1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Najlepsze książki erotyczne poleca sex coach Marta Niedźwiecka

Najlepsze książki erotyczne poleca sex coach Marta Niedźwiecka

Fot. Getty Images
Fot. Getty Images
Zobacz galerię 11 Zdjęć
Jakie dzieła literatury erotycznej ostatnich 100 lat naprawdę warto przeczytać? Sex coach Marta Niedźwiecka przedstawia subiektywny, choć oparty na rozległej ankiecie, ranking najważniejszych nowożytnych książek erotycznych.

Nie będzie o "Pamiętnikach Fanny Hill" jako o dziele wiekowym i dość już zbutwiałym. Z przykrością odrzucę "Monologi waginy", bo choć znakomite, to jednak podporządkowane myśli feministycznej, więc nie są erotyką z narracją. Jeśli osobno policzymy Millera za "zwrotniki" i "Różoukrzyżowanie", to uzbieram 10 najważniejszych nowożytnych książek erotycznych i pornograficznych. Ale czuję, że to nieuczciwość wobec reszty. Bo już Charotte Roche mogę liczyć tylko za jedną wydaną książkę, choć czuję, że kolejna też będzie miała moc lodołamacza. Trudno - przedstawiam subiektywny, choć oparty na rozległej ankiecie, ranking mniej niż dziesięciu najważniejszych nowożytnych książek erotycznych.

1. Henry Miller, "Zwrotnik Raka" , "Zwrotnik Koziorożca" oraz trylogia Różoukrzyżowanie: "Sexus, Nexus, Plexus".
Millera liczymy jako jedną sztukę, po pierwsze dlatego, że swoim maniackim, pornograficznym stylem zapełniał niezliczone stronnice i reszta twórców zwyczajnie nie miałaby z nim szans w konkursie na ilość. Po drugie, choć zjawiskowo frenetyczny oraz  zjawiskowo oryginalny, jest jednak pisarzem dawno minionej epoki. Dzieła dla entuzjastów charakterów męskich od których autodestrukcji uczyli się Bukowski, Ginsberg i Burroughs. Prozy mistycznej i wywrotowej pisanej burbonem, krwią i spermą; świata początku zeszłego wieku, w którym pigułka, telewizja i porno nie odbiły jeszcze swojego piętna na wyobrażeniach seksu.

2.  Anaïs Nin, "Delta Wenus" i "Małe ptaszki".
  Zbiory opowiadań rewolucyjne z kilku powodów. W słowie wstępnym autorka zaznaczyła, że pisała je na zamówienie prywatnego kolekcjonera, który nakazał jej skupić się na seksie, a zrezygnować z poezji. Pisała w latach 40., ale książkę "Delta Wenus" wydano dopiero w latach 70. Co pokazuje, jak niecenzuralna, rewolucyjna i bez szans na sprzedawanie musiała być proza tworzona przez kobietę, z kobiecej perspektywy, a mówiąca  tylko o seksie. Podobno opowiadania wzięły się z fantazji snutych przez Anaïs, wspartych licznymi lekturami Kamasutry. Jak było, tak było - ważne, że opowiadania są relacją wszelkich możliwych przekroczeń, aktów perwersji relacjonowanych beznamiętnym i reporterskim tonem. Zawsze miałam wrażenie, że tej książki nie należy po prostu czytać, bo jest nieznośna. Trzeba ją sobie wyobrażać - wtedy ujrzymy Paryż jak z kabaretu, ludzi jak aktorów odgrywających sceny wyuzdania, realizujących za nas nasze fantazje. W 1995 r. prozę z wdziękiem zekranizował Zalman King.

3. Vladimir Nabokov, "Lolita"
. Wiem, że wszyscy wiedzą, iż to książka o namiętności starego faceta i nierozkwitłej nastolatki, która to namiętność z góry skazana jest na zagładę, a to z powodu różnicy wieku, a to z powodu tego, że Humbert jest zakochanym inteligentem, a Lolitka szczwaną, małą manipulatorką. Ładunek namiętności, liryki, żądzy jest w powieści tak wielki i tak zmysłowo opisany pięknym językiem, że wiele innych dzieł może iść ćwiczyć styl do kącika. Książka wszakże nie zawiera scen erotycznych opisanych dosłownie. Elementem perwersji jest natomiast wiek bohaterki. Ekranizacje były dwie: w 1961 r. - Stanley Kubrick, w 1997 r. - Adrian Lyne.

4. Pauline Reage, Historia "O"
. Na szczęście nie tylko moim zdaniem jedna z najlepszych książek erotycznych, może nawet pornograficznych ostatnich kilkudziesięciu lat. Co ciekawe, w mojej ankiecie lądowała na pierwszym miejscu u niemal wszystkich zapytanych kobiet. Historia młodej kobiety, wcale nie dziewiczej ani naiwnej, która zakochuje się w młodym mężczyźnie, a potem wszystko dzieje się inaczej niż w bajkach. Trafia do elitarnego "klubu", gdzie zostaje przygotowana do różnorakich relacji opartych na dominacji, podległości, nadużywaniu siły głównie psychicznej. Gdy wychodzi na światło dzienne, nie jest już tą samą osobą ani też jej to nie martwi. "O" jest pierwszą literą jej imienia, a także symbolem obroży noszonej na szyi i pierścienia, który pozwala identyfikować członków "klubu". Dość beznamiętny tok narracji w trzeciej osobie, w którym mało mamy informacji o emocjach bohaterki, a zamiast tego poznajemy wiele detali zarówno z przebiegu akcji, miejsc, jak i ubiorów i rytuałów, najwyraźniej służy jakości książki. Zdecydowanie ma to "coś". Powieść zekranizowana w 1975 r. przez Justa Jaeckina.

5. Klaus Kinsky, "Ja chcę miłości"
. Wykrzyczana, wypruta z trzewi autobiografia jednego z najbardziej kontrowersyjnych aktorów powojennego kina. Dzika, zmysłowa, odurzająca relacja z życia podporządkowanego zasadzie przyjemności, bez taryf ulgowych dla głównego bohatera, bez ułudy mieszczańskiego spokoju i normalności. Zupełnie niecenzuralna, pełna nieumiarkowania, brudu, namiętności  w seksie, w imprezowaniu i w życiu zmieszanym ze sztuką. Fryderyk Nietzsche powiedział kiedyś, że wielką literaturą jest tylko to, co krwią pisane. Kinsky nie oszczędzał na atramencie.

6. Xaviera Hollander, "The Happy Hooker: My Own Story"
. Nie ma polskiego tłumaczenia. Zawisła na liście wcale nie dlatego, że Xaviera jest wybitną literatką, bo nie jest. Ani dlatego, że jej autobiografia nosi cechy geniuszu, bo nie nosi. Jest natomiast pierwszą w historii autobiografią autentycznej prostytutki, która ze swojego życia zrobiła film pornograficzny, a siebie wykreowała na pierwszą pornocelebrytkę popkultury. Czytanie wymusza picie dużych ilości zimnej wody, bo czasami naprawdę ma się dość. W pewien perwersyjny sposób prawdziwa, bezpruderyjna opowieść o amerykańskim micie, hipokryzji, sile seksu używanego jako narzędzia, przedstawiona z kobiecej perspektywy. Xaviera mieszka obecnie w Amsterdamie, jest na emeryturze i angażuje się w edukacje seksualną.

7. Erica Jong, "Strach przed lataniem"
. Książka nazwana manifestem wyzwolenia kobiet, występująca wobec patriarchatu, norm społecznych, ustalonych zasad. Sama Erica dostała przydomek "papieżycy pornografii". Książka przedstawia seks kobiety żonatej z jednym, nudnym mężczyzną i oddanej romansowi z drugim, dużo bardziej interesującym. Literacko naprawdę gorzej niż średnia, przegadana, oddana w niewolę pretensjonalnej mowie zależnej, która wszystko relacjonuje, bez opisywania. Jest jednocześnie pełna poczucia humoru, żywiołowości wybuchającej chociażby w wulgaryzmach i naturalizmach opisów seksu, ciekawa odwołaniami do innych dzieł literatury i iście rewolucyjnym zapędem do zmian. Skoncentrowana na swoim ciele, jego fizjologii  wpisała się w silny nurt odzyskiwania cielesności kobiet, obecny w dyskursie feminizmu drugiej fali.

8. Charotte Roche, "Wilgotne miejsca"
. Powrót do autentyczności i "mięsa" w powieści. Krytyka europejska powitała książkę z zachwytem lub z oburzeniem. I ciężko się dziwić, bo ta proza nie pozostawia obojętnym. Żadnej stosowności i cenzury, żadnego rozdziału sacrum od profanum, jeden wielki kocioł emocji, przeżyć, wspomnień, refleksji. Opowieść o kilku dniach z życia Elizabeth z jej terapią, dramatami przeszłości, trywialnością codzienności, nieustannym potokiem słów, które w większości odnoszą się do seksu, seksualności, narządów, czynności, fantazji. Bez koturnów, punkowo czasem lirycznie w zupełnie nieprzewidzianych miejscach. Świeża, dzika literatura dla niegrzecznych dorosłych.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Lato służy seksualności – dlaczego na wakacjach mamy większą ochotę na seks?

Lato to najlepsza pora, żeby poczuć przyjemność z życia, zacząć robić coś nowego, poznawać nowych ludzi i nowe miejsca, przeżyć coś naprawdę ekscytującego. (Fot. iStock)
Lato to najlepsza pora, żeby poczuć przyjemność z życia, zacząć robić coś nowego, poznawać nowych ludzi i nowe miejsca, przeżyć coś naprawdę ekscytującego. (Fot. iStock)
Wiele jest rzeczy, które zasilają naszą seksualność i dają jej moc do wzrostu. Jest ich szczególnie dużo w lecie i wcale nie dlatego, że dziewczyny noszą krótkie kiecki, a faceci prężą wypracowane w pocie czoła muskuły - pisze sex coach Marta Niedźwiecka.

Siedzę schowana w cieniu palmy, na plaży po której stąpał nieśmiertelny Jack Sparrow. Wiatr goni chmury po niebie nieprzyzwoicie zaiste niebieskim, a ja z zadowoleniem wpatruję się w trzy kolory morza i sączę mojito. Drink jest nagrodą za starania dzisiejszego dnia, w końcu sporo dziś doznałam pod wodą. Myślę nad tym, jak naprawdę cudownie jest siedzieć na egzotycznej plaży i wchłaniać urodę tego świata. I jak wiele jest fenomenalnych rzeczy, które zasilają naszą seksualność i dają jej moc do wzrostu. Jest ich szczególnie dużo w lecie i wcale nie dlatego, że dziewczyny noszą krótkie kiecki, a faceci prężą wypracowane w pocie czoła muskuły.

Jeżeli jedziemy na urlop realizować plan, a nie poszukiwać przygody i przyjemności, to mogą nam umknąć podstawowe zalety wakacji. Wymienię więc pokrótce rzeczy, które latem robią dobrze na życie, ze szczególnym uwzględnieniem seksu. Wymienię z nadzieją, że komuś będzie się chciało pozbierać nieco tych wrażeń, doświadczeń, by wejść potem w polski, jesienny spleen w pełni mocy i radośnie pobudzonym. Lato to najlepsza pora, żeby poczuć przyjemność z życia, zacząć robić coś nowego, poznawać nowych ludzi i nowe miejsca, przeżyć coś naprawdę ekscytującego.

Słońce

Żyjemy w ciemnym, zimnym i mokrym kraju. A ciemno i zimno może przyczynia się do produkcji wyżu demograficznego, ale na pewno nie służy ars amandi. Słońce energetyzuje, wprawia w świetny humor, podnosi poziomu endorfin. Korzystanie z niego zazwyczaj wymaga wyjścia z budynku, co przekłada się zarówno na ilość niefejsbukowych znajomości, poprawę ukrwienia ciała, opaleniznę, jak i daje możliwość przeżycia czegoś w blasku słońca i w realu.

Lenistwo

Możecie wierzyć albo nie, ale nicnierobienie pomaga podnieść poziom libido. Ten prosty sposób stosowali już władcy Wschodu, zabraniając swym żonom i nałożnicom w haremach robić cokolwiek. Właśnie po to, by swoją energię kierowały na nocne aktywności. Ponieważ zazwyczaj jesteśmy przemęczeni, dociśnięci i skoncentrowani na zadaniach, psychiczny odpoczynek polegający na oddawaniu się lenistwu może nam pomóc zregenerować się i odzyskać zainteresowaniem światem, a może i seksualnością.

Aktywność

Wiem, że przed chwilą napisałam krótką pochwałę lenistwa. Jednak ludzie się od siebie różnią i są tacy, którzy zmuszeni do pozostawania w spoczynku w krótkim czasie robią się niebezpieczni dla otoczenia. Rozsądna porcja aktywności, szczególnie tych podnoszących poziom adrenaliny, działa cuda. Byle nie sport, bo zabiera tyle energii, że na zmysłowe i seksualne przyjemności może już nie wystarczyć. Szczególnie warte uwagi są aktywności wymagające kontaktu z ciałem i pobudzające większą ilość zmysłów (dotyk, zmysł równowagi, słuch, węch). Moim osobistym i zawodowym numerem jeden pozostaje od lat nurkowanie, które jest najskuteczniejszą i najszybszą drogą do poczucia się mocno połączonym ze swoim ciałem. A przyjemności przy tym jest co niemiara.

Jedzenie

Można o nim bez końca, bo to jedna z niewielu przyjemności porównywalnych z seksem. Pomijając afrodyzjaki czy rozbudzające działanie niektórych pokarmów, cieszenie się jedzeniem jest wspaniałe same w sobie. Cieszenie się nieznanymi dotąd smakami, w pięknym miejscu, najlepiej w dobrym towarzystwie jest niezmiennie na liście największych przyjemności świata. Każde pobudzanie zmysłowe - smaku, węchu, wzroku podkręca nasze libido i owocuje większym zainteresowaniem seksem. Wakacje bez orgii smaków są zmarnowaną okazją.

Nowości

Nasz mózg potrzebuje nowości, świeżych bodźców, wrażeń zmysłowych. Wakacyjne podróżowanie jest najlepszym momentem do zaznania tego wszystkiego. Miejsca, ludzie, przygody mogą stać się inspiracją na długo, wnieść coś wartościowego do naszego życia, otworzyć nas na zmiany. Przygody nie popsują się, ani nie wyjdą z mody, będą z nami na zawsze. I nie muszą to być dosłownie egzotyczne przygody erotyczne, żeby skorzystało na tym nasze życie intymne. Chociaż mogą, bo w sumie - czemu nie?

  1. Seks

Flirt – od zabawy do zdrady

Flirtując, gramy ze sobą w „Ja cię gonię, ty uciekasz, ale zaraz będzie zmiana ról” dotąd, dopóki nas to bawi. (Fot. iStock)
Flirtując, gramy ze sobą w „Ja cię gonię, ty uciekasz, ale zaraz będzie zmiana ról” dotąd, dopóki nas to bawi. (Fot. iStock)
Rozmawiając o flircie i zdradzie poruszamy się w bardzo delikatnej materii, bo każdy człowiek ma prawo postrzegać te zachowania inaczej.

Czym jest flirt?

Flirt jest starą jak świat zabawą dwojga ludzi prowadzących zalotną rozmowę, żartobliwą i nieco dwuznaczną, której towarzyszą kokieteryjne gesty i spojrzenia. Flirtując, gramy ze sobą w „Ja cię gonię, ty uciekasz, ale zaraz będzie zmiana ról” dotąd, dopóki nas to bawi. Zachowana jest równowaga sił, której już wyraźnie brak, gdy tylko jedna ze stron ewidentnie uwodzi drugą. W każdej chwili jedno z grających może się całkowicie wycofać z zabawy. Granice we flircie są wyznaczane i respektowane, nikt nikogo nie naciska, nie ma obietnic, zobowiązań, wielkich słów, deklaracji, nikt nie obraża się, gdy dostanie sygnał „stop”. Flirt to ulotna chwila, która niczego nie zmienia, kontakt jest bezpieczny dla samych flirtujących i ich stałych partnerów. Zagraliśmy swoje role i po skończonym spektaklu wracamy do normalnego życia – można przestać „wciągać brzuch”.

Flirtując, pokazujemy się od najlepszej strony, nasz rozmówca robi to samo i obydwoje przyjmujemy to za dobra monetę, nie doszukujemy się w sobie wad, słabych stron, nie zwracamy uwagi na fakty, bo nie mamy wobec siebie żadnych planów. Bawimy się chwilą, która nie ma dla nas żadnego znaczenia poza tym, że przez moment jest miło, bo dogłaskaliśmy swoje „ego”, byliśmy przez moment szalenie atrakcyjni, jak żywcem wyjęci z brazylijskiej telenoweli. W dłuższym, stałym związku, choćby nie wiem, jak wielka była miłość, wzajemna akceptacja i zrozumienie, jak wiele by było komplementów i czułości, to ludzie znają się jak „łyse konie”, jest śmietanka, ale wiemy że pod nią jest mleko. We flircie spijamy samą śmietankę.

Kto flirtuje?

Na pewno ci, którzy lubią „adrenalinę”, nudzą się, gdy jest za spokojnie, zbyt monotonnie, czyli ci, którzy wciąż potrzebują nowych doświadczeń. Ci, którzy lubią zwracać na siebie uwagę. Ci, który mają wysoką potrzebę uznania, akceptacji. Flirt zaspokaja wszystkie te potrzeby. W stałym związku MUSI być jakaś rutyna, bo trudno sobie wyobrazić żyjącą pod jednym dachem parę (na dodatek mającą dzieci), która działa bez planu, żyje chwilą, rzuca się „na spontanie” w coraz to nowe aktywności. Trudno też oczekiwać, że partner będzie nas nieustannie chwalił, nagradzał i adorował – niestety dostajemy czasem „po nosie”, bo dajemy do tego powody, bo jesteśmy tylko ludźmi. W stałym związku nie możemy nic na dłuższą metę udawać, jesteśmy po prostu sobą i fajnie, że nie musimy cały czas „wciągać brzucha”, bo kto by to wytrzymał?

Subiektywne postrzeganie

Jeśli mamy stałego partnera, to nie my sobie, ale ON daje nam lub nie wolność do flirtowania. Nawet jeśli my wiemy, że to co robimy, jest całkowicie bezpieczną zabawą, ale gdy kochamy naszego partnera i jest on najważniejszą dla nas osobą, której absolutnie nie zamierzamy opuścić, to musimy się zastanowić, jak odbierze nasze zachowanie. Są ludzie, którzy z rozbawieniem przyglądają się swojemu partnerowi grającemu w grę „Czarujmy się nawzajem”, śmieszą ich „wciągnięte brzuchy” flirtujących. Są też tacy, którzy wręcz lubią na tę zabawę patrzeć, bo miło im, że ICH partner jest dla kogoś na tyle atrakcyjny, że ten dla niego „wciąga brzuch”. Ale są też tacy, którzy czują się przestraszeni, zagrożeni, zranieni. Za każdą z tych postaw wobec flirtu stoi cała złożoność naszej psychiki. Można by analizować jakie cechy, jakie doświadczenia, jakie potrzeby sprawiają, że jedni aprobują flirt partnera, a inni nie, ale w codziennym życiu nie ma to żadnego sensu. Ważne jest dostrzec reakcję partnera na naszą zabawę, potraktować serio to co do nas mówi i jego: ”Nie flirtuj” przyjąć jak jedenaste przykazanie. Bez głupiego gadania: ”O co ci chodzi? Nie przejmuj się” – jakby mógł, to by się nie przejmował…

Krok do zdrady

Po „zdefiniowaniu” flirtu różnica między nim a zdradą jest chyba tak oczywista, że nie muszę opisywać, czym jest zdrada. Ona zawsze rani i tyle. Proste kryterium krzywdy, które lubię stosować, spycha zdradę do kategorii zachowań zakazanych. Mądrzej to kryterium brzmi: „Moje prawa kończą się tam, gdzie zaczynają się czyjeś prawa”, więc nawet jeśli marzę o opychaniu się „śmietanką”, czyli zaspokajaniu wszystkich moich zachcianek, to muszę patrzeć, czy innym nie zostanie samo mleko, na dodatek skwaśniałe tak, że aż trujące. Zdrada zawsze jest krzywdą dla partnera, nawet jeśli dla nas była nic nie znaczącym epizodem: wynikiem chwilowej ciekawości czy efektem utraty rozumu po nadużyciu alkoholu. Partnerowi, który dowiaduje się o zdradzie, rujnujemy poczucie bezpieczeństwa i poczucie własnej wartości – podstawowe potrzeby każdego człowieka. Żadne tłumaczenia, że „skok w bok” był incydentem bez konsekwencji nic nie dają, bo zdradzający może nie odczuwać konsekwencji (jeżeli jest „nieprzemakalny moralnie”, czyli za nic ma zasady i normy), ale zdradzany poczuje je zawsze.

  1. Seks

Seks na ekranie – jak aktorzy grają sceny łóżkowe i na czym polega koordynacja intymności?

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Normalni ludzie" (HBO GO). (Fot. materiały prasowe)
Koordynator intymności uczy aktorów mówienia o swoich granicach, ale i potrzebach. O tym, co jest dla nich trudne i nie do przyjęcia, a co chętnie by przećwiczyli i oswoili. Taka edukacja przydałaby się chyba nam wszystkim. Rozmawiamy z Kają Wesołek i Anną Zabrodzką, pracującymi przy nowym serialu Netflixa „Sexify”.

Jak się robi całowanie na ekranie? Na czym polega koordynacja intymności?
Kaja Wesołek:
Przede wszystkim na tym, że kręcimy sceny w sposób bezpieczny dla aktora. Jeżeli on lub ona czują się niekomfortowo z głębokim pocałunkiem, to kręcimy to w taki sposób, żeby oszukać trochę kamerę i żeby pocałunek wydawał się głębszy niż jest w rzeczywistości. Wcześniej tego typu sceny były kręcone na zasadzie: „Skoro mamy w scenariuszu pocałunek, to całujcie się, i już”. Najczęściej nie było nawet żadnych prób.

Koordynacja intymności to budowanie zaufania i oswajanie aktorów ze sobą. Ważne jest, aby poczuli się bezpiecznie, wypracowali komunikację, nauczyli się wzajemnego słuchania, obserwacji i dbania o siebie nawzajem. Kolejnym elementem koordynacji jest świadoma zgoda. Na próbach korzystam z ćwiczenia autorstwa Ity O'Brien, w którym aktor zadaje pytania: „Czy mogę cię dotknąć i położyć rękę na twoim ramieniu?”. A druga osoba mówi: „Tak” albo: „Nie, jeszcze tego nie czuję”. To jest właśnie budowanie świadomej zgody. Bo dla każdego aktora czy aktorki „intymność” oznacza co innego. To może być pokazanie pośladka, piersi, przytulenie się, seks symulowany czy głęboki pocałunek.

Kadr z serialu 'Sexify' (Netflix). (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Sexify" (Netflix). (Fot. materiały prasowe)

Anna Zabrodzka: Dlatego pracę zawsze trzeba zacząć od definicji intymności i wyznaczenia jej komfortowych granic. Określenia tego, co jest dla mnie trudne i nie do przyjęcia, a co chciałabym przećwiczyć i omówić. Czy wolałabym się oswoić i przećwiczyć pocałunki, czy pójść na żywioł przed kamerą.

Ważne jest to, że w każdym momencie sceny intymnej można to jeszcze zmodyfikować, jeśli ktoś nie czuje się jednak komfortowo. Bo nie chodzi o przekraczanie swoich granic, tylko o to, żeby te granice w sobie oswajać. Uczymy aktorów mówić o tym, czego potrzebują. Bo najczęściej są przyzwyczajeni do tego, że skoro tak jest napisane w scenariuszu, to przychodzą na plan i muszą to zrobić. A my odwracamy tę sytuację: „Aktorze, spójrz na siebie, z czym czujesz się OK?”.

Na co dzień zajmuję się psychoterapią osób dorosłych i myślę, że pierwsze spotkanie to dokładnie to samo, co się dzieje w gabinecie terapeutycznym. Spotykamy się, rozmawiamy o tym, kim jesteśmy, z jakiego powodu i po co tu jesteśmy, czym się zajmujemy, jaka jest nasza rola i zadania. Razem z Kają zbierałyśmy też informacje o potrzebach i oczekiwaniach aktorów, o tym, jak sobie wyobrażają naszą pracę.

I jak sobie wyobrażali?
A.Z.: Pojawiało się bardzo dużo obaw, bo to, co nieznane, zawsze budzi lęk. Naszym zadaniem była praca z tym lękiem.

K.W.: Serial „Sexify” to pierwsza produkcja, która tak intensywnie zaangażowała koordynatorki intymności w Polsce. Uczyłyśmy się tego zawodu w trakcie, łącznie z reżyserami, producentami i aktorami. Na Zachodzie funkcjonują procedury, których w Polsce jeszcze nie mamy i dopiero je tworzymy. Poza głównymi aktorkami – Sandrą Drzymalską, Marią Sobocińską i Aleksandrą Skrabą – pracowałyśmy również z epizodystami i statystami. Co ciekawe, żadna aktorka czy statysta nie zgłosili nagości jako sceny intymnej.

Dla mnie scena nagości również jest intymna. Zresztą najlepsza według mnie taka scena w serialu „Sexify” to ta, gdy jedna z bohaterek pokazuje swoje nieperfekcyjne kompletnie nagie ciało.

K.W.: Dla ciebie nagość mogłaby być intymnością, a aktor może powiedzieć, że to zadanie aktorskie. Spotykałyśmy się z różnymi postawami, od „zagram wszystko" po „ale tylko podniosę sukienkę, żeby było widać kolano, i nie pozwalam na odsłonięcie moich piersi”.

Pamiętajmy, że intymna scena rozgrywa się zwykle z udziałem dwóch osób, tak że ktoś może się czuć komfortowo, ale druga strona może powiedzieć: „Hej, a ja nie czuję się dobrze z twoją otwartością”.

Kadr z serialu 'Sexify' (Netflix). (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Sexify" (Netflix). (Fot. materiały prasowe)

A.Z.: Uczymy aktorów i aktorki otwartej komunikacji i asertywności. Mówienia: „Nie zgadzam się na to, żebyś teraz był tak blisko mnie, potrzebuję chwili, by się z tobą oswoić”. Na planie byłyśmy mediatorami pomiędzy aktorami a innymi członkami ekipy w zakresie potrzeb i komfortu aktorów.

Dobrym przykładem jest tu współpraca z pionem kostiumów, który przedstawia możliwe zabezpieczenia stref intymnych. Dla kobiet jest cielista bielizna, stringi czy naklejki wysłaniające miejsca intymne, a dla mężczyzn również cielista bielizna, stringi i sakiewka na genitalia. Aktorzy mogą wybrać, w czym gra się im najwygodniej.

Jakie trzeba mieć doświadczenie, żeby zostać koordynatorką intymności?
K.W.: Certyfikaty do pracy w roli koordynatorów intymności na planach zdjęciowych w Europie wydaje Intimacy for Stage & Screen w Wielkiej Brytanii. Kiedy podczas jednego z treningów online z Lizzy Talbot, która razem z Itą O'Brien pracowała m.in. przy serialach „Normalni ludzie”, „Sex Education” czy „Bridgertonowie” – zapytałam, czy jest szansa, by taki kurs ukończyła osoba z Polski, usłyszałam, że na razie nie. Koordynacja intymności jest mocno osadzona w danej kulturze i języku. Ktoś, dla kogo język angielski jest drugim językiem, może nie zrozumieć kontekstu kulturowego. Mam nadzieję, że to się w przyszłości zmieni, teraz doszkalamy się online i pracujemy na planach zdjęciowych jako psychologowie od „trudnych scen”. Tak było przy „Ciemno, prawie noc” Borysa Lankosza, gdzie jest wiele scen przemocy i wykorzystania dzieci, czy „Królu” Jana P. Matuszyńskiego. Czerpiemy więc wiedzę z wcześniejszych doświadczeń z planów zdjęciowych, na których byłyśmy w roli psychologów.

A.Z.: Jestem certyfikowaną psychoterapeutką i diagnostką kliniczną, ale zdarzało mi się pracować też przy produkcjach telewizyjnych, na przykład przy „Big Brotherze”. Dobrze wiem, jak wygląda proces tworzenia filmu – od przygotowań do premiery. Moja mama jest montażystką, mój tata był scenografem. W przeszłości stawałam przed kamerą i na scenie teatralnej. W pracy koordynatorki intymności, w duecie z Kają, to ja jestem od przygotowania psychologicznego aktorów do roli. By byli w niej, a nie grali sobą. Po to właśnie wykorzystuję techniki z psychologii i psychoterapii.

K.W.: A ja zajmuję się pracą z ciałem aktora i ćwiczeniami, które to ciało oswajają. Jako dziecko byłam tancerką, później dostałam się do szkoły teatralnej w Warszawie, miałam angaż w Teatrze Narodowym, tak że 15 lat spędziłam na scenie, jednocześnie studiując psychologię. Dlatego wiele technik do pracy nad intymnością zaczerpnęłam z improwizacji charakterystycznej dla tańca współczesnego.

Rozpisujecie sceny na zasadzie ruchu tańca albo sztuk walki? Tak było w serialach „Euforia”, „Sex Education” czy „Normalni ludzie”. Dzięki temu aktorzy wiedzą, w którym dokładnie miejscu znajdzie się ręka, noga przy kolejnym ruchu ciała, a to zwiększa ich poczucie bezpieczeństwa.
K.W.: To, o czym mówisz, to choreografia intymności, czyli ostatni etap koordynowania intymności. Przy „Sexify” tej choreografii nie układałyśmy, dlatego że scenariusz był wcześniej konsultowany z seksuologami i dostałyśmy już gotowe storyboardy, które omawiałyśmy z aktorami. Pytałyśmy, czy taka pozycja seksualna jest spójna z ich wizją postaci, którą mają zagrać. Na pewnym etapie to aktorzy wiedzą, a właściwie czują swojego bohatera lepiej niż sam reżyser.

Ważne jest to, że wszystkie próby na planie odbywają się w ubraniach. Dopiero gdy filmujemy scenę, aktorzy zdejmują ubrania, a obok zawsze stoi ktoś gotowy, by ich okryć.

Kadr z serialu 'Euforia' (HBO GO). (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Euforia" (HBO GO). (Fot. materiały prasowe)

Jakie są wytyczne do pracy dla koordynatora intymności?
K.W.: Przede wszystkim nigdy nie pokazujemy nagich genitaliów aktora z przodu, jedynie od pasa w górę lub z tyłu, tak że widać nagie pośladki. Umawiamy się też na to, jakim językiem posługujemy się na planie, które sformułowania są dopuszczalne. Nie ma miejsca na żarciki z intymności. Nie mówimy kolokwialnym językiem: mineta, tylko: seks oralny. Nie rozmawiamy z aktorem, który jest nagi, reżyser podchodzi do aktora, dopiero gdy ten jest już okryty. Aktor zgłasza gotowość do nakręcenia sceny.

Co to w ogóle znaczy dobra scena seksu?
K.W.:
Dobra scena seksu to taka, która prowadzi dalej historię w filmie. Ona musi być po coś, opowiadać i wnosić coś do filmu. Jeżeli scena seksu jest tylko dla seksu, to się nie uda. W „Nimfomance” Larsa von Triera każda scena jest po coś, nawet ta ekstremalna. Poza tym jeżeli aktor nie czuje się komfortowo z reżyserem, wiadomo, że na planie będzie napięcie i to właśnie intymne sceny szczególnie się opóźnią. Sceny w „Sexify" były kręcone o czasie, bo aktorzy byli gotowi psychicznie.

A.Z.: Ja bym to nazwała autentycznością w roli. Seks na ekranie musi być autentyczny. Dlatego najpierw potrzebne jest wejście aktora w rolę, ale i świadome wyjście. Ciało pokazuje, kiedy nie czujemy się komfortowo, dlatego ważne, żeby ten sygnał zauważyć. Bo jeśli nie dostrzegam tego napięcia w ciele, tylko gram dalej, to scena nie będzie autentyczna.

Dobra scena seksu musi być autentyczna, ale nie musi być seksem w realu?
K.W.: Lars von Trier chyba jako jeden z pierwszych pokazał prawdziwy stosunek w „Nimfomance”. Pytanie, co na to koordynator intymności. Czy to już przemysł soft porno? Czy aktor świadomie przekracza swoją granicę i granice innych? Istnieją produkcje, w których koordynatorzy nie są potrzebni, bo twórcy nie chcą dbać o zachowanie tych granic. Mam szacunek dla każdego widza, także tego, który potrzebuje na ekranie czegoś więcej. Ale i tego, który będzie się czuł lepiej, wiedząc, że ogląda sceny kręcone bezpiecznie.

Koordynatorzy intymności dbają także o bezpieczeństwo widza, żeby nie poczuł się niekomfortowo, oglądając scenę intymną?
A.Z.: W pewnym sensie tak. Jeżeli produkcja angażuje koordynatorów intymności, daje widzowi pewność, że sceny były kręcone z szacunkiem dla granic aktorów.

Kadr z serialu 'Sex Education' (Netflix). (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Sex Education" (Netflix). (Fot. materiały prasowe)

Co jako koordynatorki intymności poleciłybyście wszystkim, nie tylko aktorom, by seks nas nie krępował i byśmy czuli się w nim bezpiecznie?
A.Z.:
Dla mnie dużym autorytetem jest psychoterapeutka Esther Perel, która napisała poradnik „Inteligencja erotyczna”. Pisze o namiętności i pożądaniu. O podstawach szacunku do siebie i świadomości tego, na ile daję sobie do czegoś prawo.

K.W.: Naszym aktorom dawałyśmy ćwiczenie, które każdy może odnieść do siebie. „Spisz, co robi ta postać, jakie ma przekonania na temat tego, co powinna robić w życiu. Czym jest dla niej seks. Co lubi, a czego nie. Co czuje w trakcie seksu”. Jako koordynatorka najbardziej korzystam z nurtu humanistycznego, czyli: czego potrzebujesz?

A.Z.: Sesja terapeutyczna również jest rozmową o intymności. Bo jeśli ktoś przychodzi do mnie po pomoc, to mówi o swoich intymnych sprawach. A moim zadaniem jest zadbać o jego poczucie bezpieczeństwa i szacunek do siebie nawzajem. To według mnie podstawa udanego życia, również tego seksualnego.

A co poradziłybyście parom, które dopiero się poznają? Jak komunikować swoje granice jasno, ale jednocześnie tak, by druga strona nie poczuła się odrzucona?
A.Z.: Uważam, że w każdej relacji, na każdym etapie, ważna jest umiejętność słuchania oraz empatia. Myślę tu o obydwu stronach. Jeśli słucham siebie, to wiem, czego mi potrzeba, ale dopuszczam, że moje potrzeby nie muszą zostać w pełni zaspokojone przez drugą stronę, bo ona może mieć inne. Jeśli potrafię prawdziwie słuchać rozmówcy, poznaję jego potrzeby, sposób myślenia, oczekiwania, daję przestrzeń, to przyjmuję go takim, jakim jest. To wcale nie oznacza, że to mnie zobowiązuje do tego, aby zawsze w pełni spełniać jego oczekiwania, bo nie muszą one iść w parze z moimi. Ważną umiejętnością jest wspólne poszukiwanie rozwiązań, w których każdy jest gotowy pójść na jakieś ustępstwo. Innymi słowy: znaleźć to, co może nas łączyć, czyli wspólny cel oraz być gotowym z czegoś zrezygnować, zyskując relację.

Anna Zabrodzka, psychoterapeutka, psycholożka, pracuje w nurcie psychodynamicznym i systemowym. Prowadzi psychoterapię indywidualną osób dorosłych, także psychoterapię online.

Kaja Wesołek, trenerka aktorstwa dziecięcego, koordynatorka intymności i konsultantka scenariuszy. Z wykształcenia psycholożka, absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego.