1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Joan Collins: „Wolę żyć, niż grać, że żyję”

Joan Collins w Villa Remus, Palma de Mallorca, Hiszpania (Fot. Isa Foltin/Getty Images for Marcel Remus)
Miała pięciu mężów, choć jak sama przyznaje, była dość wybredna: tuż przed zaręczynami zerwała z Warrenem Beattym. W latach 80. jako diaboliczna Alexis wyznaczyła szczyt ekranowego magnetyzmu na kilka pokoleń do przodu. Nigdy nie miała aspiracji, by być wielką aktorką – chciała jedynie wieść ciekawe życie. W tym roku w maju Joan Collins skończyła 88 lat.

„Dynastię”, największy telewizyjny hit wszech czasów, realizowano przez osiem lat. Widzów przed ekrany telewizorów przyciągała jednak nie główna bohaterka produkcji – przewidywalna Krystle – ale jej rywalka i czarny charakter, tyleż przebiegła i pozbawiona skrupułów, ile bezkompromisowa i przebojowa Alexis Carrington-Colby-Dexter. Okazała się najciekawszą, najbardziej intrygującą – i najlepiej ubraną – bohaterką telewizyjnej serii. To inicjowane przez nią skandale i knowania trzymały widzów przed telewizorami niemal przez dekadę. Być może świadczy to źle o widzach, ale na pewno nie o Joan Collins.

Tę rolę napisano specjalnie dla niej. Jak sama przyznaje, w ogóle o nią nie zabiegała. Na zdjęcia próbne przyszła „kompletnie nieprzygotowana”: w szyfonowej sukni balowej udekorowanej trzymetrowym trenem, prowadząc na smyczy pięć chartów. Było jasne, kto wkroczył na plan: Alexis we własnej osobie.

Pierwszy sezon „Dynastii” okazał się klapą, postać bezwzględnej bizneswoman wymyślono, żeby ratować produkcję. I jak tylko pojawiła się w drugim sezonie, słupki oglądalności zaczęły wariować. Za sprawą piątego sezonu (w którym producenci oddali Alexis 70 proc. czasu ekranowego) „Dynastia” była najlepiej i najchętniej oglądanym serialem w USA. Gdy zakończono jego kontynuację, Joan – podobnie jak wielu aktorów serii – została bez stałej pracy. Był rok 1989, a aktorkę niespodziewanie pozbawiono solidnego źródła dochodu. Z pewnością nie był to łatwy czas. Jako pierwsza w historii kobieta wywalczyła dla siebie stawkę większą niż grający Blake’a Carringtona John Forsythe. W kontrakcie zapisano też, że ma prawo zachować 80 proc. serialowej garderoby Alexis. Joan ostatecznie zdecydowała się zatrzymać wszystkie balowe suknie i buty: 425 par.

Rok po zakończeniu „Dynastii” udzieliła jednego telewizyjnego wywiadu, podczas którego dziennikarka, sądząc chyba, że to dobra okazja, żeby ukazać inne, bardziej pokorne oblicze Joan Collins, spytała swoją rozmówczynię o to, jak sobie radzi bez serialowego blichtru oraz czy otrzymała już inne propozycje. Aktorka przyznała, że jest jej bardzo ciężko – w istocie przez prawie dwa lata nie otrzymała żadnej propozycji – opowiadając zgodnie z prawdą, że nagle stała się bezrobotna i zdarza się, że nie ma pieniędzy na najbardziej podstawowe produkty, niezbędne każdemu do życia. Kiedy prowadząca z wystudiowaną troską w głosie zaczęła dopytywać o szczegóły, Collins wypaliła bez namysłu: „No wiesz, odkąd nie stać mnie na szampana i kawior, bywa, że naprawdę nie mam po co wstawać z łóżka”.

56-letnia Joan Collins była wówczas czterokrotną rozwódką z trójką dzieci i długami na koncie. Ale prócz rosnących zaległych płatności miała coś jeszcze: poczucie humoru, fantazję i odwagę. I jeszcze niemały apetyt, i nie chodzi tu wcale o kawior i szampana. Przede wszystkim lubiła wieść ciekawe, niebanalne życie. Nie rozpaczać, nie użalać się nad sobą czy publicznie prosić o pracę. W takiej roli na pewno nigdy by siebie nie obsadziła. Przyjęła inną taktykę i gdyby podsumować ostatnie 30 lat jej życia, to akurat w tym aspekcie bez wątpienia miała rację.

Narty w Aspen, plaża w Saint-Tropez

Październik 2021 roku. Centrum Londynu zablokowane. Caryca telewizyjnych oper mydlanych podpisuje dziś swoją autobiografię. Kolejka po autografy blokuje ruch przed jednym z najbardziej ekskluzywnych hoteli. Sala może pomieścić 300 osób, chętnych jest dziesięć razy więcej. Po podpis trzeba czekać średnio cztery godziny, nieliczni wybrańcy losu mogą liczyć na trzysekundową pogawędkę. Spora grupa drag queen, przypominających słynną Alexis, zostaje wpuszczona tylnym wejściem. Collins przerywa podpisywanie swojej książki i znika na dwugodzinny lunch z nowo przybyłymi. Nie tłumaczy się i nie przeprasza, gdy wraca. Mimo upływającego czasu wciąż zachwyca, inspiruje, czasem bulwersuje. Wychodzi poza schemat. Znana jest z tego, że lubi mieć wszystko pod kontrolą, być może dlatego zatrudnia na stałe czterech asystentów. Unika banału, ceni rzeczy unikatowe, nie zwalnia tempa. Całe to szaleństwo z promocją autobiograficznych dzienników nie powinno więc nikogo dziwić.

O samych pamiętnikach „My Unapologetic Diaries” było głośno na długo przed ich wydaniem. Aktorka trzymała się prostych zasad: Nie robić bilansów. Nie cenzurować się. Nie bać się ewentualnych procesów o zniesławienie. Nie poddawać się nostalgii ani nie szukać taniego poklasku. Opowiedziane przez nią w dziennikach życie jawi się jako pasmo przyjęć, podróży i romansów. Aż dziwne, że miała czas wychodzić za mąż, rozwodzić się, rodzić i wychowywać dzieci. Grywała w filmach, serialach i spektaklach, choć ma się wrażenie, że wszystko odbyło się jakoś w międzyczasie, po aperitifie, a przed deserem. Oczywiście sama biografia miewa momenty nieco zagmatwane, Collins spędza czas z setkami ludzi, o których nikt nie słyszał. Jednak sowicie wynagradzają to fragmenty, w których autorka pisze o koleżankach i kolegach po fachu. Co tu dużo mówić, Collins dzieli ludzi na tych z udanymi operacjami plastycznymi i na tych, którym odpada nos. W przypadku tej drugiej grupy deklaruje zerwanie kontaktów, bo w jej oczach nieudany zabieg upiększający jest niemal równoznaczny z upadkiem moralnym. Jej książka jest dowcipnie i dynamicznie napisana, a Collins wie, jak sprostać oczekiwaniom, jednocześnie nie robiąc niczego wbrew sobie. Wychodzi też chyba z założenia, że fakty nie są najważniejszym elementem takiej publikacji, a zatem nikogo nie interesuje, co jest tu prawdą, a co fałszem. W dużej mierze pisze więc, co chce.

Pamiętniki „My Unapologetic Diaries” rozpoczynają się w chwili, kiedy w zasadzie wszystko mogło się skończyć. Wspomniany wyżej rok 1989 okazał się przełomowy, era epickiej sagi o nafcie, diamentach i rodzinnych romansach przeszła właśnie do historii. Collins wcale nie twierdzi, że zaczęła wtedy sumiennie szukać innej pracy. Choć przyznaje, że jej finansowy status ucierpiał, kompletnie nie była zainteresowana wejściem w kolejną wieloletnią produkcję. Miała dość życia na uwięzi, dostosowanego do rytmu planu zdjęciowego. Pragnęła wolności. Chciała się bawić. Bywać. Z rozbrajającą szczerością wyznała, że pierwszych 15 zaproszeń na zdjęcia próbne zignorowała. Nie to się przecież liczy w tym światku, by bladym świtem lecieć na casting; ważne jest, by wiedzieć, do kogo skinąć na przyjęciu, kogo zaprosić na narty do Aspen, z kim wypić drinka na plaży w Saint-Tropez. Na pewno nie są to rzewne wspomnienia przebrzmiałej gwiazdy do czytania przed snem. Collins nie roztkliwia się nad sobą, nie prosi o uznanie. Nie przeprasza za to, że rozbijała małżeństwa, nie była zbyt wierna, czy za to, że nie była dostatecznie oddaną matką. Siebie stawiała zawsze na pierwszym miejscu. Ale też, i trzeba to przyznać, spisując swoje wspomnienia, wykazała się nie lada konsekwencją w pomijaniu tych fragmentów swojego życia, w których naprawdę cierpiała, ciężko pracowała albo ponosiła porażki. Każdy, kto ją zna, przyznaje, że do dziś jest niepewna swoich umiejętności zawodowych, butą skrywa wielką nieśmiałość, a ból i niespełnienie towarzyszą jej przez całe życie. Jednak w wydanych wspomnieniach tego nie ma – to bardziej kronika towarzyska. Każde zdanie tej biografii to obietnica przygody. I wyznanie: Żyłam, jak chciałam i z kim chciałam. Możecie mnie nie lubić, nie akceptować, nie cenić jako aktorki. Mam to w nosie! Jestem Joan Collins. Jedyna i niepowtarzalna.

Wolę żyć niż grać, że żyję

Urodziła się w 1933 roku w Londynie. Była najstarszym dzieckiem. Brat William został agentem nieruchomości, z kolei siostra Jackie zrobiła światową karierę jako bestsellerowa pisarka. Elsa, matka aktorki, nim została żoną Josepha Williama Collinsa, była nauczycielką tańca i hostessą w nocnym klubie. Choć kochała swoje dzieci i uwielbiała zajmować się domem, miała poczucie zawodowej porażki. Dość szybko zmarła, mając zaledwie 56 lat. Joan dobiegała wtedy trzydziestki i poczuła, że straciła osobę, której w skrytości ducha dedykowała każde ze swoich zawodowych osiągnięć.

Po latach przyznała, że całą swoją miłość przelała wówczas na młodszą siostrą Jackie, późniejszą autorkę poczytnych romansów, a równocześnie swoją powierniczkę i najlepszą przyjaciółkę. Boleśnie przeżyła odejście siostry w 2015 roku. Mówiły sobie wszystko, prócz tego jednego – o tym, że choruje na raka piersi, Jackie nie powiedziała Joan do ostatniego momentu. Zadzwoniła do niej, gdy okazało się, że jest w czwartym stadium choroby. Przyleciała wtedy do Londynu uporządkować swoje sprawy i pożegnać się z rodziną. Joan, nic nie mówiąc, wydała na jej cześć ogromne przyjęcie. Przyszło 400 osób. Po śmierci Jackie Joan zamknęła się w domu na cztery miesiące – nie wiedziała, jak żyć.

Siostry wspierały się wzajemnie w marzeniach przez całe życie. Choć jedna mieszkała w Europie, a druga w Stanach, spędzały ze sobą cztery miesiące w roku, a do tego codziennie rozmawiały przez telefon. To Joan pierwsza czytała debiutanckie powieściowe wprawki, które siostra pisała, mając 11 lat. Z kolei Jackie wspierała ją w jej zawodowych planach: najpierw były to marzenia o projektowaniu ubrań lub byciu prywatnym detektywem, a później o aktorstwie.

Z ukochaną siostrą Jackie, Beverly Hills, 2014 (Fot. Getty Images/Gallo Images)

Joan przebijała się powoli, ale konsekwentnie, dzięki koneksjom ojca. Już jako 15-latka zaczęła studiować aktorstwo w Royal Academy of Dramatic Art. Skończyła też szkołę etykiety, elegancji i dobrych manier dla dziewcząt i, jak sama przyznała w jednym z wywiadów, było to najlepsze, co mogło ją spotkać na początku zawodowej drogi. Już jako dziewięciolatka grywała w sztukach Henryka Ibsena. Ojciec Collins był znanym w licznych kręgach agentem gwiazd, pracował jako impresario Beatlesów czy Toma Jonesa, więc wiedział, co robić i do kogo dzwonić, żeby pomóc córce.

Na scenie czuła się jednak na tyle dobrze, że dość szybko postawiła na aktorstwo. Poza tym – jak sama wspomina – była łasa na pochlebstwa. A pozytywne komentarze i słowa uznania towarzyszyły jej niemal od początku. Collins miała prezencję, szyk, klasę i... świetną pamięć. Z każdej opresji potrafiła wyjść obronną ręką, była inteligentna i dowcipna. To, na co inni musieli pracować miesiącami, ona zdobywała swoim urokiem i sprytem. Nie bała się nagości i jako jedna z pierwszych brytyjskich aktorek zagrała w rozbieranych scenach. Do rozbierania przed kamerą zachęcał ją sam ojciec, który do końca swoich dni chciał mieć wpływ na jej zawodowe decyzje. To dzięki jego namowom zagrała w takich filmach, jak „Królowa dziewica” (1955) czy „Sprośne przygody Toma Jonesa” (1975). Jednak pierwsze spore kontrowersje dotyczące młodej aktorki wywołał jej udział w filmie „Cosh Boy” w 1953 roku. Z dzisiejszej perspektywy nie ma w nim nic niestosownego – to historia młodocianego przestępcy, który balansuje na granicy życia i śmierci, tego, co dopuszczalne i zakazane – ale ówczesna obyczajowość piętnowała młode, szanujące się damy, które śmiały zakochiwać się w nicponiach i buntownikach. Postać grana przez Joan oddała ekranowemu bohaterowi nie tylko swoje serce. I to już w trzeciej scenie! Filmu zakazano w Wielkiej Brytanii, Szwecji i Australii. Ojciec Joan był zachwycony. Zadzwonił do niej i krzyczał do słuchawki: „Jest o tobie głośno, Joan! Brawo!”. Być może właśnie podejście ojca aktorki zadecydowało o tym, że nigdy nie obawiała się skandalu.

W 1973 roku zagrała w filmie „The Stud” („Ogier”). Była to ekranizacja bestsellerowej książki jej siostry Jackie. Joan przekroczyła kolejną granicę, tym razem wcielając się w rolę nimfomanki – bogatej, ekscentrycznej właścicielki klubu nocnego, która uwielbia seks, niekoniecznie z własnym mężem. Dzisiaj z pewnością film nie wywołałby skandalu, a przysporzył Joan wiele nowych fanek. Jak na tamte czasy mógł jednak wydać się śmiały z uwagi na wiele odważnych scen i przekaz: kobieta może wybierać sobie kochanków, a nawet zmieniać ich jak rękawiczki, ma też prawo do seksualnej satysfakcji.

Kadr z ekranizacji książki Jackie Collins „Dziwka” (1979) (Fot. Thorn Emi/Ronald Grant Archive/Mary Evans Picture Library/BEW Photo)
W filmie „Estera i król” (1960) (Fot. Archives du 7e Art/DR/BEW Photo)
W roli niezapomnianej Alexis z Johnem Forsythe’em, serialowym Blakiem Carringtonem, oraz Lindą Evans, czyli Krystle, w „Dynastii”, lata 80. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)

Zachęcona kasowym sukcesem filmu Joan wykupiła prawa do kolejnej powieści Jackie pod tytułem „Dziwka” (film zrealizowano w 1979 roku). Tymczasem w 1977 roku otrzymała nominację do nagrody Saturna za rolę Marilyn Fryser w filmie „Imperium mrówek”. Zdaje się, że Joan nigdy specjalnie nie przejmowała się tym, co wypisują o niej gazety i że nie przywiązywała specjalnie wagi do nominacji i nagród. Przyjmowała i odrzucała role w zależności od momentu w życiu. Grywała w „Star Treku” czy serialowym „Batmanie”, ale zwykle były to epizody albo drugoplanowe, dekoracyjne postaci. Na pewno nie były to propozycje na miarę jej talentu. Emploi aktorki na lata zostało zdominowane przez kultową postać demonicznej intrygantki Alexis z „Dynastii”. Paradoksalnie to ta bohaterka pozwoliła Joan ugruntować pozycję ikony telewizji. Ciekawe, czy aż sześć nominacji do Złotych Globów (i żadnej statuetki) pozostawiło jednak gwiazdę z niedosytem?

Czy czuła żal, że nie dostawała lepszych ról? Zawsze ze wzruszeniem ramion twierdziła, że nie potrafiła należycie o nie zabiegać. Nie miała chęci udowadniać, że jest najlepsza. W końcu była absolwentką szkoły etykiety, elegancji i dobrych manier dla dziewcząt... Na pewno zdarzało jej się zapominać o castingach, bywało, że wolała iść na tańce i szaleć do rana niż wkuwać teksty scenariuszy. Wybierała role w gorszych filmach, które pozwalały jej wieść dostatnie życie – wolała żyć niż grać, że żyje.

Pasażerka

Joan miała 18 lat, kiedy poznała swojego idola, aktora Maxwella Reeda, który był od niej starszy o 15 lat. Podczas pierwszej randki Reed odurzył Collins narkotykami i zgwałcił. Rodzice aktorki, chcąc uniknąć skandalu, namówili córkę na ślub. I tak niespełna 19-letnia Joan wyszła za mąż za Maxwella, który w niedługim czasie okazał się wielkim zazdrośnikiem – nie tyle o innych mężczyzn, ile o lepsze oferty i warunki pracy, które kierowano do jego żony. Małżeństwo udało się zakończyć w 1956 roku, po trzech latach procesu rozwodowego.

Collins jeszcze czterokrotnie stawała na ślubnym kobiercu, z dwóch jej związków urodziła się córka Tara (w 1963 roku) i syn Sasha (dwa lata później) oraz kolejna córka Katyana (w roku 1972). Szczęśliwe okazało się zawarte dekadę temu jej piąte małżeństwo, z Percym Gibsonem, młodszym od niej o 33 lata menedżerem teatralnym. Oczywiście pomiędzy legalnymi związkami Collins zakochiwała się równie często, co niestosownie. Płomienny romans połączył ją na kilka lat z przystojnym aktorem, piosenkarzem i aktywistą Harrym Belafonte’em. Nie wiadomo, co bardziej elektryzowało opinię publiczną, fakt, że Harry ma jamajskie korzenie, czy to, że w czasie trwania sekretnego związku z Joan starał się być oddanym mężem i ojcem.

Joan Collins z piątym mężem Percym Gibsonem na oscarowej imprezie „Vanity Fair”, Beverly Hills, Kalifornia, 2022 (Fot. Getty Images/Gallo Images)

Te ekscesy należą już dziś do przeszłości, obecnie Joan wiedzie stabilne, mieszczańskie życie u boku Percy’ego. Małżonkowie nie szczędzą sobie czułości, zarówno w social mediach, jak i publicznie. Spędzają ze sobą 24 godziny na dobę, jako że Percy po poznaniu Joan postanowił rzucić swoją pracę. To ona mu się oświadczyła, choć on miał przygotowany pierścionek – chciał go dać kilka dni później. W chwili ślubu miała 69 lat, a pan młody 36. Joan Collins powiedziała podczas wesela: „Miłość nie kieruje się metryką. Miłość nie ma terminu przydatności. Świętujcie z nami pierwszy dzień reszty mojego życia. Czekałam na to prawie 70 lat. Chcę, aby każda kolejna chwila przepełniona była wyłącznie miłością, dobrem i szczęściem”. I w ten sposób stali się nierozłączni. Joan Collins prowadzi na Instagramie konto, którego tematem przewodnim jest związek z Percym, ale też pełne wyzwań i radości codzienne życie 80-letniej kobiety. Collins pytana o klucz do szczęścia – od prawie 20 lat są razem – odpowiada krótko: „Percy uwielbia prowadzić auto, z kolei ja nigdy nie zrobiłam prawa jazdy. Prawda, że proste?”.

Siostrzeństwo, drag queen i „Playboy”

Nie jest też tak, że Joan widzi tylko czubek własnego nosa. Odegrała przecież istotną rolę w walce o zniesienie złych praktyk w środowisku filmowym. Może i jej postawa była podyktowana pychą, jednak skutkowała zmianą świadomości w branży i sposobu traktowania aktorek. Poza tym od lat czynnie działa na rzecz środowisk LGBTQ. I tak na przykład, mając 83 lata, zorganizowała w Los Angeles zlot drag queen i konkurs na najlepszego sobowtóra Alexis. Przy okazji agitowała przeciwko dyskryminowaniu osób o nieheteronormatywnej orientacji seksualnej. Joan wciąż często bierze udział w wydarzeniach promujących tolerancję wobec osób transpłciowych. Z pewnością czuje się motywowana i edukowana przez swoją córkę chrzestną, modelkę i aktorkę Carę Delevingne, która publicznie wyznała, że jest osobą biseksualną. W najtrudniejszym momencie wspierała ją właśnie Collins. Obie panie często razem pokazują się na pokazach mody, Joan z pierwszego rzędu kibicuje Carze na wybiegu. Mówi, że przypomina sobie wtedy czasy, gdy sama stawiała pierwsze kroki w modelingu. Zresztą modelką nigdy być nie przestała – jako 50-latka zapozowała amerykańskiemu fotografowi George’owi Hurrellowi do amerykańskiej edycji „Playboya”. Materiał zajął 12 stron i szybko stał się hitem. Cały numer uznawany jest do dziś za rarytas, a oryginalne zdjęcia pochodzące z tamtej sesji osiągają wysokie ceny na aukcjach (sześć lat temu sprzedano jedną fotografię za 124 tysiące dolarów).

Dzisiaj Joan grywa rzadko. Głównie bywa. Udziela się społecznie i charytatywnie, choć najbardziej lubi brylować na galach. I nie wstydzi się tego. To zostało jej z czasów, kiedy jej życie towarzyskie było tak intensywne, że na przyjęcia trzeba było ją zapraszać z półrocznym wyprzedzeniem. Jedno pozostało niezmienne: nadal nie przejmuje się tym, co pomyślą o niej inni. Lubi czytać o sobie w angielskich bulwarówkach – czasami siadają razem z Percym w ich domu w Hollywood i czytają na głosy rewelacje o swoim związku lub rzekomych aferach zainicjowanych przez Joan. Szczególnie śmieszą ich przypisywane aktorce ekstrawagancje: że ma sto futer, że w wieku 85 lat zrobiła sobie kolejną operację plastyczną, że się rozwodzą, bo Collins ma młodszego chłopaka. I choć można z pewnością powiedzieć, że kariera aktorska Joan Collins była nierówna, a ona sama dokonywała kontrowersyjnych z aktorskiego punktu widzenia wyborów, to jedno jej trzeba przyznać: nigdy nie przestała popisowo grać samej siebie. Wciąż, mimo wieku, obsadza się w głównej roli w historii swojego życia.

Joan Collins (rocznik 1933), angielska aktorka filmowa, telewizyjna i teatralna uhonorowana przez królową Elżbietę II Orderem Imperium Brytyjskiego. Przełomową rolą w jej karierze była postać Alexis Carrington-Colby-Dexter w operze mydlanej „Dynastia”, za którą dostała sześć nominacji do Złotego Globu. Mimo ról w innych produkcjach właściwie nigdy nie udało jej się od niej uciec. Słynie z romansów ze sławnymi mężczyznami, między innymi Paulem Newmanem czy Marlonem Brando, była pięciokrotnie zamężna, obecnie z menedżerem teatralnym Percym Gibsonem. Ma troje dzieci i troje wnucząt. Ostatnio wydała swój dziennik „My Unapologetic Diaries”, a na Canal+ można oglądać poświęcony jej dokument „Oto Joan Collins”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze