1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Pamela Anderson – od seksbomby do ikony feminizmu

Pamela Anderson – od seksbomby do ikony feminizmu

Fot. Carmelo Redondo/ materiały prasowe Wydawnictwa Luna
Fot. Carmelo Redondo/ materiały prasowe Wydawnictwa Luna
Najpierw zrobiono z niej seksbombę bez osobowości, a potem dziwiono się, że czyta książki. Dziś, gdy świadomie manifestowana hiperkobiecość staje się symbolem sprzeciwu wobec antykobiecej kultury, Pamela Anderson wyrasta na feministyczną ikonę. Zapraszamy do pierwszego odcinka nowego cyklu „Boginie popkultury”.

W latach 90. była symbolem seksu i dobrej zabawy. Uśmiechnięta, opalona, pełna życia, wesoła blondynka. Świat wielbił ją, gdy biegała po plaży ubrana w słynny czerwony kostium ratowniczki z serialu „Słoneczny patrol”. I gardził nią, gdy zobaczył, jak uprawia seks z własnym mężem, bo ktoś ukradł i upublicznił prywatne wideo. Klasyka perwersyjnej patriarchalnej opresji: powiedzieć kobiecie, że seksapil jest kapitałem, który zapewnia jej pozycję, a potem ukarać ją za to, że lubi seks. Najpierw zachęcić do tego, żeby się rozebrała, a potem zmieszać z błotem za to, że jest naga. „Chcę pogodzić się z przeszłością i z prawdą. Moje życie nie jest smutną historią” – wyznaje w finałowych scenach dokumentu Netfliksa „Pamela. Historia miłosna”. I stanowczo zaznacza: „Nie jestem ofiarą. Lądowałam w szalonych sytuacjach i przeżyłam je. Nie winię nikogo”.

Przed premierą filmu w styczniu 2023 roku, jak i autobiografii „Love, Pamela”, która ukazała się mniej więcej w tym samym czasie, jej historię znał każdy. Ale jej perspektywę – niewielu. Pamela Anderson, modelka, aktorka i aktywistka, wylicza wszystkie doświadczenia przemocy, ale jednocześnie podkreśla, że żadna z niej „dama w opałach”. Żartuje, że mężczyźni dostawali przy niej małpiego rozumu. Poważnieje, gdy opowiada, że do prawdziwego obłędu doprowadzała ich jednak nie jej uroda, ale niezależność – świadomość, że odejdzie i nawet nie obejrzy się za siebie, gdy zaczną jej nadużywać. Przyznaje, że całe życie ciągnęło ją do złych chłopaków, a kolejny okazywał się gorszy od poprzedniego. Przy czym to zawsze ona kończyła toksyczną relację, a przypadki przemocy domowej zgłaszała na policję, o czym zresztą rozpisywała się prasa. Z pewnością łatwiej widzieć w Pameli Anderson ofiarę – nie tylko zaborczych mężczyzn, których poślubiała, ale przede wszystkim kultury, która ma konkretny pomysł na to, jak kobiety powinny wyglądać i się zachowywać, ale to nie jest prawda o niej.

Królowa króliczków

Na pierwszej sesji do „Playboya” zwymiotowała z nerwów. Miała 22 lata. Przyleciała do Los Angeles z Vancouver, gdzie od roku mieszkała i pracowała jako instruktorka fitnessu. Osoby odpowiedzialne za casting króliczków wypatrzyły ją w reklamie piwa, a twarzą marki została zupełnym przypadkiem, gdy poszła z przyjaciółmi na mecz futbolu, ubrana w T-shirt z logo browaru. Wychowała się w dwóch malowniczych kanadyjskich miejscowościach: Ladysmith i Comox. Lasy, morze, góry, cudownie surowa przyroda. Okoliczności jak z pocztówki. Życie jak z horroru. Ojciec pił i bił matkę. Kłócili się, godzili i tak w kółko, aż wreszcie podjęli decyzję o separacji. Po latach wrócili zresztą do siebie i dziś są razem. W filmie dokumentalnym Anderson zauważa, że to pewnie dlatego wiązała się z narwanymi zazdrośnikami, którzy robili jej karczemne awantury, a czasem posuwali się również do fizycznej przemocy. Taki wzór relacji wyniosła z rodzinnego domu. Pół życia myślała, że tak wygląda miłość. Gdy zadzwonili z redakcji „Playboya”, w mieszkaniu, które wynajmowała, akurat odbywał się pokaz właśnie takiej miłości. Jej ówczesny narzeczony w szale zazdrości rzucał w nią zawartością kuchennych szafek. „Robiłam uniki, uchylając się przed latającymi widelcami i nożami. Kucając na podłodze, krzyczałam do słuchawki: »Tak! Tak! Kiedy mogę przyjechać?«. W ten sposób znalazłam się w L.A. Po prostu wyjechałam. Następnego dnia” – opowiadała kilka lat temu w rozmowie z internetowym magazynem „Vice”. Tamta sesja do „Playboya” skończyła się okładką, zresztą jedną z wielu. Był październik 1989 roku. Na fotografii, ubrana w szkolny mundurek, zasłaniała krocze kapeluszem, podczas gdy marynarka rozsuwała się jej na piersiach.

Na łamach magazynu zarządzanego przez Hugh Hefnera pojawiała się regularnie, a gdy w 2015 roku „Playboy” ogłosił, że kończy z publikacją rozbieranych rozkładówek, została bohaterką także tej ostatniej. W końcu była najsłynniejszą playmate, królową króliczków. I, co trudno zaakceptować wielu feministkom, zwłaszcza tym ze starszej gwardii, Pamela Anderson kochała nią być.

Nagość wyzwalająca i wyzwolona

„Na tamtej pierwszej sesji zdjęciowej pomyślałam: »Dlaczego paraliżuje mnie wstydliwość? Mam dość przeszłości, przez którą czuję się taka niepewna«. Już w trakcie pierwszego zdjęcia czułam się, jakbym skoczyła z mostu i spadała… Jakby coś pękło. Pierwszy raz poczułam, że się uwolniłam. To było jak narodziny dzikiej kobiety” – to też wspomnienie z filmu „Pamela. Historia miłosna”. Anderson czyta fragment notatki z dziennika, którą zrobiła niedługo po tym, jak powstała tamta okładka: „Na początku nieśmiała, ale pod koniec tygodnia miałam ochotę biegać nago”. Gwiazda utrzymuje, że jednoznacznie erotyczne, rozbierane zdjęcia pomogły jej odzyskać ciało, odebrane przez oprawców seksualnych.

Miała sześć lat, gdy zaczęła ją molestować opiekunka. Gdy miała 12, zgwałcił ją mężczyzna dwukrotnie od niej starszy. Gdy była w liceum, jej ówczesny chłopak i jego sześciu kolegów wykorzystali ją na tylnym siedzeniu samochodu. Przyzwyczailiśmy się widzieć w nagich zdjęciach publikowanych w magazynach dla dorosłych akt upokorzenia kobiety, brak szacunku dla jej ciała. Dominuje argument, że magazyny takie jak „Playboy” odbierają kobietom podmiotowość. Pamela Anderson swoją w „Playboyu” odzyskała. To wciąż spore wyzwanie, też dla środowisk feministycznych, by dostrzec w kobiecej nagości wyzwalający potencjał, choć powoli zaczynamy myśleć o niej inaczej, bardziej progresywnie, z większą empatią dla różnorodności ekspresji i szacunkiem wobec cielesnej autonomii. „Obecnie przyjmuje się, że słowom kobiet należy wierzyć. Jeśli kobieta mówi, że praca w pornografii sprawia jej przyjemność albo że lubi dostawać pieniądze za uprawianie seksu z mężczyznami, lubi oddawać się fantazjom o gwałcie czy nosić wysokie szpilki – nawet jeśli stanowi to tylko emancypacyjny element jej feministycznej praktyki, a nie prawdziwą przyjemność – wówczas, tak myśli wiele feministek, należy jej zaufać” – pisze w wydanej niedawno w Polsce książce „Prawo do seksu. Feminizm XXI wieku” filozofka i wykładowczyni Amia Srinivasan. „Feminizm, który zbyt swobodnie szasta pojęciem oszukiwania samej siebie, jest feminizmem ryzykującym zdominowanie tych, których miał wyzwolić” – dodaje. A Pamela Anderson rozbierała się publicznie, gdy feminizm szastał pojęciem oszukiwania samej siebie na prawo i lewo. Kobiety takie jak ona miały być rzekomo dowodem na powodzenie podłej manipulacji. Dały sobie wmówić, że mają władzę, a tak naprawdę są bezczelnie zarządzane. Pamela Anderson mogła opowiadać, że jej nagość jest dobrowolna, wzmacniająca i radosna. Że pozuje nago dla największego magazynu dla panów, bo chce i lubi. Dla feministek była bezradną seksbombą w służbie męskich fantazji.

Goła aktywistka

Nagość Pameli Anderson była nie tylko radosna, była również polityczna. Jak wtedy, gdy zaczęła pokazywać się w kampaniach organizacji działającej na rzecz ochrony zwierząt. „Droga PETA, występuję w serialu » Słoneczny patrol« i media mają obsesję na punkcie mojego życia prywatnego” – pisała w liście, po którym jej aktywizm nabrał imponującego rozmachu. „Bardzo chciałabym przekierować część uwagi na sprawy ważniejsze niż moje cycki czy moi faceci. Czy możemy połączyć siły? Wykorzystajcie mnie”. Wykorzystali. Wystąpiła w wielu głośnych kampaniach. Pozowała nago pod prysznicem (seria billboardów o tym, że hodowle mięsa zużywają gigantyczne ilości wody), pozowała nago w padającym śniegu (seria billboardów zniechęcających do noszenia naturalnych futer), wreszcie pozowała ubrana w kilka liści sałaty (kampania zachęcająca do przejścia na dietę roślinną). Wzbudzała poruszenie w słusznej sprawie, a cel uświęcał środki. By zatrzymać import foczych futer z Kanady do Rosji, była skłonna spotkać się z Władimirem Putinem i jego bliskimi współpracownikami, o czym media uwielbiają przypominać, zwłaszcza dziś. Potęga Pameli Anderson polega jednak na tym, że trudno ją zawstydzić. Gdy ponad dekadę temu zaangażowała się w rozmowy PETA z Kremlem o prawach zwierząt, dziennikarze pytali złośliwie, czy ma jeszcze jakichś szemranych kolegów poza prezydentem Rosji. „Może Kim Dzong Un?” – zaczepiał Piers Morgan w swoim talk-show „Life Stories”. „Jeszcze nie” – śmiała się.

Gdzie są twoje dzieci?

Dziś co najmniej połowa pytań, której jej zadawano w mediach, nie padłaby, bo są zwyczajnie niewłaściwe. Wtedy znosiła je ze stoickim spokojem, nie obrażała się. Bez uników opowiadała publicznie, że jej obfite piersi są dziełem chirurga plastycznego. Na konferencji prasowej na festiwalu w Cannes, gdzie przyjechała promować film „Barb Wire” (w polskim tłumaczeniu „Żyleta”), dziennikarze bez zahamowań pytali: „Pamela, kiedy dzieci?”. Był maj 1995 roku, trzy miesiące wcześniej związała się z perkusistą rockowego zespołu Mötley Crüe, Tommym Lee. Poznali się na imprezie, ona postawiła mu szota, on polizał jej twarz, potem polecieli razem do Meksyku i czwartego dnia wakacji – ona w białym bikini, on w szortach – wzięli ślub na plaży w Cancun. Anderson była już wtedy wielką gwiazdą. „Słoneczny patrol” bił rekordy oglądalności, a stacje telewizyjne z całego świata zastrzegały sobie w umowach licencyjnych prawo do zakupu wyłącznie odcinków z jej udziałem. Sława Tommy’ego Lee nie ustępowała popularności aktorki. Mötley Crüe na początku lat 90. było zespołem ze szczytu listy „Billboardu”, wyprzedającym największe hale koncertowe. Małżeństwo trwało trzy lata. Nie przetrwało ataku furii rockmana, po którym ten spędził pół roku w więzieniu (kopnął Anderson, gdy ta trzymała na rękach ich siedmiotygodniowego wówczas syna). Przetrwało sekstaśmę.

Jest jednak takie pytanie, na które modelka nie odpowiedziała ze swoim charakterystycznym flirciarskim śmiechem: „Pamela, gdzie o tej porze są twoje dzieci?”. Wychodzili z Tommym Lee z klubu Viper Room w L.A., gdy dopadła ich grupa paparazzich. Wykradziony z ich domu film, w którym uprawiają seks, krążył już wtedy po wypożyczalniach wideo dla dorosłych w całych Stanach Zjednoczonych. Muzykowi nie zaszkodził, wręcz podbił wizerunek niegrzecznego chłopaka z zespołu. Z Anderson zrobił pośmiewisko, puszczalską bezwstydnicę, którą należy potępić. Dziś revenge porn, czyli porno z zemsty, gdy ktoś upublicznia nagie zdjęcia lub nagrania bez wiedzy i zgody osób w nich przedstawionych, jest nielegalne. Ale też dziś, jak się okazuje, można nakręcić serial fabularny inspirowany cudzą historią bez wiedzy i zgody tej osoby. Pamela Anderson mówi, że nie oglądała „Pam & Tommy”, produkcji z 2022 roku, za którą odpowiedzialny jest aktor komediowy Seth Rogen, ale twórców nazywa „bandą dupków”, którzy „wiszą jej publiczne przeprosiny”.

Ikona nowej kobiecości

Świat dzieli kobiety na moralne i niegodne. Święte i dziwki. Ładne i inteligentne. Seksowne i oczytane. Na mocy tych opozycji budowano najbardziej stereotypowe przeświadczenia o Pameli Anderson. „Mimo że potrafi cytować Marcela Prousta i Walta Whitmana, przykleił się do niej wizerunek laluni” – pisała Tatiana Siegel w „Variety”. Choć to zdanie brzmi jak obrona Pameli Anderson, wcale nią nie jest. Bo wzmacnia szkodliwy podział na urodziwe i bystre, sugerując, że atrakcyjna kobieta dowodzi siły swojego intelektu, gdy wykuje na pamięć parę metafor z książek uznanych za mądre. Bzdura. Anderson demontuje dziś wszystkie umniejszające przekonania na jej temat. Jak to, że żadna z niej aktorka. Rok temu zadebiutowała na Broadwayu w nowej wersji musicalu „Chicago” – ku zachwytom publiczności i krytyków. Świat mody, w którym uchodziła wcześniej za tandeciarę, wreszcie docenił jej styl. Szła w pokazie Hugo Bossa,

Victoria Beckham nazwała ją swoją muzą, a redakcja „Vogue’a”, wcześniej oceniająca szafę gwiazdy z protekcjonalnym politowaniem, regularnie donosi o jej modowych wyborach. Już po pięćdziesiątce pojawiła się na okładce jego czeskiej edycji. Gwiazda znajduje też autentyczne sprzymierzeńczynie wśród influencerek z TikToka, promujących koncepcję inkluzyjnej hiperkobiecości. Armia „dziewczęcych dziewczyn” dumnie nosi różowe sukienki, sztuczne rzęsy, tipsy i brokat na policzkach, rozmawia o błyszczykach i chłopakach, by demaskować stereotypy o próżnych i pustych. Ambasadorki nowej hiperkobiecości – jak Chrissy Chlapecka, którą na TikToku obserwuje ponad pięć milionów osób, czy Hikari Fleurr ze 117 tysiącami followersów – podkreślają, że to forma ekspresji dla wszystkich, niezależnie od wieku, rozmiaru, koloru skóry, dla kobiet z niepełnosprawnościami i transpłciowych. I dla tych dziewczyn, celebrujących wszystko, co ultrakobiece, Pamela Anderson – ze swoim wdziękiem, figlarnym śmiechem i żartami z własnej kochliwości – jest boginią.

Fot. materiały prasowe Wydawnictwa Luna Fot. materiały prasowe Wydawnictwa Luna



Pamela Anderson rocznik 1967, modelka, aktorka, działaczka na rzecz zwierząt, mama dwóch dorosłych synów. W latach 1995–2005 najczęściej wyszukiwana osoba w Internecie, ikona telewizji i popkultury. Autorka autobiograficznej książki „Love, Pamela”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze