1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Magdalena Różczka - takie fajne życie!

Magdalena Różczka - takie fajne życie!

fot. Rafał Masłow
fot. Rafał Masłow
– Miałam mamę przyjaciółkę, siedem kuzynek, z którymi się wychowywałam. I babunię, która wszystko wie. Dzięki tym kobietom jestem dziś, jaka jestem… – Czyli jaka? – pyta Hania Halek. – czy taka „kobieca, kobieca?” Magdalena Różczka śmieje się i szuka odpowiedzi.

- Kobiety w „Czasie honoru”, w którym grasz Wandę, miały pewnie po jednej sukience. Myślisz, że wygląd był dla nich istotny?

- Najważniejsze wtedy było żyć, tak po prostu, przetrwać dla siebie i swoich najbliższych. Ale podobno w warunkach kryzysowych kobiety potrafiły znaleźć kawałek węgielka, żeby sobie podmalować oko, albo buraka, żeby zadbać o usta.

- Sądzisz, że w ten sposób chciały trochę oszukać wojnę? Pokazać na przekór niej, że nic się nie zmieniło, że się nie poddały, że nie przyjmują tej traumy do wiadomości?

- Tak, to jest możliwe... Gdyby teraz wybuchła wojna, mimo wszystko pewnie tak samo byśmy kochały, lubiły, chciały się podobać. A może tym bardziej chciałybyśmy być piękne? Co w nas jest takiego, że tak bardzo chcemy dobrze wyglądać? Często o tym myślałam i sądzę, że to nie jest strojenie się dla kogoś. Kobieta chce się podobać przede wszystkim sobie, a gdy tak się stanie, jest pewna, że spodoba się wszystkim.

- A kiedy ty czułaś się najbardziej kobieca?

- Kobieca? Czy ja się czułam kiedykolwiek kobieca? Taka „kobieca, kobieca”?

- Tak, „kobieca, kobieca”.

- Chyba nigdy.

- A co to w ogóle znaczy – „kobieca”?

- Wciąż jeszcze szukam swojej kobiecości, ciągle uczę się patrzeć na siebie rano i myśleć, że lubię swoją buzię, ale to jest naprawdę trudne. Podziwiam osoby, które nie zwracają na to uwagi, choć z wiekiem widzę też, że coraz mniej rzeczy mnie we mnie drażni. Może za jakieś 10 lat polubię siebie tak naprawdę? (śmiech) Na szczęście zaczynam być w stosunku do siebie coraz bardziej pobłażliwa.

- Która kobieta wydaje ci się kobieca?

- Pewnie taką kobietą totalną, ociekającą wprost seksapilem, jest Marilyn Monroe, choć osobiście kocham ją głównie za to, co kiedyś powiedziała – że choćby sto osób orzekło, iż nie jest zdolna, to ona i tak wie, że jest, chce być aktorką, i do widzenia. Ale ona jest takim typem kobiecości, do którego nigdy nie dążyłam. Bardziej już chyba Audrey Hepburn jest dla mnie wektorem, choć w jej oczach nie widać szczęścia absolutnego. I Danuta Stenka – zawsze robi na mnie wrażenie, bo ona jest chyba świadoma swojej kobiecości, choć... czy tak jest naprawdę? Nie wiem. Jest też dla mnie wzorem w kwastii aktorstwa i bardzo się cieszę, że niedługo znów będziemy razem pracować.

- Spodziewałaś się kiedykolwiek, że twoje życie będzie tak wyglądać?

- Wczoraj spytałam o to samo męża: „Czy myślałeś kiedyś, że będziesz miał takie fajne życie? Bo ja nie”. Od dzieciństwa chciałam grać – naśladowałam dzieci widziane w filmach i myślałam: „Kurczę, chyba też bym tak umiała”. Jednak byłam przekonana, że aktorem człowiek się rodzi. Słowo! (śmiech) Wiadomo, że był Gajos, bo Gajos to Gajos, a Janda to Janda, ale że ja mogę pójść do szkoły i nauczyć się tego zawodu? Niemożliwe.

- Jakim byłaś podlotkiem?

- Zawsze ubierałam się tak, żeby nikt na mnie nie zwracał uwagi. Właściwie jedyne, czego się nigdy nie czepiałam, to moje usta. Reszta to kompleksy. Uciekałam od tego, co wskazywało, że jestem kobietą. A w gorsze dni, kiedy byłam rozdrażniona, udawałam, że wcale tak nie jest. Nie pozwalałam sobie na spadek nastroju. Zawsze miałam ogromne poczucie winy, że nic wtedy nie przeczytałam, niczego się nie nauczyłam... Taka właśnie byłam. Wzorowa uczennica w klasowej trójce, punktualna córka. Miałam mamę przyjaciółkę, nie było przeciwko czemu i komu się buntować. Ona uważała, że jestem dorosła, rozsądna, roztropna. Dokądkolwiek chciałam wyjść, zawsze pozwalała. A ja? Wracałam na czas, choćby się waliło i paliło, potrafiłam biec do domu i zadzwonić domofonem tylko po to, żeby zapytać: „Mamo, mogę dłużej?”. „Możesz!”. Nigdy nie czułam się samotna jako jedynaczka. Miałam siedem kuzynek, z którymi się wychowywałam. I babunię, która wszystko wie. Dzięki tym wszystkim kobietom jestem dziś, jaka jestem.

- Jaka?

- Inna. Teraz, jeżeli pozwolę sobie na taki gorszy dzień, spędzony na patrzeniu w sufit, to następnego dnia mam totalny power i robię wszystko trzy razy szybciej. Nie zmuszam się. Pozwalam sobie być sobą. Od paru lat staram się zmieniać maleńkie rzeczy w swoim życiu, na przykład naprawdę uwierzyłam, że palenie nie jest fajne, wiem, że nie chcę przytyć, bo wtedy czuję się gorzej, więc staram się pilnować. Dbanie o dietę pojawiło się wraz z Wandą. Gdy jesteś młodym człowiekiem, który przestaje jeść mięso, żywisz się chlebem z ketchupem albo zupką chińską, do tego dwa liście sałaty i jest OK. A teraz dodaję zdrowe algi, dosłownie i w przenośni, do wszystkiego. Nigdy nie jadałam ciepłych śniadań, tylko albo jabłko, albo zimny jogurt, a teraz? Co mam powiedzieć Wandzi? To jest dla ciebie, a ja sobie przetrącę kawałek banana? Do wszystkiego można się przyzwyczaić, wszystko jest w twojej głowie. Jak uwierzysz, że coś lubisz, to lubisz i kropka! A to, czego zmienić nie mogę? Trudno, muszę to pokochać. Jakiś czas temu na pokazie Lexusa w Warszawie była Milla Jovovich i ktoś powiedział mi wtedy po próbie: „Wyglądacie jak siostry, kiedy się śmiejecie. Nie macie oczu i tyko te dziąsła widać” (śmiech). Potraktowałam to jako komplement. Od tamtej pory uśmiecham się szeroko.

- A mąż leczy z kompleksów?

- Uczę go tego – domagam się komplementów (śmiech). Występowałam niedawno na scenie z kilkoma innymi kobietami i on w pewnej chwili powiedział: „O, ta też taki suchar”. W sensie, że fajna, bo mąż lubi szczupłe kobiety. Ja na to: „A ja to grubo wyglądałam?”. „Przecież mówię, że też”. I to dla niego był szczyt prawienia komplementów (śmiech).

Poza tym jest strasznie pomocny. Wszystko robimy razem albo naprzemiennie. Gdy przez trzy dni byłam w szpitalu po porodzie, nie wyszedł nawet na chwilę. W końcu sama zaczęłam go wyganiać: „Idź już może, jakieś pępkowe zorganizuj”, ale nic z tego. Cieszyłam się, że chociaż w karmieniu nie może mnie wyręczyć (śmiech). Ale całe szczęście, że jest Michał! Bo ja jestem osobą, która ma cały czas głowę w chmurach, a pozwalam sobie na to, bo wiem, że mogę, bo jest mój Michał.

- Gubisz jeszcze klucze?

- Gubię wszystko. To mnie dobija. Ostatnio padło na dowód. Wiem, że jest gdzieś w domu, więc nie panikuję, ale po paru miesiącach poszukiwań postanowiłam już wyrobić nowy. Klucze gubię notorycznie, więc dodatkowe komplety ma Michał, niania i jeszcze pan Franek z bloku. Jestem spokojna, że zawsze jakoś dostanę się do domu (śmiech). Taki już mój urok. Pamiętam, że jako nastolatka jeździłam raz pół dnia na rowerze, a potem poszłam do sklepu. Wieczorem przypomniało mi się, że miałam przecież rower. I stał tam, biedak, na szczęście. A niedawno z Wandą zostawiłyśmy rowerek koło sklepu, zrobiłyśmy ogromne zakupy i zadowolone wróciłyśmy do domu. Nagle ona pyta: „A gdzie rower?!”. Codziennie czegoś szukam. Walczyłam z tym 30 lat, ale teraz chyba już się z tym pogodziłam.

- Przy okazji zgubiłaś poczucie winy. To już coś.

- Jestem coraz spokojniejsza, od kiedy Wanda jest na świecie, od kiedy ćwiczę jogę i przez godzinę potrafię nie myśleć o niczym. To jest kosmos! Zamierzam swoje życie zaczynać od porannego biegu zamiast papierosów (śmiech). Jem ciepłe śniadanka z Wandą. Tak. Denerwuję się mniej. Tylko czasem coś mnie wzruszy. Niedawno odbierałam nagrodę od Fundacji Spełnionych Marzeń. Już dzień wcześniej nie mogłam zasnąć – zdarzyło mi się to pierwszy raz, od kiedy Wanda jest na świecie. Potem cały dzień nie byłam w stanie jeść, a idąc na scenę, czułam, jak mi się nogi trzęsą. To było doświadczenie nie do opisania, nie potrafiłam się uspokoić. Mój mąż spytał: „A co by było, gdybyś odbierała Oskara?”. Nic, to zupełnie coś innego, tu jest cała widownia dzieci, które wyszły z choroby po kilku miesiącach na onkologii. A moje filmy? Mnie nie interesuje zwariowanie dla roli. Myślę, że najlepsi aktorzy to tacy, którzy mają szajbę. Wszyscy jesteśmy bliscy tego, ale dla mnie najważniejsza jest normalność. Moja rodzina, zwykłe życie. Chcę, żeby aktorstwo było moim zawodem, a nie moim życiem. Trzeba ten tort dobrze pokroić, tego też się uczę. „Skrajności nigdy nie są dobre” – to powiedzonko mojej mamy. Wszystkiego po troszeczku, bo inaczej traci się kontakt z rzeczywistością. Staram się więc być umiarkowana. Od trzech lat jestem mamą i zasypiam snem spokojnym. Jeśli wszystko jest dobrze z moją córeczką, to co mnie może zdenerwować? Nic, kompletnie nic. Już nie wspomnę, że ostatnio zasypiam z nią przed 22.00.

- Ale nie zawsze tak było…

- Kiedyś byłam totalnym pracoholikiem, a wieczorami nie mogłam zasnąć, bo miałam gonitwy myśli: co zrobiłam, a czego nie, a co trzeba zrobić jutro. Pamiętam, że kręciłam trzy filmy równocześnie. Wychodziłam z domu i wracałam po 36 godzinach, od 6.00 rano do 18.00 na zdjęciach, od 18.00 do 6.00 na planie drugiego filmu i od 6.00 znowu następny. Masakra, już w ogóle nie wiedziałam, gdzie jestem. Grałam w „Oficerze”, „Rozmowach nocą” i „Lejdis”. Naraz! Wtedy to było fajne, ale teraz zatęskniłabym za córką.

- Wanda przypomina ciebie z dzieciństwa?

- Jest skórą zdjętą z mojego męża, choć ja się oczywiście cały czas bezskutecznie doszukuję w niej podobieństwa do mnie. Ale myślę, że charakterek ma mój. Lubi być wśród dzieci, jak ja kiedyś. Podczas zajęć z baletu jest w swoim żywiole. A po powrocie do domu prowadzi zajęcia taneczne z nami. Mówi: „Usiądźcie teraz, dzieci, i popatrzcie”. A my robimy wszystko, co chce, i powtarzamy ruchy, choć zazwyczaj patrzymy przede wszystkim na nią. Ona jest naszym telewizorem.

Była ostatnio w kinie na „Królu Lwie”, z którego wyszła zapłakana, bo ktoś chciał lewkowi zrobić krzywdę. Jak czegoś nie rozumie, ktoś się za głośno zaśmieje, a ona nie wie, z czego, widzę, że wpada w panikę. Jest bardzo wrażliwa, jak ja w dzieciństwie.

- Zdarza ci się jeszcze być dzieckiem?

- W Warszawie od dawna muszę być niezależną dorosłą kobietą, ale zawsze, gdy jadę do mojej Nowej Soli, staję się takim dzieckiem. Bardzo tam odpoczywam.

- Pojedziecie tam na święta?

- Od kilku lat robię święta u siebie w domu, ponieważ jesteśmy z Michałem jedynakami. Żeby więc rodzice nie mieli złamanych serc, jednoczymy ich u nas. Ale marzy mi się, żeby poczuć się tak jak kiedyś w Nowej Soli.

Miałam najbardziej tradycyjne święta, jakie są możliwe, cała rodzina, wielki stół, mama, ciotki, wujowie, ich dzieci z żonami i mężami, gromada dzieci. Wszystko przygotowane w domu babci. Cały dzień pościliśmy i dopiero gdy dziadek przychodził z pracy, a miał w Wigilię dużo zajęć, bo był kościelnym, można było zacząć wieczerzę. Dań tyle, co apostołów, łamanie się opłatkiem, wszyscy płaczą ze wzruszenia, czerwony barszcz z uszkami, pierogi z kapustą, smażona rybka, kompot z suszek. Total tradycja i my, kuzynki wypatrujące pierwszej gwiazdki. Jest, jest, jest! I nagle dryń, dryń, dryń – Mikołaj! I my biegiem w te pędy do niego, ale... już poszedł, już jest za zakrętem. Ma dużo pracy. Na szczęście zostawił worek. Wyciągamy. Kto rozdaje? Najmłodsza, ale nie bardzo umie czytać. To dawaj, ja przeczytam. Cała seria „Ani z Zielonego Wzgórza” – to prezent, który najbardziej pamiętam, bardzo się identyfikowałam z główną bohaterką – była marzycielką, a jednocześnie cieszyła się z tego, co ma. Czytałyśmy ją potem na zmianę z moją przyjaciółką Justyną. Mama krzyczała po nocach, żeby zgasić światło, a ja z latarką pod kołdrą i wypiekami na twarzy czytałam dalej.

Mój Michał co roku prosi mnie, żebyśmy pojechali za granicę na święta, ale jak? Tak bez mamy? Gdy będzie nas stać, żeby zabrać całą rodzinę – to tak, spędzimy Wigilię na plaży. Tym razem będzie dom, a prezenty rozda Wandzia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).