja. Kluczowe jest jednak takie prowadzenie rozmowy, by unikać angażowania się w gierki ego, które chce zwyciężać, mieć rację albo wykazać się znajomością tematu, podczas gdy druga osoba potrzebuje być „tylko” wysłuchana. Tak, słuchanie! Pewnie sam przekonałeś się, jakie to irytujące, gdy zwierzasz się drugiej osobie ze swoich kłopotów, a ta już „wszystko wie”. Zna remedium. Mówi „zrób to i to”. Może nawet podsuwany przez nią trop nie jest najgorszy, ale przecież nie o to ci chodziło! Chciałeś powiedzieć do końca, z czym się mierzysz, otrzymać zrozumienie, empatię – nie gotowe rozwiązanie. Masz dość inteligencji, by sam je znaleźć. Nie chcesz, by ktoś pozbawiał cię mocy; sam potrafisz, u licha, zaopiekować się sobą!

Kto wyrywa się z okrzykiem: „Wiem! Wyjaśnię ci, dam radę”? Kto zgadza się albo nie, bagatelizuje uczucia rozmówcy? Już pewnie wiesz, kto to (a raczej co). Tak, ego. Obserwuj je – jak budzi się, wierci, pęcznieje, pragnie dojść do głosu... Sprawdź, czy rzeczywiście „musisz” to powiedzieć. Skąd ta presja? William Weil podpowiada, by dostrzec, jak potrafi zmienić się osoba, która czuje się w pełni wysłuchana – staje się otwarta, receptywna. I zapewnia: „Pozwolenie, aby partner odczuł, że szczerze go rozumiesz, że łapiesz, o co chodzi, działa jak środek przeciwzapalny na każdą kłótnię”.

Konstruktywne uwagi

A co z trudnymi emocjami? Co z krytyką? Pamiętaj, że kiedy coś w zachowaniu partnera ci się nie podoba, nie jesteś w posiadaniu absolutnej prawdy (po prostu odwołujesz się do swoich subiektywnych filtrów). Pamiętaj o komunikacie „ja”. Weźmy przykład Weila. Załóżmy, że, siedząc w samochodzie jako pasażer, mówisz do partnera: „Jedziesz za szybko!”. Może nie jest to szczególnie surowy osąd, ale partner może się poczuć urażony: w końcu stajesz się swego rodzaju arbitrem, decydującym o obowiązujących normach; dajesz do zrozumienia, że druga osoba popełnia błąd. A może chodzi o to, że przy szybkości, z jaką jedziecie, odczuwasz niepokój, kręci ci się w głowie? Co się zmieni, jeśli powiesz: „Nie czuję się bezpiecznie, gdy jedziesz z taką prędkością”? Prawdopodobnie reakcja będzie natychmiastowa: partner bez oporu zwolni. Nie dlatego, że coś z nim „nie tak” – po prostu dałeś mu okazję, by się o ciebie zatroszczył i... skrzętnie z niej skorzystał. Bez dyskusji na temat kodeksu drogowego, warunków na drodze, mocy silnika, o tym, że „a ty w zeszłym tygodniu” i innych tego rodzaju argumentów, po które chętnie przy takich okazjach sięga ego.

Prośba, kontroferta, uznanie

W pewnych sytuacjach nie obędzie się jednak bez sformułowania prośby, co dla ego może być niemałym wyzwaniem. Powiedzmy, że chcesz wpłynąć na zachowanie partnera i odwołujesz się w tym celu do komunikatu „ja”: „Codziennie odkurzam mieszkanie, mam już dość”. Po czym... zauważasz brak rezultatu. Cóż, nie sformułowałaś (jakoś założyłam, że to o kobiecie) prośby! Ale przecież jaśniej już się nie da – chciałoby się powiedzieć. A jednak... Zdaniem Weila w takich sytuacjach trzeba być naprawdę bardzo konkretnym. Dla ciebie jest jasne: czasem chcę być wyręczona. Tymczasem dla twojego partnera komunikat o zmęczeniu odkurzaniem może oznaczać, że chcesz uzyskać jego aprobatę dla małego nieporządku w mieszkaniu. Albo nakłonić go do zatrudnienia sprzątaczki. Jesteś gotowa spytać, czy mógłby sięgnąć czasem po rzeczony odkurzacz? OK, pewnie dowiesz się, że mógłby. Ale licz się z tym, że to nic nie zmieni. Konkret! – woła Weil. Powiedz, czego oczekujesz i koniecznie określ ramy czasowe (lub – gdy mowa o stałym zobowiązaniu – częstotliwość). Inaczej nie masz prawa się dąsać! Weil widzi to tak: „Twoja (partnera proszącego) odpowiedzialność polega na upewnieniu się, że prośba, którą wyrażasz, została zaakceptowana, odrzucona lub zaproponowano alternatywę”.

Czy w tych szybkich i nerwowych czasach potrafimy być ze sobą blisko? Zaangażować się prawdziwie w relacje? (Fot. iStock) Czy w tych szybkich i nerwowych czasach potrafimy być ze sobą blisko? Zaangażować się prawdziwie w relacje? (Fot. iStock)

Jeśli to ty jesteś adresatem prośby ze strony partnera, rozważ, czy rzeczywiście chcesz ją spełnić. Nie? W takim razie może zgłosisz kontrofertę? – sugeruje Weil. I wyjaśnia: „Idealna kontroferta powinna uznawać wyrażone przez partnera potrzeby, obawy i pragnienia. Zanim się ją przedstawi, dobrze jest uznać złożoną prośbę”. Przykład: twoja partnerka chce pójść z tobą w niedzielę rano do lasu – najlepiej o świcie, żeby uniknąć innych spacerowiczów. Twoje ego ma ochotę storpedować ten pomysł, powiedzieć, że to bez sensu, ale zamiast tego mówisz spokojnie: „Wiem, że chciałabyś iść na spacer do lasu bardzo wcześnie. Wiem też, że uwielbiasz, gdy jesteśmy tam sami. Obawiam się tylko, że – jeśli się nie wyśpię – mogę być zmęczony i marudny. Myślę, że jeśli wyjdziemy o ósmej, wciąż nikogo tam nie będzie, a ja nie będę narzekać. Co o tym myślisz?”.

Chciałbym czuć się doceniony

Chcesz prawdziwego wyzwania w zakresie proszenia? Poproś o docenienie! Zdaniem Weila w tej kwestii też niezbędna jest pewna doza odpowiedzialności – jeśli nie zgłosisz potrzeby, możesz nie usłyszeć upragnionych pochwał. Oburzyłeś się? Cóż, to zrozumiałe... Kto z nas zwykł mówić: „Kochanie, chciałbym czuć się doceniony za zrobienie zakupów, za rzucenie palenia, za odebranie twojej mamy z lotniska”? I jaką wartość ma takie „wyproszone” docenienie? Zaryzykuj, spróbuj – zachęca Weil. A jeśli to dla ciebie zbyt „upokarzające”, powstrzymaj się przynajmniej przed narzekaniem na brak uznania. No i nie odmawiaj pochwał innym. Wyrażanie wdzięczności (choćby wewnętrznie) to jego zdaniem najlepszy sposób na pogłębienie duchowego połączenia z partnerem (albo wszechświatem). Pewnie słyszałeś to wielokrotnie (twoje ego mówi „wiem, wiem”), ale czy korzystasz z tej wiedzy? Czy dziękujesz za uśmiech partnera, za jego oddanie, wyrozumiałość? „Kiedy nie wyrażasz swojej miłości i uznania, powstrzymujesz przepływ” – twierdzi William Weil. „Podobnie, gdy nie dzielisz się czymś, co cię denerwuje lub budzi obawę”. A przecież wszyscy chcemy przepływu, miłości, prawdy. Chcemy nowej, przebudzonej Ziemi.

„Związki Nowej Ziemi” – takim właśnie hasłem (i tytułem książki, z której pochodzą wszystkie cytaty w tym artykule) operuje Weil. Czerpiąc inspirację od mistrza Eckharta Tolle'a. A konkretnie z jego bestsellerowej książki „Nowa Ziemia”. O czym pisze Tolle? O przebudzeniu, o przekraczaniu ego i wchodzeniu w przestrzeń obecności. To nasz główny cel na życie – z niego rodzą się wszystkie pozostałe. Jak by było pięknie, gdybyśmy zaczęli tworzyć oświecone związki. Gdybyśmy wspierali się w nich wzajemnie w byciu przebudzonymi. I gdyby to właśnie wspólne budzenie się z egotycznego snu było najcenniejszym, co może dać nam związek.