1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Marta Niedźwiecka: „To w relacjach międzyludzkich są nasz rozwój i nasza moc”

Marta Niedźwiecka: „To w relacjach międzyludzkich są nasz rozwój i nasza moc”

Marta Niedźwiecka (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)
Marta Niedźwiecka (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)
Może jak już nasycimy się swoją sprawczością i autonomią, wrócimy wreszcie do wspólnotowości. O głodzie połączeń międzyludzkich rozmawiamy z psycholożką Martą Niedźwiecką.

Co prawda w jednym z pierwszych odcinków naszego „Niezbędnika…” mówiłyśmy o tym, że najpierw jesteśmy dla siebie, a dopiero potem dla innych i świata, ale czy nie masz wrażenia, że jako społeczeństwa zachodniej cywilizacji rzadziej dochodzimy do tego drugiego etapu?
Już w zeszłym stuleciu filozofowie i humaniści ostrzegali, że indywidualizm wykształconego i zmodernizowanego Zachodu przynosi bardzo wiele komplikacji, między innymi osłabienie postaw obywatelskich i demokratycznych, przerost nacjonalizmów czy wreszcie rozwarstwienie społeczeństw, nie tylko to materialne, ale też na poziomie kapitału kulturowego. Zmagamy się z brakiem współpracy pomiędzy zamożniejszymi i gorzej sytuowanymi – ci pierwsi nie czują się zobligowani zajmować się interesami nieuprzywilejowanych. Chociaż nasza indywidualistyczna kultura opiera się na wzmacnianiu autonomii, niezależności i samostanowienia – bo to także filar myślenia demokratycznego, tego, jak konstruujemy biznesy, jak odnajdujemy sobie miejsce w świecie – i raczej szybko tego nie zmienimy, to możemy zacząć wpuszczać tu trochę świeżego powietrza.

Na przykład przyznając przed sobą, że w pojedynkę niczego byśmy nie zdziałali.
Typowe dla naszej kultury jest zjawisko kultu osiągnięć jednostki, które jest podkreślane choćby rankingami typu „30 milionerów przed trzydziestką”, a przede wszystkim myśleniem o sukcesie jako o wydarzeniu absolutnie indywidualnym, jakby nikogo nie było z tyłu, na zapleczu. Także psychoterapia – w nie najlepszym rozumieniu tego procesu – prowadzi nas coraz bardziej ścieżką indywidualizmu, a nie indywiduacji. Idziemy na terapię, gdzie po latach różnych uciemiężeń zdobywamy się na autonomię i pokazujemy środkowy palec całej rzeczywistości – to jest znakomite, ale przecież na tym świat się nie kończy! W psychoterapii nie chodzi tylko o wzmacnianie ego i pokazywanie, że od teraz jesteśmy niezatapialni, pozbawieni blizn i ciężaru przeszłości. Dobrze poprowadzony proces rozwojowy oddziela nas od rodziny pochodzenia, wyjmuje z nieświadomego ulegania kulturze po to, by stawić w punkcie świadomości i autonomii, pokazując, gdzie są nasze odpowiedzialności, ale też limity. A potem z powrotem oddaje nas światu, czyniąc nas istotami, które są społecznie lepsze, bardziej funkcjonalne, a nie zapatrzone w siebie.

Zobacz, nie bez przyczyny rozmawiamy o tym właśnie teraz, bo historycznie jest tak, że lata 20. i 30. to w każdym stuleciu moment, kiedy ujawniają się trudne kulturowo treści, nieopracowane w poprzednim. Myślę, że to czas, byśmy zrozumieli, że bez porządnej wspólnotowości – która jest szacunkiem dla odmienności, ale i zdolnością do nawiązania współpracy – cywilizacja rozpadnie nam się w rękach.

Cywilizacja to jedno, skończy się też ludzkość – bo zwyczajnie tego nie przetrwamy.
Masz rację, rozwój technologii bez międzyludzkiej współpracy to prosta droga do katastrofy. Bo co się stanie z wartościami, na których jest zasadzone to, jacy jesteśmy?

My na Zachodzie we wspólnotowość coraz mniej wierzymy i uważamy ją – mam wrażenie – za trochę jednak obciachową.

W najlepszym wypadku za naiwniactwo, przedszkole, system zapomóg społecznych…
Jak już nie możesz żyć na pewnym poziomie, jak nie jesteś sprawna fizycznie, społecznie i finansowo, zostajesz zepchnięta w świat, w którym ludzie sobie pomagają, bo nie mają innego wyjścia, w świat – powiedzmy to sobie wprost – przegrywów. Mam wrażenie, że taki jest obiegowy obraz. Tymczasem jak mówi historyk Juwal Noach Harari w swoich „21 lekcjach na XXI wiek”, to właśnie dzięki zdolności tworzenia wspólnot i kolektywnego opowiadania sobie abstraktów porządkujemy i ogarniamy ten świat, tworzymy naszą kulturę.

Znalazłam w Internecie informację o jednym z pierwszych prototypów miast, położonym na terenie dzisiejszej Turcji neolitycznym Çatalhöyük. Odkrycia archeologiczne potwierdzają, że najpierw dominowała tam wspólnotowość zbiorowa, a potem rodzinna. W publikacji na temat tej osady pojawiły się słowa, które bardzo mi się spodobały: „Ludzie jedzą, bo muszą, ale jedzą z innymi, ponieważ tak wybrali”.
I to jest piękna metafora przejścia od stanu natury do stanu kultury. To, że musimy jeść, to natura, ale to, że jemy w jakiś ustrukturalizowany sposób, spotykając się z innymi dwunogami i siadając z nimi do jednego stołu, a nie rzucając się na zdobycz zaraz po polowaniu – to już kultura. W dodatku my te posiłki celebrujemy, tworzymy wokół nich cały rytuał, a biesiadując, rozmawiamy też o innych wytworach kultury – tak się tworzy literatura, poezja czy film. My przechodzimy do stanu kultury właśnie poprzez wspólnotowość.

Sądzę, że część współczesnego zachłyśnięcia się indywidualizmem wzięła się z urazu. Z setek lat kultury, która wspólnotowość narzucała różnymi opresyjnymi środkami, przez co zabierała szansę na indywidualną ekspresję. Jak we wspomnianych przez nas kiedyś „Chłopach” Reymonta czy w polskiej szkole. Tak jakby nie można było pomyśleć czy nawet spytać o taką wspólnotowość, która robi miejsce na to, jacy ludzie są, łączy ich, umożliwia unikalną wymianę, wzrastanie i czucie własnej siły, choćby przy głosowaniu. Ja rozumiem, że mieliśmy w Polsce narzucony po drugiej wojnie światowej wraz z socjalizmem bardzo brutalny system nadzoru, który udawał kolektywizm. Nie był prawdziwym kolektywizmem, bo nie było poczucia odpowiedzialności za wspólnotę. Dlatego mogło to się kojarzyć bardziej z obozem pracy niż ze wspólnotą.

Nie jest też tak, że wszystkie kultury kolektywistyczne, na przykład Wschodu, są fantastyczne. Chiny wprowadzają bardzo dużo brutalnych rozwiązań społecznych, które z tego kolektywizmu wynikają. Czyli jak chcą zbudować tamę, to zniszczą tyle przyrody i wysiedlą tyle ludzi, ile potrzeba, nie pytając nikogo o zdanie, bo liczą się wartości wspólne, czyli interes państwa. Kolektywizm też nie jest idealny, ale pomiędzy skrajnym indywidualizmem a skrajnym kolektywizmem jest naprawdę bardzo dużo półcieni. Gdyby to porównać do stanów psychicznych, to skrajny indywidualizm to narcystyczna wyższościowość, u nas zawarta choćby w micie romantycznym „sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem”, a skrajny kolektywizm – patologiczna uległość, czyli niekwestionowanie autorytetów i współzależność, w której „ja” zanika.

Możemy się śmiać ze Stanów Zjednoczonych i ich naiwności w podejściu do wspólnot, bo oni zawiązują je wokół czego tylko mogą – jak nie religijne, to kluby książki albo stowarzyszenia na uniwersytetach – ale u nich ta dążność przetrwała w żywej formie i stanowi jakąś przeciwwagę dla rozbuchanego indywidualizmu. Gdyby 300 lat temu pionierzy nie łączyli się w grupy, ruszając na podbój Dzikiego Zachodu, to zostaliby wycięci w pień przez rdzennych mieszkańców, ale też nie przetrwaliby w obliczu potęgi natury. Nie idealizuję Stanów, bo jednocześnie wyprodukowały ekstremalny konsumpcjonizm i specyficzną modę na sukces, ale weźmy zebranie wspólnoty mieszkaniowej w Polsce i porównajmy je z zebraniem rodziców w amerykańskiej szkole. Pierwsze to jest jakieś piekło, z którego każdy chce się wymigać, a drugie – sympatyczna impreza z domowymi ciasteczkami i kawą, gdzie każdy prześciga się w pomysłach, co zrobić dla grupy.

Ale z takiej właśnie wspólnotowości w amerykańskim wydaniu często się śmiejemy.
Bo trzeba się przestać mądrzyć, żeby inni doszli do głosu? Przestać grać tylko na siebie? Raz na jakiś czas odpuścić, dostrzec, że cały świat się tobą nie zajmuje? Dogadać się, uwzględnić innych? Przeżyć idealizację i dewaluację, bo najpierw wszystko wydaje się cudowne, a potem przychodzą problemy i trzeba się nauczyć je rozwiązywać? Zobacz, nagle się okazuje, że w ten sposób opisujemy proces dojrzewania…

No właśnie, czy wspólnotowość to nie jest po prostu wyższy poziom rozwoju?
Skoro jesteśmy przy rozwoju: od jakichś 200, 300 lat niesamowicie rozwijamy się technologicznie, ale bardzo słabo etycznie. Dyslokowaliśmy część naszej energii psychicznej w narzędzia i ekspansję. Nie mamy refleksji nad tym, co to z nami robi; widać to choćby w temacie sztucznej inteligencji. Wartości, które kiedyś były nazywane cnotami i które miały ogromny wpływ na kształtowanie postaw ludzkich, stały się dziś staromodne, wychodzą z obiegu. Nam się wydawało, że jak się wyrwiemy z kieratu zasad, z tyranii religii, to odzyskamy jakąś nieprawdopodobną wolność, a my tak naprawdę zgubiliśmy kierunek. Jako narody i społeczeństwa w ogóle nie inwestujemy w humanizm, czyli choćby w rozwiązania strukturalne, które promują równość. A ciężko jest mówić o wspólnotowości bez mówienia o wartościach. Wartości w świecie indywidualizmu są zupełnie inne niż te w świecie wspólnotowym, gdzie pojawiają się takie pojęcia jak dialog, współpraca, otwartość, tolerancja.

Ilustracja Magdalena Pankiewicz Ilustracja Magdalena Pankiewicz

Harari wydał swoją książkę w 2018 roku, ale przewidział w niej to, co stało się później, a mianowicie pandemię. To był czas, który mógł tej wspólnotowości na nowo nas nauczyć. Bo musieliśmy się trzymać razem, musieliśmy polegać na publicznej służbie zdrowia i musieliśmy mieć rozległą siatkę sąsiedzką i rodzinną, by jakoś sobie poradzić.
No i co? Trzy lata potem o tym wszystkim pozapominaliśmy. Tymczasem pandemia na początku dobitnie pokazała, że w świecie, w którym zabraknie biznesmenów, nie wydarzy się prawdopodobnie żadna tragedia, piłkarze też nie są najpotrzebniejsi. Za to świat, w którym nie ma salowych i pielęgniarek, jest nie do wyobrażenia. Oczywiście piłkarze, aktorzy czy piosenkarze dostarczają nam też wartości łączących, kulturowych. Są ważni i byłoby wspaniale, gdyby wykorzystywali swoje eksponowane miejsce, by tę wspólnotowość wzmacniać, zamiast osłabiać i antagonizować.

Są takie osoby w świecie show-biznesu, które silnie zaznaczają swoje pozycje etyczne. Choćby Natalie Portman, która swojego czasu wyraziła swoją dezaprobatę dla antysemickich poglądów Johna Galliano, głównego projektanta marki Dior, której była ambasadorką. Czy Angelina Jolie, która poświęciła całkiem duży kawałek swojego życia i energii na to, by zajmować się prawami dziecka na całym świecie.

To kiedyś robiła arystokracja. Wiedziała, że ci lepiej urodzeni powinni wspierać tych urodzonych trochę gorzej.
Robiła to świadoma część arystokracji, ta mniej świadoma wyzyskiwała ich dalej bez wyrzutów sumienia. Dziś artyści są, a w każdym razie mogą być, taką świadomą arystokracją, choć jeśli chodzi o działania charytatywne, to jest to trochę bardziej skomplikowane. Gdyby spytać badaczy, to na przykład kampania Live Aid, rozkręcona przez Bono i Boba Geldofa, przyniosła liczne negatywne skutki dla Afryki. Osłabiono struktury społeczne, rozkręcono korupcję itd. Musimy zrozumieć, że nasza biała dobroczynność nie jest tym, czego najbardziej mogą potrzebować kraje globalnego Południa. One potrzebują wsparcia i rozwiązań systemowych, a nie wysyłania zabawek, ubrań czy czystej gotówki. I to jest przykład na to, że my bez współdziałania nawet w takich dobrych ruchach możemy się pomylić. Przecież Bono i Geldof mieli jak najlepsze intencje, ale nie dopytali, nie dopracowali do końca tego wsparcia, tylko popłynęli na fali odruchu serca, a nawet serc. Bohaterowie wyobraźni zbiorowej dostarczają nam więc bardzo dużo poczucia wspólnotowości, nie zawsze dobrze wykorzystując swoje możliwości.

W Polsce na przykład Martyna Wojciechowska, którą podziwiam, korzysta ze swojego wizerunku w bardzo przemyślany sposób, że wymienię jej inicjatywy takie jak Unaweza Foundation czy projekt „Młode głowy”.

Jak jesteśmy przy cieniach wspólnotowości, to oprócz opresyjności możemy jeszcze zaobserwować inny, który nie jest wcale opresją, tylko czymś w rodzaju ogłupienia. Émile Durkheim mówił o collective effervescence – „zbiorowym wzmożeniu”, czyli czymś, co przeżywamy na meczu, koncercie czy w czasie WOŚP-u. Ono jest ważne, ale jest też niebezpieczne. To znaczy: kiedy je przeżywamy w czasie WOŚP-u, jest przynajmniej zarządzone w taki sposób, że idzie w dobrym kierunku, ale jeśli je przeżywamy na wiecu politycznym i będziemy potem prowadzeni przez szalonego lidera – to się może skończyć Trzecią Rzeszą. Bo my, jak jesteśmy w dużej grupie, która jest zorganizowana wspólną emocją i poruszeniem, zawieszamy część naszego racjonalnego myślenia i możemy zgłupieć.

Co wykorzystują choćby sekty…
Wzrost liczebności i rozległości sekt jest także związany z osłabieniem wspólnotowości, ponieważ jesteśmy wiecznie głodni połączenia. W rodzinach pochodzenia jest przeważnie bardzo trudno o realne poczucie wspólnoty. Z wielu powodów możemy czuć się tam wyizolowani, gorsi i nieprzystający, więc taka nowa rodzina, która ci dostarcza tyle dobra, ciepła, oparcia tylko w zamian za to, żebyś przez chwilę zawiesiła racjonalne osądy – brzmi jak wspaniałe rozwiązanie. Na początku sekty mają dla swoich członków bardzo obiecującą ofertę kompensacji: masz przewodnika, który cię prowadzi, masz zasady i wartości, masz siostry i braci, jest system nagród i kar, więc wiesz, którędy idziesz, ponadto jesteś wzmacniana odczuciem bycia przyjętą i zaakceptowaną. To są te wszystkie rzeczy, których we wspólnotach powinniśmy doświadczać, ale tu są one użyte nie dla tego celu, tylko po to, by osiągnąć cel, który twórcy tej wspólnoty, czyli sekty, chcą osiągnąć.

Czyli kasa i seks?
I władza! Władza na pierwszym miejscu. Seks i kasa są jedynie środkami jej dystrybucji i pozyskiwania.

I to jest chyba kolejny cień wspólnoty. Ktoś będzie musiał lub będzie chciał nią zarządzać.
Wciąż mierzymy się z nieuchronną prawdą: jakkolwiek wspólnoty są potrzebne, cudowne i wspaniałe, to są i będą nieidealne, bo my jesteśmy nieidealni. I teraz przetrawmy to, że musimy je wymyślać i tworzyć z pełną pokorą. Że one się będą wywalać, że będziemy się w nich nawzajem obijać, a jednocześnie, że będziemy się uczyć robić te wspólnoty coraz lepszymi. To jest tak jak ze związkami. Jeśli ktoś będzie próbował wrogo przejąć władzę, to trzeba będzie mu to uniemożliwić, ale z drugiej strony trzeba powoływać jakichś ludzi, żeby tej wspólnocie liderowali albo chociaż nadawali jej kierunek. Nawet jeśli stawiamy na turkusowe zarządzanie, czyli poziome, a nie pionowe, to powinniśmy wzmacniać poczucie odpowiedzialności we wszystkich uczestnikach organizacji. Poza tym jak się w jakąś wspólnotę zaczynamy wpisywać i ją tworzyć, to musimy najpierw przejść przez czas chaosu i formowania się ról. Będą pewnie konflikty i będą zwycięstwa, będziemy próbowali rozwiązywać problemy za pomocą kozła ofiarnego, co jest bardzo popularne w Polsce, ale też nieskuteczne. To jest jak z demokracją, czyli jest to prawdopodobnie najgorszy z możliwych systemów, ale nie wymyśliliśmy niczego lepszego.

Coś czuję, że takie mniejsze wspólnoty to będzie nasza przyszłość, a także konieczność.
Dlatego o tym mówię. Bo my, trochę budząc się do wspólnot, dużo mówimy o siostrzeństwie, o lokalnych inicjatywach czy łączeniu się w sprawie obrony Rospudy i chcielibyśmy od razu, by to było dobre na 100 procent i działało na 100 procent. A może wystarczy nam to, że jest nieidealne, ale jest? Grupa, która łączy się po to, by w jakiejś miejscowości odbetonowano rynek i nie wycinano już drzew, może po fakcie zacząć się ze sobą kłócić i w efekcie się rozpaść, ale za dwa lata w tym samym regionie powstanie inna grupa czy ruch, który będzie troszeczkę dojrzalszy, a za dziesięć lat – stowarzyszenie. Za 20 lat dzieci tych osób będą już startowały z zupełnie innego miejsca.

Z jednej strony wracamy więc do czegoś pierwotnego, a z drugiej jesteśmy już w stanie cywilizacji, to nie jest tak, że się teraz połączymy z grupą podobnych nam zebr na sawannie i poczujemy się, jakby wszystko wróciło na swoje miejsce. Nawiązuję tu do genialnej sceny z „Madagaskaru”. Marty, zebra mieszkająca w zoo w Nowym Jorku, bardzo tęsknił za tym, by połączyć się ze swoim stadem w Afryce. Ale kiedy tam wreszcie trafił, to po jednym dniu uciekł w panice, bo poczuł się przytłoczony liczbą identycznych zebr robiących przez cały dzień to samo, w dodatku będących non stop razem. Dla jego wielkomiejskiego indywidualizmu to było za dużo.

My będziemy się uczyć wracać do wspólnot, bo w tych połączeniach są nasz rozwój i nasza moc. Powiem więcej: ja sobie nie wyobrażam bez wspólnot intencjonalnych możliwości ocalenia naszego świata – od globalnych problemów z katastrofą klimatyczną na czele po lokalne problemy z wodą, wojną czy innymi konfliktami. Oczywiście niewielka wspólnota prawdopodobnie nie uchroni nas od wojny, ale wspólnota ONZ po to przecież została stworzona.

Właśnie, my dziś możemy wybierać wspólnoty, nie tak jak kiedyś, kiedy rodząc się, już przynależeliśmy do określonej grupy i ciężko było potem się z niej wypisać. Dziś tworzymy sobie rodziny z wyboru, należymy dobrowolnie do różnych klubów i stowarzyszeń.
Poza tym my jako Polacy – że odniosę się już do kategorii narodu – mamy historycznie ogromne kompetencje wspólnotowego wspierania się. Byliśmy w tym świetni przez lata trudności. Może pora przestać postrzegać to jako naiwność, a zacząć w tym widzieć superkompetencję?

Wiesz, w czym dla mnie najbardziej wyraża się wspólnotowość? W tym, jak zachowujemy się jako kierowcy – czy ustępujemy pierwszeństwa, czy uważamy na innych uczestników ruchu, czy kiedy parkujemy, to robimy to tak, by jeszcze jeden samochód się zmieścił obok. W końcu wszyscy jeździmy po tych samych drogach.
I można by wpuścić do tej społeczności więcej życzliwości i wzajemnej uwagi… Ostatecznie wszystko skupia się na tym, czy ja w każdym momencie mojego życia – nawet kiedy śpię – decyduję się myśleć o kimś innym oprócz siebie. Czy mam w swoim umyśle taką bramkę, która chociaż na chwilę zawiesza moje zaabsorbowanie mną, moimi interesami, moim bezpieczeństwem oraz wygodą i pozwala dobić się jednej małej myśli: „Tam są też inni ludzie”. 

Marta Niedźwiecka, certyfikowana sex coach i psycholożka. Współautorka (z Hanną Rydlewską) książki „Slow sex. Uwolnij miłość”. Prowadzi sesje indywidualne i warsztaty. Popularyzuje świadomą seksualność.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze