1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Warszawa Wojciecha Manna

Warszawa Wojciecha Manna

Do dziś lubię konserwatywne dżinsy bez pawia wyszytego na kieszeniach, ale nie czuję się jak zgorzkniały zombi – wyznaje Wojciech Mann. Nie kłamie. Tworzy. I tworzy. Zarówno audycje radiowe, jak i programy telewizyjne. Ma 60 lat, figle w oczach i z całą pewnością się ze sobą nie nudzi.

 

TAMKA RÓG DOBREJ

Tu wszystko się zaczęło. Od sublokatorskiego pokoju na przetrwanie przy Dobrej 22/24, który dostał się moim rodzicom po różnych wojennych tułaczkach i przygodach. Spędziliśmy w nim dobrych parę lat. W całym mieszkaniu gnieździły się trzy rodziny, więc łazienka, toaleta i kuchnia były wspólne, ale „własne” było w tamtym czasie zupełnie jak teraz podróż na Marsa. Moi zuch rodzice zapisali się mimo wszystko do spółdzielni mieszkaniowej. No i przyszedł ten dzień, kiedy nierealne stało się faktem. Do wyboru była lokalizacja gdzieś na Sadybie i – nie wiem jakim cudem – mieszkanie dosłownie po drugiej stronie ulicy w powstającym najwyższym domu w okolicy. Dokładnie pamiętam dyskusję rodziców na temat tego, czy wystarczą nam dwa pokoje, co już i tak było niebywałym luksusem, czy może rzucić się na trzy. I się rzucili. Dzięki Bogu. Miałem wrażenie, że sprowadzam się co najmniej do Pałacu w Wilanowie. Pokój z loggią, łazienka oddzielona od toalety, okno w kuchni, okno w łazience, winda jeżdżąca w dół i do góry i zsyp na śmieci. Śmierdział, jak nie wiem co, ale był.

Zostałem tu na trzydzieści parę lat. Nasze okna wychodziły na trzy strony, przez co mieliśmy przeciągi i wszystko zawsze trzaskało. W ciągu sezonu kilka razy musieliśmy wstawiać nowe szyby. Z jednej strony widać było Elektrociepłownię Powiśle, która tak strasznie kopciła, że trzeba było w kółko ścierać sadzę z parapetu. Z drugiego okna, malutkiego, jawił się dom po przeciwnej stronie Dobrej. Z mojego pokoju widziałem nieczynną już teraz stację benzynową oraz perspektywę ulicy Dobrej i prawdziwe drzewo. A jak się z drugiej strony bardzo zręcznie wychyliłem, to nawet Tamkę widziałem. Oraz kawałek Pałacu Kultury.

ULICA KAROWA

Z podstawówki nr 34 na Drewnianej trafiłem na Karową do liceum Czackiego. Z Dobrej śmigałem tu piechotą, bo byłem bardzo sprawnym chłopcem. Najpierw szedłem dołem, a pod górę skarpy nie po schodach, jak życzyła sobie szkoła, ale na skróty, tzw. zabronionym traktem. Mieliśmy w szkole kolegę, który przepadał za słodyczami i gdy trafiała się gorsza pogoda, np. plucha, rzucaliśmy mu na tę skarpę pierniczki. Jak najwyżej się dało. I on się po nie wspinał. I tak bardzo ładnie zjeżdżał. I było to ohydne, ale wtedy trudno było nam to dostrzec, ponieważ kolega zdawał się taki zadowolony z pierniczków, a spodnie i tak się wypierze.

Mieliśmy paczkę. Jej cele były nieokreślone, ale mieliśmy własną pieczątkę (z gumki) i bardzo surowe kary, np. wyrywanie pojedynczych włosów, za zdradzenie tajemnic. To musiało być naprawdę okropne, bo pamiętam, jak jeden kolega skazany przez nasz sąd za jakieś wykroczenie podczas wymierzania kary oświadczył, że ma nas w dupie. I się wypisał. Ja nigdy nie byłem ukarany z tej prostej przyczyny, że byłem przewodniczącym. Lojalnym przewodniczącym. W paczce nie mieliśmy dziewczyn, ponieważ były głównie głupie, choć na pewnym poziomie liceum zaczynały się już romanse i flirty, które stanowiły temat bardzo poważnych obrad naszej organizacji. Zadawaliśmy sobie wtedy istotne i trudne pytania: „Jeśli on się zadaje z jakąś, to czy przypadkiem nie wyda jej naszych sekretów?”, a sekretem było wszystko. Krążyły też plotki, że niektóre dziewczyny dają się całować.

Moje pierwsze uczucie było platoniczne, ponieważ nie miałem śmiałości, by zrobić choć jeden mały krok, ani w desperacji nie posunąłem się tak daleko jak kolega, który założył się z nami, że zacznie chodzić z taką jedną koleżanką. Jednym z warunków udowodnienia chodzenia było pójście z nią do kina. W pewnej chwili przyszedł i oświadczył, że już był. Owszem, był w kinie z tą koleżanką, ale ona była z gosposią, a on siedział w innym rzędzie. Nie mogliśmy mu tego zaliczyć. Moja platoniczna blondynka była ładna, niewysoka i miała fajne poczucie humoru, co bardzo mi zawsze imponowało. Jak się dużo później okazało, ona także rozpatrywała moją kandydaturę, ale z braku zachęty... Cóż, mogłem tylko uderzyć głową o ścianę, że zmarnowałem taką okazję.

Pod koniec szkoły przeżyłem wstrząsające wydarzenie męsko-damskie. Jechaliśmy razem autokarem na wycieczkę szkolną, chyba do Sandomierza. No i jak już było ciemno w tym autokarze, a obok siedziała jedna koleżanka, to w końcu do tego doszło! To był mój pierwszy pocałunek i omal nie zemdlałem z wrażenia. Tyle było tego romansu z Basią, a może Ewą. Ma-ło oryginalne imiona, ale wtedy dziewczyny nie nazywały się Ivette ani Françoise, tylko tak raczej normalnie, po polsku.

ULICA DYNASY

Jeśli trzeba było pójść na wagary, najchętniej korzystaliśmy z kina i seansów zaczynających się o 9 rano. Mieliśmy też dziwne samoobjawiające się kryjówki, jak np. beznadziejna komórka na Dynasach, która miała tylko jeden jedyny plus: była kryjówką. Można było się w niej bezpiecznie schować, nie narażając się na kontrolę którejś ze strasznych trójek klasowych. Taka trójka czyhała na nas kiedyś w kinie Śląsk, ale zdążyliśmy umknąć. Raz tylko dałem się złapać. By wejść na film do kina Moskwa, musiałem się postarzyć. Wyskrobałem jedną cyferkę w legitymacji, niestety przesadziłem, bo zestarzałem się o pięć lat, ale inaczej nie dało się wyskrobać.

Dopadł mnie nieprzyjemny bileter i zabrawszy mi legitymację, przesłał ją do szkoły. Tłumaczyłem się dyrekcji absolutnie beznadziejnie: że coś mi się rozlało. Tragedia. Bywało, że w kryjówce na Dynasy znajdował się i winny napój Maślacz. Ohydny. W domu tłumaczyłem zawsze, że zjadłem dużo cukierków z likierem i stąd taki chuch.

Z usposobienia byłem przekornym obserwatorem, nie brylowałem na parkiecie, bo mi się nie chciało, ani nie byłem poprzebierany w modne ciuszki. Chodziłem głównie w dżinsach i to chyba było dla szkoły problemem, bo pewnego dnia wychowawca wezwał moją matkę i przepytywał ją, czy ja naprawdę nie mogę chodzić w zwykłych spodniach jak inne dzieci. Nie bardzo pasowałem do wizerunku młodego człowieka lansowanego przez szkołę wedle czytanek. Wydeptywałem swoje ścieżki i chyba mi się to mocno utrwaliło. Nadal nie lubię podążania za chwilowym sezonowym fasonem. Zagraniczne dżinsy kosztowały majątek, ale jak się dobrze pooszczędzało i przycisnęło rodziców, szli na układ i za dobry stopień pomagali sfinansować takie cudo. Najwyraźniej więc i oszczędzałem, i miałem dobre stopnie.

DROGA DO DOMU

Do szkoły, jak wspomniałem, szedłem zawsze bardzo szybko, natomiast wracałem z niej 16 razy dłużej. Otóż nigdy nie wracałem dołem, tylko Krakowskim Przedmieściem. Było tam mnóstwo pokus, np. dwa bary, do których jako młodzieńcy wpadaliśmy czasem na galaretkę z nóżek albo inną oranżadę. Na rozwidleniu Nowego Światu, przy pomniku Kopernika, a dokładniej pod Harendą, spotykało się zawsze jakichś znajomych. Później szliśmy do ulicy Kopernika i tu właśnie kiedyś, na skwerku, mieliśmy przygodę z bratem pewnej dziewczynki, która nie chciała się z nami kolegować. Brat postanowił spuścić nam manto i przyszedł z sześcioma kolegami. W taki sposób osiągnąłem jeden z lepszych wyników w biegu. Z Kopernika wędrowaliśmy Tamką w dół, z przystankiem na bajaderkę w cukierni, a w połowie ulicy mieszkało jeszcze dwóch kolegów i koleżanka, więc też były sprawy do załatwienia.
 

PARK NA OKÓLNIKU

Tu któregoś dnia nie odbył się słynny pojedynek. Dwóch moich kolegów miało pojedynkować się o kobietę. Wyznaczyli miejsce i sekundanta oraz broń w postaci pięści. Po lekcjach przyszli na skwerek, ale żaden jakoś nie palił się do bójki. Sytuacja się przeciągała, czas leciał, oni stali, tylko sekundant ich poganiał, gdyż spieszył się do domu na obiad. Musiał już być bardzo głodny, bo wreszcie tak ich zdenerwował, że spuścili mu manto. A dziewczyna? Jak zwykle poszła z kimś trzecim. W tym też czasie powstała nieopodal stacja kolejowa Powiśle, a ja sam siebie przekonywałem, że to takie metro jest prawie, warszawskie, europejskie, nowoczesne. Więc w Warszawie kiedyś było metro.

KINO ENERGETYK

Po lekturze „Trzech muszkieterów” chciałem natychmiast zostać jednym z nich, wszystko jedno którym, choć teraz, gdybym miał wybierać, zostałbym Atosem. Widziałem też pierwszy sprowadzony do Polski film katastroficzny „Godzilla”. Okropna, niezwyciężona i podła Godzilla miażdżyła mnie wizją, że prosto z Wisły i do nas na Powiśle niedługo przyjdzie. Nie to jednak było najgorsze. Często śnił mi się taki chory facet z „Zemsty kosmosu”. Wylądował rakietą na Ziemi, a że był już wyraźnie zakażony, zamieniał się powoli w kaktusa. Gdy na klatce schodowej gasło światło, martwiałem ze strachu, że kaktus ów wyskoczy i zaatakuje mnie na półpiętrze. A wiadomo przecież było, że jak już walnął kogoś tą swoją kaktusową ręką, to ten ktoś również stawał się kaktusem. A ja kaktusem być nie chciałem.

UCZELNIA

Myślałem, że będę dorosły, a tu dzwonki na przerwę. Brakowało tylko chodzenia w kapciach. Nie lubiłem żadnego dnia spędzonego na tej uczelni (dzisiejsza SGH), a byłem tu cztery lata, przy czym wylewano mnie dwa razy. Nie mam pojęcia, jak się tu dostałem, bo była to zwykła czerwona szkółka, w większości dla dzieci prominentów. I nie wiem po co, bo uczenie się przedmiotów ścisłych wydawało mi się bardzo ponurym zajęciem.

UNIWERSYTET

Tu skończyłem studia (filologię angielską) i odreagowałem poprzednią szkołę. Zahaczyłem też na szkoleniu o legendarnych oficerów Studium Wojskowego, dlatego wiem, jak zdobywa się szacunek oficera. Nie ukrywam, że nie wyglądałem dobrze w mundurze, a szczególnie w grubym zimowym płaszczu, i dokładnie pamiętam pewnego majora, który na mój widok spytał dowódcę plutonu: „Skąd żeście taką pierdołę wytrzasnęli?”. To tak na dobry początek. Ale major, niestety, mało wiedział o życiu. Tego samego dnia na zajęciach strzeleckich wcelowałem prosto w środek tarczy. Major oświadczył, że to niemożliwe, by taka pierdoła tak trafiła, i kazał strzelać jeszcze raz. Znowu wcelowałem, a pod koniec zajęć major mówił do mnie „proszę pana”.

ULICA MYŚLIWIECKA

Adres szczególny. Największa przygoda mojego życia zawodowego. Nie zapomnę dnia, kiedy dostałem tu kluczyk do swojego własnego pawlacza w korytarzu. Na moje skarby, taśmy i gazetki muzyczne na wagę złota. Rozpoczynając pracę w radiu, trafiłem w dziesiątkę. Radio jest dla mnie wciąż najbardziej intelektualnym i magicznym medium, mimo że obecnie wkłada się wiele wysiłku w to, żeby je spłycić i skomercjalizować.

Dla mnie spóźnienie do programu na żywo równało się z zawałem, ze śmiercią w męczarniach, zgonem towarzyskim i zawodowym, a odpowiedzialność za treść, język, czas, za intuicyjne trafienie do słuchacza była priorytetem. Nie miałem swojego radiowego guru, najważniejsza była dla mnie panująca przy Myśliwieckiej atmosfera. Trudno to wytłumaczyć, ponieważ moje początki tutaj przypadły akurat na czas bardzo niedobrego układu politycznego w Polsce, zależności i cenzury, a jednak w jakiś dziwny sposób ta Myśliwiecka zachowała dużo autonomii. Ograniczenia odczuwałem sporadycznie, na wszelki wypadek odsuwano mnie po prostu od robienia audycji w okolicach 1 maja czy 22 lipca.

Raz myślałem jednak, że naprawdę umrę. Już jako całkiem dorosły redaktor pojechałem do Londynu na wywiad z Eltonem Johnem. Pięć minut przed spotkaniem okazało się, że mój magnetofon nie działa. I co teraz? Były trzy możliwości. Albo uciec. Albo skłamać, że właśnie przejechał mnie samochód. Albo zrobić wywiad na pusto. Gdy już skłaniałem się ku trzeciej opcji, magnetofon zmartwychwstał, a po wywiadzie Elton John mnie podał rękę, a reszcie tak tylko zamachał. Może wiedział, że jestem z Powiśla

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Nowa wystawa w Muzeum Polin - "Tu Muranów"

Wystawa w Muzeum Polin -
Wystawa w Muzeum Polin - "Tu Muranów" (materiały prasowe)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Od 26 czerwca w Muzeum Polin będzie można oglądać nową wystawę czasową "Tu Muranów", opowiadającą historię tego warszawskiego osiedla i losy jego mieszkańców, a także postaci kojarzonych z dzielnicą – od jego najdawniejszych początków po czasy współczesne, a nawet scenariusze przyszłości.

Wystawa "Tu Muranów" w Muzeum POLIN prezentuje niezwykłą, wielopoziomową historię Warszawy. Pod pozornie znaną warstwą zwiedzający odkryją kolejne wymiary przeszłych, obecnych i przyszłych losów miasta.

Van de Poll, 1934, Niderlandzkie Archiwum Narodowe; Nowa wystawa w Muzeum Polin - 'Tu Muranów' Van de Poll, 1934, Niderlandzkie Archiwum Narodowe; Nowa wystawa w Muzeum Polin - "Tu Muranów"

Najistotniejsze w opowieści o Muranowie, z kuratorskiego punktu widzenia, było ukazanie warstwowości jego dziejów w taki sposób, by w równym stopniu skupić uwagę na każdym z prezentowanych okresów historycznych i losach żyjących wówczas ludzi – mówi kuratorka wystawy Kamila Radecka-Mikulicz. I dodaje: Wystawę adresujemy nie tylko do warszawian, ale także osób interesujących się szerzej historią społeczną miast, architekturą, urbanistyką. Mamy nadzieję, że okaże się interesująca z uwagi na przedstawiane w niej osobiste historie i uniwersalność poruszanych tematów, takich jak przemiany społeczne na przestrzeni lat, utopie urbanistyczne, zadomowienie czy wreszcie lokalność, obywatelski i sąsiedzki aktywizm oraz miejska przyroda.

Pielęgniarki doglądają niemowląt w prowizorycznym oddziale położniczym Szpitala św. Zofii w oblężonej Warszawie, Wrzesień 1939, fot. Julien Bryan Pielęgniarki doglądają niemowląt w prowizorycznym oddziale położniczym Szpitala św. Zofii w oblężonej Warszawie, Wrzesień 1939, fot. Julien Bryan

Na samym początku opowieści widzowie przeniosą się do XVIII wieku, by poznać Wenecjanina tęskniącego za ojczystą wyspą Murano. Kolejnym etapem podróży będzie spacer dawną Dzielnicą Północną, która przed wojną była centrum żydowskiego życia – w czasach, gdy Warszawa była domem największej w Europie Diaspory. Przespacerują się przedwojenną ulicą Nalewki, wówczas tętniącą życiem reprezentacyjną ulicą handlową, nie ustępującą wielkością i różnorodnością sklepów, warsztatów i towarów dzisiejszej Marszałkowskiej w Warszawie, czy Piotrkowskiej w Łodzi.

14) Warszawa, ul. Nalewki, róg Długiej, pocztówka : nakł. J. Ślusarski, POLONA 14) Warszawa, ul. Nalewki, róg Długiej, pocztówka : nakł. J. Ślusarski, POLONA

Poznają dramatyczne losy Żydów, których uwięziono w utworzonym tu warszawskim getcie. Dowiedzą się, jak planiści odbudowujący stolicę z wojennych gruzów zakładali nowe, modernistyczne osiedle, poznają historie słynnych warszawskich windziarek, które przysłużyły się budowie nowoczesnej dzielnicy, zajrzą na podwórka powojennego Muranowa.

5) Brygada kobieca budująca blok mieszkalny. Na dalszym planie widoczna wieża kościoła ewangelicko-reformowanego, 1952 – 1959, fot. Siemaszko Zbyszko NAC 5) Brygada kobieca budująca blok mieszkalny. Na dalszym planie widoczna wieża kościoła ewangelicko-reformowanego, 1952 – 1959, fot. Siemaszko Zbyszko NAC

Uwagę zwiedzających z pewnością przyciągnie dzieło Jadwigi Sawickiej, uznanej twórczyni, której prace znajdują się w narodowych kolekcjach sztuki. Artystka przygotowała przestrzenny kolaż-mural, przypominający o wielowarstwowej, ludzkiej historii tego miejsca. Powstawał on na chwilę przed ponownym otwarciem muzeum, już w przestrzeni wystawy, wskutek nakładania i zdzierania kilku warstw wydruków ze słowem „głosy” w językach jidysz, polskim i angielskim.

Zdzieranie kolejnych warstw to proces odwrotny od naturalnego nawarstwiania się pokładów znaczeń – tłumaczyła artystka. Jest świadomym aktem; jednocześnie wolą poznania, dotarcia do dna/sedna, jak i działaniem formalnym: chęcią stworzenia całościowego obrazu, w którym wszystkie te warstwy byłyby jednocześnie obecne – dodaje Sawicka.

Od połowy lipca zwiedzający będą mogli zobaczyć instalację artysty Artura Żmijewskiego i badaczki pamięci Zagłady Zofii Waślickiej-Żmijewskiej. To dzięki ich projektowi po raz pierwszy wystawę czasową będzie można oglądać także na zewnątrz Muzeum. Tematem fotografii i filmów są obiekty archeologiczne znalezione podczas budowy muzeum, takie jak brytfanka do pieczenia, sztućce, szklanki, okulary, czy zwykły zegarek. Sądziliśmy, że zdjęcia te powinny być stonowaną, ale nacechowaną uczuciowo opowieścią o tych rzeczach. Dla każdego z wybranych przedmiotów znaleźliśmy odpowiadający mu współczesny kontekst. Zardzewiałe nożyce krawieckie położyliśmy wśród niedokończonych ubrań w zakładzie krawieckim i tak sfotografowaliśmy. Naczynia kuchenne trafiły między dzisiejsze garnki, a sztućce na świeże obrusy – mówią Żmijewscy.

Nożyce, Fot. Artur Żmijewski, 2020, Zdjęcia wykonane przez Artura Żmijewskiego w warsztatach i pracowniach. Przedstawiają obiekty archeologiczne - przedmioty codziennego użytku - wydobyte z ziemi podczas budowy Muzeum POLIN. Nożyce, Fot. Artur Żmijewski, 2020, Zdjęcia wykonane przez Artura Żmijewskiego w warsztatach i pracowniach. Przedstawiają obiekty archeologiczne - przedmioty codziennego użytku - wydobyte z ziemi podczas budowy Muzeum POLIN.

Prace fotograficzne artysty będzie można również oglądać w przestrzeni wystawy – wykonane w szczególny sposób współczesne zdjęcia wybranych muranowskich lokalizacji.

Tu Muranów, wystawa czasowa Muzeum POLIN, 26.06.2020 - 22.03.2021

 

  1. Styl Życia

Elektrownia Powiśle - nowa modna miejscówka w Warszawie

Elektrownia Powiśle (materiały prasowe)
Elektrownia Powiśle (materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Świetna lokalizacja, ciekawa rewitalizacja i atrakcyjna oferta - Elektrownia Powiśle ma sporo atutów. Dziś otwarcie części handlowej, kilku barów i restauracji.

Warszawskie Powiśle od pewnego czasu tętni życiem. Teraz pojawia się tu kolejna atrakcja. Elektrownia Powiśle, która dziś otwiera swoje podwoje, to miejsce, które z pewnością przyciągnie nie tylko warszawiaków, ale również turystów, odwiedzających pobliskie Centrum Nauki Kopernik, Muzeum nad Wisłą, czy spacerujących bulwarami wzdłuż Wisły.

Nowe marki w starej kotłowni

Nie jest to ani typowe centrum handlowe, ani kompleks sieciowych restauracji, które można spotkać w galeriach handlowych. W odrestaurowanych budynkach starej elektrowni, w których zachowano m.in. metalową konstrukcję pod dachem z silosami, do których wsypywano węgiel, kominy czy szyb windy, którą transportowano w przeszłości węgiel, docelowo będzie działać blisko 60 sklepów, 30 restauracji (w tym należący do Kuby Wojewódzkiego "Niewinni Czarodzieje") i barów. Na piętrze, zapewne od czerwca, będzie otwarta strefa beauty.

Wystrój wnętrza Elektrowni Powiśle współgra z charakterem miejsca (materiały prasowe Wystrój wnętrza Elektrowni Powiśle współgra z charakterem miejsca (materiały prasowe

W Elektrowni Powiśle nie znajdziemy popularnych sieciówek. Będziemy mogli za to odwiedzać sklepy marek, których do tej pory w Warszawie nie było, między innymi sklepy Urban Outiffiters czy Weekday. Będą też butiki COS, Levi’s, Converse czy Hugo, a także sklepy polskich marek: Warsaw Concept Store, Jestem Slow Concept Store, Chosen By, Confashion, Orska. Pierwszy butik otworzy tu również projektantka Vasina, znana z projektowania dla gwiazd muzyki, takich jak Monika Brodka czy Krzysztof Zalewski. Wielbiciele pięknych zapachów i niszowych kosmetyków będą mogli upajać zmysły w znanej perfumerii Galilu.

Food court, czyli strefa restauracji i barów zajmuje znaczącą powierzchnię Elektrowni Powiśle (materiały prasowe) Food court, czyli strefa restauracji i barów zajmuje znaczącą powierzchnię Elektrowni Powiśle (materiały prasowe)

Elektrownia Powiśle to nie tylko sklepy i restauracje. Na terenie odrestaurowanego kompleksu mieszczą się także trzy biurowce, apartamenty na wynajem, a także 4-gwiazdkowy hotel, którego otwarcie zaplanowano na przyszły rok.

Podświetlane fontanny to kolejna atrakcja tego miejsca (materiały prasowe) Podświetlane fontanny to kolejna atrakcja tego miejsca (materiały prasowe)

 

  1. Styl Życia

Życie w czasie pandemii koronawirusa [FOTOREPORTAŻ]

Życie w Warszawie w czasie pandemii koronawirusa toczy się wolniej (Fot. Marta Rybicka)
Życie w Warszawie w czasie pandemii koronawirusa toczy się wolniej (Fot. Marta Rybicka)
Zobacz galerię 24 Zdjęcia
Nasze życie od kilku tygodni zmieniło się diametralnie. Miasto, które normalnie tętni życiem, opustoszało, a życie toczy się w nim zupełnie innym trybem. Wolniej, ciszej, na odległość.

Zobaczcie niezwykły fotoreportaż Marty Rybickiej, dokumentujący codzienność w Warszawie w czasie trwania epidemii koronawirusa.

Wstałam wcześnie rano. Obejrzałam wiadomości z Hiszpanii i Włoch. To dzieje się tu i teraz. Szybko wybiegam z domu, jak zwykle z aparatem. Do kieszeni wkładam maseczkę i rękawiczki. Ulica. Pusta. A przecież słonecznie i ciepło. Przecież wiosna. Wsiadam do metra, ludzie podejrzliwe patrzą na siebie. Niektórzy w maskach. Pan na końcu wagonu delikatnie chrząknął. Spore poruszenie. Mnie nie wystraszył, ale od jutra będę jednak jeździć wyłącznie samochodem.

Nie trzeba być fotografem, żeby widzieć jak wiele się zmieniło. Nagle nasze przyzwyczajenia nie do końca pasują. Nawet nasz kot nie wie, skąd taki tłok w domu. Każdy próbuje zaadoptować swój świat do rzeczywistości.

Wszystko nagle podlega weryfikacji – nasz styl życia, nasze potrzeby, nasze relacje. W czasie, kiedy powinniśmy być blisko, musimy trzymać dystans – najlepiej dwa metry.

Marta Rybicka, fotografka

  1. Zwierciadło

Zdrowe, orzeźwiające wody smakowe, które podnoszą poziom energii – nie tylko na piknik

5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki
5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki "Zdrowe wody")
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Pysznie i energetycznie to dwa słowa, którymi z powodzeniem można opisać każdą z moich wiosennych wód. Od ciebie zależy, którą wybierzesz, a i tak każdy wybór będzie właściwy.

Składniki:

  • grejpfrut (1 sztuka mała - 220g)
  • cynamon (laska)
  • rozmaryn (2 gałązki)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Grejpfruta nie obieramy, jedynie szorujemy porządnie szczoteczką pod bieżącą wodą. Pokrojonego w plastry wrzucamy do dzbanka. Dodajemy gałązki rozmarynu i laskę cynamonu. Całość zalewamy wodą średniozmineralizowaną. Pozgniatamy wszystkie składniki drewnianą łyżką i dokładnie mieszamy. Po dziesięciu minutach woda smakowa jest już gotowa.

5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki 'Zdrowe wody')5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki "Zdrowe wody")

Składniki:

  • cytryna (1 sztuka duża - 130g)
  • mięta cytrynowa (11 świeżych listków)
  • pokrzywa (11 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Cytryna chociaż wcale nie jest liderem wśród cytrusów pod względem zawartości witaminy C, to bogata jest w witaminy z grupy B, potas, wapń, o czym nie każdy wie. Oczywiście dzięki zawartej w niej witaminie C moja orzeźwiająca woda smakowa ma moc energetyzującą, natomiast dzięki witaminom z grupy B, takim jak B3, czyli niacynie i witaminie B6, czyli pirydoksynie, usprawnia pracę układu nerwowego i wzmacnia układ immunologiczny. Zalecam celebrowanie święta cytryny nie tylko pod koniec zimy w miasteczku Mentona, ale dużo, dużo częściej.

Składniki:

  • kawa (2 łyżeczki mielonych ziaren)
  • grejpfrut (1/3 sztuki - 90g)
  • limonka (1 sztuka - 100g)
  • mięta cytrynowa (10 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Kawa znalazła się w mojej wodzie smakowej nie tylko ze względu na zawartość kofeiny. Oczywiście jej właściwości pobudzające są najbardziej znane, co nie oznacza, że kawa nie może się też pochwalić innymi. Pozwólcie, że wymienię niektóre jeszcze przed wypiciem mojej wody smakowej: poprawia perystaltykę jelit, wzmacnia pamięć, przyspiesza metabolizm. Nie wymieniając dodatkowo zalet grejpfruta, limonki i mięty, czyli reszty składników mojej mieszanki, zapewniam, że jest to woda smakowa bardzo zdrowa.

Składniki:

  • zielona herbata (2 łyżeczki suszu)
  • pomarańcza (1/2 małej sztuki - 100g)
  • mięta cytrynowa (10 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Do dzbanka wsypujemy zieloną herbatę i zalewamy średniozmineralizowaną wodą o temperaturze 80 stopni. Czekamy, aż napar wystygnie i dodajemy listki mięty i plastry pomarańczy. Mieszamy całość drewnianą łyżką, rozgniatając plastry pomarańczy, a po chwili woda smakowa jest już gotowa.

Składniki:

  • czarny bez (2 łyżki soku z owoców)
  • ogórek gruntowy (3 sztuki - 90g)
  • mięta zwyczajna (6 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Ogórki myjemy pod bieżącą wodą i kroimy je w plastry, nie obierając ze skórki. Pokrojone warzywa wrzucamy do dzbanka i wlewamy dwie łyżki stołowe bezcukrowego, ekologicznego soku z czarnego bzu. Dodajemy listki mięty i całość zalewamy wodą średniozmineralizowaną. Mieszamy składniki drewnianą łyżką. Woda smakowa jest gotowa po 10 minutach od zamieszania.

Zdjęcia z książki „Zdrowe wody. Pyszne wody smakowe i izotoniki” Anety Łańcuchowskiej-Jeziorowskiej. Więcej przepisów na wody na każdą porę roku znajdziecie w książce dostępnej w naszym sklepie internetowym.

  1. Zwierciadło

Hanna Banaszak: "Mam za co dziękować"

"Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud". (Fot. Agata Preyss)
Przed dziesięciu laty zachwyciła się wierszem Wisławy Szymborskiej „Nienawiść”. Od tego czasu Hanna Banaszak myślała o płycie, na której opowie o człowieku i o planecie dźwigającej jego zło. Nagrała ją, bo wierzy w przebudzenie. „Stoję na tobie, Ziemio”, z jej autorskimi kompozycjami, właśnie się ukazała.

Pomyślałem, że pani płyta idealnie trafia w czas.
Zaczęłam ją tworzyć dziesięć, a może 11 lat temu. Tak się złożyło, że przerwałam tę pracę, ale rok temu postanowiłam skończyć. I rzeczywiście, trafia w swój czas. Zawsze trafiłaby, bo zawsze gdzieś toczy się wojna, ktoś coś dewastuje, roznieca ogień. Oczywiście, jest mnóstwo ludzi, którzy chcą coś dla planety zrobić, podczas gdy inni nawet nie myślą o następnych pokoleniach, które też przecież mają do niej prawo. Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud. Obchodzi mnie świat, obchodzi mnie Polska. Starałam się unikać moralizatorstwa. Do odbiorców należy ocena, czy to się udało. Nikogo nie pouczam, nie mówię: „Zobacz, co zrobiłeś”. Tekstami Wisławy Szymborskiej, Tadeusza Różewicza, Josifa Brodskiego, Witolda Gombrowicza, Wojciecha Młynarskiego, Doroty Czupkiewicz opowiadam o tym, co i mnie boli. Im dłużej żyję, tym bardziej męczy mnie ludzkość. Mimo wszystko ta płyta jest wołaniem o przebudzenie.

Można zatrzymać człowieka w jego obsesji czynienia zła?
Można to próbować robić większą uważnością, szacunkiem, edukacją, czułością i próbami zrozumienia, pokorą w stosunku do niego, nieocenianiem, głębszym słuchaniem… Zaczynając od siebie, mamy większe szanse na lepsze relacje. Dobrze jest się sobie przyjrzeć. Pracuję teraz nad książką o sobie, nie wiem, czy ją wydam, ale chciałam popatrzeć na siebie z dystansu, na dziecko, dziewczynkę, kobietę.

Jaka była ta dziewczynka?
Długo była nieśmiała, co trochę komplikowało jej życie. Mimo to miała dość duże poczucie własnej wartości. Potem przez przypadek zaczęła się jej muzyczna droga. Gdzieś zaśpiewała, ktoś ją zauważył, a ona wciąż nie przypuszczała, że to będzie jej zawód. Po prostu podążała za własną muzykalnością i miłością najpierw do dźwięków, a niedługo potem także do treści.

Tę nieśmiałość zamieniła pani później na osobność?
Lubię oddalać się od ludzi, co nie znaczy, że nie bywam z nimi blisko. W moim życiu to się odbywa pół na pół – obcowanie z samotnością jest twórcze i rozwijające, ale bycie z ludźmi daje też poczucie wspólnoty. Zwłaszcza gdy miewamy psychiczne upadki, potrzebujemy drugiego człowieka. Dobre bycie z ludźmi jest ważne, bo możemy się w sobie nawzajem przeglądać i uczyć, a także obdarzać niezbędnym do życia współodczuwaniem oraz czułością i serdecznością.

A jakie marzenia miała pani, będąc tamtą dziewczynką?
Nie przypominam sobie swoich marzeń. Może tylko jakieś błyski [śmiech]. W podstawówce bardzo chciałam zaśpiewać na szkolnej akademii. Jednak nikt nie wiedział, że śpiewać potrafię, a moja nieśmiałość nie pozwoliła mi się o to upomnieć. Marzyłam o dalekich podróżach, co na początku mojej kariery częściowo udało mi się zrealizować, ale zawsze były to wyjazdy połączone z koncertami. Obecnie, po milionach kilometrów, które przemierzyłam, większą atrakcją dla mnie jest zostać niż wyjechać.

W co była pani wtedy zasłuchana?
Uwielbiałam amerykańskie filmy musicalowe, z Ginger Rogers, Fredem Astaire’em, Marilyn Monroe. W domu było tylko radio i nieco później telewizor. Nie było jednak adapteru, z którego można odtwarzać płyty. Czasem udawało się złapać Radio Luxembourg, gdzie prezentowano muzykę z Zachodu, ale strasznie trzeszczało. Rodzice słuchali w nim też Radia Wolna Europa. Nie mogę powiedzieć, że swoją muzykalność kształtowałam na słuchaniu muzyki, może w pewnym stopniu. Największą muzyką była przyroda. Umiłowaniem przyrody zaraziła mnie mama. W dzieciństwie z naszego małego mieszkania wyjeżdżałam z rodzicami na całodniowe wycieczki za miasto. W okolicach Poznania jest mnóstwo pięknych miejsc. Jeździłyśmy do Puszczykowa, nad Jezioro Kierskie, i zwiedziłyśmy wszystkie okoliczne lasy.

Od kiedy stoi pani twardo na ziemi?
Dość wcześnie poczułam, że stoję na niej świadomie, ale nigdy nie przestałam mieć poczucia, że jestem w drodze. To ona jest istotna. Takim znaczącym przebudzeniem był rok 1980, kilka zdarzeń. Pierwszym był wypadek – spadłam z windą w stołecznym hotelu Warszawa. Miałam 23 lata, początek mojej popularności. Dwa dni wcześniej nakręciłam recital telewizyjny. Bardzo chwalono mnie za muzykalność. Polska telewizja chciała mnie wysłać na nauki do Londynu, ale nagle wszystko stało się nieaktualne. Szybko zrozumiałam, że tzw. sukcesy z piękną perspektywą nieoczekiwanie mogą się urwać. To dobra lekcja na początku kariery, bo od razu uczy dystansu i tłumi samozachwyty.

Miałam skomplikowane złamanie nogi. Recital oglądałam już po operacji w szpitalu, trzy tygodnie później. Mój powrót do zdrowia trwał około pół roku. Byłam po drugiej operacji i wciąż leżałam w szpitalu, kiedy umarł na serce mój ojciec, dla mnie wzór pracy i uczciwości. Wtedy stałam się dorosła. No i pojawiła się Solidarność, a wraz z nią nadzieja. To, co się działo, było wzniosłe i budujące. W lipcu 1981 roku graliśmy przez miesiąc z kabaretem Tey Zenona Laskowika w teatrze muzycznym w Gdyni. Na naszych występach pojawiały się znane solidarnościowe nazwiska, które po spektaklu odwiedzały nas za kulisami. Zdawałam sobie sprawę, że uczestniczę we fragmencie historii, dlatego wnikliwie się przyglądałam. To przykre, ale u niektórych z tych osób już wtedy dostrzegłam rodzącą się zawiść. To też mnie czegoś ważnego nauczyło. Że zawiść jest przyczynkiem do mniejszych i większych wojenek. Że ludzie nie umieją żyć skromnie, obrastają w tworzone mity, a w rzeczywistości są małymi nieszczęściami.

Mniej więcej wtedy, na początku lat 80., zdecydowała się pani na karierę solową.
Ha, ha, to raczej kariera zdecydowała się na mnie. Sama do mnie przyszła. Miałam dużo szczęścia, ale i nieskromnie powiem – talentu. Zaczęłam śpiewać muzykę i teksty, którymi mnie obdarowali wybitni twórcy. To były piękne piosenki dla młodej dziewczyny, ale w pewnym momencie dojrzałam do czegoś więcej i tu pojawił się Jonasz Kofta, który pozwolił mi się przeobrazić w artystkę znacznie dojrzalszą. Odtąd zaczęłam stawiać na głębsze treści i ich wiarygodny przekaz. Wiedziałam już, czego nie chcę.

Pani już nie chciała tamtej zalotnej?
Nie, bo z biegiem czasu stawała się coraz bardziej infantylna, a infantylizmu nie znoszę. Udało mi się wywalczyć prawo do scenicznego rozwoju. Ludzie, w tym także młodzi, przychodzą na moje koncerty, chociaż prawie nie ma mnie w mediach. Niektórzy napotkani przechodnie czasem mnie pytają, czy jeszcze śpiewam, a przecież nawet na chwilę nie przestałam, tylko ograniczyłam kontakt z mediami, które, zgodnie z moją filozofią uprawiania tego zawodu, specjalnie do niczego nie były mi potrzebne i raczej mnie męczyły, niż cieszyły. Mimo to publiczność wciąż obdarza mnie entuzjazmem, co znaczy, że chyba swój zawód wykonuję rzetelnie. Zwolennicy czynią mi wielki zaszczyt, odwiedzając mnie na koncertach. Mam dla nich czułość. Jestem wdzięczna. Ale nie traktuję śpiewania jako wielkiej misji, po prostu zapraszam do dialogu. Skoro dostałam od losu muzykalność, wrażliwość na słowo i udało mi się coś zrozumieć, to mam za co dziękować.

Fot. Agata Preyss Fot. Agata Preyss

Kiedy sobie pani uświadomiła, że może liczyć tylko na siebie?
To akurat uświadomiłam sobie dość wcześnie. Wiedziałam, że odpowiadam za całe moje życie. Nigdy nie oczekiwałam od nikogo pomocy. Musiałam sobie radzić. Dlatego nigdy nie rozpaczam z powodu chwilowej zawodowej ciszy. To zawsze świetny czas na tworzenie i głębsze przemyślenia.

Rekompensowała pani córce to, czego sama nie miała?
Córkę też nauczyłam odpowiedzialności za siebie. Nie posiadam wiele, ale do wszystkiego doszłam sama. To wielka wartość w życiu. Dając dziecku za dużo i za wcześnie, robi mu się krzywdę. Bo jaki ma mieć wtedy cel? Kiedy człowiek dorobi się czegoś sam, to szanuje innych, życie i świat.

Przez wiele lat pilnowała pani prywatności córki. A teraz?
Uważam, że to odrębny człowiek i nie mam prawa opowiadać o nim bez jego zgody. Zawsze tak uważałam, nawet jak Agata była małym dzieckiem. Niedawno zapytałam ją jednak, czy mogę coś czasem o niej napomknąć. Odpowiedziała: „Mamo, ja już urosłam, a ty sama masz wyczucie, gdzie jest granica”. Moja córka jest dziś mądrym i głębokim człowiekiem. Ma też wspaniałego synka, mojego ukochanego wnuka.

Jest znaną fotografką. Jak patrzy na mamę przez oko obiektywu?
Bardzo pięknie współpracuje. Potrafi stworzyć taką atmosferę, że osoba fotografowana czuje duży psychiczny komfort, co podczas sesji jest szalenie ważne, bo to dość intymna sytuacja. Kiedy czasami razem pracujemy, mogę rozjaśnić emocjonalnie twarz, zapomnieć o wszystkim, co problemowe, wyciszyć się. Poza tym Agata robi wspaniałe zdjęcia i zawsze w tym szuka piękna. Jak od dawna obserwuję, ludzie lubią z nią obcować zarówno w pracy, jak i w życiu.

Lubi panią na scenie?
Kiedyś powiedziała, że jest ze mnie dumna. To wielki komplement usłyszeć coś takiego od własnego dziecka. Czasem słucha moich nagrań, przy niektórych nawet się wzrusza. Pamiętam, że kiedy ją urodziłam, powiedziałam sobie, że muszę tak śpiewać i dobierać repertuar, żeby moje dziecko nigdy nie musiało się za mnie wstydzić.

Co to znaczy: „Jestem sałatką z twardych jesiennych orzechów”? To z pani wiersza.
Dalej jest tam jeszcze – „i świeżo zielonych listków”. To znaczy, że jestem silna i w drodze do mety, czyli nie stronię od świadomości śmierci. Staram się ją w sobie oswoić. Jednak te listki dopowiadają, że wciąż się czegoś uczę i miewam młodzieńczą nadzieję.

Wyobraża sobie pani życie bez śpiewania? Że scena mogłaby któregoś dnia się skończyć, widzowie – odmówić uwagi?
Scena tak, bo trochę nią jestem zmęczona, ale twórczość nie, ponieważ to paliwo dla mojej wyobraźni, napęd do spełnionego istnienia. Kocham tworzyć, różne zresztą rzeczy. A gdyby mnie opuścili widzowie, przyjęłabym to z godnością i poszukała innego zajęcia. Nie mam z tym problemu. W życiu jestem gotowa na różne ewentualności. Jestem dość mocno zahartowana.

Walczy pani o publiczność? Gusta się zmieniają, publiczność się zmienia.
Ale mówimy cały czas o tym samym – chcemy coś pięknego przeżyć, coś zrozumieć, kochać, dawać, brać… Rolą artysty jest proponować siebie widzowi, a nie dostosowywać się do jego niekoniecznie trafnych oczekiwań. Prawdziwy artysta nie wychodzi naprzeciw gustom. Raczej pracuje nad kolejnym ciekawym zaskoczeniem. To dużo trudniejsza droga, ale gdy się uda, przynosi znacznie większą satysfakcję. Ja tylko dbam o to, aby nie stawać się artystką przebrzmiałą, żeby być człowiekiem współczesnym.

Współczesnym, czyli jakim?
Takim, który dostrzega to, co dzieje się wokół niego teraz, i który do tego „teraz” ma prawo. Nie uważam, że jak się skończy ileś tam lat, to wypada się powoli wycofywać z wszystkiego. No, chyba że się tego pragnie albo nie ma się nic do powiedzenia. Dopóki jednak mamy siłę i coś sensownego do przekazania, to trzeba to robić.

Czy artysta może nie zauważyć, że przekracza granicę profesjonalizmu?
Tak, to się może zdarzyć, zwłaszcza gdy człowiek traci orientację na swój temat, a w zamglonym lustrze widzi tylko swoje piękne wspomnienie o dawnej sobie. Mam nadzieję, że zgodnie ze słowami piosenki Młynarskiego wyczuję, „kiedy w szatni płaszcz pozostał przedostatni”, i odejdę, zanim zacznę wzbudzać litość. Wierzę, że na razie tak się jeszcze nie dzieje…

Zdarza się pani patrzeć na młodych wokalistów i myśleć: „Nie tędy droga”?
Dla każdego, kto długo chce istnieć na scenie, podstawą jest być utalentowanym, pracowitym i innym niż wszyscy. To pozwala rozłożyć karierę na długie lata. Kiedy zaczynałam, stawiało się na robienie waloru z prawdy o sobie. Przykro mi to mówić, ale obecnie najczęściej odnoszę wrażenie, jakbym słuchała wokalistów z tej samej taśmy produkcyjnej. Czasem trudno odróżnić zarówno głosy, jak i wygląd. Prawie każdy kogoś naśladuje, próbuje komuś dorównać, zaśpiewać tak jak jego idol. Czasem mu nawet dorównuje, tylko po co. Szkoda, że tego rzetelnie się nie uczy. Indywidualizm w sztuce to zasada ponadczasowa. Kilka ciekawych, dobrze zapowiadających się młodych osobowości na szczęście jest. Ale na pewno mniej niż w czasach, gdy ja zaczynałam.

Kiedy w 1976 roku zaśpiewała pani „Summertime”, mówiono, że narodziła się polska gwiazda.
Ja też na początku śpiewałam znane kompozycje, ale zawsze to robiłam inaczej, od siebie. Gdy miałam 16 lat, jeden z moich starszych kolegów, muzyk Michał Szóstek, pokazał mi Gershwina, którego prawie nie znałam. Zagrał „Summertime” i od razu się w tym utworze zakochałam. Michał grał, ja śpiewałam tak, jak czułam. Nie znałam innych wersji, więc w głowie nie miałam żadnych porównań. Nie znałam nawet wykonań Elli Fitzgerald ani Janis Joplin. Dlatego z łatwością zbudowałam interpretację własną.

Hanny Banaszak na scenie i w życiu są różne?
Nie przypuszczam, ale nie mnie to oceniać. Staram się zachować równowagę pomiędzy pracą a życiem. Na scenie próbuję interpretować to, czym inspiruje mnie codzienność, a w życiu – czerpać energię ze scenicznego spełnienia. Specjalnie też nie zmieniam się wizualnie. Nie stosuję masek, staram się przekazywać prawdę.

Jakie wspomnienia, osoby, myśli pojawiają się, kiedy śpiewa pani piosenkę?
Coraz częściej brakuje mi ludzi z mojego świata. Jedni odeszli, inni odchodzą, a reszta, która została, czuje się coraz bardziej osierocona. Czasem śpiewam dla nich, myślę o nich. Odrywam się od dość smutnej rzeczywistości dźwiękami, które im posyłam na scenie.

A gdyby tak uciec światu, zgiełkowi?
Ja już trochę uciekłam. Od lat przecież jestem obok, a nie w mateczniku artystycznych zdarzeń. Sama tak wybrałam i tak mi się podoba. Podążam własnym, wytyczonym przez siebie szlakiem i nie jest mi z tym źle.

Amerykański poeta William S. Merwin, z którym rozmawiałem dla „Zwierciadła”, napisał w wierszu: „Ostatniego dnia świata chciałbym zasadzić drzewo”. Co zrobiłaby pani ostatniego dnia świata?
Przeprosiłabym za nas, bo drzewo nadziei na lepsze jutro byłoby już zasadzone.

Hanna Banaszak, ur. w 1957 r. Karierę wokalistki rozpoczęła pod koniec lat 70. Teksty i muzykę tworzyli i tworzą dla niej: Wasowski, Przybora, Kofta, Matuszkiewicz, Młynarski, Satanowski, Pawluśkiewicz, Preisner i inni. Nagrała kilkanaście płyt. Od kilku lat swe recitale dopełnia własnymi kompozycjami i tekstami. Wydała tomik wierszy, ma w dorobku trzy wystawy fotograficzne. Uhonorowano ją licznymi nagrodami i wyróżnieniami, m.in.: Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” i Bursztynowym Słowikiem.