1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Warszawa Wojciecha Manna

Warszawa Wojciecha Manna

Do dziś lubię konserwatywne dżinsy bez pawia wyszytego na kieszeniach, ale nie czuję się jak zgorzkniały zombi – wyznaje Wojciech Mann. Nie kłamie. Tworzy. I tworzy. Zarówno audycje radiowe, jak i programy telewizyjne. Ma 60 lat, figle w oczach i z całą pewnością się ze sobą nie nudzi.

 

TAMKA RÓG DOBREJ

Tu wszystko się zaczęło. Od sublokatorskiego pokoju na przetrwanie przy Dobrej 22/24, który dostał się moim rodzicom po różnych wojennych tułaczkach i przygodach. Spędziliśmy w nim dobrych parę lat. W całym mieszkaniu gnieździły się trzy rodziny, więc łazienka, toaleta i kuchnia były wspólne, ale „własne” było w tamtym czasie zupełnie jak teraz podróż na Marsa. Moi zuch rodzice zapisali się mimo wszystko do spółdzielni mieszkaniowej. No i przyszedł ten dzień, kiedy nierealne stało się faktem. Do wyboru była lokalizacja gdzieś na Sadybie i – nie wiem jakim cudem – mieszkanie dosłownie po drugiej stronie ulicy w powstającym najwyższym domu w okolicy. Dokładnie pamiętam dyskusję rodziców na temat tego, czy wystarczą nam dwa pokoje, co już i tak było niebywałym luksusem, czy może rzucić się na trzy. I się rzucili. Dzięki Bogu. Miałem wrażenie, że sprowadzam się co najmniej do Pałacu w Wilanowie. Pokój z loggią, łazienka oddzielona od toalety, okno w kuchni, okno w łazience, winda jeżdżąca w dół i do góry i zsyp na śmieci. Śmierdział, jak nie wiem co, ale był.

Zostałem tu na trzydzieści parę lat. Nasze okna wychodziły na trzy strony, przez co mieliśmy przeciągi i wszystko zawsze trzaskało. W ciągu sezonu kilka razy musieliśmy wstawiać nowe szyby. Z jednej strony widać było Elektrociepłownię Powiśle, która tak strasznie kopciła, że trzeba było w kółko ścierać sadzę z parapetu. Z drugiego okna, malutkiego, jawił się dom po przeciwnej stronie Dobrej. Z mojego pokoju widziałem nieczynną już teraz stację benzynową oraz perspektywę ulicy Dobrej i prawdziwe drzewo. A jak się z drugiej strony bardzo zręcznie wychyliłem, to nawet Tamkę widziałem. Oraz kawałek Pałacu Kultury.

ULICA KAROWA

Z podstawówki nr 34 na Drewnianej trafiłem na Karową do liceum Czackiego. Z Dobrej śmigałem tu piechotą, bo byłem bardzo sprawnym chłopcem. Najpierw szedłem dołem, a pod górę skarpy nie po schodach, jak życzyła sobie szkoła, ale na skróty, tzw. zabronionym traktem. Mieliśmy w szkole kolegę, który przepadał za słodyczami i gdy trafiała się gorsza pogoda, np. plucha, rzucaliśmy mu na tę skarpę pierniczki. Jak najwyżej się dało. I on się po nie wspinał. I tak bardzo ładnie zjeżdżał. I było to ohydne, ale wtedy trudno było nam to dostrzec, ponieważ kolega zdawał się taki zadowolony z pierniczków, a spodnie i tak się wypierze.

Mieliśmy paczkę. Jej cele były nieokreślone, ale mieliśmy własną pieczątkę (z gumki) i bardzo surowe kary, np. wyrywanie pojedynczych włosów, za zdradzenie tajemnic. To musiało być naprawdę okropne, bo pamiętam, jak jeden kolega skazany przez nasz sąd za jakieś wykroczenie podczas wymierzania kary oświadczył, że ma nas w dupie. I się wypisał. Ja nigdy nie byłem ukarany z tej prostej przyczyny, że byłem przewodniczącym. Lojalnym przewodniczącym. W paczce nie mieliśmy dziewczyn, ponieważ były głównie głupie, choć na pewnym poziomie liceum zaczynały się już romanse i flirty, które stanowiły temat bardzo poważnych obrad naszej organizacji. Zadawaliśmy sobie wtedy istotne i trudne pytania: „Jeśli on się zadaje z jakąś, to czy przypadkiem nie wyda jej naszych sekretów?”, a sekretem było wszystko. Krążyły też plotki, że niektóre dziewczyny dają się całować.

Moje pierwsze uczucie było platoniczne, ponieważ nie miałem śmiałości, by zrobić choć jeden mały krok, ani w desperacji nie posunąłem się tak daleko jak kolega, który założył się z nami, że zacznie chodzić z taką jedną koleżanką. Jednym z warunków udowodnienia chodzenia było pójście z nią do kina. W pewnej chwili przyszedł i oświadczył, że już był. Owszem, był w kinie z tą koleżanką, ale ona była z gosposią, a on siedział w innym rzędzie. Nie mogliśmy mu tego zaliczyć. Moja platoniczna blondynka była ładna, niewysoka i miała fajne poczucie humoru, co bardzo mi zawsze imponowało. Jak się dużo później okazało, ona także rozpatrywała moją kandydaturę, ale z braku zachęty... Cóż, mogłem tylko uderzyć głową o ścianę, że zmarnowałem taką okazję.

Pod koniec szkoły przeżyłem wstrząsające wydarzenie męsko-damskie. Jechaliśmy razem autokarem na wycieczkę szkolną, chyba do Sandomierza. No i jak już było ciemno w tym autokarze, a obok siedziała jedna koleżanka, to w końcu do tego doszło! To był mój pierwszy pocałunek i omal nie zemdlałem z wrażenia. Tyle było tego romansu z Basią, a może Ewą. Ma-ło oryginalne imiona, ale wtedy dziewczyny nie nazywały się Ivette ani Françoise, tylko tak raczej normalnie, po polsku.

ULICA DYNASY

Jeśli trzeba było pójść na wagary, najchętniej korzystaliśmy z kina i seansów zaczynających się o 9 rano. Mieliśmy też dziwne samoobjawiające się kryjówki, jak np. beznadziejna komórka na Dynasach, która miała tylko jeden jedyny plus: była kryjówką. Można było się w niej bezpiecznie schować, nie narażając się na kontrolę którejś ze strasznych trójek klasowych. Taka trójka czyhała na nas kiedyś w kinie Śląsk, ale zdążyliśmy umknąć. Raz tylko dałem się złapać. By wejść na film do kina Moskwa, musiałem się postarzyć. Wyskrobałem jedną cyferkę w legitymacji, niestety przesadziłem, bo zestarzałem się o pięć lat, ale inaczej nie dało się wyskrobać.

Dopadł mnie nieprzyjemny bileter i zabrawszy mi legitymację, przesłał ją do szkoły. Tłumaczyłem się dyrekcji absolutnie beznadziejnie: że coś mi się rozlało. Tragedia. Bywało, że w kryjówce na Dynasy znajdował się i winny napój Maślacz. Ohydny. W domu tłumaczyłem zawsze, że zjadłem dużo cukierków z likierem i stąd taki chuch.

Z usposobienia byłem przekornym obserwatorem, nie brylowałem na parkiecie, bo mi się nie chciało, ani nie byłem poprzebierany w modne ciuszki. Chodziłem głównie w dżinsach i to chyba było dla szkoły problemem, bo pewnego dnia wychowawca wezwał moją matkę i przepytywał ją, czy ja naprawdę nie mogę chodzić w zwykłych spodniach jak inne dzieci. Nie bardzo pasowałem do wizerunku młodego człowieka lansowanego przez szkołę wedle czytanek. Wydeptywałem swoje ścieżki i chyba mi się to mocno utrwaliło. Nadal nie lubię podążania za chwilowym sezonowym fasonem. Zagraniczne dżinsy kosztowały majątek, ale jak się dobrze pooszczędzało i przycisnęło rodziców, szli na układ i za dobry stopień pomagali sfinansować takie cudo. Najwyraźniej więc i oszczędzałem, i miałem dobre stopnie.

DROGA DO DOMU

Do szkoły, jak wspomniałem, szedłem zawsze bardzo szybko, natomiast wracałem z niej 16 razy dłużej. Otóż nigdy nie wracałem dołem, tylko Krakowskim Przedmieściem. Było tam mnóstwo pokus, np. dwa bary, do których jako młodzieńcy wpadaliśmy czasem na galaretkę z nóżek albo inną oranżadę. Na rozwidleniu Nowego Światu, przy pomniku Kopernika, a dokładniej pod Harendą, spotykało się zawsze jakichś znajomych. Później szliśmy do ulicy Kopernika i tu właśnie kiedyś, na skwerku, mieliśmy przygodę z bratem pewnej dziewczynki, która nie chciała się z nami kolegować. Brat postanowił spuścić nam manto i przyszedł z sześcioma kolegami. W taki sposób osiągnąłem jeden z lepszych wyników w biegu. Z Kopernika wędrowaliśmy Tamką w dół, z przystankiem na bajaderkę w cukierni, a w połowie ulicy mieszkało jeszcze dwóch kolegów i koleżanka, więc też były sprawy do załatwienia.
 

PARK NA OKÓLNIKU

Tu któregoś dnia nie odbył się słynny pojedynek. Dwóch moich kolegów miało pojedynkować się o kobietę. Wyznaczyli miejsce i sekundanta oraz broń w postaci pięści. Po lekcjach przyszli na skwerek, ale żaden jakoś nie palił się do bójki. Sytuacja się przeciągała, czas leciał, oni stali, tylko sekundant ich poganiał, gdyż spieszył się do domu na obiad. Musiał już być bardzo głodny, bo wreszcie tak ich zdenerwował, że spuścili mu manto. A dziewczyna? Jak zwykle poszła z kimś trzecim. W tym też czasie powstała nieopodal stacja kolejowa Powiśle, a ja sam siebie przekonywałem, że to takie metro jest prawie, warszawskie, europejskie, nowoczesne. Więc w Warszawie kiedyś było metro.

KINO ENERGETYK

Po lekturze „Trzech muszkieterów” chciałem natychmiast zostać jednym z nich, wszystko jedno którym, choć teraz, gdybym miał wybierać, zostałbym Atosem. Widziałem też pierwszy sprowadzony do Polski film katastroficzny „Godzilla”. Okropna, niezwyciężona i podła Godzilla miażdżyła mnie wizją, że prosto z Wisły i do nas na Powiśle niedługo przyjdzie. Nie to jednak było najgorsze. Często śnił mi się taki chory facet z „Zemsty kosmosu”. Wylądował rakietą na Ziemi, a że był już wyraźnie zakażony, zamieniał się powoli w kaktusa. Gdy na klatce schodowej gasło światło, martwiałem ze strachu, że kaktus ów wyskoczy i zaatakuje mnie na półpiętrze. A wiadomo przecież było, że jak już walnął kogoś tą swoją kaktusową ręką, to ten ktoś również stawał się kaktusem. A ja kaktusem być nie chciałem.

UCZELNIA

Myślałem, że będę dorosły, a tu dzwonki na przerwę. Brakowało tylko chodzenia w kapciach. Nie lubiłem żadnego dnia spędzonego na tej uczelni (dzisiejsza SGH), a byłem tu cztery lata, przy czym wylewano mnie dwa razy. Nie mam pojęcia, jak się tu dostałem, bo była to zwykła czerwona szkółka, w większości dla dzieci prominentów. I nie wiem po co, bo uczenie się przedmiotów ścisłych wydawało mi się bardzo ponurym zajęciem.

UNIWERSYTET

Tu skończyłem studia (filologię angielską) i odreagowałem poprzednią szkołę. Zahaczyłem też na szkoleniu o legendarnych oficerów Studium Wojskowego, dlatego wiem, jak zdobywa się szacunek oficera. Nie ukrywam, że nie wyglądałem dobrze w mundurze, a szczególnie w grubym zimowym płaszczu, i dokładnie pamiętam pewnego majora, który na mój widok spytał dowódcę plutonu: „Skąd żeście taką pierdołę wytrzasnęli?”. To tak na dobry początek. Ale major, niestety, mało wiedział o życiu. Tego samego dnia na zajęciach strzeleckich wcelowałem prosto w środek tarczy. Major oświadczył, że to niemożliwe, by taka pierdoła tak trafiła, i kazał strzelać jeszcze raz. Znowu wcelowałem, a pod koniec zajęć major mówił do mnie „proszę pana”.

ULICA MYŚLIWIECKA

Adres szczególny. Największa przygoda mojego życia zawodowego. Nie zapomnę dnia, kiedy dostałem tu kluczyk do swojego własnego pawlacza w korytarzu. Na moje skarby, taśmy i gazetki muzyczne na wagę złota. Rozpoczynając pracę w radiu, trafiłem w dziesiątkę. Radio jest dla mnie wciąż najbardziej intelektualnym i magicznym medium, mimo że obecnie wkłada się wiele wysiłku w to, żeby je spłycić i skomercjalizować.

Dla mnie spóźnienie do programu na żywo równało się z zawałem, ze śmiercią w męczarniach, zgonem towarzyskim i zawodowym, a odpowiedzialność za treść, język, czas, za intuicyjne trafienie do słuchacza była priorytetem. Nie miałem swojego radiowego guru, najważniejsza była dla mnie panująca przy Myśliwieckiej atmosfera. Trudno to wytłumaczyć, ponieważ moje początki tutaj przypadły akurat na czas bardzo niedobrego układu politycznego w Polsce, zależności i cenzury, a jednak w jakiś dziwny sposób ta Myśliwiecka zachowała dużo autonomii. Ograniczenia odczuwałem sporadycznie, na wszelki wypadek odsuwano mnie po prostu od robienia audycji w okolicach 1 maja czy 22 lipca.

Raz myślałem jednak, że naprawdę umrę. Już jako całkiem dorosły redaktor pojechałem do Londynu na wywiad z Eltonem Johnem. Pięć minut przed spotkaniem okazało się, że mój magnetofon nie działa. I co teraz? Były trzy możliwości. Albo uciec. Albo skłamać, że właśnie przejechał mnie samochód. Albo zrobić wywiad na pusto. Gdy już skłaniałem się ku trzeciej opcji, magnetofon zmartwychwstał, a po wywiadzie Elton John mnie podał rękę, a reszcie tak tylko zamachał. Może wiedział, że jestem z Powiśla

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze