Mąż zombi – fragment książki „Sny, które budzą”

Mąż zombi - fragment książki "Sny, które budzą"
123rf.com


Wojciech Eichelberger: Ten sen będzie prawie dosłowny, można powiedzieć, że nieświadome,
wszystkowiedzące „ja” przemówiło do niej otwartym tekstem. Zmieni on życie Zofii, kobiety po trzydziestce, obarczonej bardzo trudnym dzieciństwem. Przez długie jak wieczność
lata bezradnie patrzyła, jak matka ulegała ojcu, nieobliczalnemu i nieodpowiedzialnemu tyranowi. Dopiero niedawno odkryła, że pod fasadą dorosłego ukrywał skrzywdzone dziecko, odreagowujące wobec żony i dzieci swoje niewyrażone emocje i frustracje. W domu latami trwał dramat przemocy, nadużyć, nienawiści i chaosu. Mała Zofia długo patrzyła na przerażający wzorzec relacji między kobietą i mężczyzną. Jakimś cudem nie uwikłała się w sojusz z żadną ze stron konfliktu i było ją stać na to, by wyrwać się z domu, kiedy nadszedł czas liceum. Za wszelką cenę próbowała ratować siebie. Ale jej dziecięce doświadczenia dogoniły ją, gdy zaczęła wchodzić w pierwsze związki z mężczyznami. Bardzo szybko, na granicy formalnej dorosłości, weszła w swój pierwszy trwały związek z mężczyzną, który okazał się niestety wierną kopią tego, co było udziałem jej rodziców. Nigdy nie dość powtarzać, że jeśli nie przepracujemy trudnych doświadczeń dzieciństwa, to w dorosłym życiu nieświadomie wybieramy partnerów idealnie nadających się do tworzenia repliki tego, na co patrzyliśmy w rodzinnym domu.

Tomasz Jastrun: To jedna z najbardziej zdumiewających rzeczy w scenariuszu życia. I coś, co może wydawać się nie do pojęcia. Jak można ładować się w to, co było taką udręką? Z czego wynika takie samobójcze zachowanie ćmy, która leci w płomień. I nie ma już jak wyskoczyć. A nieco inaczej na to patrząc: jest tak, jakbyśmy już niczego innego nie potrafili. Na zdrowy rozum to oczywiście jest bez sensu. Ale tutaj nie dominuje zdrowy rozum, lecz
rozum chory.

W.E.: Dokładnie to zdarzyło się w małżeństwie Zofii. Była ona jednak na tyle świadoma, że po
raz drugi poczuła, że musi się ratować. W głębi duszy już od dłuższego czasu czuła, że powinna
się czym prędzej ewakuować z tego związku, poszła na terapię, ale mimo że intelektualnie rozumiała ze swojej sytuacji bardzo wiele, nie potrafiła znaleźć siły, motywacji i odwagi, aby coś w tej sprawie zacząć robić. Impulsem stał się sen, w którym najwyraźniej już zniecierpliwiona nieświadomość uznała za stosowne odwołać się do wstrząsającej, wręcz koszmarnej metafory. Zofia śni, że w dziwnie opustoszałym i mrocznym mieście spotyka na ulicy swego męża. Jest ciemno, ale przygląda mu się bacznie i wstrząśnięta dostrzega gnilne zmiany na jego częściowo zakrytej kapturem twarzy, jakby jej mąż stawał się żyjącym trupem – zombi. On jednak sprawia wrażenie, że nic nie wie o tym, co się z nim dzieje, i natarczywie domaga się dalszych spotkań i wspólnego pokazywania się w mieście. Zofia boi się odmówić i też udając, że nic się nie dzieje, spotyka się z nim jeszcze raz i jeszcze raz. Czuje się jednak z tym coraz gorzej. Wstydzi się przed ludźmi, którzy patrzą na nich albo z przerażeniem, albo z kpiną i jakby z satysfakcją. Tym bardziej że zmiany na twarzy jej męża ze spotkania na spotkanie pogłębiają się. Dopiero gdy jego widok z wygnitymi policzkami i odsłoniętymi fragmentami szczęki i zębów, staje się nie do zniesienia, proponuje nieśmiało, by spotykali się, ale w odludnych miejscach, tak by przynajmniej nikt ich nie widział. Nie przychodzi jej do głowy, by mogła odmówić spotykania się w ogóle. On jednak nalega, aby dalej spotykali się tam, gdzie ludzie mogą ich widzieć razem. Zofia męczy się coraz bardziej. W końcu czuje, że już nie ma siły się z nim spotykać, że nie może już znieść jego widoku. Mówi mu: „Nie mogę się już z tobą spotykać, nie jestem w stanie, nie mogę patrzeć na twoją trupią twarz.. ”. Wtedy on mocno ją przytrzymuje i rzuca: „Żebyśmy mogli dalej być razem, musisz się stać taka jak ja – wtedy przestanie ci to przeszkadzać”. Zofia gwałtownie próbuje wyrwać się z jego potwornie silnego, bolesnego uścisku, ale on nie ma zamiaru jej na to pozwolić. Budzi się zlana zimnym potem, i przerażona, z okrzykiem: „Nieeee!!!”. Jest w trakcie terapii, więc ma możliwość omówienia tego, co się stało. Ale sama natychmiast pojmuje przesłanie swego snu. Wie, że dalsze pozostawanie w tym związku śmiertelnie zagraża jej psychicznej integralności i tożsamości.

T.J.: Mogłaby przestać istnieć jako osobny psychiczny byt.

W.E.: Dokładnie tak – mogłaby przestać istnieć jako niezależna osoba i upodobnić się do swojego męża i prześladowcy. Zapewne do pewnego stopnia już się to nawet dokonało.

T.J.: Oprawcom zależy na tym, czasami nieświadomie, żeby w siebie wchłonąć swoją ofiarę.

W.E.: W dodatku nieświadomie zależy na tym również samym ofiarom. Dla osaczonej ofiary bycie wchłoniętym przez kata, stanie się katem, jest jedynym dostępnym ratunkiem dla jej poczucia godności, wręcz rodzajem nobilitacji. Na szczęście za sprawą snu Zofia dostrzega to niebezpieczeństwo. Ale mimo tak alarmującej dramaturgii snu, oczywistego przesłania i terapii
jeszcze kilka lat upłynie, nim odważy się na całkowite wyjście z tego związku. To pokazuje
jak niesłychanie mocno ofiara z katem może się związać. Ale Zofia podkreślała, że sen był tak
wielkim przeżyciem, że już nie mogła go wymazać ze swojej świadomości, chociaż czasami
chciała. Przypominał jej, że musi podjąć decyzję o rozstaniu, że ten związek jest dla niej groźny,
że trwanie w nim uczyniłoby z niej chodzącego trupa, osobą półmartwą.

T.J.: Co prędzej czy później zawsze dzieje się z ofiarą, jeśli nie wyrwie się z sieci.

W.E.: W swoich dalszych losach Zofia potwierdziła siłę ludzkiego ducha, który potrafi przekraczaćnawet najtrudniejsze uwarunkowania dzieciństwa. Na szczęście jej podświadomość bardzo jej w tym pomogła. Nie ma co już dłużej o tym gadać.

T.J.: Kończymy Wojtku nasze rozmowy o snach, ja byłem tylko skromnym akuszerem twojej pamięci. Sny jednak będą się nam śnić do końca naszych dni, a może nas przeżyją, kto wie? Chcieliśmy pokazać, że wymowa snów bywa niezwykle poważna, że bywają bardziej znaczące, niż to się nawet wydawało ich dawnym interpretatorom. Te wszystkie stare senniki są chybione, gdyż sen jest nieodłączną częścią naszego wnętrza, nie można snów zrozumieć, nie znając wyglądu pokoi naszej duszy. A też bez znajomości osiągnięć współczesnej psychologii.

W.E.: Sny oprócz tego, że mogą być bardzo pomocne w rozwiązywaniu ważnych problemów naszego życia, uczą nas także skromności i pokory. Każą nam dostrzegać względność, ograniczoność naszych wyobrażeń na własny temat, każą wątpić w zasadność i trwałość naszego poczucia oddzielonego, pysznego „ja”. No, bo skoro, jak mówisz, nasze sny być może nas przeżyją, to znaczy, że być może sami siebie tylko śnimy.

Chcesz przeczytać całą książkę „Sny, które budzą”? Weź udział w konkursie.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze