1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Batalia o sens życia. Z rakiem i ze sobą

Marzena Łukowska-Chmiel (Fot. Radosław Kaźmierczak)
Marzena Łukowska-Chmiel (Fot. Radosław Kaźmierczak)
Jeszcze rok temu unikała ludzi, chowała się przed światem. Dziś w poprzemysłowym Bytomiu Marzena Łukowska-Chmiel, z zawodu księgowa, produkuje naturalne kosmetyki i prowadzi cieszący się coraz większą popularnością salon SPA. I zaraża pasją.

Fot. Radosław Kaźmierczak

23 czerwca 2022 roku w jej życiu nieoczekiwanie zbiega się kilka szczęśliwych nitek. Onkolog przekazuje, że jest wyleczona i na następną kontrolę zaprasza dopiero za rok. Po raz pierwszy rozmawia z uznaną warszawską agencją marketingową w sprawie własnej marki kosmetyków. Po latach udręki jakiś nowy klawisz nagle włącza się w jej głowie: „Jeszcze pożyjesz, więc ciesz się chwilą!”. Ale wciąż tańczy na linie. Tamoksyfen, który po nowotworze piersi musi brać regularnie, może zadziałać nowotworowo na macicę albo spowodować marskość wątroby. Miecz cały czas nad nią wisi. Tylko teraz się uniósł.

Diagnoza

Jest 23 czerwca 2017 roku. Marzena słyszy: „Nowotwór piersi hormonozależny, trzeci stopień zaawansowania. Przedostatni. Guz jest mały, ale drań ma duży stopień złośliwości”. Pół roku wcześniej mąż, znany przedsiębiorca, założyciel giełdowej spółki, informuje Marzenę, że jest bankrutem i właśnie stracił firmę. Mają dwie córki, starsza Natalia przygotowuje się do matury, młodsza Karolina ma pięć lat. Marzena postanawia zostać superwoman i wszystkich uratować. Całe zawodowe życie jest główną księgową. Po urodzeniu młodszej z córek podejmuje strategiczną decyzję: nie chce już wracać na etat i otwiera własną działalność. Ma stałych klientów, opiekuje się czterema spółkami. Otwiera też własny salon SPA. Pracuje głównie w domu, wychowuje córki, a do klientów jeździ na godzinę lub dwie – w adres mailowy wpisuje „mobilna księgowa”. Teraz, po plajcie męża, będzie pracować jeszcze więcej – w końcu ktoś musi utrzymać rodzinę.

Zauważa niepokojące sygnały. Z każdym dniem czuje się słabsza, bardziej zmęczona. Pod prysznicem wyczuwa guz w piersi. Jeżeli cały świat w jednej chwili może komuś zwalić się na głowę, to tamtego dnia wybiera sobie głowę Marzeny. „Byłam tak przerażona, że naprawdę uwierzyłam, że umrę, że to właściwie tylko kwestia czasu. Poczułam strach o dzieci, co się z nimi stanie… I złość na siebie, że doprowadziłam mój organizm do takiego stanu, że tkwiłam w toksycznym, wyniszczającym związku, że dopiero choroba otworzyła mi oczy. I paraliżujący smutek, że mam pięćdziesiątkę na karku, już za późno na zmiany, przegrałam życie…” – wspomina.
Justyna Dec, prezes Fundacji Oko w Oko z Rakiem (sama po nowotworze): „Informacja, że nosi się w sobie raka, jest jak wyrok. Nie znam kobiety, która myśli inaczej. Jest też poczucie wstydu. Dlaczego ja? Czym zawiniłam? Ale rak nie wybiera. Do tego sama wizyta w szpitalu onkologicznym, takim jak ten w Gliwicach, przez który dziennie przetacza się półtora tysiąca pacjentów – to stres jedyny w swoim rodzaju”.

Trzy tygodnie i pod nóż

Ale Marzena jest zadaniowcem. Górę bierze jej determinacja. Następnego ranka umawia się na wizytę u onkologa. W połowie lipca, trzy tygodnie po diagnozie, leży już na stole operacyjnym w Gliwicach. „To błyskawiczne działanie prawdopodobnie uratowało mi życie” – przyznaje dziś. Po operacji wycięcia guza lekarze ordynują wszystkie dostępne sposoby leczenia: immunoterapię, chemioterapię, radioterapię i hormonoterapię. Staje przed przeszklonymi drzwiami oddziału radioterapii, nie potrafi przez nie przejść. „Chciało mi się krzyczeć. Dotarło do mnie, w jak strasznym miejscu jestem i jak przerażające rzeczy będą się teraz ze mną dziać”. Rozstaje się z mężem. Z Tarnowskich Gór wraca z córkami do odległego o kilkanaście kilometrów rodzinnego Bytomia. „Wbił mnie w ziemię, podkopał moją pewność siebie, liczyło się tylko to, co on uważał i robił. Uświadomiła mi to dopiero choroba. Musiałam to przeciąć, choć finansowo zostawił mnie na dużym minusie”. Zdarza się, że nie ma na leki, receptę wykupuje mama Marzeny.

Znów rzuca się w wir pracy, choć wie, że to ucieczka. Uznaje jednak, że skoro i tak umrze, przynajmniej zadba o przyszłość córek. Pracuje po 12–14 godzin przez siedem dni w tygodniu. Salon kosmetyczny jakoś działa siłą bezwładu, ale biznes się nie rozwija. Mimo to nie zamyka go. „Jestem uparta jak osioł. Nie chciałam przyznać się do porażki i zamknąć sobie drzwi do marzeń. Ale nie żałuję, większą krzywdę wyrządziłabym sobie, poddając się”. Odpoczywa tylko pierwszy dzień po chemioterapii, kiedy na nic nie ma sił. Zasypia na sofie. Gdy się budzi, kilkuletnia Karolina stoi na krześle i buszuje przy otwartej lodówce w poszukiwaniu jedzenia. „Pomyślałam sobie: no, niezły shit. Moje dziecko wyjada ogórki, żeby przetrwać… To mnie przytłaczało”. Starsza córka, dziś studentka prawa, źle znosi rodzinny dramat. Wyprowadza się. Do mamy i siostry zagląda sporadycznie, nie może pogodzić się z widokiem matki bez włosów, rzęs i brwi. Na wspomnienie o tym Marzenie głos grzęźnie w gardle. „Natalia jest indywidualistką, chodzi własnymi ścieżkami, jak kot. Powoli próbujemy odbudować nasze relacje…”.

Rozmowę kwalifikacyjną z asystentką do swojej firmy Marzena prowadzi w samochodzie w chustce na głowie. Jeszcze nie ma peruki, którą z fundacji Rak’n’Roll nieco później załatwia jej siostra. Zauważa, że wzbudza niezdrowe poruszenie, u niektórych klientów wyczuwa obawy, że nie podoła. Młodzi właściciele jednej z firm zrywają umowę, nie chcą mieć łysej księgowej. „To był podwójny policzek, bo niczego nie zawaliłam i angażuję się całym sercem w firmy, dla których pracuję, traktuję je jak własną. Ale byli też tacy, którzy podchodzili ze zrozumieniem, ufali mi, wspierali”. Szczęście uśmiecha się do niej po raz pierwszy od dłuższego czasu: trafia na młodą i energiczną dziewczynę, która reprezentuje ją w biurze, sama pracuje z domu. To jej azyl, ale też przekleństwo. Chemia, sterydy i stres powodują, że zaczyna tyć. Unika ludzi, na miasto wymyka się dopiero po zmroku. „Widziałam w sobie potwora. Odizolowałam się, zdziczałam” – mówi. Przestaje się uśmiechać, przestaje wierzyć, że kiedykolwiek jeszcze poczuje się beztroska i szczęśliwa.
Ma być leczona intensywnie i długo. Lekarze decydują o wszczepieniu portu naczyniowego, przez który do żyły centralnej wprowadzają chemię. Ciało początkowo go odrzuca. „Nie przeszłam choroby w pięknej sukni, w koralach i z uśmiechem. Byłam pokiereszowana. Terapie nowotworowe wpływają druzgocąco na to, jak się czujesz i jak wyglądasz. I co trzy miesiące podczas każdej kontroli przeżywasz stres, czy nie ma wznowy. To był permanentny strach”. Każdego wieczoru przed zaśnięciem czuje, jakby ktoś łapał ją za gardło i dusił. Nie może złapać oddechu. Paniczny lęk o dzieci sprawia, że nie może zasnąć. Wycisza się na chwilę i zasypia, słuchając wykładów o samouzdrawianiu, pozytywnym myśleniu.
Żyje na karuzeli. Gdy ktoś z jej znajomych przegrywa z rakiem, jest przekonana, że i ją czeka taki sam los; gdy ktoś inny wygrywa – w Marzenie rośnie nadzieja. Chwyta się jej łapczywie, ale znów na krótko, do kolejnej okrutnej wiadomości z frontu walki z mordercą.

Setki godzin, morze łez

Mijają dwa lata. Lekarz zaleca zmianę sposobu odżywiania i zrzucenie kilogramów. Tak trafia do katowickiej Fundacji Oko w Oko z Rakiem. „Nie byłam łatwym przypadkiem, bo mocno zakorzeniłam się w niszczycielskich schematach myślowych. Musiałam poskromić demony, które się rozrosły w tych mrocznych latach”.

Justyna Dec, z zawodu psychodietetyczka: „Długo nie miałyśmy spektakularnych efektów. Marzenie brakowało motywacji i wsparcia, żeby zmienić złe nawyki żywieniowe”. Po pierwszej nieudanej próbie Marzena się poddaje. Justyna kontaktuje ją z wolontariuszką fundacji, trenerką i motywatorką Mają Czubak. To przełom. Ale nie od razu. Marzena chce schudnąć, ale po leczeniu nie jest w stanie ćwiczyć, nie ma sił. Trwa pandemia, ludzie pozostają w izolacji. Choć ona i tak najbezpieczniej czuje się zamknięta w domu, ukryta przed światem i ludźmi. Trenerka każe podopiecznej wyobrażać sobie siebie ubraną w kolory, które lubiła nosić, gdy była zdrowa. Ma sobie wizualizować, jak się czuje taka, jaka chciałaby być. Krok po kroku, miesiąc po miesiącu Marzena się otwiera, zaczyna widzieć i doceniać, czego dokonała. Momentem przełomowym jest przekierowanie myśli. „Przestałam skupiać się na chorobie. Wszystkie złe rzeczy, które mnie spotkały, postanowiłam przekuć w dobro i skupić się na pozytywnym celu” – opowiada Marzena.

Justyna: „Powtarzam naszym podopiecznym: znajdź swoją pasję, to, co cię interesuje, to, co jest dobre, bo to cię popchnie w inną stronę. Marzena jest modelowym przykładem. Zaczęła rozkwitać, spełniać swoje marzenia”. Celem okazało się dla niej zbudowanie firmy z prawdziwego zdarzenia. Wraca chęć życia, ochota przebywania wśród ludzi. Stosuje dietę beztłuszczową, regularnie sypia. Raz w tygodniu ćwiczy w siłowni pod okiem trenera, a do domu sprowadza orbitrek, na którym pedałuje bez opamiętania. Chodzi na dwugodzinne spacery, na które wyciągają pełne energii niespełna roczna chihuahua Lulu, trzyletni york Odżo i 11-letni samojed Fred. W ciągu ostatniego roku chudnie 12 kilogramów. Zapuszcza długie blond włosy, robi dyskretny makijaż. Znowu czuje się kobietą. „Wiem, że inni mogli tę drogę przejść szybciej i na dodatek z uśmiechem. Mnie zajęło pięć długich lat, żeby znów uwierzyć, że ja również mogę być jeszcze szczęśliwa i zdrowa. Dopiero wtedy puścił stres i lęk”.

Następna kontrola za rok

23 czerwca 2022. Równo pięć lat od diagnozy. Jeszcze dzień wcześniej czuje się źle, ma trudne chwile, czuje paraliżujący stres przed kolejną kontrolą u onkologa. Jej myśli koncentrują się wokół pieniędzy, bezpieczeństwa i egzystencji dzieci. Ale teraz dowiaduje się, że kolejną kontrolę w szpitalu ma nie za trzy miesiące, lecz dopiero za rok – to oznacza, że wygrała. W tym samym dniu ma pierwsze spotkanie z wynajętą agencją marketingową dotyczące marki kosmetyków, którą chce wprowadzić na rynek. „Może to był zbieg okoliczności, ale coś do mnie dotarło. I porozmawiałam sama ze sobą. Marzena! Przestań się zadręczać, przecież to było to, na co czekałaś, zaczynasz nową historię! Ciesz się chwilą! Nieważne, czy to będzie sukces, czy porażka, czy sprzedamy wszystkie kremy do smarowania pięt, czy je rozdamy. Niech to będzie przygoda!”. Marzena dostaje skrzydeł. Zaczyna dostrzegać pozytywne rzeczy wokół siebie i w sobie. „Dziś czuję w środku spokój. To jest mój osobisty sukces” – dopowiada.

Rok wcześniej musiała przenieść w inne miejsce podupadający salon SPA. Nie ma pieniędzy w skarpecie ani na lokacie, ale w śródmieściu Bytomia nie brakuje zrujnowanych kamienic za grosze. Znalazła oficynę w pobliżu najpiękniejszych zakątków miasta, placów Akademickiego i Słowiańskiego. 700 metrów kwadratowych powierzchni. Wcześniej w budynku przez ponad 100 lat była stolarnia. Okna pozabijane deskami, na parapetach królują gołębie. Do tego gołe ściany i strop nad głową. „Gdy dziś pomyślę, czego się podjęłam, wydaje mi się to niewiarygodne. Jestem jednak optymistką, uznałam, że to będzie moje wymarzone miejsce, choć nie przewidywałam, ile przeszkód czai się po drodze”.

Dociera do unijnych funduszy dla branż dotkniętych pandemią, jej projekt zajmuje drugie miejsce w konkursie i oznacza pieniądze – ale najpierw trzeba zainwestować swoje. Z banku otrzymuje limit kredytowy i zakasuje rękawy. Remont jest długi, trwa pandemia. Latem ubiegłego roku przenosi wreszcie salon w nowe miejsce i otwiera go dla klientów. Przy okazji zmienia nazwę – na Leśne Runo. Niech w poprzemysłowym Bytomiu będzie coś naturalnego i eko.

Parter kupionej rudery zmienia się nie do poznania. Na ścianach odświeżona czerwona cegła złamana gdzieniegdzie fioletem tynków i fototapetą z zamglonym lasem. Wewnątrz zieleń roślin, wygodne fotele, kilka przytulnych gabinetów zabiegowych, kuchnia, która jednocześnie jest biurem. Woń perfum i olejków, z głośników płynie relaksująca muzyka. Oaza w mieście, w którym wciąż straszą kikuty wcale nie tak dawnej świetności, zbudowanej na kopalniach i hutach.

Karolina i Natalia są dumne: „Mama, dopięłaś swego!”. Marzena: „To miejsce powstało z moich marzeń i wiary. Żmudna praca dzień w dzień przez ostatnich pięć lat przyniosła owoce, które teraz mnie umacniają i dają poczucie sprawczości”.

Trzy miesiące za drobne

Teraz pracuje nad rozpoznawalnością marki, bo nawet ludzie mieszkający po sąsiedzku ze zdziwieniem odkrywają, że pod bokiem ni stąd, ni zowąd wyrósł im leśny minikurort. Idzie za ciosem. Postanawia, że zostanie właścicielką własnej marki kosmetyków naturalnych. „To bardziej testowanie marzeń, czy taka stara baba może sobie wymyślić coś takiego, jak marka kosmetyków, która przeradza się w sukces. Sprawdzam, czy to możliwe. Ot, taka gra ze światem”.

Płaci frycowe debiutanta. Pieniądze na rozkręcenie sprzedaży szybko się rozchodzą, zysków na razie nie ma. Znana agencja marketingowa, którą wynajmuje za duże pieniądze, po trzech miesiącach bezowocnych działań broni się, atakując: Marzena jest śmieszna, bo przyszła do nich z drobnymi, a oczekiwała zysków. „Szkoda, że nie powiedzieli mi tego na starcie, bo wtedy tę »śmieszną kasę« zainwestowałabym gdzie indziej. To było przykre doświadczenie, nie znałam się na tym i zostałam wykorzystana. Kiedyś obiecałam sobie jednak, że nie będę płakać, że przepuściłam czy straciłam pieniądze. Żyję z dnia na dzień, nie mam oszczędności, ale jestem księgową. Nie wezmę kredytów, których bym nie mogła spłacić, nawet, gdy powinie mi się noga”.

Przyznaje, że biznes wciąż nie jest dochodowy. „Ale daje mi radość. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę piła przysłowiowego szampana, ale kiedyś przeczytałam, że nie chodzi o to, żeby przeczekać burzę, tylko nauczyć się tańczyć w deszczu. Nikt z nas nie wie, ile jeszcze będzie chodził po tym świecie, więc spraw, żeby to, co robisz, było barwne, otaczaj się fajnymi, dobrymi ludźmi. A mam teraz w firmie taki zespół dziewczyn, wierzę, że zrobią rewolucję!”.

W Nowy Rok małe zmiany

Sylwester 2022. Ciągle coś planuje. Na przykład, że jutro wskoczy do biura i przemaluje ściany; ot, małe zmiany na Nowy Rok. Oprowadza po piętrze, gdzie rusza kolejny remont. Przestrzeń jest ogromna, ale wcale jej to nie przeraża. Oczami wyobraźni widzi już finał. Wskazuje: tu powstaną biura, tu będzie sala konferencyjna i miejsce towarzyskich spotkań, a tu może małe laboratorium. Rozsadza ją energia, chęć tworzenia. Justyna: „Marzena jest teraz silną kobietą. Z zagubionej i przerażonej dziewczynki wyrosła twardo stąpająca po ziemi, pełna energii bizneswoman. To jest totalnie inna osoba niż jeszcze rok temu, chętna, optymistyczna, uśmiechnięta”.
„Justyna kiedyś ładnie powiedziała, że teraz jestem witrażem – mówi Marzena. – I to by się zgadzało. Wszystko, co we mnie pękło na milion drobnych kawałeczków, Justyna i trenerka Maja pomogły mi posklejać”. Powtarza, że drugim filarem jej przemiany są córki. Dzięki nim miała motywację, żeby walczyć. Do 14 pracuje w salonie, potem odbiera Karolinę ze szkoły muzycznej i otwiera biuro w domu. Pomaga córce w lekcjach, a gdy ta prosi ją, by coś wspólnie pooglądały, siadają przed telewizorem razem, ale Marzena z laptopem na kolanach – prowadzenie księgowości to wciąż źródło utrzymania całej rodziny i drugiego biznesu. „Pracuję w swoim tempie i na własnych zasadach. Prowadzenie firmy to etat na całą dobę, ale wyznaczam sobie granice”.
Z najbliższymi toczy osobną batalię – o zrozumienie i przełamanie tabu. Często słyszy: „Po co ty o tym w ogóle tak gadasz, po co się z tym obnosisz?”. I żeby nikomu nie wspominała, nawet przypadkiem, że chorowała, bo to jak przyznanie się do słabości, do porażki. Marzena: „Uważają, że robię z siebie ofiarę losu”. Sama temat przepracowała i doszła do wniosku, że jej choroba to ani powód do przechwałek, ani tym bardziej do wstydu.

Gdy Justyna Dec zachorowała na raka, zdecydowała się na radykalne cięcie. „Wyrzuciłam ze swojego życia niektórych ludzi. Choroba otwiera nam oczy na najbliższych, szukamy wtedy ich wsparcia i obecności. Ale szkoda energii i czasu na toksyczne osoby czy środowisko w pracy, na zaściankowość, na troszczenie się, co myślą inni. Trzeba po prostu iść dalej, nie pozwalać nikomu się zatruwać, bo mamy jedno życie i jedno zdrowie. Od momentu własnej choroby osiągnęłam w swoim życiu więcej niż przez wszystkie lata wcześniej”.

Marzena odwdzięcza się Fundacji Oko w Oko z Rakiem za jej wsparcie, zaprasza do salonu inne podopieczne. Panie mają darmowe zabiegi pielęgnacyjne, piją zdrowe soki, rozmawiają, czasem się śmieją. Niektóre zwierzają się, że jest dla nich inspiracją. Czuje, jak rozpiera ją duma. „Mam problem z braniem, wolę dawać. Jeżeli choć jedna osoba poczuje się lepiej po przeczytaniu lub wysłuchaniu mojej historii, to już duży sukces. Bo doskonale pamiętam, jak sama czułam się w momencie diagnozy, jak się bałam, jak byłam przerażona i osamotniona. Czułam się ofiarą. I gdyby wtedy ktoś poświęcił mi 15 minut, opowiedział, przez co przechodził, że to wszystko jednak jest »do przeżycia«, to być może nie byłoby to dla mnie tak traumatyczne”.

Co wieczorem czytają znajomi

Zdarzają się jednak chwile zwątpienia. „Wieczorami wciąż zdarza mi się pisać do znajomych, jak mi źle, jaka jestem beznadziejna, niepewna, czy to wszystko ma sens”.
Trenerka Maja: „Marzena nieraz zaczyna mówić, że wszystko jest »nie tak«. Więc pytam ją, co jest »tak«. »Zobacz, jak było rok temu, pół roku temu, a jak na samym początku, kiedy zaczynałyśmy nasze rozmowy«. I sama dochodzi do wniosku, że jest w całkiem innym, odległym miejscu”.

Marzena: „W społeczeństwie jest duża presja, by mieć świetne życie, wspaniały każdy dzień. I gdy zauważę, że ktoś uczciwie mówi, że w tym roku nigdzie nie był na wakacjach, bo nie miał pieniędzy albo chorował, to czuję ulgę, uff, są ludzie tacy jak ja, którzy też nie odnoszą samych sukcesów, prowadzą życie, które raz jest lepsze, raz gorsze, a zazwyczaj trudne. Ważne, żeby pozwolić sobie na myślenie, że możemy nie mieć pieniędzy, możemy stracić zdrowie, możemy nie być ani piękni, ani młodzi, ani szczupli. Może być różnie i o tym warto mówić. Ale dziś nie chcę już myśleć o sobie jako o osobie chorej”.

Justyna Dec zwraca uwagę, że sytuacje stresowe, z którymi nie można samemu sobie poradzić – choroba bliskich, śmierć, kłopoty w pracy – czają się zawsze. „Osoba po nowotworze żyje z nim de facto cały czas, a to wymaga ciągłej pracy nad sobą. Marzena wie, że może do nas zawsze zadzwonić i porozmawiać. Jesteśmy obok”.
Maja do Marzeny: „Co byś powiedziała, patrząc na siebie z boku, wiedząc, gdzie byłaś na początku choroby, dwa lata temu, a gdzie jesteś i jak wyglądasz dziś? Marzena: „Wow!”. 

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze