1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

„To było przeżycie literackie, estetyczne, filozoficzne i lekko erotyzujące”. Kora we wspomnieniach Mariusza Szczygła

Koncert zespolu Maanam w Rzeszowie w 1994 roku (Fot. Franciszek Mazur/Forum)
Byłem bezgranicznym fanem Kory. W trzeciej klasie liceum napisałem o Korze duży tekst do „Świata Młodych”: „Brzydzę się Mickiewiczem i tym całym Norwidem. Nie robią na mnie wrażenia. Swoją poetkę mogę usłyszeć na koncercie, a nawet jej dotknąć” – wyznaje Mariusz Szczygieł, pisarz i reportażysta.

Fragment książki „Słońca bez końca. Biografia Kory” Beaty Biały, wydawnictwo Rebis

Mariusz Szczygieł, wybitny pisarz i reportażysta. Jego książki tłumaczone są na kilkanaście języków. Zdobywca wielu literackich nagród. „Wiener Zeitung” określił jego powieść Gottland jako „wielką literaturę pod płaszczem reportażu”, recenzent „Le Figaro” napisał: „To nie jest książka, to klejnot”. Od młodości był wielkim fanem Kory. W „Dużym Formacie” napisał o sobie sprzed lat: „Uczeń Liceum Ekonomicznego w Legnicy, z miłości do Kory, pisał o niej, gdzie mógł. Byłem szczery w banale niczym Violetta Villas i Paulo Coelho (choć nie mam do końca pewności, czy ten drugi nie jest w tym wyrachowany, pani Violetta na pewno nie była i to w niej ceniłem)”.

„Dziecko, ty nie masz pojęcia o pisaniu. Ja powiedziałam, że moją idolką była Ewa Demarczyk?! Ja?! To jest bełkot, nie wywiad. Moim idolem może być wyłącznie Jezus Chrystus” – krzyczała, kiedy przyjechałem do niej na autoryzację wywiadu. Miałem dwadzieścia jeden lat i dopiero zacząłem pracować jako dziennikarz w „Na Przełaj”. To był mój pierwszy poważny wywiad – od razu zacząłem od rozmowy z własną idolką. Byłem bezgranicznym fanem Kory. W trzeciej klasie liceum napisałem o Korze duży tekst do „Świata Młodych” (21 stycznia 1984): „Brzydzę się Mickiewiczem i tym całym Norwidem. Nie robią na mnie wrażenia. Swoją poetkę mogę usłyszeć na koncercie, a nawet jej dotknąć”. Tym wyznaniem o mojej miłości do Kory i o wyższości jej tekstów nad wierszami wieszczów wygrałem w 1984 roku konkurs na list. Mój list był zatytułowany: „Kora – kobieta moich marzeń”. Potem odpryski tego tekstu wydrukowały jeszcze „Na Przełaj” (13 maja 1984) i bydgoskie pismo „Fakty” (12 maja 1984). Gdzie tylko mogłem, pisałem o Korze. To pokazuje siłę jej osobowości – jakiś licealista ze Złotoryi nagle wypisuje w gazetach, że Mickiewicz i Słowacki to wieszczowie, którzy odeszli, nie działa na niego ich poezja, a działa Kora. Bo tak było! Kora to było przeżycie literackie, estetyczne, filozoficzne i powiedziałbym, że nawet lekko erotyzujące.

Znałeś już wtedy Korę czy to była fascynacja wirtualna?
Gdy miałem siedemnaście lat, jako członek fanklubu zespołu Maanam we Wrocławiu razem z jego szefem, a moim kolegą Sławkiem Karpetą, zostałem zaproszony do Krakowa, do mieszkania Kory i Marka Jackowskich. Kory niestety nie było. Przyjął nas Marek. Gdy wróciłem do mojej Złotoryi, miałem na plakacie Maanamu prawdziwy autograf Marka, sfałszowany autograf Kory i zmyślone szczegóły: jak moja idolka była ubrana. Nie mogłem się przyznać, że nie zobaczyłem gwiazdy. Upokorzyłbym się tą prawdą przed kolegami. Mamie przywiozłem w prezencie szczegół: czajnik u Jackowskich był osmalony. Mama pielęgnowała ten szczegół przez lata. Kiedy tylko w telewizji emitowano teledysk Maanamu, informowała obecną akurat w domu sąsiadkę czy koleżankę: „Wiesz, że TAKA artystka ma brudny czajnik?”. To oczywiście poprawiało samopoczucie wszystkim gospodyniom ze Złotoryi, które wciąż walczyły z brudnymi czajnikami. Po maturze dostałem się na dziennikarstwo, z którego zresztą, zawiedziony, szybko odszedłem. Zacząłem pracę, a właściwie najpierw staż, w „Na Przełaj”. Wymyślałem sobie, że teraz jako dziennikarz mogę poznawać, kogo chcę, bo mam prawo. I tak cztery lata po wizycie w domu Kory pojechałem do Krakowa zrobić z nią wywiad.

Opowiedziałeś historię podrobionego autografu i brudnego czajnika?
W ogóle się jej do tego nie przyznałem. Ponieważ chciałem spodobać się Korze, dzień wcześniej poszedłem do kosmetyczki, żeby pomogła mi uporać się z trądzikiem. To był błąd! Bo do głowy mi nie przyszło, że od kosmetyczki wychodzi się w stanie gorszym niż ten, w którym się przychodzi. Do Krakowa pojechałem z czerwoną twarzą i kompleksami. Rozmowa – cudo. Kora to najlepsza rozmówczyni, jaką poznałem w życiu. Na początku zapytała, czy zostaję w Krakowie, bo może poszlibyśmy potańczyć. Byłem wstrząśnięty! Pamiętam, jak przez całe moje ciało przeszła fala gorąca, że Kora to zaproponowała, bo to znaczy, że jej się jakoś podobam. Ale nie umiałem i nie umiem do dzisiaj tańczyć! A znając występy i wiedząc, jak ona się rusza, natychmiast powiedziałem: „Nie, mam pociąg o osiemnastej, nie mogę, muszę wracać do Warszawy”. Ale za to „zgodziłem się” przymierzać razem z nią amerykańskie płaszcze i pojechałem z nią jej białym, nieskazitelnie czystym maluchem po wodę mineralną na plac Szczepański. Pamiętam, jak po drodze powiedziałem, że Kraków już nie ma klimatu, tylko klimakterium. A ona na to oburzona: „Nie bluźnij, dziecko, bo cię wyrzucę z samochodu”. Potem w domu gotowała pomidorówkę z lanymi kluskami, a ja trzymałem durszlak nad garnkiem, kiedy wlewała te kluseczki. Byłem zachwycony Korą. Była taka nieoczywista i nie można było za nią nadążyć. Na końcu powiedziała nagle, że zupełnie jej się nie podoba moje imię. Co bardzo mi się przydało, bo wpisałem to do tego wywiadu, uważając, że z wady trzeba robić zaletę. I potem każdy zwracał uwagę, co to za facet, jak on się nazywa? A Mariusz, a Szczygieł. To mi tylko dobrze zrobiło. Po czasie okazało się, że myślała, że mam na imię Marian.

A jak autoryzacja?
No właśnie. Tydzień później razem z fotografem Andrzejem Krawczykiem pojechałem do Krakowa. On miał zrobić zdjęcia, ja po autoryzację. Kora rozczarowała mnie, zawiodła. Czytała ten wywiad, w którym pieczołowicie przytaczałem jej słowa, i krzyczała: „Ty nie umiesz pisać! Jak to jest napisane, ty nie umiesz pisać!”. Bez żadnych ogródek, bez owijania w bawełnę. Do tego stopnia była wściekła, że odwróciła się do mnie tyłem i potem rozmawiała już tylko z Andrzejem, jakby mnie nie było w tym pokoju. To była moja mała klęska – jej szczerość, na którą nie byłem gotowy. Pół roku później pisałem do „Na Przełaj” reportaż o jej zmarłym przyjacielu, malarzu surrealistycznym Piotrze Marku. U ich wspólnych przyjaciół spotkałem Korę. Zachowywała się, jakbyśmy byli w wielkiej komitywie. „Zaraz, to ty nie masz na imię Marian?” – zdziwiła się. A potem zapytała, czy jestem głodny, poszła do lodówki gospodarzy i zaczęła robić wszystkim kanapki. Wtedy po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że Kora jest furiatką, i jak to mają furiaci – pięć minut później w ogóle nie pamiętają, z jakiego powodu byli oburzeni.

Kiedyś w „Gazecie Wyborczej” napisałeś recenzję książki „Podwójna linia życia”. Nie zostawiłeś na autorach suchej nitki.
Dziennikarze kornie chylili przed nią głowy. Jeden napisał: „Ona nawet mówi w taki sposób, który mrozi ludzi”; drugi stwierdził: „Kora jak nikt inny umie nosić okulary”. Jackowska była pierwszą piosenkarką, która wsławiła się wyrzucaniem dziennikarzy za drzwi. Szczypałem tę książkę za jej egzaltację. Mam podejrzenie, że podświadomie chciałem się odegrać. Jakbym miał analizować tę recenzję teraz, po latach, bo wtedy sobie tego nie uświadamiałem, myślę, że siedziała we mnie zadra za to, że cztery lata wcześniej Kora krzyczała, że nie umiem pisać. I byłbym hipokrytą, gdybym nie postawił takiej hipotezy. Dzisiaj powiedziałbym, że rzeczywiście nie umiałem pisać. Miała rację, wtedy nie wiedziałem, że wywiad się pisze, a nie spisuje dosłownie. Ale o tym dowiedziałem się później. Teresa Torańska, największa mistrzyni wywiadów w Polsce, powtarzała: „Wywiad się pisze. Najpierw się przeprowadza, a potem się pisze, nie możesz cytować wszystkiego”. W tej recenzji skrytykowałem jeszcze jeden aspekt tej książki, mianowicie Kora niepochlebnie i złośliwie napisała o swoim perkusiście, a ja go bardzo lubiłem, więc napisałem, co o tym myślę.

W księgarniach Warszawy pojawiła się właśnie autobiografia artystki pt. „Podwójna linia życia”. Wynika z niej, że Korę najczęściej otaczało bagno, a najpierw – bracia alkoholicy. Wychowały ją zakonnice, które naderwały jej uszy, inne dziewczynki za karę były smarowane kałem, Kora za nocne sikanie musiała kilka godzin trzymać rozpostarte prześcieradło, a podczas religijnych misteriów nosiła gwoździe do ukrzyżowania Chrystusa. Po zakonnicach spotkała księdza, który jej „wsadzał jęzor do buzi”, po nim mieszkała u „zdewiowanej” ciotki i tym podobnie. Kora uprawia publicystykę – namawia do budowania burdeli i stwierdza, że księża się onanizują i nie ma powodów, by takie fakty ukrywać. Jest bezwzględna dla znajomych. O swoim perkusiście pisze: „Wyjątkowo nieśmiały, zakompleksiony. Jego alter ego był zawsze szofer, cinkciarz, bramkarz…”.

Co do wulgarnych słów, artystka używa ich z talentem – pojawiają się tylko tam, gdzie są niezbędne. Korze zupełnie brak autoironii, nie opowiada na swój temat żadnego dowcipu, traktuje siebie śmiertelnie poważnie; rozdziały wspomnień nazwała: Religia drzew, Niemiłosierne miłosierdzie, Miłość, seks i samotność… Uwielbiam dużą duszę i kiedy nic nie muszę – zaśpiewała kiedyś i, jak widać, są to święte słowa.

Myślę, że rozsierdził ją ten brak poczucia humoru. Byłem zaproszony na promocję tej książki, ale nie mogłem pójść, bo miałem dyżur w redakcji. Poszedł mój kolega. „Chyba ją strasznie wkurwiłeś, bo zaczęła mówić do mikrofonu dziwne rzeczy na twój temat. Niby dowcipne, ale niepochlebne: «Ach, drodzy państwo, jakbym miała nazywać się Szczygieł, to chyba wolałabym nazwać się Wróbel»”.

Wojna długo trwała?
To był dopiero początek. Kiedyś zadzwonił do mnie Sławek Starosta, który był redaktorem naczelnym pisma „Men”. Powiedział, że zamieszczają wywiad z Korą i ona dała zdjęcie, które podpisała, ale w tej dedykacji pojawia się moje nazwisko. I pytają mnie, czy mogą drukować z tą dedykacją czy bez niej. A na dedykacji było napisane: „Kocham wszystkich gejów oprócz Szczygła”. Oczywiście zgodziłem się: „Jasne, drukujcie”. Potem spotkałem się z nią na nagraniu programu „Czar par” w telewizji publicznej, który prowadził Krzysztof Ibisz, Kora była jurorką, a ja jakimś elementem programu. Poznała mnie, ale nie odezwała się do mnie słowem. Siedzieliśmy blisko siebie, przedzieleni tylko jedną osobą. Ciągle spoglądałem na jej rękę, bo miała na palcu pierścionek ze szpikulcem, który wyglądał jak zagięty gwóźdź. A ręce miała założone tak, że ten pierścionek cały czas tkwił na przedramieniu po mojej stronie. Moja fantazja była taka, że ona mnie po prostu zadźga. Oczywiście nic takiego się nie stało. Kilka lat później, czyli to już mogła być druga połowa lat 90., zaprosiliśmy ją do „Na każdy temat” jako komentatorkę do programu o drag queen. Przyszła z Kamilem. Obawiałem się. Nie tyle jej porywczości, ile tego, że tkwi w niej zadra i że zrobi się nieprzyjemnie. Uspokoiła mnie redaktorka, która ją zaprosiła: „Przecież gdyby cię nie lubiła, toby nie przyszła”. „No właśnie” – pomyślałem. Jeszcze dodała, że Kora powiedziała, że uwielbia ten program i mój sposób bycia na ekranie. Zachowała się wspaniale. Przyszła do garderoby i wyciągnęła whisky. „Anulowałam wojnę, anulowałam przeszłość!”.

Koniec czteroletniej zimnej wojny?
Potem, kiedy zacząłem pisać książki, komplementowała moje pisanie: „Jakie ty masz puenty. Chyba Pan Bóg ci je podsyła. Świetne, świetne, nie mogę się oderwać”. Cała była rozemocjonowana tym moim pisaniem. Chodziło jej też o zwięzłość, że potrafię być zwięzły, zawrzeć dużo treści w kilku słowach.

Mistrz kondensacji.
O, bardziej o to jej chodziło. Pamiętam, jak mówiła o esencji: „Samą esencję wydobywasz z ludzi”. Byłem szczęśliwy, że moja własna idolka, na której tekstach uczyłem się poezji – bo jeśli jako piętnastolatek usłyszałem, że „Czas od pięt mnie cicho zjada/Truchtem biegnie do sąsiada” [Szał niebieskich ciał, muzyka Marek Jackowski, tekst Olga Jackowska], to działało na moją wyobraźnię – ceni moją twórczość. I to, że była niezależna, dumna i niedostępna, choć na pewno nie dla wszystkich. Nie mogę powiedzieć, że się przyjaźniliśmy. Po prostu weszliśmy w swoje orbity. Do końca, w moim odczuciu, była to jednak relacja fana z gwiazdą. Był taki moment, kiedy ją krytykowano za zdjęcia do „Playboya”. Dziś powiedzielibyśmy, że wylał się na nią hejt. Zadzwoniłem wtedy do niej na komórkę. Pamiętam, że była na placu Trzech Krzyży – no właśnie, to była dla mnie tak ważna osoba, że pamiętam nawet, w jakich okolicznościach odebrała telefon, a byłem już znanym dziennikarzem. „Kupujemy buty z Kamilem na placu Trzech Krzyży” – usłyszałem. Już wtedy stał tam biurowiec z ekskluzywnymi sklepami. Skomplementowałem zdjęcia, bo naprawdę bardzo mi się podobały. A ona powiedziała, że nawet nie wiem, jak jej to dobrze robi i jak dla niej to jest ważne, że zadzwoniłem i mówię, że mi się podoba. Miałem wrażenie, że powiedziała to szczerze i że mogła być trochę umęczona tymi nieprzychylnymi reakcjami.

Dlaczego były nieprzychylne? Że pani w pewnym wieku nie powinna?
Tak. Pamiętam reakcje niektórych moich kolegów i koleżanek z redakcji. Uważali, że jest po prostu za stara. Tam było zdjęcie, na którym miała też założoną jakąś uprząż. Najbardziej zapamiętałem zdanie: „Kto chce oglądać krocze Kory?”. Wtedy chyba była mi wdzięczna. A ja do dziś jestem jej wdzięczny za to, że przynosiła mi ulgę w mojej młodości, czyli w czasach, kiedy byłem nastolatkiem z problemami. Jej piosenki pozwalały mi, jak to mówią Czesi, wentylować problemy.

Byłeś na jej pogrzebie?
Przeżyłem nawet w związku z nim niezwykłą historię. Mianowicie zamówiłem białe róże w kwiaciarni na Dworcu Centralnym. Przed samym pogrzebem – tego dnia był okropny upał – pojechałem odebrać kwiaty. W kwiaciarni spotkałem mężczyznę – szczupły, ubrany na czarno, rockandrollowy typ, dojrzały, choć na początku wziąłem go za młodzieńca. Spojrzał na mnie i powiedział: „Czytam pana książki. Czy pan czasem nie idzie na pogrzeb Kory?”. „Idę.” „A proszę mi powiedzieć, jak dojechać na Powązki?”. „A to ja pana zabiorę ze sobą”. Pamiętam, że kupił jedną różę czerwoną, i zabrałem go na cmentarz. Po drodze rozmawialiśmy o Korze, o tym, że był jej fanem, jak się angażował w fanklubie. Na cmentarzu zgubiliśmy się, bo było bardzo dużo ludzi. Rok później dostałem od jego przyjaciółki wiadomość, że on umiera na raka i jego dni są policzone. A ponieważ jestem jego ulubionym autorem, prosi, żebym napisał mu kilka słów wsparcia. W tych ostatnich słowach do niego nawiązałem oczywiście do Kory.

Damian, cieszę się, że Jaśniepan Przypadek zetknął nas w kwiaciarni na Dworcu Centralnym choć przez chwilę. A może na imię mu Kora? Wiem, że stoisz przed Tajemnicą. Zresztą jak wszyscy. Tyle że Ty chyba szybciej będziesz miał z nią do czynienia. Jak wszyscy nic o niej nie wiem. W tej sytuacji niczego nie mogę obiecać, poza jednym: na pewno zamieszkasz u mnie. W mojej głowie, bo tam daję miejsce tym, których znałem, ale wcześniej przede mną do Tajemnicy poszybowali.

Jego przyjaciółka odpisała, że odczytała mu te słowa. Niestety był już mało obecny, umarł spokojnie w dniu, w którym chciał odejść. Zainteresowałem się, dlaczego chciał w tym dniu. „Bo dziś są urodziny Kory” – odpisała. Opowiadam to dlatego, że siła oddziaływania Kory na życie, a nawet – jak widać – śmierć ludzi, jest niebywała.

Polecamy: „Słońca bez końca. Biografia Kory” Beaty Biały, wydawnictwo Rebis. (Fot. materiały prasowe)
Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze