1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Kamilla Baar: „Zawsze chciałam żyć pięknie, autorsko, indywidualnie, nie powielać czyjegoś wzoru, tylko szukać swojego”

Kamilla Baar (Fot. Błażej Baar)
Kamilla Baar (Fot. Błażej Baar)
Nie lubi oczywistych, łatwych wyborów. Ma potrzebę, żeby co jakiś czas mówić „sprawdzam”, wywinąć się rutynie. Na miejsce spotkania proponuje bistro na kultowym warszawskim bazarku. Przyjeżdża rowerem, choć pada i wieje. – Moim marzeniem zawsze było pięknie żyć. Autorsko, indywidualnie, nie powielać czyjegoś wzoru, tylko szukać swojego – przyznaje Kamilla Baar.

Jeśli chodzi o frekwencję, można powiedzieć, że to kobiety wygrały wybory. Coraz odważniej walczymy o swoje miejsce w życiu społecznym. Pani poniekąd udziela kobietom głosu rolą w spektaklu „Kobieta i życie” na podstawie tekstu Maliny Prześlugi. Czuje pani kobiecą siłę wokół siebie?
Tak, czuję tę siłę, tę różnorodność kobiecości, moc i sprawstwo kobiet.

To jest ta zmiana?
Tak, pojawiła się zupełnie nowa energia. Myślę, że zmiana wynika z wiary w to, że w grupie mamy o wiele więcej sobie do zaoferowania. Rozwijamy się, osiągamy sukcesy, jesteśmy kreatywne, świetnie się bawimy, niekoniecznie w towarzystwie mężczyzn.

Od których tak długo byłyśmy systemowo uzależnione.
Bardzo często definiowałyśmy się przez mężczyznę. To wspaniale, jeśli on nas wspiera, rozumie, jest naszym przyjacielem, przy którym możemy kwitnąć, ale bywa i tak, że mężczyźni wprost podcinają nam skrzydła, ograniczają nas. Dlaczego tak się dzieje? To dla mnie zagadka. Pochodzę z męskiego domu, mam dwóch braci, wychowuję syna, więc tym bardziej zastanawiam się, gdzie jest ten moment graniczny, od którego miłość nagle przeradza się w przemocową grę. Mimo tylu zmian kulturowych, mentalnych, kobiety cały czas doświadczają przemocy. Nie chcę generalizować, bo znam wspaniałych mężczyzn, wspierających kobiety, lojalnych, twórczych, niektórzy z nich samodzielnie wychowują dzieci. Ale wiele kobiet jest nadal krzywdzonych.

Coraz więcej z nas zyskuje odwagę i możliwości, żeby walczyć o siebie.
Wcześniej kobieta cierpiała w samotności, myślała sobie: „Dlaczego mnie to spotkało?!”. Teraz szuka wsparcia u innych kobiet, które często mają za sobą podobne przeżycia, i w żaden sposób jej nie piętnują, tylko pomagają. Nastąpiła prawdziwa erupcja kobiecej energii. Kobiety zdały sobie sprawę, że świetnie sobie radzą we własnym gronie. Na nowo odkrywają swoją tożsamość. I mam wrażenie, że dotyczy to bardziej kobiet dojrzałych, które mają swój dorobek, niż młodych dziewczyn.

Dziewczyny z pokolenia Z wychowały się w innym paradygmacie, one bardzo często już tę autonomię mają.
I świetnie. Dla mnie ważne jest to, żeby kobiecej siły nie wykorzystywać przeciwko mężczyznom, bo przecież my potrzebujemy ich, a oni potrzebują nas. Bywają autorytarni, i to stanowi dla mnie wyzwanie. Ale wyobrażam sobie, że dojrzała relacja może polegać na szacunku, na ciekawości siebie, na spokojnej rozmowie, akceptacji drugiej osoby. Możemy się od siebie wzajemnie dużo uczyć.

Czego na przykład?
Kiedy pisałam pracę magisterską u filozofki, profesor Iwony Lorenc, sięgnęłam po książki Mircei Eliadego, który pisze o męskich rytuałach inicjacyjnych, o tym, że mężczyźni zabierają siedmiolatka do lasu, palą z nim ognisko, łowią ryby, polują. I tak następuje inicjacja chłopca w męski świat, przyjęcie go do ich plemienia. Pomyślałam, że to genialne i że tak powinno dziać się z dziewczynkami, że tego powinnyśmy się uczyć od facetów. I to się już dzieje! Dla mnie jest ważne, żeby plemiona nawzajem się wspierały, a nie piętnowały, żeby nastał wreszcie wzajemny szacunek dla inności, wrażliwości, innych potrzeb.

Według pani jesteśmy inni? Bo niektórzy sądzą, że tacy sami.
Różnice są i one mnie fascynują. Jest też chemia namiętności i pragnienie poznania drugiej płci. To jest piękne, bo wiąże się z ufnością i chęcią przynależenia. Różnice wynikają z innego przygotowania do życia dziewczynek i chłopców, co jest głęboko zakorzenione w kulturze. Szkoda, że życie w miastach pozbawia mężczyzn ich pierwotnej męskiej siły, która polegała na chronieniu domu i wykazaniu się imponującą siłą i odwagą. Te działania zostały zamienione na rozwój zawodowy i karierę.

Na mnie wrażenie robi też to, że tylu ojców świetnie spełnia się przy małym dziecku, zmieniając pieluchy, karmiąc.
I są w tym naprawdę sexy! Bo w ten sposób okazują miłość dziecku i swojej partnerce. Nie mają problemu z opiekowaniem się dziećmi, a my mamy większą odwagę prosić o pomoc. Natomiast część kobiet stawia mur między tym, co męskie, i tym, co kobiece. Ja rozumiem taką pokusę, ale jestem zwolenniczką szukania rozwiązań. Nauczyłam się doceniać to, że mężczyźni pozwolili mi rozwijać się przez trudności. I są dla mnie inspirującym wzorem do naśladowania, bo realizują swoje cele, są zaangażowani, ambitni, chcą wyzwań.

Mówi pani tak pozytywnie o mężczyznach, jakby miała pani tylko dobre uczucia w sercu. To dotyczy także relacji romantycznych? Przecież rozstawała się pani kilkakrotnie.
Rozwiodłam się dwa lata temu i na pewno mocno wpłynęło to na moje życie. Ale nie noszę w sobie żalu.

Jak to możliwe?
Wychowałam się w pełnej rodzinie, moi rodzice niedawno obchodzili 44. rocznicę ślubu. Marzyłam o miłości romantycznej, bo miałam taki wzór. Teraz wiem, jakie to trudne. Na powodzenie związku wpływa wiele składowych, ale jedna umiejętność wydaje mi się szczególnie cenna – odpuszczanie. Nasze relacje niszczy małostkowość, stawianie na swoim. Doceniłam to, że moje marzenia o miłości romantycznej realizują się w taki skomplikowany sposób. To są dla mnie ważne doświadczenia, mimo że trudne i chwilami bardzo bolą.

Wiele kobiet pali za sobą mosty, nie utrzymuje kontaktów z byłymi. A pani?
Dbam o wszystkie relacje, i te trudne, i te karmiące. Jak mogę na przykład nie mieć dobrej relacji z tatą mojego syna? Oczywiście zdarzają nam się różnice zdań, ale szanujemy się i ufamy, że zawsze chodzi nam o dobro dziecka. Poza tym Wojtek jest świetnym facetem! W każde urodziny Bruna piszę do niego, że to najcenniejszy prezent – to, że się spotkaliśmy i mamy razem syna.

Gdy nie wychodzi kolejna relacja, myśli się, że nigdy więcej?
Na pewno nie wezmę już ślubu. To jedyne moje postanowienie. Moje wszystkie związki z mężczyznami dużo mnie nauczyły o mnie samej. Ulepszam zatem swój charakter, wierzę w samodoskonalenie.

Koniec związku to porażka?
To zawsze jest porażka, ale też lekcja, którą bardzo sumiennie odrobiłam. To sprawia, że czuję się pełnowartościowym człowiekiem. Żadna sytuacja nie jest mi obca. Ani kłótnia, ani łzy, ani dźwiganie na barkach problemów. W związkach jestem, odkąd skończyłam 17 lat, żaden nie był przypadkowy.

Teraz jest pani sama?
Nie. Jestem w pięknej relacji. Ale nie chcę o tym mówić. Zawsze podążam za głosem serca. Niczego nie oczekuję, zrozumiałam, jakie to istotne. Bo kiedy jesteśmy w momencie zakochania i płyniemy z tym nurtem, niczego nie analizujemy, ale jednak gdzieś za kurtyną czai się masa oczekiwań, założeń, pragnień. I te oczekiwania potrafią bardzo dużo namieszać. O wiele fajniej jest pomyśleć, co wkładam do relacji. Czyli jak to powiedział mistrz Fredro: „Ach, być kochanym wszyscy szczęściem głoszą, mym zdaniem kochać jest większą rozkoszą”. Na tym etapie życia dużo bardziej interesuje mnie dawanie, oczywiście nie mówię o rozdawnictwie, ale o dzieleniu się.

W rozmowie ze mną w 2006 roku powiedziała pani, że marzy o tym, żeby kiedyś móc się dzielić osiągnięciami.
Dla mnie aktorstwo to misja. Traktuję je poważnie, niezależnie od projektu. Chcę, żeby Kamilla Baar, aktorka, była dla publiczności gwarancją jakości, szczerości. Po spektaklu „Kobieta i życie”, kiedy spotykam się z widzami, czuję głębokie porozumienie. To wielka satysfakcja rozbawić, wzruszyć.

Zmieniać czyjeś życie też?
Tak, to mój napęd. W mojej drodze zawodowej podejmowałam dużo różnych decyzji, łącznie z taką, że na dwa lata wycofałam się z zawodu i pracowałam z końmi. W 2018 roku odeszłam nawet z etatu w Teatrze Narodowym, w którym zagrałam wiele wspaniałych ról i miałam dom dzięki Janowi Englertowi, który przyjął mnie na etat po skończeniu szkoły teatralnej. Mam potrzebę intensywnej drogi. Jak tylko coś mi się mechanizuje, to włącza mi się lampka ostrzegawcza: halo, trzeba coś zmienić! Jakiś czas po odejściu z etatu rzuciłam się w wir pracy na scenie. Zagrałam w „Dwunastu gniewnych ludziach”. Podczas pandemii przygotowałam 24-godzinny performance „Cienie. Eurydyka mówi”. Kiedy teatry zostały ponownie otwarte, zagrałam Atalię w adaptacji powieści Amosa Oza „Judasz” w reżyserii Adama Sajnuka. Spektakl ten został uznany za jeden z najważniejszych w sezonie. A potem przyszła rola w serialach „Sortownia”, „Krew” i praca nad rolą w „Forście” według książki Remigiusza Mroza. Duża różnorodność, prawda? Bardzo zależy mi na tym, żeby nie stracić ciekawości i radości dziecka. Zdarzają mi się oczywiście ciężkie dni, kiedy tracę kontakt z tą dziecięcą bazą i wpadam w odmęty mroku. Ale te momenty też bardzo cenię.

Jakie ma pani sposoby na wyjście z tego mroku?
Dogadzam sobie dobrym jedzeniem – od 15 lat jestem wegetarianką – ulubioną muzyką, spacerem w lesie, jazdą na rowerze. Dzięki Marion Woodman, jungistce, zrozumiałam, jak ważny jest głos wewnętrznego dziecka i troska o kobiece „ja”. Staram się wysypiać, bo wtedy bardzo się regeneruję. Zresztą jestem totalnym śpiochem, długo się wybudzam, jak nie muszę, to nie skaczę z łóżka na równe nogi, nie sięgam od razu po telefon. Kąpiel z olejkami, świeczkami daje mi azyl. Zawsze chciałam żyć pięknie, autorsko, indywidualnie, nie powielać czyjegoś wzoru, tylko szukać swojego.

Udało się?
Oczywiście cały czas można się doskonalić, ale już wiem, co jest moje. Rozumiem, dlaczego kiedyś płakałam, dlaczego tęskniłam. Poznałam siebie i żyję w zgodzie ze sobą.

Wszyscy teraz dokonują rozliczenia z rodzicami. Pani tata był wojskowym, czy to znaczy, że w domu obowiązywał dryl?
Był zawodowym żołnierzem, a tak naprawdę artystyczną duszą. Bardzo szybko odszedł z wojska, spełnia się gdzie indziej – jest fotografem świata podwodnego i pierwszym człowiekiem na świecie, który po sztormie sfotografował na Malcie Lazurowe Okno, które runęło do morza. Z mamą prowadzą w Tychach niepubliczne przedszkole artystyczne, w które wkładają całe swoje serce. Absolwenci wracają do nich po latach ze swoimi dziećmi. Jednocześnie podróżują po świecie, żyją niestereotypowo. Nauczyli mnie, że mogę robić wszystko, co wydaje mi się ciekawe.

Od rodziców otrzymaliśmy z braćmi kult wiedzy, lekcję pracowitości, uczciwości, wysiłku. Efekt jest taki, że ja idę swoją drogą w aktorstwie, brat Damian jest wybitnym programistą, osiąga międzynarodowe sukcesy w głęboko zaawansowanej technologii, a drugi brat Błażej jest wizjonerem – założył dom produkcyjny Highnoon, gdzie powstają reklamy i filmy. Tworzy też unikalną złotą biżuterię, ma autorskie butiki w Warszawie i w Krakowie.

Czy w domu był dryl? Raczej miałam dużo obowiązków, opiekowałam się braćmi, byłam dla nich czasami matką, nauczycielką, a teraz kocham ich nad życie. Jako mała dziewczynka dużo czasu spędzałam z dziadkami we wsi Cierznie pod Człuchowem, gdzie zbierałam grzyby, skakałam po sianie i czułam totalną wolność. Myślę, że to dlatego mam teraz silny kontakt z naturą.

Nie wyobrażam sobie wakacji bez namiotu, ogniska. Dzięki mojemu ukochanemu przeżywamy to we dwoje. Jeździmy do lasu, w góry, w dzikie miejsca. Kręci mnie proste życie, natura. Nawet w Warszawie muszę mieszkać w takim miejscu, gdzie słychać ptaki i gdzie szumią drzewa.

Syn ma 12 lat, więc już może pani zbierać owoce swojego wychowania.
Macierzyństwo to przygoda, która cały czas trwa. Dzięki przyjściu na świat syna stałam się dorosłą Kamillą, w pięknym znaczeniu tego słowa, czyli odpowiedzialną, obmyślającą codzienność, nasze bezpieczeństwo. Jest taka książka Eliasa Canettiego „Pochodnia w uchu” o matce samotnie wychowującej syna, która chciała mu jak najwięcej dać. Zarazić kulturą, naturą, literaturą, docenieniem kobiet. To w pewnym sensie opowieść o mnie. Od początku staram się zaszczepić synowi miłość do przyrody, języków obcych, sztuki, książek, sportu. Bruno jest świetnym, otwartym chłopakiem. Mamy silny kontakt, zawsze będę przy nim. Staram się dawać mu przestrzeń na doświadczanie porażek, a nie myślenie: „Ja wiem lepiej”. Różnie mi to wychodzi, ale się staram.

Nastolatek buntuje się przeciwko rodzicom. Jest pani na to gotowa?
Bunt nastolatka to sposób na budowanie autonomii. Oczywiście bywam nadopiekuńcza i wiem to, dlatego staram się odpuszczać, często słyszę: „Mama, chill”. Jestem gotowa, by dać synowi przestrzeń, której potrzebuje, bo ja sama się za bardzo nie buntowałam. Nasz dom jest otwarty dla jego kolegów, lubię kontakt z nimi. Chcę być w temacie i na czasie. To mnie odmładza mentalnie i bardzo cieszy. Wiem, że po 12. roku życia miejsce rodziców zajmują rówieśnicy, chciałam więc dać synowi siebie i mój czas, bo tego czasu się nie odzyska. Polecam serial „The Bear”, jego drugi sezon ma motto: „Każda sekunda się liczy”.

W tamtym wspomnianym przez mnie wywiadzie powiedziała pani, że nie chce grać w serialach, bo to jakby pracować w fabryce. A teraz pełno pani w serialach, można oglądać panią w Polsacie we „Krwi”, a niedługo na Netfliksie w „Forście”.
Wtedy kino było wszechmocne, teraz twórcza energia przerzuciła się na seriale, bo widzowie chętnie je oglądają. W związku z tym seriale są coraz lepsze, różnorodne i mają świetną jakość. A ja jestem szczęśliwa, że mogę w nich grać.

Przyznała pani wtedy, że aktorstwo wzięło się z niewiedzy, kim chce pani zostać. Przekonała się już pani, że wybór był dobry?
Aktorstwo to tylko jedna z moich życiowych ról, obok bycia matką, przyjaciółką, podróżniczką, kucharką, joginką. Wszystko to są niteczki, które wychodzą z kłębka, którym jestem, a ten kłębek jest bardzo wrażliwy, nieoczywisty, czuły, potrzebujący przestrzeni na indywidualizm, na intensywne przeżywanie świata. Nie chcę być domknięta w jakiejś roli, moje życie to pootwierane drzwi, przez które gdzieś wchodzę, potem stamtąd wychodzę i idę dalej. Teraz wiem, że dobrze wybrałam, jestem fanką mojego zawodu, bo aktorstwo daje możliwość improwizacji. Karmię się życiem, które wiadomo, jak się skończy. Perspektywa naszej skończoności jest i trudna, i zarazem mobilizująca. Moją kotwicą są syn i bliscy. Myślę sobie: niech wszystko będzie, jak ma być. Kocham pracę, ale też samo życie. 

Kamilla Baar aktorka teatralna, filmowa i serialowa. W kinie zadebiutowała rolą w „Vincim” Juliusza Machulskiego. Można ją oglądać w spektaklu według dramatu ubiegłorocznego noblisty Jona Fossego „Matka i dziecko” w Teatrze WARSawy. Występuje w serialu „Forst” aktualnie na platformie Netflix.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze