1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Związki: do czego potrzebna jest randka?

Związki: do czego potrzebna jest randka?

123rf.com
123rf.com
Randka służy wstępnemu poznaniu drugiej osoby oraz sprawdzeniu, czy spełnia ona nasze wyobrażenia o kandydacie na partnera życiowego.

I choć dziś randkowanie coraz częściej uważane jest za hobby czy styl życia, a coraz rzadziej rozpatrywane jako droga do znalezienia drugiej połówki, osoby, które chcą stworzyć związek, nie mają wyjścia. Muszą umówić się na randkę. Jak zatem upewnić się, że osoba, dla której poświęcasz wieczór, warta jest kolejnego spotkania? Oto kilka wskazówek:

  • po pierwsze, zwróć uwagę, czy twoja "randka" jest miłą osobą. Niby większość ludzi jest miła, ale tu chodzi o kogoś, kto np. jest uprzejmy nie tylko wobec ciebie, ale też wobec zajmującej się waszym stolikiem kelnerki. Kto nie komentuje negatywnie wszystkich i wszystkiego dookoła. Kto jest uczynny, ma pozytywny stosunek do świata i słucha cię podczas rozmowy, a nie bawi łyżeczką i spogląda na inne dziewczyny.
  • po drugie, zastanów się, jak wygląda wasza rozmowa. Czy macie wspólne tematy? Czy tylko jedna strona mówi, czy prowadzicie dialog? Czy on cię rozśmiesza, czy wręcz przeciwnie - nie rozumie twoich żartów?
  • trudno to sprawdzić na pierwszej randce, ale to ważne, by porozumieć się w kwestiach dla was najważniejszych. Dowiedz się, jakimi wartościami w życiu kieruje się twój wybranek, czy np. chodzi do kościoła, chciałby mieć dzieci, co jest dla niego ważne, jakie ma plany zawodowe i życiowe.
  • i wreszcie ostatnie, ale równie ważne - czy ten chłopak cię kręci? Czy pociąga cię fizycznie? Czy podobają ci się jego dłonie, jego głos, zapach czy uśmiech? Czy czujesz, że jest między wami chemia, że mogłabyś się w nim zakochać?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Kalendarz erotyczny

Seksualne potrzeby i wizja życia erotycznego mężczyzn i kobiet przez pierwsze 20 lat… mocno się rozmijają. W trzeciej dekadzie życia zaczynamy podobnie myśleć „łóżkowo”, by po kolejnych 10 latach osiągnąć stan jedności. (Fot. iStock)
Seksualne potrzeby i wizja życia erotycznego mężczyzn i kobiet przez pierwsze 20 lat… mocno się rozmijają. W trzeciej dekadzie życia zaczynamy podobnie myśleć „łóżkowo”, by po kolejnych 10 latach osiągnąć stan jedności. (Fot. iStock)
Piękni dwudziestoletni, zapracowani trzydziestoletni i świetni czterdziestoletni! Kochankowie jak wino – im starsi, tym lepsi. Właśnie tak!

Co widzi mężczyzna, kiedy patrzy na kobietę? Generalizując – dwudziestolatek widzi seks, seks i jeszcze raz seks. Dziesięć lat później dostrzega w niej partnerkę, ale i jej wymagania. Dopiero po czterdziestce ujrzy osobę. A kobieta? Niezależnie od wieku, w mężczyznach widzi przede wszystkim kandydatów na życiowych partnerów.

Natura spłatała nam niezłego figla: dojrzewanie mężczyzn i kobiet, ich seksualne potrzeby i wizja życia erotycznego przez pierwsze 20 lat… mocno się rozmijają! W trzeciej dekadzie życia zaczynamy podobnie myśleć „łóżkowo”, by po kolejnych 10 latach osiągnąć stan jedności.

Młody, zdolny 20+

Dla niego życie to seks. Testuje, szuka, sprawdza. Jest w pełni erotycznej mocy, napędza go duża dawka hormonów.

– Dwudziestolatek ma wrażenie, że jest u bram niebios! – mówi Małgorzata Zaryczna-Pogorzelska, seksuolożka, psycholożka i terapeutka. – Odkrył, że świat erotycznych rozkoszy stoi przed nim otworem. Jako nastolatek stwierdził, że ma sprawnego penisa. Teraz bada, co ten penis potrafi.

To jeden z najprzyjemniejszych treningów. Świat wreszcie pozwala mu na seksualną swobodę. „Nie mogę”, „nie wolno” – te słowa straciły dla niego znaczenie. Młody mężczyzna zachłystuje się więc seksem. – Jego życie to Walhalla, pełna pięknych kobiet, które można uwodzić, porzucać, podrywać kolejne, sprawdzać, co sam lubi, jak lubi i gdzie lubi – tłumaczy seksuolożka. – Jeśli postanowi rzucić się w wir seksualnych przygód i czerpać z nowej wolności garściami, nie myśli o odpowiedzialności i konsekwencjach. Używa życia. Zdaniem ekspertki, tę seksualną karuzelę dodatkowo nakręca świadomość, że to ostatni moment, by zaczerpnąć wolności. Dlatego pogoń za przygodami nabiera intensywności.

– Młody mężczyzna jest jak turysta w nowym mieście: ma wielki apetyt i każdy posiłek chce zjeść w innej restauracji – tłumaczy seksuolożka. – Jego relacje cechuje niestałość, zmienność, skłonność do eksperymentowania i naginanie granic. Szuka wprawdzie partnerki dla siebie, ale nie ma w nim jeszcze chęci stabilizacji, gotowości do pracy nad związkiem. Czuje się niczym w sklepie samoobsługowym. Mnóstwo rzeczy może oglądać, ale żadnej nie musi zabrać do domu.

Młodzieniec i jego dziewczyna

Czy to znaczy, że młodzi mężczyźni nie potrafią kochać? Skądże! Młodzieniec, zupełnie niespodziewanie dla samego siebie, może się gwałtownie i głęboko zakochać. Ulec potężnej fascynacji, która potrwa dłużej lub krócej. Jednak nie jest to jego celem. Choć może mu się zdarzyć miłość na całe życie – będzie to raczej przypadek. On na razie testuje i sprawdza – oraz wybiera kobiety, które… będą się podobały jego kolegom.

– Dwudziestolatek wciąż znajduje się pod silnym wpływem grupy rówieśniczej. Wybiera więc takie kobiety, których koledzy będą mu zazdrościć – tłumaczy Zaryczna-Pogorzelska.

Kolejną tajemnicą młodego mężczyzny jest to, że… paradoksalnie jego życie erotyczne jest mało owocne. – Taki, powiedzmy, dwudziestotrzylatek uprawia dużo seksu, ale uczy się niewiele. Pragnienie zdobycia kolejnych partnerek, potrzeba sprawdzania się sprawiają, że ma mało okazji, by dowiedzieć się, co naprawdę lubi. Bardziej się skupia na ocenie i osiąganiu niż na poznawaniu własnych seksualnych apetytów. Większość młodych chłopaków po prostu „zalicza” – mówi seksuolożka.

I przez to właśnie nie są najlepszymi kochankami. Kobieta i mężczyzna w tym wieku  kompletnie się rozmijają. Bo dwudziestolatka też przejawia tendencje do szukania przygód, eksplorowania świata seksu i poznawania jego granic – ale najchętniej robiłaby to w jednych ramionach. Niestałość i gwałtowność związków tego czasu to dyktat mężczyzn. Kobiety płacą za to wysoką cenę: – Mając dwadzieścia parę lat, najczęściej nie znają jeszcze swoich ciał i pragnień na tyle, by z łatwością szczytować, bo u kobiety jest to umiejętność nabyta, nie wrodzona – ostrzega ekspertka. – A uczyć się niełatwo. Z jednej strony czują presję otoczenia i mediów, by być istotą seksualną, a z drugiej – wolność seksualna rozbija się o stereotypy i ograniczenia kulturowe. Bądź seksowna, ale nie bądź łatwa. Uwódź, ale nie prowokuj. Wiele młodych kobiet ma więc zahamowania, kosztuje seksu powoli i nieśmiało. Testują swoje możliwości, potrafią erotycznie brylować w grupie, być niezwykle kobiece – ale to często tylko seksualny blef. Wykorzystują swoje ciała, by zainteresować i zatrzymać przy sobie młodych mężczyzn.

Właśnie wtedy mogą pojawić się takie problemy jak odczuwanie bólu podczas współżycia i brak orgazmu, związane ze zmuszaniem się do seksu i brakiem komunikowania swoich potrzeb. Młode kobiety w imię miłości godzą się na zachowania, które nie sprawiają im przyjemności – a bywają wręcz urazowe. Niestety, ich partnerzy często są tak skupieni na swojej seksualności, że nawet tego nie zauważają. I kobiety wchodzą w trzecią dekadę życia, nie mając zielonego pojęcia, czego w łóżku chcą, a przyjemność znając wyłącznie z masturbacji. Na szczęście męski seksualny dziki pęd zwalania przed trzydziestką. Pojawia się przestrzeń na to, by się wreszcie spotkać.

Trzydziestolatek: przełom

Ten, kto uważa, że trzydziestolatek jest królem życia, musi zweryfikować poglądy. – Trzydziestka to dziś chyba najbardziej stresujący dla mężczyzny wiek – rozwiewa złudzenia seksuolożka. – Kumulują się oczekiwania ze strony otoczenia. Musi podjąć wiele decyzji. Potrzeba zrobienia kariery zawodowej, znalezienia swojego miejsca w świecie, jest teraz największa. Pojawia się lęk: „czy dam radę?”. Bo jak nie teraz, to kiedy? Trzydziestolatek czuje presję, musi dać radę na wszystkich frontach. Do tego porównuje się z rówieśnikami: gdzie są teraz, co im się udało? To okres wzmożonej rywalizacji. Po dekadzie eksperymentowania zaczyna sobie zadawać pytania: „Kim jestem? Czego chcę? Do czego dążę?”. To dla mężczyzny czas przełomowy.

Zdaniem Zarycznej-Pogorzelskiej, ta grupa wiekowa też miewa problemy z nawiązaniem relacji, a potem ze zbudowaniem trwałych więzi. – Wymagania ze strony świata są tak duże, że mężczyźni już nie chcą kolejnych, a te nieuchronnie płyną ze strony partnerek – wyjaśnia seksuolożka. – A trzydziestolatka chce być lepszą połówką, a nie erotyczną zabawką. Rzadko zakłada przygodę na jedną noc i jeśli idzie z kimś do łóżka, traktuje to jako początek relacji – a to oznacza oczekiwania, zarówno w seksie, jak i w życiu. Mężczyzna o tym wie i się tego obawia.

Kobieta 30-letnia dąży do założenia rodziny. Czas ją pogania. Mężczyzna dopiero zaczyna myśleć o stabilizacji. Patrząc na kobietę, widzi kochankę, partnerkę, a także wizytówkę swojego sukcesu zawodowego. Wciąż jednak jeszcze nie ma dużego apetytu na bliskość. Na razie wystarczą mu wspólne kolacje i weekendy. Założenie rodziny nadal oznacza rezygnację z możliwości, jakie sobie w pocie czoła wypracował.

– Mężczyzna w tej dekadzie życia pewnie zaczął już rozważania na temat założenia rodziny, ale wciąż są to tylko rozważania. I wcale nie jest powiedziane, że wybierze rodzinę. Może się okazać, że będziesz musiała poczekać, aż zbliży się do kolejnej dekady – ostrzega seksuolożka. – Choć zdarzają się wyjątki.

Seks ze znakiem jakości

Stosunek trzydziestolatka do seksu też się zmienia: staje się zadaniowy. Mnóstwo mężczyzn w tym wieku bierze pod lupę każdy aspekt swego życia, także wydolność fizyczną i aktywność seksualną. – Trafiają do mnie panowie po trzydziestce, zadający pytania: „Czy współżycie trzy razy w tygodniu oznacza, że nasz seks się kończy? Czy jeśli nie mamy gadżetów z sex shopu, to jesteśmy nudni?” – mówi seksuolożka.

Sfera seksualna wciąż jest sferą osiągnięć. Teraz już jednak nie chodzi o „więcej i szybciej”, ale o seks lepszej jakości. Życie erotyczne trzydziestolatka jest bardziej urozmaicone,  wysmakowane, lepiej dopasowane do jego własnych potrzeb i zapatrywań. To dobra wiadomość dla kobiet, bo właśnie w tym okresie zaczynamy powoli wyrównywać szyki: 30-letnia kobieta jest już bardziej pewna siebie i lepiej zrozumie swoją seksualność. Wie, czego chce, co sprawia jej przyjemność – nauczyła się ją odczuwać. Trzydziestolatka zaczyna się otwierać na eksperymenty, bo tego chce – a nie, bo powinna. Zaczyna komunikować swoje potrzeby – są więc spełniane, a seks staje się bardziej satysfakcjonujący. Po trzydziestce kobiety częściej myślą o seksie, są też bardziej skłonne realizować swoje fantazje. Trzydziestolatek, który pragnie zadbać o jakość swojego życia seksualnego, spotyka w rówieśniczce godną partnerkę. Mają szansę stworzyć udany związek. Pod jednym warunkiem: – Ten czas może być wspaniałym okresem budowania dojrzałych więzi – mówi Zaryczna-Pogorzelska. – Ale może też być pułapką: gdy w pogoni za ideałem wezmą swoje życie intymne pod zbyt dużą lupę. Dlaczego? Bo zamiast zadawać sobie pytanie: „Co mi się najbardziej podobało?”, martwią się: „Co mogło pójść lepiej?”.

Czterdziestolatek: czas bilansu

Po przekroczeniu czterdziestki mężczyzna zaczyna się przyglądać swemu życiu. – To fantastyczny moment na rozwój i eksplorację nowych sfer seksualności – uważa seksuolożka. – Jesteśmy już z reguły w stałych związkach, czujemy się ze sobą bezpiecznie, możemy więc sobie pozwolić na więcej. Przychodzi czas na seks jak najbardziej różnorodny, bogaty w eksperymenty. Mężczyzna wreszcie nie pędzi w seksualne przygody, nie bierze wszystkiego pod lupę, ale bada siebie, własne pragnienia, potrzeby, ścieżki rozkoszy. Kiedyś ważny był sam seks. Teraz ważne są własne upodobania i dopasowanie do nich seksualnej aktywności.

Mnóstwo badań potwierdza, że najbardziej zadowoleni ze swoich związków i seksualności są właśnie czterdziestolatkowie. Mają powody: są w kwiecie wieku, sprawni fizycznie i najlepiej się rozumieją z partnerkami. Zdaniem Zarycznej-Pogorzelskiej, właśnie ten etap może być dla pary najlepszy: nie tylko są zgrani i mają podobne potrzeby, ale czterdziestolatek jest naprawdę fajnym kochankiem, bo nakierowanym na potrzeby partnerki. Przestaje sprawdzać samego siebie, bić rekordy, szukać wrażeń. Zna też kobiece ciało. Przestaje się spieszyć, ma czas na pieszczoty. Wie, że lepiej pytać partnerkę, niż kierować się własnymi pomysłami na jej seksualność. Wreszcie jest gotów zaspokoić kobiecą potrzebę bycia wysłuchaną. Zdaniem seksuolożki, właśnie teraz obie płcie bardziej się doceniają. Kiedy mamy po 20 lat, tego kwiatu jest pół światu. W wieku 30 lat wciąż jest duża rotacja. Dopiero po czterdziestce zaczynamy doceniać partnera jako osobę. Wielkiej wagi nabierają komplementy i okazywanie sobie nawzajem, że jesteśmy dla siebie ważni.

– Kobieta jest dla czterdziestolatka partnerką, przyjaciółką, towarzyszem. A jeśli jest zadbana – jest też miarą jego atrakcyjności seksualnej – podkreśla Zaryczna-Pogorzelska. – Seks dla niego to już nie tylko sposób na orgazm, ale też na bliskość, bycie dla kogoś ważnym i atrakcyjnym. I jeśli tego zabraknie, mężczyzna może zacząć szukać szczęścia w innych ramionach.

Bywa jednak, że życiowy bilans wypada kiepsko: porównanie z rówieśnikami pokazuje, że inni poszli dalej – i w duszy czterdziestolatka rodzi się niepokój. Jeśli w dodatku w przeszłości skupił się wyłącznie na karierze i nie dbał o relacje, w czterdziestkę wkracza osamotniony. A gdy zabraknie mu kogoś, kto widzi w nim prawdziwego mężczyznę – pojawia się widmo rozwodu. W dodatku mogą dawać o sobie znać pierwsze problemy ze zdrowiem, a co za tym idzie – z seksem. I to jest moment, w którym mężczyzna kupuje czerwone ferrari!

Oczywiście, może się zdarzyć, że stworzysz udany (także w sypialni) związek z mężczyzną w wieku 26 lat, a rozczarujesz się Piotrusiem Panem po czterdziestce. Warto jednak poznać naturalny kalendarz erotyczny, nawet jeśli jest pewną generalizacją.

  1. Psychologia

Seks bez zobowiązań

W seksie, także tym bez zobowiązań, wbrew pozorom najbardziej pożądanym organem jest serce. Najlepiej ze stali. (Fot. iStock)
W seksie, także tym bez zobowiązań, wbrew pozorom najbardziej pożądanym organem jest serce. Najlepiej ze stali. (Fot. iStock)
Czasem kobiety decydują się na jednorazowy seks, bo liczą, że w ten sposób zdobędą miłość. Mogą się przeliczyć – mówi seksuolożka Anna Golan w książce „To tylko seks? Naga prawda o pragnieniach”.

Samantha w serialu „Seks w wielkim mieście” jest seksu i mężczyzn wyjątkową fanką. Wydaje się, że to dla niej specyfik poprawiający urodę, pomagający się zrelaksować. Ale też forma władzy. W jednym z odcinków mówi: „Możesz walić głową w mur i w końcu znaleźć faceta na stałe albo traktować seks jak mężczyźni”. Jak mężczyźni, czyli jak?
Pewnie miała na myśli – mechanicznie, bezosobowo, jak sport… Nie mogę powiedzieć, że to zawsze krzywdzący panów stereotyp. Choć mężczyźni potrafią przeżywać seks bardzo głęboko i intymnie, to statystycznie zdecydowanie łatwiej im rano wstać i wymknąć się z mieszkania kochanki poznanej poprzedniego wieczora. Kobieta w takiej sytuacji prędzej wymknie się do łazienki, żeby zrobić makijaż i pięknie wyglądać, gdy on się obudzi.

Ale to działa w dwie strony. Tak jak mężczyzna potrafi głęboko kochać i głęboko kochać się, tak i kobiety często traktują seks czysto fizycznie.
Codziennie w swoim gabinecie przekonuję się, że w rozmowach o seksie trzeba unikać dwóch słów: „zawsze” i „nigdy”. Wiesz, ile jest powodów, żeby pójść z kimś do łóżka?

Mam je teraz wymienić?
Spróbuj.

Miłość, prokreacja, alkohol, rozładowanie podniecenia...
237. Tak, jest 237 powodów, by pójść z kimś do łóżka. I nie zawsze uświadamiamy sobie te prawdziwe. Motywacja seksualna jest bardziej złożona, niż nam się wydaje.

Ktoś to naprawdę policzył?!
Cindy M. Meston i David M. Buss, profesorowie psychologii na Uniwersytecie Teksaskim w Austin. Przeprowadzili badanie na grupie tysiąca osób i tyle odpowiedzi usłyszeli. Wśród nich chęć zarażenia kogoś chorobą weneryczną czy wirusem HIV, ale były też takie odpowiedzi, jak: „nudziłam się”, „on tak świetnie całował”, „chciałem pogodzić się po kłótni”, „chciałam ukarać męża”.

To więc udowodnione naukowo – seks bywa grą bez reguł, a ludzie często są pionkami w tej grze.
Na podstawie badań Meston i Bussa powstała książka „Dlaczego kobiety uprawiają seks”. Jedna z ich rozmówczyń opowiada, że bez wzajemności kochała się w innej kobiecie. Poszła do łóżka z mężczyzną, żeby tamta poczuła się zazdrosna. Bezskutecznie zresztą. Inna kobieta opowiadała, że kiedy była młodsza, rywalizowały z koleżankami o to, której uda się poderwać chłopaka. Gdy wypiła kilka drinków, przyprowadzała do domu mężczyznę i kochała się z nim na tyle głośno, by koleżanki mogły to usłyszeć. Tym samym potwierdzała, że udało jej się kogoś poderwać.

Czyli seks z partnerem na jedną noc ma podnieść samoocenę lub przynajmniej ją potwierdzić.
Budowanie poczucia własnej wartości wyłącznie na atrakcyjności fizycznej, której przecież nie można zatrzymać na zawsze, jest bardzo ryzykowne. Zresztą zdaniem prof. Helen Fisher, autorki „Anatomii miłości” i „Dlaczego się kochamy”, już samo określenie „seks bez zobowiązań” jest co najmniej ryzykowne. Taką relację uniemożliwiają hormony. Badania wykazały, że jedna trzecia kobiet zakochuje się w partnerze, który – jak planowały – miał być na jedną noc.

Samantha jest zatem tak samo realna jak Kopciuszek…
Powiedziałabym bardziej, że ze świecą takiej szukać. Tu pojawia się ona – oksytocyna. W komitywie z wazopresyną.

Dwa szatańskie wynalazki odpowiedzialne za przywiązanie.
To one sprawiają, że nawet partnerzy, którzy poszli ze sobą do łóżka tylko z sympatii, na drugi dzień mogą się obudzić zakochani. I to prawda – na takie ryzyko narażone są zwłaszcza kobiece serca, paniom trudniej się rozstać po miłosnych uniesieniach. Nie bez przyczyny oksytocyna nazywana jest hormonem miłości. Jest uwalniana do krwi przez przysadkę mózgową w odpowiedzi na sygnały płynące z pochwy, macicy i piersi. Najpowszechniej znane jest jej działanie podczas porodu – wpływa na przywiązanie matki do dziecka, wyzwala troskę o potomstwo i chęć chronienia go.

Okay, ale oksytocyna jest też wydzielana podczas orgazmu – zarówno kobiecego, jak i męskiego. Jednak u panów wywołuje raczej marzenia senne, a nie te o spotkaniu przed ołtarzem. Tymczasem wiele kobiet po wspólnej nocy wyczekuje telefonu.
Bo u mężczyzn jej działanie jest modyfikowane przez testosteron. Modyfikowane, co nie znaczy tłumione. Oksytocyna może pokrzyżować także męskie plany „seksu na jedną noc” i po owej nocy ten zapragnie więcej. Może, ale mężczyźni odbierają świat inaczej niż kobiety. Nie znaczy, że ich sposób widzenia jest gorszy. Różnimy się. Po prostu. Tymczasem niektóre kobiety decydują się na „niezobowiązujący” seks, bo liczą, że w ten sposób zdobędą miłość oraz oddanie kochanka, więc angażują się w jednostronną relację.

Jak fatalne zauroczenie…
Hormony płatają nam figla i mogą doprowadzić do uczuciowego dramatu. Kolejną rolę w tym dramacie gra dopamina. Jej poziom podnosi się podczas szczególnie intensywnych przeżyć, a do nich bez wątpienia zaliczamy orgazm. Działa wtedy jak narkotyk. Jeśli te doświadczenia są powtarzane, u mężczyzny może to wywołać fascynację partnerką.

Wpadają po prostu w nałóg?
Blisko. Prof. Bogdan Wojciszke, psycholog z Uniwersytetu SWPS, zwraca uwagę, że taka namiętność jest konstelacją silnych uczuć, pozytywnych i negatywnych. Doświadczamy wówczas zachwytu, pożądania, a także bólu, lęku, trudnej do zniesienia tęsknoty. Namiętność kochanków, którzy spędzili ze sobą jedną noc, jest absolutnie nierealistyczna. Co bowiem można wiedzieć o osobie, z którą spędziło się kilka godzin? Za kim tak naprawdę tęsknimy – za realną osobą czy za naszym wyobrażeniem o niej? Może za własnymi głęboko skrywanymi marzeniami i fantazjami o wielkiej romantycznej miłości?

To brzmi jak stare dobre zakochanie. Rozpamiętywanie każdego szczegółu, zapachu, dotyku, smaku pocałunków.
Otóż to, a rozpamiętywanie uczucia, jakie nam towarzyszyło podczas zbliżenia, prowadzi do jego nasilenia. Jeśli kochankowie nie zakładali, że ich znajomość potrwa dłużej niż jednorazowy seks, jedna ze stron może doświadczyć niezwykle przykrych objawów odstawienia – depresji, rozdrażnienia, tęsknoty. Zatem w seksie, także tym bez zobowiązań, wbrew pozorom najbardziej pożądanym organem jest serce. Najlepiej ze stali. 

Anna Golan, seksuolożka należąca do Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego, psychoterapeutka,psycholożka.

Wywiad pochodzi z książki „To tylko seks? Naga prawda o pragnieniach”, która ukazała się nakładem wyd. Oficyna 4eM. Tekst po skrótach redakcji.

  1. Psychologia

Matematyka miłości - czy można obliczyć szansę na udany związek?

To, jakie jest prawdopodobieństwoznalezienia odpowiedniego partnera, można obliczyć matematycznie (fot. iStock)
To, jakie jest prawdopodobieństwoznalezienia odpowiedniego partnera, można obliczyć matematycznie (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wydaje się, że nie ma dwóch bardziej odmiennych dziedzin. Jedna jest królową nauk, druga – serc, a przecież każdy powie, że emocje nie mają nic wspólnego z logiką. Okazuje się jednak, że miłość może zadziwiająco wiele zawdzięczać matematyce.

Matematyka otacza nas niewidzialnym kokonem. Pewnie o tym nie wiesz, ale gdy patrzysz na Drogę Mleczną, liście paproci albo muszlę ślimaka czy własne odbicie w lustrze, widzisz proporcje liczbowe, wyrażone odkrytą już przez starożytnych Greków złotą liczbą – fi (1,618). A jeśli matematyczny porządek można odkryć zarówno w budowie płatków śniegu, jak i gigantycznych galaktyk, dlaczego nie miałby istnieć także w naszych uczuciach?

Ciekawość, pierwszy stopień do wiedzy

Matematyka to wspaniała dziedzina, ale nawet gdy ją kochasz, po sześciu godzinach wykładu możesz mieć serdecznie dosyć. Jak więc zainteresować studentów równaniami różniczkowymi? Kazać im policzyć, jakie szanse na przetrwanie miłosnych zmagań mieli Romeo i Julia! Na ten genialny pomysł wpadł w latach 80. XX wieku amerykański matematyk Steven Strogatz. Zachwyceni studenci zaprzęgli do opisu relacji między najsłynniejszymi kochankami świata układy dynamiczne (struktury matematyczne pozwalające przewidzieć stan układu w przyszłości, jeśli znamy jego stan w bieżącej chwili, oraz jego – chwilowe – tendencje zmian). Badali, jak na trwałość związku wpływają nastroje partnerów. – Romeo kocha Julię, ale Julia jest kapryśna. Im bardziej on okazuje miłość, tym bardziej ona usiłuje od niego uciec. Wtedy zniechęcony Romeo wycofuje się, a Julia zaczyna dostrzegać jego atrakcyjność. Romeo działa jak echo Julii: pozytywne emocje rosną, gdy Julia go kocha, a kiedy nienawidzi, narastają negatywne – wyjaśnia model tego układu dynamicznego dr Urszula Foryś z Instytutu Matematyki Stosowanej i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego. Miłosnomatematyczne zmagania tak spodobały się studentom, że zaczęli liczyć szanse przetrwania związków kolejnych ikonicznych par, od Pięknej i Bestii po Cyrana de Bergerac i jego umiłowaną kuzynkę. Do zabawy dołączyli wkrótce kolejni naukowcy (m.in. profesor teorii systemów Sergio Rinaldi, który pisał o równaniach miłosnej dynamiki u Petrarki, i fizyk Clint Sprott, zajmujący się matematycznymi modelami miłości i szczęścia). Bo choć nie da się wyczuć, kogo, gdzie i kiedy porazi strzałą ten mały drań Amor, skutki jego działań są już dużo łatwiejsze do przewidzenia. Zakochanie, miłość, ślub, rodzicielstwo – to jeden z kilku schematów, według których przebiega nasze miłosne życie. A matematycy kochają schematy. I potrafią zrobić z nimi prawdziwe cuda.

Mózg elektronowy

– Matematyka może zaproponować nowy sposób spojrzenia na niemal wszystko – przekonywała uczestników konferencji TED na Binghamton University w Nowym Jorku Hannah Fry. Płomiennie rudowłosa i uroczo zaróżowiona przypominała bardziej irlandzkiego elfa z ciętym poczuciem humoru niż poważną brytyjską matematyczkę: – Chyba wszyscy się zgodzimy, że matematycy są znani z trafnego doboru partnerów. Nie tylko dzięki naszym wspaniałym osobowościom, wyjątkowym umiejętnościom konwersacji oraz schludnym piórnikom. Zawdzięczamy to również ogromnej ilości obliczeń wykonanych w poszukiwaniu sposobu na znalezienie idealnego partnera. W brawurowym wykładzie (ponad 5 mln wyświetleń) Fry zaprezentowała matematyczne wskazówki mogące ułatwić XXI-wieczne poszukiwania drugiej połówki, statystycznie najczęściej odbywające się przez Internet. Bazowała m.in. na badaniach twórców kultowego portalu randkowego OkCupid (założonego przez… matematyków, którzy przez blisko dekadę szukali schematów, według jakich działali randkowicze w sieci). Fry przekonywała, że szansę na wymarzoną miłosną interakcję ma każdy, bo najbardziej popularni nie są wcale ci superatrakcyjni (co udowodniła stosownym działaniem). Wyjaśniła też, że z matematycznego punktu widzenia nie powinniśmy wiązać się z pierwszą osobą, która się nami zainteresuje, ale też lepiej nie zwlekać zbyt długo z wyborem partnera. Posługując się metodą optymalnego punktowania: jeśli zaczynamy randkować w wieku 15 lat i chcemy wziąć ślub około 35. roku życia, przez pierwszy okres (stanowiący 37 proc. czasu randkowania) powinniśmy odrzucić wszystkich kandydatów, a potem wybrać pierwszą osobę, która wydaje się lepsza od poprzedników. – Matematyka udowadnia, że takie postępowanie maksymalizuje szanse na znalezienie idealnego partnera – twierdzi Hannah Fry. I zaraz dodaje, że całe wyliczenie bierze w łeb, jeśli trafimy na Pana Idealnego podczas pierwszych 37 proc. czasu. Nie jest to więc stuprocentowo pewna, ale za to statystycznie dająca najlepsze rezultaty metoda. Najważniejsze jednak, że stosujemy się do niej nieświadomie, randkując ostro koło dwudziestki, a szukając życiowego partnera, gdy zbliżamy się do trzydziestki. To według Fry, która jest również autorką książki „Matematyka miłości”, potwierdza zasadność użycia równań i algorytmów w służbie uczuć. – To dowód, że nasze mózgi są zawczasu skonstruowane tak, by działać według matematycznych schematów.

https://www.ted.com/talks/hannah_fry_the_mathematics_of_love?utm_campaign=tedspread&utm_medium=referral&utm_source=tedcomshare

Komputerowy model miłości

Dr Urszula Foryś zajmuje się głównie zastosowaniami matematyki w biologii i medycynie. I podobnie jak Hannah Fry uważa, że matematyka to wszechstronne narzędzie, które może pomóc nam niemal w każdej dziedzinie życia. Od leczenia nowotworów po miłość. – Nauki przyrodnicze i społeczne są wciąż empiryczne. Jeśli czegoś nie zobaczymy w doświadczeniu, to nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy może się zdarzyć. Gdy pracujemy nad modelowaniem dynamiki terapii nowotworów, sprawdzamy m.in., jak łączyć terapie, kiedy i jak wprowadzać leczenie niestandardowe. Eksperymentalista nie jest w stanie sprawdzić wszystkich możliwych kombinacji, a co dopiero zbadać ich w praktyce, bo przecież musiałby eksperymentować na ludziach. My robimy to w komputerach – tłumaczy.  Kilka lat temu, zainspirowana m.in. pracami Stevena Strogatza, postanowiła również swoim studentom zadać miłosne równania. Wybór padł na stworzenie matematycznego modelu związku romantycznego, który pozwoli prognozować, czy dana relacja przetrwa, czy się rozpadnie – z uwzględnieniem tego, jak rzutują przeżycia jednego z partnerów na reakcje drugiego, czyli tzw. zjawisko opóźnienia. Okazało się, że może mieć ono spore znaczenie dla przyszłości kochanków. – Poprzez modelowanie matematyczne możemy opisać każdy proces, który nas interesuje. Na przykład relację między dwojgiem ludzi i jej możliwe wyniki – tłumaczy dr Foryś. – W modelu możemy jednemu partnerowi zmienić jakąś cechę – uznając, że popracuje z psychologiem nad jej zmianą – i zobaczyć, jaki będzie miało to wpływ na cały związek. Wyliczymy, czy warto pracować nad zmianą tej cechy, bo co, jeśli lepiej skupić się na innej? Możemy zbadać efekty wszystkich możliwych zmian i wybrać najlepszą strategię. Polskim matematykom przyszło do głowy stworzenie serwisu internetowego, w którym na podstawie badania zachowań partnerów można oszacować, jakie reakcje będą dla związku optymalne: – Moglibyśmy informować partnerów, które z nich powinno być bardziej refleksyjne, a które musi reagować szybciej. Serwis miałby służyć tym związkom, którym grozi rozpad. Niestety, pozostaje tylko bytem teoretycznym, bo nie udało się zdobyć grantu na dalsze prace. Na razie polscy zakochani nie będą więc mieli osobistego pożytku z prac matematyków. – Jeśli chcemy przekładać wyniki modelowania matematycznego na rzeczywistość konkretnej pary, zmienne używane w równaniach muszą być zmierzone. I tu matematyk potrzebuje psychologa, który pomoże mu zmierzyć i usystematyzować ludzkie reakcje – mówi dr Foryś.

Równania przeciw rozwodom

Jak dotąd jedynym psychologiem, który przeprowadził badania ilościowe i we współpracy z matematykiem przełożył równania na konkretne porady dla par, jest amerykański terapeuta John Gottman. Od ponad 30 lat prowadzi Instytut Badania Związków, instytucję, która zaprzęgła matematykę do walki z plagą rozwodów (w USA rozstaje się co drugie małżeństwo). Jak wspomina w książce „Principia Amoris. The New Science of Love”, opisującej matematyczne reguły życia uczuciowego, Gottman w młodości sam nie miał szczęścia w miłości. Zaczął więc badać małżeństwa w nadziei, że znajdzie w ich zachowaniach złoty wzór na to, jak żyć długo i szczęśliwie (chyba mu się udało, bo dr Julie Schwartz Gottman, którą poślubił ponad 30 lat temu, nazywa „swoim klejnotem, genialną i przepiękną żoną”. Trzecią, jeśli mamy być skrupulatni). Wraz z Robertem Levensonem, najlepszym przyjacielem i podobnym miłosnym nieudacznikiem, przebadał setki par, nie tylko przysłuchując się ich rozmowom, lecz także nagrywając je, monitorując badanym tętno, ciśnienie krwi, przewodnictwo skóry, mimikę. Odkryli, że najważniejszym wskaźnikiem rozwodu jest nastawienie partnerów w rozmowie: negatywne – zwiększało ryzyko rozstania aż o 90 proc. Ale w odkryciu, jak i dlaczego pary wpadają w spiralę negatywnej energii, pomógł im dopiero matematyk James Murray. Stworzył równania rozpisujące szanse na to, jakie nastawienie w następnej rozmowie będą mieli małżonkowie, biorąc pod uwagę takie zmienne, jak ich nastrój (gdy są sami i kiedy przebywają z partnerem) i to, jak wpływa na nich osoba współmałżonka.

Dziś pary stojące na krawędzi są w instytucie Gottmana badane jak kosmonauci przed startem. Ich emocje, kodowane za pomocą systemu liczb, są przepuszczane przez skomplikowany wzór matematyczny, w wyniku czego powstaje unikalny wzorzec interakcji pary, „DNA małżeństwa”. Wystawiana na jego podstawie prognoza trwałości związku sprawdza się z dokładnością do 94 procent! Gottman chwali się oszałamiającymi wynikami – aż 70 procent par, które wprowadziły w życie otrzymane w jego instytucie zalecenia, zawraca znad rozwodowej przepaści i żyje dalej długo i szczęśliwie. Okazuje się więc, że matematyka może naprawdę pomóc miłości. Jak mówiła Hannah Fry: – Równania i symbole mają głos, który wyraża ogromny urodzaj natury i oszałamiającą prostotę w schematach, które kręcą się, zaginają i ewoluują wokół nas. I opisują wszystko, od sposobu, w jaki działa świat, po nasze zachowanie. Już Galileusz uważał matematykę za alfabet, za pomocą którego Bóg opisał wszechświat. Być może, by miłość trwała, nie wystarczy kochać, ale trzeba też jasno i logicznie myśleć. I dostrzegać schematy i równania nie tylko w książkach, lecz także we wszystkim, co nas otacza. Zwłaszcza w naszych związkach.

  1. Seks

Obalamy mit dopasowania seksualnego

Dopasowanie seksualne nie istnieje. Po prostu część ludzi pasuje do siebie nieco bardziej na początku i ma szczęście zmieniać się w tym samym tempie. (Fot. iStock)
Dopasowanie seksualne nie istnieje. Po prostu część ludzi pasuje do siebie nieco bardziej na początku i ma szczęście zmieniać się w tym samym tempie. (Fot. iStock)
Jestem na etacie eliminatorki mitów. Biorę się za kolejny, który stoi wysoko w moim prywatnym rankingu. Mit dopasowania seksualnego. Zły jak każdy inny mit, który przez samo swoje istnienie ogranicza nasze wybory i sposób myślenia, zabiera szanse na szukanie rozwiązań, bo przecież "to normalne, że", "tak już musi być" i inne bzdury. Dopasowanie seksualne nie istnieje.

Nie mam zamiaru odbierać roboty kaznodziejom, którzy odmawiają ludziom prawa do odczuwania frustracji z powodu nieudanego życia seksualnego. Jak coś w łóżku nie idzie, to naturalne jest odczucie niezadowolenia, tyle że warto je przekuć na działanie, a nie z tego powodu kłócić się czy rozwodzić. Ludzie nie pasują do siebie seksualnie częściej, niżby się to komukolwiek wydawało. Albo przestają pasować, bo coś się zmieniło. I znów - do wyboru mamy uznanie to za złośliwość losu, bądź też wzięcie się z tematem za bary.

Wyobraźcie sobie parę dobiegającą czterdziestki, heteroseksualną, z potomstwem pochodzącym z poprzednich związków, która próbuje ułożyć sobie razem życie. Są zakochani, jest w nich gotowość do zostania razem na dłużej, spotykają się już dłuższy czas i jedynym problemem, jaki widzą, jest to, że w łóżku mogłoby im być lepiej. Jeżeli pogadają o tym z kimś rozsądnym, może usłyszą dobre pytania i może zauważą złowrogi cień mitu. Bo gdy wyzwaniem jest dopasowanie seksualne, naprawdę chodzi o to, że oczekujemy dopasowania od razu, w całości, automatycznego. Klik i działa. Skoro się jesteśmy dla siebie podniecający, skoro się lubimy, a może nawet kochamy, skoro nam razem dobrze, to dlaczego nasz seks jest taki słaby?

Zasadniczym powodem jest to, że ludzki seks nie podlega prawom, jakie stosujemy dla maszyn i urządzeń. Czasem może być świetny seks bez miłości, czasem może być miłość bez świetnego seksu. O ile uczuć udawać się nie da, o tyle często udajemy w seksie, odwlekając w czasie nieuniknioną katastrofę. Gdy związek jest młody i hormony gotują nam krew w żyłach, nie gadamy o dopasowaniu, o tym, czego chcemy w seksie, bo to by przecież popsuło idylliczną atmosferę. Gdy chmura afektu opada, a nasze oczy zaczynają widzieć rzeczywistość mniej więcej taką, jaka ona jest, okazuje się, że różnice, deficyty, problemy są duże, groźne i rosną z każdym rokiem.

Dopasowanie seksualne nie istnieje. Po prostu część ludzi pasuje do siebie nieco bardziej na początku i ma szczęście zmieniać się w tym samym tempie. Każda para na jakimś etapie swojej historii (o ile wytrwają ze sobą dłużej niż 24 miesiące) będzie spotykała się z mniejszym lub większym wyzwaniem w postaci dostosowania komunikacji, potrzeb, temperamentów, sposobu działania. Nie ma cudów. Dopasowanie samo się nie zrobi. Istotą mitu jest to, że oddala od nas sprawczość, decyzyjność w zakresie naszego życia. Podstępnie oddala, bo my myślimy, że wszystko robimy dobrze. Tymczasem nie robimy nic. Zakładamy, że ma się pojawić teraz, zaraz, samo z siebie i być w pakiecie z dobrze zapowiadającym się związkiem.

Wróćmy do naszej pary. Jakie mają wyjścia? Nic nie robić i żyć w micie, że są po prostu niedopasowani seksualnie? Albo wytrzymają, albo nie wytrzymają. Mogą zacząć rozmawiać ze sobą o tym, co uważają za niedopasowane. Co każde z nich by chciało, a co może poprawić samo; czego się boją, czego nie potrafią, a do czego czują obrzydzenie, choć sami nie wiedzą dlaczego. To się nazywa dopasowywanie seksualne. I jest najzwyklejszym i najbardziej zdrowym procesem związkotwórczym, jaki można sobie wyobrazić. Wiem, wiem - jedyny problem, że jest takie nieromantyczne.

Dla tych czytelniczek/czytelników, którzy czytali ten tekst z zadowoleniem, że sprawa ich nie dotyczy, mam kiepską wiadomość. Będziecie się starzeć, rodzić dzieci, przechodzić choroby, stresy, zmiany miejsca życia i całą resztę zwykłych, życiowych przypadłości. Że o czającej się za rogiem rutynie nie wspomnę. Nawet jeżeli mieliście to szczęście i byliście dopasowani od początku, nie trzeba było dużo pracy, ona była intuicyjna i oczywiście bardzo przyjemna, to z czasem wasze dopasowanie seksualne będzie się zmieniać. Bez dopasowywania nie przeżyjecie życia satysfakcjonująco, bo to co działało z trzydziestolatkami, będzie zupełnie nieadekwatne dla pięćdziesięciolatków. My się zmieniamy, nasza seksualność także. Pozostawanie w kontakcie ze sobą i z tym, czego potrzebujemy wydaje się jedną z najprostszych i najtrudniejszych jednocześnie recept na udane związki.

  1. Psychologia

Męska duchowość. Na czym polega i dlaczego jest tak ważna? - tłumaczy terapeuta

Jaką rolę w życiu mężczyzny odgrywa duchowość? Dlaczego mężczyzna powinien czerpać z niej siłę? (fot. iStock)
Jaką rolę w życiu mężczyzny odgrywa duchowość? Dlaczego mężczyzna powinien czerpać z niej siłę? (fot. iStock)
Duchowość to nie duchy. To nasze związki ze światem, z Naturą, z Życiem, z Bogiem, z ludźmi, z czymś większym od nas, co przerasta naszą osobowość, indywidualne cele. Poczucie uczestnictwa w całości życia daje radość i spełnienie. Mężczyźni potrzebują tego jak wody na pustyni – mówi Benedykt Peczko.

„Co sprawia, że w kryzysowych czasach tak dobrze prosperujesz?” – zapytałam zaprzyjaźnionego czterdziestoletniego mężczyznę. Odpowiedział bez chwili namysłu: „Bóg!”. O takich mężczyznach jeszcze nie rozmawialiśmy. Znam wielu mężczyzn, którzy się modlą, medytują, fundują sobie odosobnienie, kierują się wartościami. Jeden z nich, sprzedawca, poproszony na zebraniu zespołu, aby podzielił się tajemnicą swojego sukcesu, odparł: „Działam według wskazówek swojego lamy!”. Ten człowiek nie kopie dołków pod konkurencją, w kontaktach z kontrahentami jest otwarty, troskliwy, działa z intencją pożytku dla ludzi. Dlatego ci, którzy robią z nim interesy, czują się bezpiecznie, mają do niego zaufanie, chcą z nim pracować i polecają go innym. W ten sposób działa też wielu chrześcijańskich liderów i biznesmenów. Oni mówią: „módl się i pracuj, a reszta przyjdzie”. Uczestniczą w rekolekcjach, w dniach skupienia, należą do wspólnot wyznaniowych.

Gdzie oni są? Dlaczego tak mało o nich słychać? Widzimy raczej agresywnych, pozbawionych skrupułów, nastawionych jedynie na zysk zdobywców rynku, od których opędzamy się jak od natrętnych much. Ten styl jest tak wszechobecny, że gdy w jakimś momencie życia w mężczyznach rodzą się wątpliwości, pytają mnie, czy aby na pewno wszystko z nimi w porządku, czy są normalni. Znany psychoterapeuta i trener rozwoju osobistego John Seymour na swoich zajęciach prezentował listę działań, które generują sukces. Przebadani ludzie sukcesu wskazywali na wiele takich działań, jednak niektóre się powtarzały. Na przykład utrzymywanie bliskich relacji z ludźmi, przynależenie do grupy wsparcia, do grona przyjaciół, klubu, organizacji, gdzie panują otwartość i zaufanie, praktykowanie jakiejś ścieżki duchowej, działalność charytatywna, społeczna, systematyczne pomaganie cierpiącym, chorym. Miałem klienta, który raz w tygodniu spędzał kilka godzin w hospicjum. Mówił, że to pozwala mu zachować równowagę: „Dopiero teraz wiem, że moje życie jest pełne. Zapomniałem o tym, że są obszary tak samo ważne jak rozwój zawodowy, kariera, zabezpieczanie siebie i rodziny”. Okazuje się, że robienie czegoś tylko po to, by to robić, i obserwowanie, jak inni z tego korzystają, przynosi spełnienie. Wtedy wiemy, że samo istnienie, bycie ma wartość. Odzyskujemy równowagę między działaniem a byciem.

Chodzi więc o to, by wykonując pracę, mieć poczucie, że służy ona jakiejś wyższej wartości, większej całości. To zasadnicza sprawa. Czy pracuję tylko po to, by się utrzymać, czy także realizuję wartość, na przykład troszczę się o zdrowie innych, mam na względzie ich rozwój, bezpieczeństwo, ochronę. Dla mężczyzn taką wartością może być obrona kraju. W Internecie jest mnóstwo relacji z tak zwanych misji pokojowych. Żołnierze jadą, by służyć pokojowi, a na miejscu przekonują się, że nie chodzi o pokój, ale wręcz przeciwnie. Wtedy najczęściej ich system odpornościowy się załamuje. Gdy znika poczucie głębszego sensu, giną także zapał, motywacja, waleczność.

Jakiś czas temu byłem w Szwajcarii. Z samolotu widziałem czołgi, które wyjeżdżały z lasu. Nie wierzyłem własnym oczom. Co się dzieje? Szwajcaria to pokojowo nastawiony, neutralny kraj. Pytam szwajcarskich znajomych, o co chodzi, a oni mówią, że to szkolenie wojskowe, normalna sprawa. Na przykład kursy strzeleckie są organizowane na okrągło, biorą w nich udział wszyscy zdolni do służby wojskowej mężczyźni. W każdym domu w sejfie znajduje się karabin bojowy. W każdy weekend słyszałem strzelanie. Zwiedzając zabytki, widziałem ćwiczenia ze spadochronem, marsze na azymut itp. Szwajcarzy stawiają się na te szkolenia bez szemrania. Całe swoje życie do emerytury uczą się, jak bronić swojego kraju. Jaka w tym idea? To mały kraj. Gdyby najechało go mocarstwo, przypuszczam, że dosyć szybko by go zajęło. Ale wtedy za plecami okupant ma armię żołnierzy, wchodzi do jaskini lwa, wkłada głowę do ula. Dlaczego Szwajcarzy ponoszą taki wysiłek? W imię wartości. Tą wartością jest ich kultura, historia. Szwajcarię, czyli Confoederatio Helvetica, stworzyły trzy nacje – francuska, niemiecka i włoska. Postanowiły, że tworzą taki kraj, dbają o niego, chronią go.

W literaturze motywacyjnej wielokrotnie opisywany jest przypadek pewnego amerykańskiego agenta ubezpieczeniowego, który odniósł nieprawdopodobny sukces. Sprzedawał polisy na życie. Będąc w szpitalu, ciężko chory, trzy dni przed operacją ubezpieczył jeszcze pielęgniarkę i lekarza anestezjologa. Jak to możliwe? – pytano. Przypuszczano, że musiał znać jakieś pierwszorzędne techniki perswazyjne, mieć szczególnego rodzaju narzędzia wywierania wpływu, manipulacji. Był niski, łysawy, nosił okulary z grubymi szkłami, unikał kontaktu wzrokowego, zacinał się podczas mówienia. Badano, co powodowało, że był skuteczny, był czempionem sprzedaży bezpośredniej. Okazało się, że miał głębokie poczucie misji do spełnienia. Tą misją było ubezpieczenie wszystkich obywateli Stanów Zjednoczonych. Ale dlaczego? Żeby mogli być bezpieczni. On jako dziecko przeżył kryzys lat 20. Był świadkiem grozy. Ludzie wyskakiwali przez okna. Jego rodzice borykali się z poważnymi problemami. Wtedy postawił sobie taki cel: trzeba zrobić wszystko, aby uchronić ludzi przed ewentualnymi konsekwencjami kryzysów. Potem to realizował. Realizował wartość, która wykraczała poza osobiste cele, osobiste korzyści. Zarobił mnóstwo pieniędzy, których nigdy nie wydał.

Praca dla dobra publicznego, społecznego nas wzbogaca. Ale tę prawdę obrzydzano nam przez 40 lat poprzedniego systemu. Wyśmialiśmy prace społeczne dla ojczyzny. Wylaliśmy dziecko z kąpielą. Praca dla wspólnoty, społeczności lokalnej, kraju zanurza nas w większym systemie, buduje więź ze światem. To coś, co wykracza poza transakcję, wyobcowanie. Gdy takich działań podejmujemy się regularnie, możemy odkryć, że nie jesteśmy oddzieleni od tego, co poza nami. Że świat nie zamyka się w ciasnych granicach naszej osobowości. Być może odkryjemy też nasze połączenie ze Źródłem, z którego wszystko pochodzi.

Ważne są też nasze więzi z przodkami. Jesteśmy potomkami tych, którzy przeszli niebywale długą drogę i zgromadzili mnóstwo doświadczeń, z których my możemy korzystać. Ta łączność z większym systemem rodzinnym daje siłę, oparcie.

Czym jest duchowość? Mężczyznom kojarzy się raczej z duchami. Gdy czytamy książki popularnonaukowe, referujące ostatnie odkrycia z dziedziny kosmologii, fizyki kwantowej, biologii, wtedy coraz wyraźniej widzimy, jakim cudem jest świat, w którym żyjemy, i jakim cudem my jesteśmy w tym świecie. Odkrywanie cudu świata i naszego udziału w nim jest z całą pewnością doświadczeniem duchowym. Jednak duchowość definiowana jest na różne sposoby. Na przykład dla chrześcijanina to personalna relacja z Bogiem, z Kościołem jako wspólnotą wiernych. Psychologiczne rozumienie duchowości rozwinęli psychologowie egzystencjalni – Viktor Frankl, Irvin Yalom, także psychologowie transpersonalni. Duchowość w ich rozumieniu to obszar ludzkiego życia związany z poszukiwaniem i odkrywaniem ostatecznego, nadrzędnego celu i sensu. Z pytaniami: „Po co? Dlaczego?”. A takich pytań unika się w biznesie. Królują inne: „Jak zrealizować projekt? Jakimi środkami? Jakim kosztem?”. Pytania o sens, o znaczenie tego, co robię, czym się zajmuję, kim jestem, po co tu jestem, jakie jest moje miejsce w tym świecie, są pytaniami z poziomu duchowego. Poprzez takie pytania szukamy swojej najgłębszej tożsamości, rdzenia, wewnętrznej istoty. Tej tożsamości nie da się opisać, sfotografować, ująć w słowa. Jest poza rolami, które odgrywamy.

Realizując projekty biznesowe, nie dotykamy tych spraw. Ale gdy myślimy o projekcie, którym jest nasze życie, wtedy pytania o cel, sens i znaczenie domagają się uwagi. Bez odpowiedzi na nie jesteśmy jak dzieci we mgle, całkowicie zagubieni.

Wyobrażam sobie mężczyznę, który mierzy się z takimi pytaniami i chciałby się tym podzielić. To może być wielkie towarzyskie faux pas, narażenie na śmieszność, wykluczenie. Bo musielibyśmy wejść na obszar nieuświadomiony, wyparty, prześmiany właśnie, zdyskredytowany przez ideologie, mody, style, przez lata materialistycznej propagandy. To wszystko powoduje, że sfera duchowości jest obca i groźna, co najmniej niepokojąca, a często przerażająca. Dlatego tak cenne są wspólnoty ludzi wyznających podobne wartości, gdzie możemy swobodnie rozmawiać, dzielić się swoimi przemyśleniami, odkryciami, współodczuwać, dyskutować o inspirujących lekturach.

Z doświadczenia psychoterapeuty wiem, że trudno zgłębiać duchowe tematy, gdy mamy niepozałatwiane problemy emocjonalne, nie uwolniliśmy się od balastu trudnej przeszłości, nadużyć, przemocy, gdy mamy nierozwiązane konflikty wewnętrzne. Problemy nieuporządkowanego życia wyłaniają się na pierwszy plan, zajmują uwagę i wiążą energię. Najważniejsze pytania są w ukryciu, nie mogą się przebić. Gdy zrzucamy z barków kolejne obciążenia, poszerza się przestrzeń naszej wolności, uwalnia się energia, którą naturalnie kierujemy w stronę spraw wcześniej zaniedbanych.

Pytania o sens i znaczenie są kluczowe. Cóż z tego, że mamy świetny jacht albo okręt o napędzie atomowym i wszystkie środki techniczne potrzebne, żeby płynąć, rozwijać prędkość, gdy nie wiemy, dokąd płynąć, po co i dlaczego.

Niełatwa sprawa z tą duchowością. Na szczęście mężczyźni podejmują ten wysiłek: szukają, pytają, czytają, poszerzają swój indywidualny punkt widzenia, wzmacniają więzi z życiem, z większymi systemami. Biznesmen, który na trzy miesiące wycofuje się z życia zawodowego, żeby posłuchać siebie, skontaktować się z nowymi potrzebami, które doszły do głosu. Właściciel średniej firmy, który regularnie odbywa spotkania ze swoim mentorem duchowym. Pracownik korporacji, który zakłada ośrodki edukacyjne służące młodym ludziom. I tak dalej, i tak dalej. Wiele się zmienia.