1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Magdalena Boczarska: „Uczę się, jak się komunikować sama ze sobą i dbać o to, by w obowiązkach życia nie zapominać o sobie”

Magdalena Boczarska (Fot. Aleksandra Modrzejewska)
Magdalena Boczarska (Fot. Aleksandra Modrzejewska)
To symboliczne, ale pierwszą okładką, na której pojawiła się Magdalena Boczarska, była właśnie okładka „Zwierciadła” w 2010 roku. Magda zachwyciła wtedy wszystkich rolą w „Różyczce”. Dziś wspólnie świętujemy premierę „Różyczki 2”, ale też po prostu dobre, świadome życie.

Miewasz takie chwile, że budzisz się rano w łóżku, świeci piękne słońce, nie musisz się nigdzie spieszyć i zamiast od razu wstać, rozglądasz się wokół siebie i myślisz o tym wszystkim, co dało ci życie? Choć jako mama kilkulatka takich momentów masz pewnie niewiele…
Coraz częściej miewam takie momenty, ale tego typu refleksje wymagają zatrzymania się chociaż na chwilę, a ja, tak mi się czasem zdaje, ciągle gdzieś gonię. Paradoksalnie to synek najczęściej zaciąga hamulec, który zatrzymuje ten mój rozpędzony pociąg. I wtedy jest fajnie, nie powiem, że nie.

Co wtedy widzisz wokół siebie?
Zaczynam naprawdę dostrzegać to, co mam. Ktoś mi kiedyś powiedział, że lepiej być słuchanym niż słyszanym. To jest coś podobnego. My niby widzimy, ale rzadko rzeczywiście dostrzegamy. Mam wspaniałych bliskich, jestem w całkiem fajnym momencie życia, tuż przed premierą ważnego dla mnie filmu. Wykonuję wyjątkowy, choć wymagający emocjonalnie zawód, który jest moją pasją. Ale moim największym sukcesem osobistym jest chyba to, że już prawie 45 lat jestem ze sobą na dobre i na złe, przy czym od kilkunastu lat robię to w pełni świadomie. No i wciąż uczę się patrzeć na swoje życie jak na szklankę do połowy pełną.

Pięć lat temu w jednym z wywiadów powiedziałaś, że twoje życie się dopiero zaczyna. Pamiętasz? Pamiętam, bo udzielając tego wywiadu, miałam trzymiesięczne dziecko. I nie pomyliłam się: moje życie wygląda teraz zupełnie inaczej. Czasem nawet nie wiem, czy nadal jestem jego właścicielką [śmiech]. Urodzenie Henia było jak tornado, wywróciło wszystko do góry nogami. Zmieniło nie tylko życiową perspektywę, ale także postrzeganie mojego zawodu. Przeszłam na drugą stronę rzeki, po której jest większy spokój co do tego, jak ułoży się moja kariera, bo chociaż ambicje ciągle mam takie, jak na początku, to odkąd mam dziecko, nie zrobię już niczego za wszelką cenę, to wiem na pewno. Poza tym to nie jest prosta, rutynowa praca, często nie sposób nie przenosić jej do domu. Henryk widuje mnie w różnych nastrojach, które staram się mu tłumaczyć. Nie każdy film, nie każda rola zostają ciepło przyjęte. I mimo tylu lat w zawodzie przyznam, że wciąż nie jestem obojętna na krytykę.

Magdalena Boczarska (Fot. Aleksandra Modrzejewska) Magdalena Boczarska (Fot. Aleksandra Modrzejewska)

Mimo tylu lat, tylu nagród i dowodów uznania?
W aktorstwie jest tak, że każda nowa rola to w pewnym sensie kolejna konieczność udowodnienia swojego talentu. Ma to swoje plusy o tyle, że to może być dla kogoś nowa szansa, ale ciemniejsza strona jest taka, że od aktora, który zdążył już coś pokazać, wymaga się, żeby stale utrzymywał poziom. Co bywa skomplikowane, bo na to, jak odebrany zostanie film, wpływa bardzo wiele rzeczy i często nie od naszego, aktorskiego wkładu to zależy. Jest tyle etapów, począwszy od scenariusza, a skończywszy na montażu, postprodukcji i dystrybucji. Dlatego ciężko nie przejmować się krytyką. Szczególnie że aktorzy bardzo często wypruwają sobie flaki, by pokazać na ekranie coś wyjątkowego. Niejednokrotnie igramy z mrokiem, z własnymi demonami, zaglądamy za drzwi z tabliczką „nie otwierać”. Nikt raczej na co dzień tego nie robi, a my musimy szukać, czerpać z własnych doświadczeń, otwierać stare rany, przeczołgać się emocjonalnie, by coś dobrze zagrać. A potem trzeba w sobie to wszystko na nowo poukładać, żeby zostało bezpiecznie zabliźnione.

Mam taką scenę w „Różyczce 2”, w kostnicy, w której muszę zidentyfikować ciało bliskiej osoby. Za każdym razem, kiedy ją oglądam, coś we mnie budzi, bo pamiętam, o czym myślałam, żeby wywołać w sobie ten mroczny stan. Mimo wielu prób wymazania tego z pamięci. Czasem po prostu musi minąć sporo czasu, by zapomnieć. Oczywiście to praca, za którą dostaję pieniądze. Ale to nie wszystko. Filmy robimy dla widzów. I jeśli ta praca nie spotyka się z przychylnym, lecz ze złym lub nawet złośliwym odbiorem, to boli. Ostatecznie jesteśmy tylko ludźmi, którzy z racji zawodu, który uprawiają, mają też często sporą wrażliwość.

Mnie jako widzkę scena w kostnicy też bardzo dotknęła.
Żeby zagrać ją wiarygodnie, musiałam wprowadzić się w stan traumatyzujących przeżyć. Zależało mi na tym, żeby zagrać katatonię, szok mojej bohaterki – do niej nie do końca dociera, co się stało. Na to się zdecydowałam, analizując sama ze sobą jej emocjonalność – oczywiście przy wsparciu reżysera. Bo ilu ludzi na świecie, każdy zareaguje inaczej. Ktoś się rozpłacze, ktoś wybuchnie śmiechem, ktoś zemdleje, ktoś nawet nie podejdzie do stołu sekcyjnego. W tamtym momencie to wydawało mi się najbardziej wiarygodne i najciekawsze do zagrania. Pomyślałam, że to będzie dla widza dużo bardziej przejmujące niż rozdzieranie szat. Zresztą w mocnych stanach emocjonalnych moja bohaterka tkwi właściwie przez cały film.

Jak to było spotkać się ponownie, po 13 latach, z Różyczką?
Stresująco jak nie wiem co. Tym bardziej że w tym filmie powierzono mi właściwie trzy role. Główną bohaterką jest Joanna, ale gram też jej matkę – Różyczkę współcześnie i w retrospekcjach z lat 70.

Po raz pierwszy o pomyśle nakręcenia ciągu dalszego tej historii usłyszałam stosunkowo wcześnie, tuż po ukazaniu się w kinach pierwszej części; on przez ten czas oczywiście ewoluował w kilku kierunkach. Jeszcze dwa lata temu myślałam, że może za długo z nim czekaliśmy, ale życie nadało ważny kontekst tej historii, dzisiaj jest jeszcze bardziej aktualna. Pierwsza część filmu dla wielu widzów była wręcz kultowa, mierzymy się więc na pewno z niemałymi oczekiwaniami. „Różyczka 2” nie jest już, tak jak pierwsza część, filmem o miłości, ale o szukaniu własnej tożsamości.

Pierwszą napisało życie, bo była w dużej mierze inspirowana realnymi ludźmi i ich historią. Druga jest osadzona w realiach, ale to historia, która została napisana na potrzeby filmu. Tamta część była o kłamstwie, ta jest o prawdzie. To film, który miesza gatunki, mam nadzieję, że każdy wyniesie z tej historii coś ciekawego.

Magdalena Boczarska (Fot. Aleksandra Modrzejewska) Magdalena Boczarska (Fot. Aleksandra Modrzejewska)

A wiesz, jaką miałam refleksję po obejrzeniu drugiej części? Że jeszcze kilkanaście lat temu główna bohaterka w polskim filmie mogła być jedynie heroiną, czyli cierpieć i umierać z miłości. Tu jej rozterki sercowe schodzą na dalszy plan, na pierwszy wysuwają się kwestie tożsamościowe, egzystencjalne, ale także kariera polityczna granej przez ciebie Joanny. To w jakimś sensie opowieść o kobiecej emancypacji.
Zdecydowanie tak, jest to miks wszystkiego, o czym mówisz. Dodatkowo pierwsza „Różyczka” była melodramatem, „Różyczka 2” jest czymś pomiędzy thrillerem politycznym a obyczajowym. Osobiście liczę na to, że pytanie „Czy rządzi nami prawda?”, które w metaforycznym sensie zadaje sobie moja bohaterka, nabierze szczególnego znaczenia w okresie powyborczym.

Napisałam to już w poprzednim numerze, ale znów powtórzę: uważam, że oboje z Robertem Więckiewiczem gracie tu jeszcze lepiej niż w pierwszej części. Wasze wspólne sceny to majstersztyk.
A wiesz, że nigdy później nie spotkaliśmy się z Robertem na planie? Ja też lubię tę iskrę, która jest między nami na ekranie. Jest wielu aktorów, którzy mają swoją rolę wymyśloną od początku do końca i niezależnie od tego, jak ty zagrasz, oni grają po swojemu. Robert jest inny – gra z nim to nieustanny dialog, niekończący się proces twórczy. Jako partner jest nieprawdopodobnie uważny i wyczulony na twoje reakcje, rezonuje z tobą w każdej scenie. Oprócz tego jest inteligentnym, bystrym i wrażliwym facetem. Spotkanie go na planie „Różyczki” wytyczyło mi pewien poziom oczekiwań co do tego, jak partnerskie aktorstwo powinno wyglądać.

Oprócz prawdy ważnym tematem „Różyczki 2” jest relacja z nieobecnym ojcem.
Joannę w pewien sposób podwójnie ograbiono z relacji z ojcem. Dociera do niej, że została wychowana w kłamstwie, a bez poznania prawdy o przeszłości swojej i swoich rodziców nie jest w stanie iść w przyszłość. Szuka zatem odpowiedzi na fundamentalne pytania. Niełatwy orzech do zgryzienia.

Film zadaje pytanie o to, w jakim stopniu decyzje naszych rodziców wpływają na nasze życie. Jakie jest twoje zdanie?
Myślę, że prawda o naszych rodzicach, o tym, kim byli, jaki związek tworzyli, jakie wzorce nam przekazywali – jest bardzo istotna dla tego, kim jesteśmy. W dużym stopniu oni to my, tylko dużo później. Pytanie, co dalej z tym robimy. Takie słowa usłyszy zresztą moja bohaterka właśnie od ojca.

Ostatnio moja praca daje mi sporo okazji do zgłębiania tego tematu – rodzic i dziecko. Na plan „Różyczki 2” weszłam prosto z planu „Heaven in Hell”, który był dla mnie równie trudny emocjonalnie, głównie przez kontekst relacji matki z dorosłą już córką.

Odnosiłaś go do siebie jako matki czy do siebie jako córki?
Głównie matki. Bo kiedy jesteś rodzicem, jednym z bardziej nurtujących cię pytań jest, jak żyć, by nie stracić kodu dostępu do swojego dziecka. Sama bardzo często o tym myślę w kontekście mojego synka, który chociaż nie ma jeszcze sześciu lat, zbudował już własny, bardzo ciekawy świat. W „Heaven in Hell” w kontekście relacji matka–córka ważny był też wątek relacji romantycznej mojej bohaterki z młodszym mężczyzną. Żaden wielki temat, wydawałoby się. O ile to kobieta jest tą młodszą.

Sporo pytano cię o ten właśnie wątek, pewnie dlatego, że sama jesteś w związku z młodszym o kilka lat partnerem, ale zauważyłam też, że wielu osobom nie spodobało się, że zagrałaś w zmysłowym erotyku, a nie kolejnym ambitnym tytule.
Naprawdę? Ja tak na to nie patrzę. Lubię ten film. Dostałam mnóstwo wiadomości od kobiet, że był im potrzebny, że dał im odwagę, by pomyślały w końcu o sobie. To duży komplement dla tej produkcji. A jeśli dla kogoś będzie po prostu miłą, romantyczną ucieczką od rzeczywistości, jeśli poczuje się dzięki niej lepiej czy lżej, to jako twórcy bierzemy to z wdzięcznością. Cieszę się, że zrobiłam ten film, bo był dla mnie bardzo wyzwalający. Pod kątem kobiecości i przepracowania swojego podejścia do mijającego czasu – był mi potrzebny. Całkowicie wyszłam tam ze swojej strefy komfortu, ale zrobiłam to bardzo świadomie.

Magdalena Boczarska (Fot. Aleksandra Modrzejewska) Magdalena Boczarska (Fot. Aleksandra Modrzejewska)

Mam kryteria, którymi kieruję się przy wyborze ról, mam też swoje granice, wiem, czego nigdy nie zrobię. Ale czasem zwyczajnie po ludzku jest mi z jakimś projektem po drodze. Jestem zmęczona tym, że ktoś ocenia mnie jako aktorkę w kategoriach: „bo jej nie wypada”. Ale niby dlaczego? W życiu dochodzisz do wielu drzwi, jedne otwierasz, innych nie, ale nigdy nie wiesz, dokąd cię ostatecznie zaprowadzą twoje wybory. Są projekty, które mają wszelkie dane, żeby zostać wielkim hitem, a jednak się nie udają. Kino to magia – nigdy do końca nie można być pewnym, co zadziała, co chwyci ludzi za serca. Ja raczej przyciągam do siebie trudne role. To zabawne, ale ta w „Heaven in Hell” miała być dużo lżejsza, tylko przez to, że zaczęłam w niej grzebać, zyskała większy ciężar emocjonalny…

W Polsce pod kategorię „nie wypada” podpada czasem także udział w reklamach. Podczas gdy na przykład w Stanach aktorka w ten sposób potwierdza swoją pozycję gwiazdy.
Wielkie nazwiska reklamują swoimi twarzami nawet kilka marek naraz, co najlepiej widać na nowojorskim Times Square, który jest chyba największym komercyjnym osiągnięciem dla kogoś, kto tam „zawiśnie”. Ja uważam, że to jest po prostu nagroda za moją pracę. Nie przyjmuję każdej propozycji, wszystkie moje kontrakty są ambasadorskie, długofalowe. Starannie, strategicznie wybieram firmy, z którymi pracuję, bo i dla mnie, i dla nich liczy się wiarygodność. Poza tym to raczej powód do radości i dumy, że firmy z tradycjami i wartościami widzą we mnie partnera.

Cieszę się, że o tym wszystkim mówisz, bo kiedy myślimy o zawodzie aktorki, to myślimy raczej o przyjemnych elementach tego zawodu…
Prawdziwe życie dzieje się dopiero za zamkniętymi drzwiami, nie na Instagramie.

Z czego się bierze, jak sądzisz, to, czy komuś udaje się przebić w tym zawodzie? Być obsadzanym w dobrych rolach? Lubianym? Cenionym? Nagradzanym kontraktami reklamowymi?
Talent, charyzma, ale też szczęście – musi ci spaść ta jedna gwiazdka z nieba na buty. Pewnie dla każdego oznacza to coś innego. Dla jednych role w uznanych filmach, dla innych właśnie sympatię widzów, dla jeszcze innych to, że non stop są na fali, angażowani do kolejnych projektów. Znam wielu świetnych aktorów i aktorek, którzy na swoją gwiazdkę jeszcze czekają.

Co było twoją gwiazdką? „Różyczka”? „Sztuka kochania”?
Od „Różyczki” coś ważnego się zaczęło, ale to „Sztuka kochania” poderwała mnie do lotu. Zarezonowała z ludźmi ogromnie, miałam tego naprawdę liczne dowody. Potem były seriale „Pod powierzchnią” i „Zachowaj spokój”, gram w nich matkę, która w pierwszym traci dziecko, a w drugim traci kontrolę nad dorastającym synem. To dla mnie bardzo ważne, że byłam częścią projektów, które budzą tak wiele pytań.

Niedawno brałam udział w debacie podczas Campus Polska 2023 na temat tego, czy aktorstwo może być misją. Wiesz, co sobie pomyślałam? Że dziś ludzie wielu rzeczy na temat świata, schematów zachowań czy historii dowiadują się właśnie z filmów. I my, ludzie kina, mamy przed sobą zadanie, by te tematy pomóc im zgłębić. To robi właśnie „Różyczka”, „Piłsudski”, „Sztuka kochania” czy serial „Król”, który też ogromnie lubię. Ryfka, którą w nim gram, jest jedną z moich ukochanych postaci; w swoim nieszczęściu i samotności była mi bardzo bliska.

Mówisz o gwiazdce z nieba, ale ty masz też szczęście do osób, z którymi pracujesz. Z Janem Kidawą-Błońskim zrobiłaś już trzeci film. Z tragicznie zmarłym Piotrem Woźniakiem-Starakiem miałaś zrobić kolejny…
Piotr szykował swój debiut reżyserski. Miałam w nim zagrać siostry bliźniaczki, u boku Tomka Kota. Bardzo byłam ciekawa Piotra jako reżysera, myślę, że był do tego stworzony. Niepokorny twórca i wielki pasjonat kina. Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych, ale to nie jest prawda. Nie w tym przypadku. Jego odwaga i wizjonerstwo były absolutnie magiczne.

Powiedziałaś kiedyś: „Piotr mnie wymyślił”.
Decyzja, żebym to ja zagrała Michalinę Wisłocką, była bardzo nieoczywista. Swoją fizycznością bardzo odbiegam od oryginału. Ale Piotr zobaczył we mnie jakąś charyzmę i element osobowości Wisłockiej, a resztę zostawił charakteryzacji i kostiumom. Podobnie było z wyborem Tomka Kota do roli Zbigniewa Religi – to też była decyzja pod prąd wszystkim dookoła.

W „Sztuce kochania” i „Różyczce 2” grasz kobiety znacznie starsze od siebie. To ciekawe doświadczenie? Wiele kobiet nie chciałoby oglądać siebie samej starszej o kilkadziesiąt lat…
Kiedy zdarza mi się mieć niewesołe myśli o przemijaniu, pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to: „Czasu się nie cofnie”. Nie wrócę do siebie z tamtych lat, nie będę młodsza, jędrniejsza. I to jest w porządku. Poza tym dziś mam lepsze ciało niż wtedy, kiedy miałam 25 lat! Wykonuję zawód, który w jakimś sensie mnie konserwuje: fizycznie i psychicznie. Ale masz rację, mamy tendencję to tego, by gonić za tym, co nam odjeżdża. Jeśli się nie zatrzymamy choć na chwilę i nie pomyślimy: „jest fajnie, jest dobrze”, to nigdy nie docenimy tego, co jest teraz i co za nami. Wiem, co mówię, bo przychodzi mi to równie ciężko i rzadko [śmiech]. Ale próbuję!

Nie masz wrażenia, że jako dwudziestoparolatki do wielu rzeczy podchodzimy zbyt poważnie? Wciąż się zastanawiamy, co inni sobie o nas pomyślą, czy nie palniemy czegoś głupiego.
Każdy wiek ma swoje problemy, niestety nie da się być 20-latką z doświadczeniami 45-latki, która już tyle przeszła, że wie, że nie ma sensu się przejmować tym, co za 25 lat nie będzie miało znaczenia.

Czasem sobie przypominam, jaka byłam niedobra dla siebie w przeszłości, jak bardzo krytyczna i wymagająca. Bardzo długo żyłam w uwikłaniu, uzależniając swoje wybory od tego, czy innym, a przede wszystkim moim bliskim, się to spodoba. Nie jest łatwo od tego uciec, bo przecież my nie istniejemy bez relacji. Jestem partnerką, jestem mamą, jestem córką i jestem aktorką. Oczekiwania wobec mnie w każdej z tych ról, także moje własne, bywają czasami przytłaczające. Uczę się, jak się komunikować sama ze sobą i dbać o to, by w obowiązkach życia nie zapominać o sobie samej. Ciągle odrabiam tę lekcję.

Magdalena Boczarska (Fot. Aleksandra Modrzejewska) Magdalena Boczarska (Fot. Aleksandra Modrzejewska)

Terapia ci w tym pomogła?
Zawsze uważałam, że to nie dla mnie, zaczynałam różne terapie i szybko je kończyłam. Gdzieś przeczytałam, że wszyscy jesteśmy ofiarami ofiar. Moi rodzice są rozwiedzeni, nie jest to żadna tajemnica. Mój dziadek był w trakcie wojny cichociemnym, co też miało wpływ na jego małżeństwo z babcią i na mojego tatę, a potem na mnie. Kiedy zostałam mamą, zrozumiałam, że nie chcę przenosić pewnych obciążeń na mojego syna. Chcę zatrzymać tę sztafetę, poukładać w sobie pewne rzeczy, by móc podejść do niego jak do czystej karty.

Jeśli chodzi o moją ostatnią, najdłuższą terapię, to myślę, że zadziałała dlatego, że trafiłam na odpowiednią osobę. Terapia sama w sobie pozwala zobaczyć mechanizmy, które nami kierują, a to daje ogromną ulgę i naprawdę wiele wyjaśnia. Znajdujesz kod dostępu do samej siebie. Pomaga też zrozumieć swoich rodziców, być może wybaczyć im pewne rzeczy, pozamykać rozgrzebane sprawy z przeszłości. Co więcej, myślę, że tylko rozumiejąc swoich rodziców, jesteśmy w stanie zdać egzamin z rodzicielstwa. A to jest największe życiowe wyzwanie i wielka lekcja cierpliwości.

Jaką jesteś uczennicą w tej szkole rodzicielstwa?
Wiem jedno: staram się być najlepszą mamą, jaką mogę być w takich uwarunkowaniach, jakie mam. Ogromnie ważne było dla mnie, żeby sobie to uświadomić. Dać sobie prawo do tego, że mogę się wkurzyć, okazać zniecierpliwienie, złość i że wtedy nie będzie to równoważne z tym, że jestem złą mamą, tylko po prostu człowiekiem.

A może jesteśmy jednocześnie najlepszymi i najgorszymi matkami na świecie? Podoba mi się metafora słonecznej linii ze sztuki Iwana Wyrypajewa pod takim właśnie tytułem, w której grasz w warszawskim Teatrze Polonia razem z Borysem Szycem. Słoneczna linia to linia, jaką pewnego dnia zaznaczyło słońce na ciele śpiącego męża twojej bohaterki, dzieląc je na pół. Bohaterki, która zdała sobie wtedy sprawę, że jedną jego część kocha, a drugiej nienawidzi i że nie jest w stanie przekroczyć tej słonecznej linii.
Bardzo się odnajduję zarówno w tej metaforze, jak i w całej sztuce, uważam, że można się w nich przejrzeć jak w lustrze, są porażająco blisko życia. Uwielbiam wielowymiarowość jej tekstu, to jak zmienia tropy, jak cudownie oddaje absurdalność wielu naszych kłótni w związkach. Mojego synka też mogłabym podzielić na pół, bez problemu! Z jednej strony jest aniołem, cudownym, kreatywnym i czułym małym człowiekiem, a z drugiej – razem z moim partnerem musimy się bardzo starać, żeby nie zaczął rozstawiać nas po kątach [śmiech].

Lubię w tej sztuce także to, że padają w niej cudowne przekleństwa. Razem z Borysem Szycem podnosicie je wręcz do rangi poezji, a jednocześnie pokazujecie, że my przecież używamy różnego rodzaju słów, także tych dosadnych i niecenzuralnych, one wyrażają nasze emocje. Przypomniała mi się Michalina Wisłocka w twoim wykonaniu. Ona też miała swoje powiedzonka…
…które były po części powiedzonkami mojej babci; była w tym mistrzynią. Często przekornie powtarzała, że: „Kawa nie wyklucza herbaty”. Lubiła wkładać kij w mrowisko rzeczywistości, to na pewno.

Babcia, czyli mama twojej mamy, była ważna postacią w twoim życiu?
Ogromnie ważną. Była obdarzona niezwykłą charyzmą, do tego niesamowicie pracowita, myślę, że w ogóle sporo po niej mam. Pracowitość plus niepokornego ducha na pewno. Nauczyła mnie go w sobie pielęgnować. Druga babcia, mama mojego taty, miała ogromną pasję do teatru, grała w kółku aktorskim. Odziedziczyłam po niej zeszyty z wycinkami z gazet na temat aktorów polskich i hollywoodzkich, ale też z recenzjami filmów, które widziała. Zmarła, zanim się urodziłam, ale zawsze myślałam, że byłaby szczęśliwa, widząc, co dzisiaj robię. Lubię wierzyć w takie rzeczy. Ja w ogóle mam dużą potrzebę mistycyzmu, duchowości. Są mi bardzo potrzebne w mojej codzienności.

Magdalena Boczarska (Fot. Aleksandra Modrzejewska) Magdalena Boczarska (Fot. Aleksandra Modrzejewska)

Jak pielęgnujesz w sobie duchowość?
Jestem czujna na znaki, które do mnie przychodzą. Na intuicję. Dużo obserwuję – i siebie w środku, i świat zewnętrzny. Lubię o tym rozmawiać, o tym, że czujemy rzeczy, dostrzegamy je między słowami. Wszystko to przydaje się też w moim zawodzie. Trudno igrać z emocjami bez czułości na duchowość, trudno bez niej budować postaci. Ale też tak po prostu – trudno żyć w dzisiejszych czasach bez odrobiny duchowości.

Magdalena Boczarska, urodziła się w 1978 roku w Krakowie, ukończyła tamtejszą PWST. Popularność przyniosły jej role w filmach duetu Saramonowicz i Konecki („Testosteron”, „Idealny facet dla mojej dziewczyny”, „Lejdis”), uznanie – filmy Jana Kidawy-Błońskiego („W ukryciu”, „Różyczka”) oraz „Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” Marii Sadowskiej. Często pojawia się na deskach teatru oraz w serialach (m.in. „Król”, „Zachowaj spokój”, „Pod powierzchnią”, „Zbrodnia”, „Dziewczyna i kosmonauta”). Prywatnie spełnia się jako mama prawie sześcioletniego syna, Henryka.

Serdecznie dziękujemy Fundacji Rodziny Staraków za udostępnienie pałacu w Oborach oraz za pomoc w realizacji sesji zdjęciowej.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze