1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Jakobe Mansztajn, twórca Make Life Harder: "Rzeczywistość domaga się obśmiania"

Jakobe Mansztajn, twórca Make Life Harder: "Rzeczywistość domaga się obśmiania"

Jakobe Mansztajn: "Podobnie jak Sartre uważam, że życie jest bez sensu. Ale na potrzeby swojego dobrostanu odkładam Sartre’a na półkę i wybieram filozofię Alberta Camusa, który powiedział, że „aby wypełnić ludzkie serce, wystarczy walka prowadząca ku szczytom”. Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters
Z wykształcenia psycholog, autor nagradzanych wierszy. To on stoi za Make Life Harder – satyrycznym blogiem, który jest dziś prawdziwym fenomenem. Jakobe Mansztajn twierdzi, że rzeczywistość domaga się obśmiania. A po 15 godzinach przed komputerem dziennie fantazjuje o tym, jak kiedyś skręcał meble w Ikei i rozwoził towar w magazynie.

Spodziewałeś się takiego sukcesu?
Rok temu na Instagramie miałem niecałe 50 tysięcy followersów, dziś jest ponad 750 tysięcy. Nagle stałem się atrakcyjny dla reklamodawców, co chwilę dostaję propozycję reklamowania odkurzacza.

Dziwisz się? Twoja siła rażenia jest niewiarygodna. Na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy uzbierałeś blisko 800 tysięcy złotych.
Sam byłem zaskoczony. A przy okazji szczęśliwy, bo to pieniądze, które polepszają życie.

Założyłeś blog, a potem profil Make Life Harder, bo z poezji trudno wyżyć? Poeta XXI wieku musi być showmanem?
Nie musi być, jeśli jest genialnym poetą, a jego poezja broni się sama. Ale jak jest poetą zaledwie przyzwoitym, to musi założyć Make Life Harder.

Zostałeś więc poetą w loży szyderców.
Rzeczywistość domaga się obśmiania. Obserwowanie świata, dostrzeganie jego absurdów i pęknięć zajmuje mi większą część dnia. I to chyba wyklucza mnie jako kandydata na stanowisko w korporacji. Po studiach na psychologii przyjęli mnie nawet do firmy doradczej, ale kiedy okazało się, że muszę skrócić brodę, włożyć odpowiedni garnitur i nosić koszulę ze spinkami, bo będę szkolił młodych wilczków z asertywności, to pomyślałem, że ja tak jednak nie chcę. Tak więc sam stworzyłem sobie miejsce pracy i sam opłacam sobie ubezpieczenie zdrowotne.

A gdybyś musiał wybierać między blogowaniem a poezją?
Zawsze wybiorę wiersze. To chyba jedyna stała namiętność w moim życiu.

Masz aspiracje, żeby zostać wielkim poetą?
Nigdy się nim nie czułem, a z biegiem lat mam coraz większe opory przed tym, aby w ogóle czuć się poetą. Wiersze piszę rzadko, za rzadko, najwięcej mojego czasu pochłania Make Life Harder. Poetą najczęściej czuję się na poziomie nostalgii za pisaniem. Bo im dłużej nie piszę, tym bardziej za pisaniem tęsknię i tym mocniej pulsuje we mnie nerw poety. Ostatni raz wiersz pisałem z dwa miesiące temu, ale czy będzie dobry?

Günter Grass potrafił przyznać się do tego, że jest wybitny.
Bo Grass był wybitny. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że mam jakiś tam talent i być może uda mi się jeszcze napisać coś, co poruszy serca, ale obawiam się, że nigdy nie zbliżę się do poetyckiej wybitności. Być może sam się tego pozbawiam. Kiedyś mądry pisarz powiedział, że aby zostać wybitnym, trzeba bardzo dużo pisać, pisać, pisać, pisać… I jeszcze więcej czytać, dodał na końcu. Ja niestety ani na jedno, ani na drugie nie mam czasu.

Chcesz powiedzieć, że pisania wierszy można się nauczyć? Myślałam, że to dar od Boga, choć psychologowie twierdzą, że trudno dokładnie odróżnić, jaka część artystycznego talentu jest wrodzona, a jaka jest efektem treningu.
Nie wiem, czy to iskra boża, czy kompetencja emocjonalno-poznawcza, ale istnieje jakiś „boski” składnik poezji. Niekoniecznie w postaci mitycznego natchnienia, w które zresztą nie wierzę, ale choćby umiejętności spoglądania na rzeczy w nieoczywisty sposób. Pamiętam, że pierwsze literackie uniesienia przeżywałem, czytając Rolanda Topora. I fascynowało mnie, jak pięknie i pod wieloma różnymi kątami można patrzeć na rzeczywistość. Czy można się tego nauczyć? Na pewno można nauczyć się warsztatu, on też jest niezbędny w pracy pisarza. Jednak poeta bez tej iskierki, bez umiejętności wywracania na drugą stronę podszewki zdarzeń – będzie zaledwie wyrobnikiem.

Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters

Do czego służy poeta?
W dzisiejszych czasach, myślę, że służy głównie jako przedmiot żartów. Zauważam to nawet po sobie. Gdy ktoś mnie spyta, czym zajmuję się w życiu, i odpowiadam: „Jestem poetą”, wywołuje to uśmiech nie tylko u mojego rozmówcy, lecz nawet u mnie. Bo to profesja mało opłacalna, niepraktyczna. W gruncie rzeczy poeci przydają się tylko w sytuacjach kryzysu. Na szczęście jest jakiś obszar ludzkiej wrażliwości, którego nie ukoi kolejny serial na Netflixie albo kolejna gra na konsoli. Innymi słowy, niektórzy potrzebują kogoś, kto z czułością entomologa pochyli się nad biedronką. Poeta jest jak lupa, która zatrzymuje się nad drobnymi rzeczami i wynosi je do rangi boskiego doświadczenia. I mimo że to dość naiwne podejście, to jednak jest w tym coś niezwykłego, kiedy z codziennych zakupów na dziale spożywczym można stworzyć literaturę.

Ale znasz kogoś, komu poezja odmieniła życie?
Ja jestem najlepszym tego przykładem. Rodzice byli raczej zajęci poszukiwaniem pracy, która pozwoliłaby im utrzymać mnie i brata, aniżeli czytaniem nam do snu Andersena. Wychowany jestem zatem bardziej na „Szklanej pułapce” niż na poezji Wisławy Szymborskiej i skłamałbym, gdybym powiedział, że w domu nad rosołem przerzucaliśmy się cytatami z Gombrowicza. Ale pewnego dnia matka przyniosła ze stoczni, w której pracowała, maszynę do pisania. Miała zrobić przez weekend zaległy raport. Usiadłem do maszyny – nowoczesna, z korektorem, robiła wrażenie. I zacząłem stukać w literki. Miałem 12 lat i napisałem wtedy swój pierwszy kryminał – całe pół strony [śmiech]. Następną moją książką był plagiat, o czym wtedy nie wiedziałem. Po prostu spisywałem linie dialogowe z filmu „Uniwersalny żołnierz” z Jeanem-Claude’em Van Damme’em. To od tej maszyny do pisania zaczęła się moja przygoda z literaturą. Fantazjowałem, że będę pisać książki. A potem sięgnąłem po „Chłopców z Placu Broni”, a następnie po wiersze Marcina Świetlickiego i Tomasza Różyckiego, i zachwycił mnie ten świat. W początkach swojej fascynacji poezją napisałem serię wierszy o ćmie. Jako dziecko byłem zafascynowany figurą ćmy, która leci do ognia, a ten ją spala.
Uznałem, że moja wrażliwość domaga się poetyckiego języka, i chwilę później zaczęła się moja przygoda z forami poetyckimi. Pamiętam, że kiedy opublikowałem pierwszy wiersz na jednym z takich forów, Jacek Dehnel ocenił, że to grafomaństwo czystej wody. Był już wtedy uznanym poetą, a ja nieopierzonym. Chciałem się jakoś odgryźć i skrytykować jego wiersze, ale – no cóż – były za dobre. Z czasem jednak zacząłem dopuszczać do siebie krytykę. Najgorsze w sztuce, w życiu zresztą też, jest przekonanie o własnej nieomylności. Zawodowi poeci szybko sprowadzili mnie do miejsca, w którym rzeczywiście byłem. Gdy już zaakceptowałem fakt, że w wieku 20 lat nie jestem drugim Tuwimem, a raczej aspirującym grafomanem, postanowiłem nauczyć się pisać wiersze.

I dziś wiesz, jak rozpoznać dobry wiersz?
Nie wiem.

A poetę rozpoznasz, nawet z daleka?
Siedzi w czarnym golfie, zamyślony, ma oczywiście okulary…

To zupełnie jak Steve Jobs.
Dodatkowo jest „wsparty na Judahu skale”, jak w wierszu Mickiewicza. Chociaż ja chodzę w dresach.

Boy-Żeleński twierdził, że artysta w szlafroku jest prawdziwszy niż ten sam na cokole.
Mam taki burgundowy szlafrok i czasem go zakładam, gdy zabieram się do pisania.

Piszesz, gdy dopadnie cię wena?
Nie wierzę w wenę. Oczywiście piszę z potrzeby serca i pewne rzeczy, które w sobie noszę, domagają się przelania na papier, ale to nie wena, tylko historia. Gdybym miał czekać na wenę, pewnie kończyłbym dopiero drugi wiersz do mojej pierwszej książki. Za dobrą literaturą zawsze stoi praca. Wstajesz, siadasz do biurka, piszesz. Odchodzisz w międzyczasie od zmysłów, ale potem wracasz i piszesz dalej. Chociaż ja tak mówię o tej pracy, a trzeci tomik piszę siódmy rok.

Czekasz na pierwsze zdanie?
Szukam pierwszego zdania. Czasem szukam bardzo długo. W moim drugim tomie „Studium przypadku” jest wiersz zatytułowany „Ojciec i syn, i stolik z jabłkami”, który pisałem dwa lata! Frustrowałem się rytmiką w środku tekstu i wciąż do niego wracałem, by dopieścić ten przeklęty rytm. Powstawał w tak wielu miejscach, że kiedy o nim myślę, widzę Mazury, Gdańsk, Warszawę, piwnicę, dach budynku, łóżko, polanę.

Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters

Co jest zmorą poety?
Tego poety tutaj? Lenistwo. A zmorą na innym poziomie – traumy. Traumy, od których nie potrafię się uwolnić. Wciąż noszę w sobie trudne doświadczenia, które chciałbym już zamknąć w jakiejś głębokiej szufladzie i wyrzucić kluczyk, ale z drugiej strony – nie robię tego, bo pozbawiłbym się historii, tematu, ściskania za serce. Kiedyś miałem kota, którego nazwałem Tuwim Krótka Łapa. Był moim największym przyjacielem wśród zwierząt. Z wiekiem pochorował się i musiałem go uśpić. Po powrocie od weterynarza płakałem jak małe dziecko. Po jakimś czasie, gdy nauczyłem się żyć z tą stratą i opowiadać o niej bez rozpadania się na kawałki, napisałem wiersz.
Zupełnie jak Wisława Szymborska, tylko w jej wierszu „Kot w pustym mieszkaniu” podmiotem lirycznym jest tak naprawdę jej zmarły partner Kornel Filipowicz, z którego stratą nie potrafi pogodzić się jego kot.
W nawiązaniu do tego wiersza Szymborskiej napisałem „Człowieka w pustym mieszkaniu”. O tym, że nie każda tragedia musi być o ludziach, czasem jest o kotach i to wystarczy. I na tym właśnie polega zmora poety – smutki, których chcesz się pozbyć, czynią z ciebie lepszego poetę. I piszesz wiersz, który przedłuża zbyt krótkie życie twojego kota. Bo choć minęło dziesięć lat, na spotkaniach autorskich wciąż czytam ten wiersz.

Nagrody mają znaczenie? Bo trochę ich zgarnąłeś.
Pamiętam, jak dostałem moją pierwszą nagrodę literacką. Miałem spokój finansowy na dobre dwa lata. Mogłem pisać nieniepokojony przez rodziców pytaniem: „Co zamierzasz robić w życiu?”. Rodzice mieli nadzieję, że po studiach na psychologii zostanę psychoterapeutą lub przynajmniej wykładowcą na uczelni, a ja tymczasem poszedłem na jakąś straceńczą literacką misję. Pewnie byli w panice, z czego będę żył, jak długo będę z nimi mieszkał i czy będą musieli mnie utrzymywać do mojej śmierci na suchoty w wieku 42 lat. W moim przypadku nagrody mają znaczenie o tyle, że gdy się pojawiły, moi rodzice odetchnęli z ulgą.

A w życiu poeta jest jakoś użyteczny? Naprawisz kran, zawiesisz obraz?
Czasem przetkam zatkane kolanko w zlewie, wywiercę dziurę w ścianie. Ojciec wychowywał mnie w szacunku do pracy fizycznej, choć straszny był ze mnie miglanc. W domu mam zestaw narzędzi, poziomice, wiertarki udarowe, kołki takie, kołki siakie. Jak trzeba przetkać kibel, to też przetkam.

To ojciec cię tak wyposażył na dorosłe życie?
Część z nich wniosła „w posagu” moja dziewczyna, jak choćby magiczny śrubokręt z wymienianymi końcówkami. A część ja, gdy zbierałem kolejne narzędzia w trakcie swojego koczowniczego życia. Oczywiście podział prac jest jasny – ciężkie ja, lżejsze ona, bo jest filigranową osóbką. Z wiekiem zaczynam rozumieć mojego ojca, który po pracy lubił sobie jeszcze popracować fizycznie w ogrodzie. Ja po 15 godzinach dziennie przed komputerem i telefonem fantazjuję o tym, jak kiedyś skręcałem w Ikei ściany, meble, rozwoziłem towar w magazynie.

W jakim domu się wychowałeś?
Dorastałem w bloku na gdańskiej Żabiance. Płyta z betonu, dziesiąte piętro, za to widok zapierał dech w piersiach – po jednej stronie miałem widok na zieloną Żabiankę i kolejkę SKM, po drugiej – na Zatokę Gdańską, olbrzymie granatowe połacie wody. Ze starszym o pięć latem bratem zajmowaliśmy mały pokój, rodzice – drugi, większy. Mama była księgową w stoczni. A ojciec był trochę jak ten ojciec ze „Sklepów cynamonowych” Schulza, który wciąż próbował różnych interesów – miał stragan z warzywami, prowadził sklep z tekstyliami, punkt z popcornem, miał salon gier i knajpę w gdańskim Brzeźnie, gdzie po godzinach grywał z gangsterami w pokera. Jeździł też na karetce pogotowia. W domu – to wyświechtane hasło, choć tu prawdziwe – się nie przelewało. Czasem, gdy nie wiadomo było, co na obiad, albo po prostu nie było co na obiad, ojciec zabierał mnie i brata na działkę, rozpalał ognisko i tam piekliśmy pyszne, pachnące ziemniaki, które zjadaliśmy z solą. Z naszej biedy potrafił uczynić przygodę. Zawsze w takich sytuacjach mówił: „To nasz wiedeński high life”. Synonim starych dobrych czasów. Tak zresztą zatytułowałem swoją pierwszą książkę.

Był surowy?
Bywał. Ale zawsze imponował mi tym, że dotrzymywał słowa. Gdybym dziś umówił się z nim na spotkanie za 20 lat w określonym miejscu i o określonej godzinie, to idę o zakład, że by tam był. Niestety, nie odziedziczyłem po nim punktualności, choć bardzo się staram. Jeśli miałbym wymienić jedną cechę, którą mnie zaraził, myślę, że byłaby to lojalność. I jeszcze jedno: sporo przeszedł i nigdy nie załamał rąk. Moment, w którym świat się rozpada na części, to jest ten moment, kiedy zaczynamy go odbudowywać.

A w czym jesteś podobny do mamy?
Zawsze była trochę jak matka z powieści Oty Pavla „Śmierć pięknych saren”. Kiedy ojciec otwierał albo zamykał kolejne biznesy, budował nowe zamki na piasku, ona obiema stopami stała mocno na ziemi. Nie miała problemu, żeby w ciężkich czasach, z wyższym wykształceniem i z dyplomami, zatrudnić się jako ekspedientka w spożywczaku. Była dla nas opoką, niezależnie od tego, jak się sprawy miały między nią a ojcem. Na zawsze zostanie mi w pamięci obraz: jest 4.30 rano, ciemno za oknem, mama wstaje i zaczyna się krzątać. Zanim wyjdzie do pracy, przygotuje dla całej rodziny śniadanie, wstawi pranie, powiesi mokre skarpetki nad kuchenką, żeby wyschły. I dopiero wtedy wyjdzie do pracy. Często wstawałem razem z nią i gapiłem się przez okno na czarną o tej porze Zatokę Gdańską. Wtedy tamte poranki wydawały mi się codziennością, człowiek wstaje, robi tysiąc rzeczy, następnie wychodzi do pracy. Dziś myślę, że to jakaś odmiana heroizmu. Parę lat później nasza sytuacja ekonomiczna zupełnie się odmieniła, rodzice znaleźli dobre prace, wybudowali dom, mają ogród, działkę. Ale ja wciąż pamiętam, jak w trudnych czasach na początku lat 90. dała mi zawrotne 106 tysięcy złotych, jeszcze przed denominacją, żebym mógł sobie kupić figurkę Leonardo z „Wojowniczych Żółwi Ninja”. Zastanawiam się czasem, ile musieliśmy sobie wtedy odmawiać, żebym mógł dostać wymarzoną zabawkę.

Syn takich rodziców jest dobrym kandydatem na męża?
Myślę, że Karolina mogłaby sobie znaleźć lepszego. Nie wiem, czy takiego, który kochałby ją równie mocno i którego ona by kochała z taką mocą. Ale może rzeczywiście kochamy za wady, nie zalety? Długo byłem niebieskim ptakiem, który żyje gdzieś z boku do potrzeb i oczekiwań innych. Dopiero przy Karolinie [Karolina Bacia, aktorka – przyp. red.] przestałem być osobny. Poczułem, że mogę pójść na kompromis, że chcę się zaopiekować, zadbać, przytulić. I w końcu zdałem sobie sprawę, że wygrane za wszelką cenę kłótnie są jak wygrane bitwy, które w ostatecznym rozrachunku sprawiają, że przegrywasz wojnę.

Co zawdzięczasz Karolinie?
Wreszcie mam poczucie, że wszystko jest na swoim miejscu.

Podajesz jej chociaż kawę do łóżka, żeby czuła, że jest dla ciebie najważniejsza?
Recytowanie wierszy przy kawie nie wystarczy? [Śmiech].

A jakbyś z okazji czterdziestki miał zrobić bilans?
Nie mam willi w centrum Warszawy, jeżdżę starym samochodem – materialnie bez szału. Do tego bolą mnie plecy i muszę się w końcu umówić do optometrysty. Ale jest ona, moja ukochana, a dużo dalej jest poezja i jest MLH, które po latach znów zaczęło sprawiać mi satysfakcję. To może niewiele jak na 40 lat, ale nie potrzebuję do dobrego życia zbyt wiele.

A po co, według ciebie, to życie jest?
Gdyby odpowiedzieć cynicznie, to po to, aby przetrwał gatunek. Kiedyś nawet napisałem zdanie: „Nie przeżyje nikt z wyjątkiem gatunku”. Ale jeśli pytasz o sens życia w ujęciu metafizycznym, to niestety, podobnie jak Sartre uważam, że życie jest bez sensu. Ale na potrzeby swojego dobrostanu odkładam Sartre’a na półkę i wybieram filozofię Alberta Camusa, który powiedział, że „aby wypełnić ludzkie serce, wystarczy walka prowadząca ku szczytom”. Mnie niespecjalnie interesuje przeznaczenie tego życia. O wiele bardziej ciekawi mnie, gdzie pójdziemy dziś na obiad i jaki film wieczorem obejrzymy. 

Jakobe Mansztajn ur. w 1982 roku w Gdańsku. W 2011 razem z Rafałem Żabińskim założył blog satyryczny, mający być parodią bloga Make Life Easier. Autor tomików poezji „Wiedeński high life” i „Studium przypadku”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze