1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Dlaczego sen jest ważny?

Dlaczego sen jest ważny?

fot. iStock
fot. iStock
Przechwałki tych, którzy niewiele śpią i mimo to świetnie funkcjonują, są szkodliwe niczym reklamy z lat 50., w których lekarze chwalili mentolowe papierosy za to, że świetnie odświeżają oddech. Niedobór snu – tak jak palenie – może mieć poważne konsekwencje, także dla otoczenia

.

W dobie pośpiechu i obsesji efektywnego wykorzystania każdej chwili sen stał się wrogiem publicznym. Do tego stopnia, że – jak twierdzi neurobiolog Russell Foster w wykładzie „Dlaczego śpimy?” – w najlepszym wypadku tolerujemy potrzebę snu, a w najgorszym – traktujemy go jak chorobę, którą trzeba leczyć. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że uzdrowienia wymaga przede wszystkim nasze podejście do nocnego odpoczynku. Cóż z tego, że podobno Leonardo da Vinci ograniczał się do 15-minutowych drzemek co cztery godziny, a Napoleon twierdził, że tylko głupcy sypiają osiem godzin na dobę? Naukowcy mówią zgodnie: przedłużający się niedobór snu jest szkodliwy.

Bezsenność dewastuje

Arianna Huffington, amerykańska pisarka i założycielka serwisu Huffington Post, uznawana za jedną z najbardziej wpływowych kobiet świata, też podzielała niechęć do snu. Przez kilka lat pracowała po 18 godzin dziennie, aż w końcu 6 kwietnia 2007 roku ocknęła się w swoim biurze z głową w kałuży krwi. Zasłabnięcie przyniosło jej złamany podbródek, kilka szwów nad prawym okiem oraz pewność, że lekceważenie odpoczynku to zły pomysł. Huffington rozpoczęła więc kampanię na rzecz snu, którą nazwała „Sleep revolution”, a niedawno wydała też książkę o tym samym tytule. Zapytana, jak przekonać osoby, które uważają, że w imię sukcesu trzeba poświęcić nocny odpoczynek, odpowiada, że najlepszym argumentem są wyniki badań naukowych. A te jednoznacznie pokazują, że bezsenność dewastuje organizm.

– Jeśli chodzi o ogólny stan zdrowia, to, co najpierw ucierpi, zależy od tego, jaki układ czy narząd są u danej osoby najsłabsze – mówi dr hab. n. med. Adam Wichniak, psychiatra i neurofizjolog kliniczny z Ośrodka Medycyny Snu Instytutu Psychiatrii i Neurologii. – U jednego brak wystarczającej ilości snu doprowadzi do chorób układu krążenia, nadciśnienia tętniczego, a w konsekwencji wzrostu ryzyka zawału serca i udaru mózgu. Ktoś inny będzie mieć zaburzenia hormonalne i problemy z przemianą materii, co z kolei może prowadzić do cukrzycy i otyłości. Niewyspanie pogarsza pracę układu odpornościowego, zwiększa ponad dwukrotnie ryzyko depresji i przyczynia się do rozwoju innych chorób psychicznych.

Są jeszcze skutki natychmiastowe niedoboru snu, np. pogorszenie funkcji poznawczych, kontroli emocji, pamięci i koncentracji uwagi. Efektywność, zdolność do podejmowania właściwych decyzji i jakość funkcjonowania wśród innych drastycznie spada.

Jak więc pogodzić te doniesienia z pełnymi entuzjazmu zapewnieniami ludzi sukcesu: „Śpię trzy godziny na dobę i czuję się świetnie”? Czy rzeczywiście są wśród nas nadludzie, których nie dotyczą ogólnie przyjęte zasady? – Nie znam żadnego udokumentowanego przypadku, by ktoś spał cztery godziny na dobę np. przez cały rok i czuł się dobrze – mówi dr hab. n. med. Adam Wichniak. – Przeciętnie potrzebujemy siedmiu godzin snu na dobę, niektórzy więcej, a niektórzy mniej. Jednak cztery godziny to z pewnością zbyt mało. To, jaka ilość snu jest optymalna, jest zależne od genów i wieku – im jesteśmy starsi, tym krócej śpimy.

Opowieści o nieprzespanych nocach są jak konkursowa zdrapka. Kiedy poskrobiemy, może się okazać, że osoby, które chwalą się nieprzespanymi nocami, korzystają z różnego rodzaju dopalaczy, ratują się drzemką w ciągu dnia czy zarywają noce tylko czasami, a potem odsypiają zaległości albo w końcu budzą się na intensywnej terapii. Poza tym tylko w swoim odczuciu mogą świetnie funkcjonować. Komisje badające katastrofę promu Challenger czy wybuch w Czarnobylu stwierdziły, że ich powodem było m.in. niewyspanie osób, które podejmowały decyzje. Arianna Huffington porównuje to promowanie braku snu do reklam z lat 50., w których lekarze przekonywali, że palenie papierosów mentolowych odświeża oddech.

Chcąc odzyskać dobre relacje ze snem i własnym organizmem, trzeba pogodzić się z tym, że – jak mówi dr hab. n. med. Adam Wichniak – musimy tę naszą genetycznie uwarunkowaną potrzebę snu zaspokajać. W przeciwnym razie sen stanie się problemem: będziemy albo wykończeni, nieszczęśliwi i chorzy z powodu jego braku, albo pełni poczucia winy, że za dużo spaliśmy.

Rewizja grafiku

– Lista moich postanowień była długa i wymagała aktywności od 5.00 do 1.00 w nocy – wspomina 33-letnia Monika, która bardzo długo toczyła walkę ze snem. – Jednak taki tryb życia byłam w stanie wytrzymać bardzo krótko. Chodziłam wtedy nieprzytomna, zła i byłam nieprzyjemna dla bliskich. Po kilku dniach takiego maratonu, usypiając dzieci, zasypiałam razem z nimi. Budziłam się nad ranem załamana, że nie zrealizowałam planu z poprzedniego dnia. Kiedy po raz kolejny usiadłam nad listą postanowień, mąż zaczął zadawać mi pytania: „Ale kiedy konkretnie chcesz to zrobić?”, „W ciągu 80 minut masz zamiar odwiedzić rodziców, odebrać dzieci z przedszkola i iść na siłownię?”. Przypierał mnie do muru, a ja broniłam się przed dokładnymi obliczeniami. Ta koszmarna rozmowa zmusiła mnie do tego, bym stanęła twarzą w twarz ze świadomością, że nie jestem w stanie zrobić wszystkiego, co bym chciała, że nie da się „jakoś wcisnąć” dodatkowych obowiązków.

Monika wspomina, że nauka rezygnowania z różnych zadań, by móc się wyspać, okazała się bardzo bolesna. Na początku było wręcz gorzej, bo nawet jeśli położyła się wcześniej, zamiast spać, rozmyślała o tym, co ma jeszcze do zrobienia. W końcu więc wstawała z łóżka i zabierała się do pracy.

– Przełomowe były dwa momenty – mówi. – Pierwszy, gdy, siedząc niewyspana w biurze, zorientowałam się, że od dwóch godzin nie jestem w stanie zrobić nic poza przeglądaniem Internetu i piciem kawy. Pomyślałam wtedy: „Czy po to, by przeczytać, że jakiejś celebrytce wystawała pierś na bankiecie, poświęcam dwie godziny swojego snu?”. Zadziałało jak zimny prysznic. Drugim momentem było przestawienie budzika na 8.00. Mąż zaproponował, że będzie odwoził dzieci do przedszkola, bo skoro to ja jestem nocnym markiem, nie ma sensu, bym wstawała o świcie.

Zgodnie z chronotypem

– Osoba, u której naturalna potrzeba snu pojawia się dopiero w późnych godzinach, robi sobie krzywdę, nastawiając budzik na godz. 6.00. Zbyt wczesne wstawanie przy opóźnionym rytmie snu powoduje jego znaczny niedobór – mówi dr hab. n. med. Adam Wichniak. Warto więc podjąć próbę przesunięcia godzin pracy tak, by dopasować je do naszego naturalnego rytmu snu i czuwania, czyli chronotypu. Coraz więcej pracodawców jest skłonnych na to przystać. Ale uwaga! Zanim przeprowadzimy życiową rewolucję, trzeba zastanowić się nad tym, czy na pewno znamy swój chronotyp. – Wielu z nas tylko wyuczyło się bycia sową czy skowronkiem – tłumaczy dr hab. n. med. Adam Wichniak i dodaje, że przyzwyczajenie się do wczesnego lub późnego wstawania wcale nie znaczy, że stało się ono dla nas naturalne.

Co więc możemy zrobić, by odkryć swój prawdziwy rytm? Ekspert radzi, by przeprowadzić 6-tygodniowy test. Przez ten czas codziennie trzy godziny przed pójściem spać mamy unikać sztucznego światła, intensywnej aktywności fizycznej i umysłowej oraz ciężkich posiłków. W ciągu całego dnia nie powinniśmy też pić dużo kawy czy herbaty, zwłaszcza po południu. Alkohol również nie jest wskazany. Kiedy wprowadzimy te zmiany, pozostaje nam już tylko czekać na reakcję organizmu, a gdy ten wyśle sygnał „jestem śpiący”, iść za jego głosem. Może się okazać, że odezwie się dużo wcześniej, niż się spodziewaliśmy.

Zalecenia pomagające odkryć swój chronotyp są zbieżne z zaleceniami dotyczącymi zdrowego snu. Jego wrogiem jest m.in niebieskie światło emitowane przez laptopy czy smartfony, dlatego najlepiej nie wpatrywać się w nie przed snem i zamiast elektronicznego, postawić na stoliku nocnym tradycyjny budzik. Wygląd sypialni też ma niebagatelne znaczenie. Przede wszystkim powinno się jej używać tylko do snu i seksu. Jeśli to pomieszczenie ma pełnić więcej funkcji, warto zadbać, by strefy pracy i relaksu były od siebie dość wyraźnie oddzielone. Można na noc przenosić laptop do innego pokoju lub zasłaniać miejsce pracy parawanem. W pokoju, w którym śpimy, powinno być też chłodno i ciemno.

Nawet jeśli na początku dochodzenie do zgody ze snem, tak jak w przypadku Moniki, będzie dość trudne, nie warto się poddawać. Jeśli damy sobie wystarczająco dużo czasu, nie będziemy już chcieli wrócić na dawne tory. Arianna Huffington uczyniła priorytet ze swego 8-godzinnego snu (twierdzi, że tyle właśnie potrzebuje) i, jak mówi w jednym z wywiadów, teraz nie jest już w stanie znieść siebie niewyspanej. Staje się wtedy poirytowana, humorzasta, przewrażliwiona i brakuje jej kreatywności. Twierdzi, że nie chce już być taką osobą, nie chce tylko odhaczać kolejnych zadań. Lubi swoje życie i zamierza czerpać z niego radość.

METODA R90, CZYLI W DZIEWIĘĆDZIESIĄT MINUT PRZEZ WSZYSTKIE STADIA SNU

Nick Littlehales nazywany trenerem snu (zasłynął tym, że uczył spać piłkarzy Manchester United) w swojej książce „Śpij dobrze” (wyd. Agora 2017) radzi liczyć przespany czas nie w godzinach, a w 90-minutowych odcinkach, bo tyle potrzeba na przejście przez wszystkie stadia snu. Każdy taki cykl kończy się wybudzeniem, które jest często tak krótkie, że nawet go nie rejestrujemy. Littlehales przekonuje, że najkorzystniej jest wstawać razem z końcem takiego 90-minutowego bloku. Jeśli więc nastawiamy budzik na 7.00 (godzinę pobudki powinno się wyznaczyć zgodnie z własnym chronotypem), do łóżka należy iść np. o 23.30. To da nam 5 przespanych cykli. Jeśli to dla nas za mało, możemy zacząć chodzić spać o 22.00 (dodajemy 90 minut). Z kolei jeśli zdarzy nam się zarwać noc i nie położymy się o 22.00, nie idźmy spać o 23.00, tylko odczekajmy jeszcze pół godziny. Littlehales radzi jednak, by zawsze kiedy jednej doby zmniejszamy liczbę przespanych dziewięćdziesiątek, w kolejnych dniach to odespać.

SEN POLIFAZOWY – DOBRY CZY ZŁY?

Internet aż roi się od peanów pod adresem snu polifazowego, czyli dzielenia snu na kilka części. Schematów jest wiele. Jednym z nich jest Uberman, który zakłada 20-minutowe drzemki co cztery godziny. Inny to Everyman, zgodnie z którym powinno się spać cztery, pięć godzin w nocy i trzy razy po 20 minut w ciągu dnia. Dymaxion to półgodzinne drzemki co sześć godzin, a schemat dwufazowy to kilkugodzinny sen nocny plus jedna drzemka. Dzięki nim mamy ponoć szansę zredukować dobowy wymiar snu. Naprawdę?

– Jest wręcz odwrotnie – protestuje dr hab. n. med. Adam Wichniak. – Bez względu na to, na ile części podzielimy sen, suma przespanych godzin musi być taka sama i zgodna z naszym genotypem. Do tego zawsze należy doliczyć czas potrzebny na zaśnięcie. A im więcej epizodów snu w ciągu doby, tym więcej epizodów zasypiania. Czas potrzebny na sen wydłuża się więc, a nie skraca.

Specjalista uważa też, że jedynym rodzajem snu polifazowego, na którym można się oprzeć przez dłuższy czas, jest sen dwufazowy. Pozostałe schematy nadają się do wykorzystania tylko przez krótki okres i to w ekstremalnych sytuacjach.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kilka chwil dla siebie – medytacja uważności

Medytacja uaktywnia lewą półkulę mózgu, odpowiedzialną za odczuwanie pozytywnych emocji. Osoby medytujące każdego dnia czują się bardziej szczęśliwe i pełne energii. Poprawia się ich stan psychiczny oraz wzmacnia układ odpornościowy. (Fot. iStock)
Medytacja uaktywnia lewą półkulę mózgu, odpowiedzialną za odczuwanie pozytywnych emocji. Osoby medytujące każdego dnia czują się bardziej szczęśliwe i pełne energii. Poprawia się ich stan psychiczny oraz wzmacnia układ odpornościowy. (Fot. iStock)
Dopadł cię stres? Nie masz na nic czasu? Rada: znajdź chwilę na medytację uważności. Według psycholog pozytywnej Jolanty Burke, to prosty sposób na zadowolenie z życia.

Spróbowałam medytacji w centrum Rigpa w Dublinie. Wszyscy siedzieliśmy na podłodze przy ołtarzu śmiejącego się Buddy, słuchaliśmy jednego z mnichów, a potem medytowaliśmy nad jego słowami. Wiele lat później, gdy studiowałam psychologię pozytywną, trafiłam na wykład na temat Mindfulness Based Stress Reduction (Redukcji Stresu Poprzez Uważność), programu realizowanego przez klinikę o tej samej nazwie na Uniwersytecie Medycznym w Massachusetts. Klinika jest prowadzona przez psychologa, doktora Jona Kabat-Zinna, twórcę medytacji uważności, polegającej na skupianiu się na chwili teraźniejszej, tak jakby od niej zależało całe nasze życie. To forma stoickiej medytacji, której celem jest polepszenie samopoczucia.

Cel: lewa półkula

Doktor Kabat-Zinn wraz z zespołem naukowców dokonał niesamowitych odkryć na temat medytacji uważności. Według ich badań, medytacja uaktywnia lewą półkulę mózgu, odpowiedzialną za odczuwanie pozytywnych uczuć. Dlatego też osoby, które codziennie medytują, czują się bardziej szczęśliwe i pełne energii. Poprawia się ich ogólny stan psychiczny oraz wzmacnia układ odpornościowy.

Kolejna korzyść płynąca z medytacji to istotne obniżenie symptomów depresji, niepokoju i dysforii. W ciągu zaledwie kilku tygodni osoby regularnie medytujące są w stanie poprawić swoje samopoczucie na bardzo długi czas.

Psycholog pozytywna Barbara Fredrickson w swojej książce „Pozytywność” opowiada o kobiecie, która nigdy nie miała dla siebie czasu. Z trójką dzieci, domem na głowie i pracą na pełny etat była wiecznie podminowana i zestresowana, co negatywnie odbijało się na jej relacjach z mężem. Gdy zaczęła medytować, znajdowała się w stanie przewlekłej depresji i od kilku lat cierpiała na poważną bezsenność. Po trzech miesiącach regularnej medytacji zaczęła przesypiać 7 godzin bez budzenia się. Polepszyło się też jej samopoczucie, odnalazła przyjemność w zabawie z dziećmi, a w jej związek małżeński wstąpiła nowa energia. W ciągu zaledwie 12 tygodni poradziła sobie z nękającą ją depresją. To zresztą jeden z wielu przypadków potwierdzających zasługi medytacji uważności dla osiągania trwałego stanu szczęścia.

Codzienna praktyka

Aby zrobić pierwszy krok na drodze do spokoju i zadowolenia, najlepiej zarezerwować sobie 45 minut na codzienną praktykę uważności, ale wystarczy też 10 lub nawet 5 minut. Każda chwila medytacji będzie cudownym darem.

Najlepiej medytować rano, przed rozpoczęciem dnia. Nie musisz mieć specjalnej maty czy siedzieć w stroju gimnastycznym bez ruchu ze skrzyżowanymi nogami. Medytacje uważności można wykonywać siedząc na krześle, stojąc w autobusie, chodząc po ulicy czy jedząc obiad. Jon Kabat-Zinn poleca również jogę połączoną z medytacją uważności i skanowanie ciała, czyli koncentrowanie się kolejno na każdej jego części.

Najbardziej znana medytacja to medytacja łaskawości oparta na wzbudzaniu pozytywnych uczuć.

Poniżej znajdziesz kilka przydatnych informacji. Przeczytaj je i postaraj się od razu poświęcić kilka minut na wybraną medytację.

Medytacja siedząca

Wystarczy przeznaczyć na nią 5 minut dziennie. Ale jeśli możesz, postaraj się wygospodarować 10, 20 czy nawet 30. Usiądź wygodnie na krześle lub w fotelu – zadbaj o to, by twoje plecy były wyprostowane. Zamknij oczy. Wyobraź sobie, że jesteś górą. Skup się na swoim oddechu, bądź w pełni obecny. Za każdym razem, gdy uciekniesz myślami w jakimś kierunku, nie karć się za to, ale staraj się powrócić do koncentracji na swoim wdechu i wydechu. Na początku może być trudno, jednak z czasem będziesz nabierał coraz większej wprawy.

Uważne jedzenie

Wybierz jeden posiłek w ciągu dnia, może to być obiad, śniadanie lub zwykła przekąska. Postaraj się skoncentrować na każdym kęsie potrawy. Możesz na chwilę zamknąć oczy. Poczuj jej zapach, smak, zwróć uwagę na kształt, kolory czy ułożenie jedzenia na talerzu. Myśl o tym, jak każdy kęs nasyca cię i wzbogaca. Nie śpiesz się.

Skanowanie ciała

Połóż się na podłodze, macie do jogi lub na łóżku. Zacznij medytację od koncentracji na wdechu i wydechu. Po trzech wdechach przenieś swoją uwagę na palce lewej stopy, bez poruszania nimi. Skoncentruj się na swoich odczuciach. Coś cię swędzi, boli, a może odczuwasz łaskotanie? Palce są ciepłe czy zimne?

Następnie wyobraź sobie, jak twój oddech przesuwa się od klatki piersiowej, po brzuchu, lewej nodze, aż do jej palców.

Na wydechu niech rozpłyną się w stanie relaksu.

Potem skoncentruj się na dolnej części stopy, bez poruszania nią. Skup się na swoich uczuciach i znowu podczas wdechu doprowadź powietrze do tego punktu. Przy wydechu dolna część stopy rozpływa się w stanie relaksu.

Powtórz to samo, idąc kolejno przez wszystkie części lewej nogi: górną część stopy, kostkę, łydkę, kolano, udo. Potem prawa noga. Przejdź do miednicy, pośladków, dolnej i górnej części kręgosłupa, klatki piersiowej i brzucha. Potem skoncentruj się na palcach obu rąk, dłoniach, nadgarstkach, przedramionach i ramionach. Teraz kolej na twarz i szyję. Koncentruj się kolejno na szczęce, ustach, języku, dziąsłach, nosie, oczach, brwiach, czole i uszach. Wyobraź sobie, jak oddech przesuwa się w kierunku twarzy i przy wydechu pozostawia ją w stanie błogiej relaksacji. Kontynuuj tę wycieczkę aż do czubka głowy. Wyobraź sobie, że otwiera się niczym otwór na głowie wieloryba…

Weź tą drogą trzy głębokie oddechy (zamiast przez nos). Powoli skoncentruj się raz jeszcze na swoim wdechu i wydechu. Otwórz oczy. Całe ćwiczenie powinno zająć ci około 35–40 minut.

Medytacja uaktywnia lewą półkulę mózgu, odpowiedzialną za odczuwanie pozytywnych emocji. Osoby medytujące każdego dnia czują się bardziej szczęśliwe i pełne energii. Poprawia się ich stan psychiczny oraz wzmacnia układ odpornościowy

Jolanta Burke psycholog pozytywna, coach.

  1. Styl Życia

Shinrin-yoku – leśne kąpiele wzmacniają odporność i podnoszą poziom energii

Drzewa produkują fitoncydy, które w założeniu są związkami ochronnymi dla samych drzew, ale „przy okazji” bardzo dobrze działają na samopoczucie ludzi. (Fot.iStock)
Drzewa produkują fitoncydy, które w założeniu są związkami ochronnymi dla samych drzew, ale „przy okazji” bardzo dobrze działają na samopoczucie ludzi. (Fot.iStock)
Z perspektywy ewolucji jeszcze niedawno wszyscy mieszkaliśmy w lesie. Gdy do niego wracamy, czujemy się więc spokojnie i bezpiecznie. Stąd dobroczynne efekty terapii leśnej. Opracowana w Japonii pod nazwą shinrin-yoku, okazuje się remedium na epidemię stresu.

„Drzewa tworzą las” – piszą w książce „O drzewach, które wybrały Tatry” Tomasz Skrzydłowski i Beata Słama. „To miejsce groźne, nie do końca poznane, w baśniach całego świata był siedliskiem nadprzyrodzonych stworów, miejscem inicjacji, probierzem dzielności. Czasem las udzielał przyjaznego schronienia, innym razem wściekłe drzewa więziły w gałęziach i korzeniach zbłąkanych wędrowców”. Alicja Zadrożyńska w książce „Światy i Zaświaty. O tradycji świętowania w Polsce” pisze, że w dawnych czasach ludzie tak bali się wejść do lasu, że zanim to zrobili, odprawiali różne dziwne rytuały. Dobrze wiem, o czym mowa...

Początek pięknej przyjaźni

Jak wiele osób z mojego pokolenia, spędzałam wakacje u babci na wsi. Na Podlasiu. Dom stał pod lasem. Najpierw wchodziło się do tzw. brzeźniaka, i choć już w czasach mojego dzieciństwa brzozy ustępowały sośnie, to nazwa obowiązuje nadal. Po przejściu kilkunastu metrów pojawiały się drzewa iglaste. Ten las znałam dobrze, ale jako małą dziewczynkę napawał mnie lękiem. Bo też i krył wiele tajemnic. Podobno na tzw. wisiółce powieszono powstańców styczniowych, wilkołak istniał naprawdę, a pewne miejsce przy krzyżu szczególnie upodobał sobie diabeł i po zmroku lepiej było nawet nie przechodzić w okolicy, bo jednemu chłopu to nawet wskoczył na plecy. (Inna sprawa, że wtedy wielu Podlasiaków dobrze pamiętało jeszcze czasy II wojny i tuż po niej, i te bajania były niczym w porównaniu z tym, co faktycznie widzieli wśród drzew).

Tamten las malał odwrotnie proporcjonalnie do mojego wieku, teraz wydaje się mieć powierzchnię niewiele większą od dużej chustki do nosa, a do mitycznej „wielkiej choiny”, do której nawet nie próbowałyśmy z babcią dotrzeć, dobiegam w kwadrans i w kolejne pół godziny przemierzam ją wzdłuż i wszerz. Z czasem poznałam czerwone buczyną połacie w Bieszczadach i wielkie bory na Pomorzu Zachodnim z prawie sięgającymi nieba daglezjami, zwrotnikową dżunglę i tysiącletnie cedry, ale to te pierwsze wyprawy były początkiem mojej przyjaźni z lasem.

Wszystkimi zmysłami

„Jakaś tajemnicza moc drzew sprawia, że jesteśmy zdrowsi i szczęśliwsi. Dlaczego wystarczy spacer po lesie, żeby obniżyć poziom stresu i mieć więcej energii?” – zastanawia się autor książki „Shinrin-yoku. Sztuka i teoria kąpieli leśnych”. Doktor Qing Li z Akademii Medycznej w Tokio należy do światowych ekspertów w dziedzinie medycyny leśnej. Od kilkunastu lat koncentruje się w swojej pracy naukowej na sylwoterapii. Chodzi o tzw. kąpiele leśne, czyli zanurzenie się w atmosferze lasu, chłonięcie go wszystkimi zmysłami: wzrokiem, słuchem, dotykiem, smakiem i węchem. Już dwugodzinna wędrówka po lesie (bez telefonu, aparatu, odtwarzacza muzyki – tylko ty i natura) pozwala w pełni skorzystać z dobrodziejstw przyrody, w tym stymulować układ odpornościowy, dodawać energii, osłabiać lęk, depresję i złość oraz obniżać stres i wywołać stan odprężenia.

Jak to działa? Doktor Qing Li zasadnicze znaczenie w leczniczym działaniu shinrin-yoku przypisuje aromaterapii. Nie dość, że w lasach powietrze jest dużo czystsze (co już samo w sobie, uspokaja oddech i pozwala obniżyć poziom stresu), to jeszcze drzewa produkują fitoncydy, które w założeniu są związkami ochronnymi dla samych drzew, ale „przy okazji” bardzo dobrze działają na samopoczucie ludzi. Głównym składnikiem fitoncydów są terpeny i to właśnie z nich bierze się tak intensywny zapach w lesie. Taki sam, który możemy „przenieść” w postaci olejku eterycznego w dowolne miejsce w naszym domu.

Doktor Qing Li zaleca wprawdzie trzydniowe wyjazdy, ale, jak zastrzega, już kilka godzin kąpieli leśnej pomaga się odprężyć. Sam co dzień stara się wychodzić w porze lunchu do pobliskiego parku i wszystkich do tego zachęca.

Można także zaprosić las do domu. Nie, nie w słoiku (ostatnio nawet dyskutowałyśmy w redakcji o tym, że jest coś nienaturalnego w zamykaniu lasu po szkłem…), ale wstawiając do pomieszczenia rośliny, które będą oczyszczać powietrze, i wdychając olejki eteryczne. Listę roślin najskuteczniej pochłaniających toksyny zawdzięczamy NASA, która przygotowała ją na potrzeby stacji kosmicznych. Są na niej m.in.: skrzydłokwiat, azalia, gerbera, bluszcz pospolity i chryzantema. Wśród olejków szczególnie cenny jest ten z sosny. „Sosna jest przyjaciółką człowieka od zarania dziejów – leczy i chroni (tych bardziej zabobonnych), a także cieszy zmysły: wzrok – piękną sylwetką, powonienie balsamicznym zapachem” – piszą autorzy przywoływanej już książki o tatrzańskich drzewach. Mamy prawdziwe szczęście, że to najpopularniejsze drzewo w polskich lasach.

Powrót do domu

Nie dziwi, że praktyka kąpieli leśnych wywodzi się z Japonii. Z jednej strony w obu oficjalnych religiach: szintoizmie i buddyzmie las jest święty, z drugiej – jak pisze sam dr Li – Japończycy nie byli nigdy bardziej oddaleni od natury niż dziś: 78 proc. z nich mieszka w zatłoczonych miastach, poziom zmęczenia jest taki wysoki, że istnieje specjalne słowo (karoshi) określające śmierć z przepracowania. Ale stres to choroba globalna, Światowa Organizacja Zdrowia nazwała go już epidemią. Nie sposób nie wiązać tego z zamykaniem się w pomieszczeniach, według szacunków Europejczycy spędzają w ten sposób 90 proc. czasu. Terapia leśna może im wiele zaoferować.

Jako pierwsze zaimportowały ją Francja i Wielka Brytania. W obu krajach pojawiły się już warsztaty sylwoterapeutyczne. Udział w jednym z nich opisuje dziennikarka serwisu „The Guardian”: „Jedna sosna wygląda bardzo podobnie do drugiej. To była moja pierwsza myśl, gdy błądziłam po lesie w poszukiwaniu drzewa, z którym miałam «się połączyć». Powiedziano mi, że jeśli już je znajdę, mam przywitać się z nim jak ze starym przyjacielem, podzielić się z nim myślami, a może nawet objąć je”. Ostatecznie Joanne O’Connor straciła zbyt wiele czasu na bezowocne poszukiwania. Gdy inna uczestniczka opowiadała o spokoju, jaki odczuła w kontakcie z drzewem, nie przyznała się, że ona nawet nie znalazła odpowiedniego drzewa. Felieton kończy jednak refleksją: „Czuję, jakbym po raz pierwszy od miesięcy wzięła głęboki oddech, pozwoliła plecom się rozluźnić i po prostu cieszyłam z tego, że jestem na świeżym powietrzu. Nazywajcie to shinrin-yoku, kąpielą leśną, spacerem wśród drzew, nazywajcie jak chcecie – ale to podnosi na duchu”.

Tak samo uważa Jean–Marie Defossez, coach oddechu, doktor biologii i fizjolog zwierząt, autor niewydanej jeszcze po polsku książki o terapii leśnej: „Sylvothérapie: Le pouvoir énergétique des arbres”. W jednym z wywiadów dla francuskiej telewizji tłumaczył: „Przez miliony lat las był dla ludzi domem, miejscem zabawy, żywił ich. I być może jeśli zanurzamy się w lesie, coś wewnątrz naszego ciała i mózgu pozwala nam rozpoznać to miejsce. A w miejscu, które jest bliskie, poziom napięcia i stresu obniża się w sposób naturalny”.

Podobnie pisał w „Lapidariach” Ryszard Kapuściński: „Jeżeli jestem sam w lesie, nie może mnie spotkać żadna podłość, nie mogę usłyszeć kłamstwa ani świstu bata”. Może dlatego – jak wilka – ciągnie mnie do lasu i przy każdej okazji korzystam z leśnej terapii. Wam też polecam!

Nazywanie emocji w lesie

Doktor Qing Li twierdzi, że natura może nas uczulić na własne emocje. Będąc w lesie, zwróć uwagę na to, jak reagujesz na otoczenie:

  • Zamknij oczy. Sprawdź, czy umiesz wyczuć, w którą stronę chcesz pójść.Wsłuchaj się w głos intuicji.
  • Zauważ, jak działa las na twoje zmysły.
  • Co czujesz, słysząc szum wiatru w gałęziach i śpiew ptaków?
  • Co czujesz, kiedy patrzysz na drzewa wokół siebie?
  • Co czujesz, wdychając zapach lasu?
  • Co czujesz, kiedy promienie słońca ogrzewają ci twarz albo gdy leżysz na ziemi?
  • Co czujesz, kiedy smakujesz świeże powietrze?
  • Na chwilę zapomnij o upływającym czasie i wszystkich codziennych zmartwieniach - co teraz czujesz?

Kąpiel w miejskim parku

  • Zostaw w domu telefon, aparat fotograficzny, odtwarzacz muzyki i inne rzeczy, które mogą cię rozpraszać.
  • Pozbądź się wszelkich oczekiwań.
  • Zwolnij, zapomnij o czasie.
  • Skup się na chwili obecnej.
  • Znajdź miejsce, w którym możesz usiąść – na trawie, pod drzewem albo na ławce.
  • Skoncentruj uwagę na tym, co widzisz i słyszysz.
  • Zauważ, jak się czujesz.
  • Jeśli to możliwe, zostań w parku dwie godziny (chociaż efekty zaczniesz zauważać już po 20 minutach).

Żródło: Qing Li, „Shinrin-yoku. Sztuka i teoria kąpieli leśnych”, wyd. Insignis 2018

  1. Zdrowie

Narkolepsja – gdy sen wymyka się spod kontroli

Podstawowy objaw narkolepsji to nadmierna senność w ciągu dnia. Może przejawiać się jako nagły napad snu – nie do odparcia, albo też tzw. mikrosen – gdy chory zdaje się normalnie funkcjonować, ale jego stan czuwania przerywany jest króciutkimi drzemkami, podczas których traci kontakt z rzeczywistością. (Fot. iStock)
Podstawowy objaw narkolepsji to nadmierna senność w ciągu dnia. Może przejawiać się jako nagły napad snu – nie do odparcia, albo też tzw. mikrosen – gdy chory zdaje się normalnie funkcjonować, ale jego stan czuwania przerywany jest króciutkimi drzemkami, podczas których traci kontakt z rzeczywistością. (Fot. iStock)
Narkolepsja atakuje jedną osobę na tysiąc. Objawia się nagłymi drzemkami: w pracy, za kierownicą, w kolejce do kasy czy w czasie zabawy z dzieckiem. Chorzy są boleśnie świadomi ograniczeń swojego ciała – jeden udany dowcip, mocniejsze wzruszenie grożą odpłynięciem w niebyt.

Artykuł archiwalny

Pazury skrobią betonową posadzkę, czarny ogonek kiwa się energicznie, całe ciało psiaka wyraża skrajne podekscytowanie. Zwierzak kręci się niespokojnie, popiskując, podczas gdy dwunastka widzów siedzących pod ścianą wymienia nerwowe spojrzenia. Seiji Nishino, asystent doktora Emmanuela Mignota, pracownika Centrum Badań Snu na Uniwersytecie Stanforda, sięga po swe przyrządy naukowe: łyżkę i puszkę psiej karmy.

Czart, bo tak się wabi zwierzak, na co dzień może liczyć tylko na zwykłe suche granulki. Zdrowe, zbilansowane i całkowicie pozbawione aromatu. Czy można się dziwić, że wspaniały, pachnący, soczysty przysmak wprowadza go w euforię? Nishino otwiera puszkę. „Proszę, to dla ciebie, dobry piesek” – Nishino stawia na podłodze michę wypełnioną przysmakiem. Czart strzyże uszami, węszy z upodobaniem, rzuca się do jedzenia i... pada na posadzkę, bezwładny, z nosem tuż koło upragnionej miski. Jego łeb uderza ciężko o ziemię. Śpi.

Dwunastka milczących obserwatorów tego eksperymentu najpierw parska śmiechem, a zaraz potem z ich ust wydobywają się pomruki pełne współczucia i zrozumienia.

Jednym z najbardziej dramatycznych przejawów narkolepsji są napady senności pod wpływem silnych emocji. Oni znają to z własnego doświadczenia.

Urwany film

Pierwsze sygnały dają się zauważyć zwykle w młodości, choć niektórych choroba dopada dopiero w późniejszych latach. Podstawowy objaw narkolepsji (od greckiego narke– odrętwienie, i lepsis– atak) to nadmierna senność w ciągu dnia. Może przejawiać się jako nagły napad snu – nie do odparcia, albo też tzw. mikrosen – gdy chory zdaje się normalnie funkcjonować, ale jego stan czuwania przerywany jest króciutkimi drzemkami, podczas których traci kontakt z rzeczywistością. Atak może nastąpić w dosłownie każdym momencie – podczas prowadzenia samochodu, miłosnego zbliżenia, ważnego egzaminu czy po prostu niedzielnego spaceru w lesie. Ale senność to jeszcze nie wszystko.

Drugim, równie często nękającym narkoleptyków objawem jest katalepsja – nieoczekiwana utrata panowania nad mięśniami, zwiotczenie uniemożliwiające wykonanie jakiegokolwiek ruchu. Przypomina to omdlenie, z tą różnicą, że chorzy słyszą i są świadomi tego, co dzieje się dookoła, choć nie mogą otworzyć oczu ani wydobyć z siebie głosu.

Mimo że dzień wypełnia im walka o zachowanie przytomności, nie wypoczywają wcale w nocy. Za dnia przysypiają, ale w łóżku budzą się niemal co chwila. Blisko połowa chorych skarży się też na tzw. paraliż przysenny – kilkuminutową utratę władzy w ciele pojawiającą się tuż przed zaśnięciem. Innych dręczą halucynacje – sugestywne omamy, których doświadczają na jawie. To nic innego jak marzenia senne – takie same, które każdy z nas przeżywa podczas nocnego wypoczynku. Często powtarza się jeden, dramatyczny motyw: chory widzi obcych ludzi wdzierających się do jego domu, którzy rzucają się na niego, wiążą go lub duszą, ale on jest niezdolny do reakcji. Podczas gdy my, śniąc, uświadamiamy sobie, że uczestniczymy w spektaklu iluzji i możemy spoglądać na nasze przygody z dystansem, ci przekonani są o realności swoich wizji.

U zdrowych ludzi marzenia senne są oddzielone od jawy. Kiedy udajemy się do łóżek, najpierw zapadamy w głęboki sen, podczas którego gałki oczne poruszają się powoli (faza NREM). Dopiero po blisko godzinnym „przygotowaniu” następuje krótka, 15-minutowa faza, podczas której gałki oczne poruszają się szybko (tzw. faza REM). To wówczas śnimy. Żebyśmy – podczas marzeń nocnych – nie walczyli z nawiedzającymi nas wyobrażeniami, nasze mięśnie robią się bezwładne, rozluźnione. Jednocześnie spada temperatura ciała, a do krwi uwalniany jest hormon wzrostu. Nawet jeśli już nie jesteśmy dziećmi i nie rośniemy, sprawia on, że rany szybciej się goją, organizm regeneruje się i wypoczywamy.

U narkoleptyków ten naturalny porządek jest zaburzony. Faza REM pojawia się u nich nagle i bez uprzedzenia, kiedy mózg jeszcze pamięta dobrze jawę, więc widziane sny mogą być z łatwością brane za rzeczywistość. Fazy snu REM pojawiają się też w ciągu dnia, wtrącone w stan czuwania – ale ze wszystkimi charakterystycznymi dla REM symptomami – przede wszystkim więc z wyłączeniem kontroli nad mięśniami. Nagła drzemka z twarzą w talerzu spaghetti – to wygląda niemal na slapstikowy gag. Napady katalepsji mogą wydawać się śmieszne, jeśli nie dopadną kogoś akurat w trakcie wchodzenia po schodach albo za kierownicą.

Ryzyko na każdym kroku

Narkoleptycy nie chodzą do kina na komedie, nie słuchają programów rozrywkowych. Doświadczenie uczy ich, że lepiej unikać silnych uczuć, tłumić porywy pasji. Dzielą się swoimi problemami na forach internetowych.

„Ocknęłam się, pływając na plecach w moim przydomowym basenie – miałam szczęście, że nie zasnęłam podczas nurkowania” – skarży się 64-letnia Patrycja, której z uwagi na nękające ją zaburzenia snu przyznano właśnie grupę inwalidzką.

„Wiem, co czujesz – odpowiada jej 48-letni mężczyzna. – Nie jestem w stanie nawet poczytać książeczki dzieciom. Pierwsze pełne zdanie, które wypowiedziała moja córka, brzmiało: »Tatusiu, obudź się!« (...) Nie dość, że najprostsza, zdawałoby się, czynność niesie ze sobą poważne zagrożenie, to jeszcze inni postrzegają cię jako lenia, śpiocha albo skacowanego imprezowicza”.

„Moją najlepszą przyjaciółką jest moja czarna kotka. Sypia przytulona do mojego boku, znosi moje gadanie i krzyki przez sen i nie opowiada nikomu, że mam koszmary nocne. A co najlepsze, pozwala mi odróżniać, czy moje mary to halucynacje, czy prawda” – zwierza się na stronie internetowej grupy wsparcia Miranda. „Jeśli widzę, że ktoś znów włamał się do mojego mieszkania i myszkuje po kątach, a moja kotka leży jak gdyby nigdy nic przy moim ramieniu, mrucząc, wiem, że mogę jej zaufać. To, czego kot nie widzi, nie istnieje”.

Co jest przyczyną schorzenia, w którym sen zamiast przynosić ukojenie, staje się ciężarem? Jako pierwszy na trop wpadł Seiji Nishino (ten sam, który w charakterze pomocy naukowych wykorzystywał psią karmę i miskę). Zauważył, że w płynie mózgowo-rdzeniowym pobranym od nieszczęśników, którym nie dane było zaznać spokojnego snu, brakuje pewnego białka – hipokretyny. To substancja, która bierze udział w regulowaniu dobowego rytmu snu i czuwania. Pośmiertne badania mózgów osób cierpiących na narkolepsję wykazały, że w ich podwzgórzu prawie w ogóle nie można znaleźć komórek nerwowych zawierających hipokretyny.

Wiele wskazuje na to, że te komórki niszczy... sam organizm chorego. Narkolepsja byłaby więc jedną z wachlarza tzw. chorób autoimmunologicznych, wynikających z nadgorliwości układu odpornościowego, który zamiast atakować szkodliwe mikroby, zwraca się – omyłkowo, prawdopodobnie na skutek działania nieprawidłowych genów – przeciwko komórkom swego ciała.

Centrum Badania Snu na Uniwersytecie Stanforda dorobiło się licznego stada narkoleptycznych psów. Są między nimi popularne niegdyś ratlerki, słodkie, łagodne labradory i jamniki. Wszystkie – wskutek mutacji – pozbawione receptorów hipokretyny. Chorują podobnie jak ludzie, z tą tylko różnicą, że potomstwo dwóch czworonogów z wadliwym genem zawsze cierpi na zaburzenia snu. U ludzi sam uszkodzony gen nie wystarcza. Musi jeszcze wydarzyć się coś, co wyzwoli fatalną reakcję układu odpornościowego. Takim czynnikiem może być zakażenie, spadek odporności, uraz, zmiany hormonalne, stres. Dlatego też u ludzi narkolepsja rozwija się dość późno – w wieku kilkunastu czy kilkudziesięciu lat. Zwierzęta cierpią na nią od urodzenia.

Narkotyk pracoholików

Obserwacje psów na Uniwersytecie Stanforda pozwoliły wprawdzie znaleźć gen odpowiedzialny za brak hipokretyny, ale nie przyniosły najważniejszego – lekarstwa. Najprościej byłoby po prostu podawać doustnie brakujący hormon, ale niestety, nie potrafi on przenikać przez barierę krew – mózg.

Podawane obecnie farmaceutyki nie usuwają przyczyn, jedynie likwidują objawy choroby. Jeszcze dziesięć lat temu, by nie przysypiać w ciągu dnia, chorzy zmuszeni byli przyjmować stymulanty oparte na amfetaminie. Od 1999 r. dostępny jest nowy lek – modafinil. Mechanizm działania tego środka nie jest dobrze znany, przypuszczalnie pobudza korę przedczołową mózgu – obszar odpowiedzialny za uwagę, pamięć i planowanie. Wydaje się całkowicie pozbawiony skutków ubocznych – nie uzależnia, pozwala długo zachować przytomność i uwagę. Piloci wojskowi byli w stanie pod działaniem modafinilu wykonywać bardzo skomplikowane operacje przez ponad dwie doby bez wypoczynku. Nie musieli też potem odsypiać tej przedłużonej aktywności.

Modafinil zyskał sobie sławę jako „drzemka w pigułce”: pomaga osobom cierpiącym na jet lag (po pilotach wojskowych zaczęli używać go piloci i stewardesy na liniach transatlantyckich). Po lek sięgają też ci, którym szkoda czasu na sen – pracoholicy poświęcający karierze nie tylko dnie, ale i noce.

O ile dopuszczenie do sprzedaży modafinilu, coraz częściej wykorzystywanego przez zdrowych, budzi kontrowersje, o tyle drugi medykament, przepisywany, by umożliwić narkoleptykom zaśnięcie, cieszy się jednoznacznie złą sławą. To GHB (hydroksymaślan sodu), specyfik kojarzony z przestępstwami w nocnych klubach. Ma na sumieniu setki ofiar śmiertelnych i niezliczone gwałty. Jest jakby stworzony do zbrodni doskonałych: bezbarwny i bezwonny, o słonawym smaku, może być łatwo dodany do drinka. W niewielkiej ilości daje efekty przypominające działanie alkoholu – uczucie rozluźnienia, relaksu, zawroty głowy. Później pojawia się silna senność, a także amnezja. Ofiara GHB nawet nie pamięta, z kim wyszła z imprezy, komu, zasypiając, zdradziła numery do swych kart bankomatowych. A że preparat w ciągu 12 godzin jest całkowicie rozkładany przez organizm, w chwili gdy poszkodowany dochodzi do siebie i odkrywa, co mu się przytrafiło, nie ma już najmniejszych dowodów zbrodni.

Pies na pomoc

„Po 20 latach przyjmowania leków mój organizm przestał na nie reagować” – opowiadała przed kamerami telewizji Joan, nauczycielka matematyki z Ontario. „Stałam się niezdolna do samodzielnego życia – zasypiałam na ulicy, ludzie traktowali mnie jak pijaczkę. Kiedy miałam ataki katalepsji, nie mogłam wydobyć z siebie słowa, z trudem bełkotałam, nie mogąc poruszyć bezwładną szczęką. Moje życie zmieniło się, odkąd jest ze mną Morgan – pudel wytresowany do pomocy takim jak ja. Morgan potrafi mnie obudzić, jeśli sytuacja jest niebezpieczna, czuwa przy mnie, dzięki niej nie boję się wychodzić z domu”. Niekiedy, jak widać, najlepszym lekarstwem bywa… pies. Oczywiście nie może pochodzić ze stadka doktora Mignota ze Stanfordu.

Tymczasem stanfordzkie psy zrobiły już wszystko, co mogły. Emmanuel Mignot uznał, że dalsze badania czworonogów nie przyczynią się do postępu w leczeniu ludzi, i zajął się sennością u... zeberek, niewielkich akwariowych rybek. Chcecie zobaczyć, jak sypiają i jak pływają narkoleptyczne ryby? Zajrzyjcie na stronę Uniwersytetu Stanforda.

  1. Psychologia

Na czym polega skłonność do uzależnień?

Osoba uzależniona tkwi w iluzji, że kontroluje substancję lub zachowanie, bo potrafi na określony czas się od nich powstrzymać. Tymczasem gdy minie czas, na który się ze sobą umówiła, wraca do uzależnienia. To tzw. system dumy i kontroli. (Fot. iStock)
Osoba uzależniona tkwi w iluzji, że kontroluje substancję lub zachowanie, bo potrafi na określony czas się od nich powstrzymać. Tymczasem gdy minie czas, na który się ze sobą umówiła, wraca do uzależnienia. To tzw. system dumy i kontroli. (Fot. iStock)
Dlaczego niektórzy popadają w narkomanię czy seksoholizm szybciej od innych? Nie do końca wiadomo, ponieważ jest to uwarunkowane wieloma czynnikami, także genetycznymi. Jednak podłoże biologiczne nie oznacza, że jesteśmy dożywotnio skazani na nałogi. Na czym zatem może polegać skłonność do uzależnień - pytamy psychoterapeutkę Natalię Jurys. 

Na ile skłonność do uzależnień to fakt, a na ile wygodna wymówka, by usprawiedliwiać uzależnienie?
Są dowody na istnienie genetycznego uwarunkowania uzależnień. Może za to odpowiadać kilka mechanizmów: specyficzne neuroprzekaźnictwo, wrażliwość receptorów, określony metabolizm. Niektórym wystarczy niewielki kontakt z konkretną substancją lub zachowaniem, by przetrzeć szlak dopaminowy i utrwalić nawyk, jednak posiadanie genetycznego obciążenia wcale nie oznacza, że ktoś będzie uzależniony. I odwrotnie - uzależnić się można bez genetycznej skłonności. To prawda, że istnieje biologiczne podłoże uzależnień, ale oprócz tego istnieje szereg uwarunkowań środkowiskowych i osobowościowych.

Czyli zatem jest skłonność do uzależnień?
Jako psychoterapeutka postrzegam skłonność do uzależnień jako rodzaj deficytu radzenia sobie z napięciami emocjonalnymi.

To ciekawe, dla wielu skłonność jest czymś, co mamy - ty mówisz raczej o braku.
Praktycznie wygląda to tak: zamiast wypracowania konstruktywnego radzenia sobie z napięciami, pojawia się substancja lub zachowanie, które regulują napięcie. Gdy to się utrwali, trudno z tego "ratunku" zrezygnować, zwłaszcza jeśli destrukcyjny sposób regulowania napięcia pojawił się w młodym wieku. Kolejnym istotnym mechanizmem podtrzymującym uzależnienie jest też brak innych sposobów regulowania napięcia. Każdy z nas doświadcza stresu, ale nie wszyscy muszą się napić, aby poczuć ulgę, niektórzy nauczyli się pracy w ogródku, uprawiania sportu, konstruktywnej rozmowy...

Co musi wydarzyć się w życiu człowieka, by przejawiał skłonność do uzależnień?
Przed wieloma laty pracowałam z osobami uzależnionymi w poradni odwykowej. Przypomina mi się określenie, które wtedy usłyszałam. Padło ono z ust pani Jolanty Koczurowskiej, która była wtedy szefową MONAR-u i ośrodka uzależnień dla młodzieży. Powiedziała, że uzależnienia są chorobą braku miłości. Zapadło to we mnie jako mocne, jednoznaczne. Od razu pomyślałam o różnych pacjentach, którzy potwierdzają to określenie.

Po latach praktyki nie wiem, czy jest to trafna diagnoza. Jednak z pewnością wiele osób uzależnionych doświadczyło zaniedbania, porzucenia emocjonalnego, konieczności radzenia sobie samemu.  To, w jaki sposób w dzieciństwie tworzy się więź z podstawowymi opiekunami, jest istotne. Na tym wyrastają nasze potencjały, ale też zaburzenia – w zależności od tego, czy więź ta była karmiąca, wypełniona miłością, czy nie.

W jaki sposób wpisuje się w to skłonność do uzależnienia?
Brak wzorca, brak otrzymania odpowiedniej opieki wpływa na brak umiejętności zdrowego regulowania napięcia. Chodzi o doświadczanie opieki, w której można wyrażać swoje emocje z poczuciem, że kochający dorosły zajmie się nimi. Skłonność do uzależnień mogą mieć osoby, które w dzieciństwie słyszały, że mają się zamknąć, nie przeszkadzać, nie wkraczać w przestrzeń zarezerwowaną przez rodziców i opatrzoną słowami: „święty spokój”. Wtedy dziecko nie ma co zrobić ze swymi emocjami, z tym, co w nim buzuje. Młody umysł nie potrafi przetworzyć różnych trudnych doznań, a obok nie ma dorosłego, który może powiedzieć i pokazać, jak sobie z nimi poradzić. Gdy dziecko dorasta, nie ubywa mu stresu, napięć, a dodatkowo nie ma modelu radzenia sobie z nimi. A jeśli dołożyć do tego wszechobecne zachwalanie picia jako środka na odstresowanie, to droga do uzależnienia się skraca.

Dlaczego jedna osoba, trafiając na uzależniającą substancję albo aktywność, taką jak oglądanie pornografii czy uprawianie seksu, uzależnia się, a druga nie?
Uzależnienie nie powstaje po jednorazowym kontakcie z substancją czy aktywnością. Powiedzmy, że ktoś pomylił butelki, napił się alkoholu. Albo trafił w środowisko osób, które bierze narkotyki, spróbował. A może odkrył Internet i jego przyjemności. Przecież to nie jest cały świat. Są rówieśnicy, którzy mają do tego inny stosunek, są dorośli i ich rady, są przeszłe doświadczenia. Jeśli ktoś ma alternatywne wzorce zachowania, łatwiej mu wybrać to, co jest zdrowe i służy życiu, niż wskoczyć w uzależnienie. Dlatego tak istotna jest profilaktyka.

Na czym polega sensowna profilaktyka uzależnień?
Badania udowadniają, że sensowna profilaktyka nie polega na straszeniu, grożeniu, przedstawieniu zagrożeń, wzbudzaniu lęku związanego z konsekwencjami – lecz jest oparta na prawdziwym kontakcie, więzi, stworzeniu miejsca na emocje osób ze skłonnościami do uzależnień. To znaczy, że mają one zapewnione warunki, w których mogą wyrażać swoją bezradność, swój lęk czy swoją złość – w sposób konstruktywny. Istotne jest, czy – zwłaszcza młode osoby – mają alternatywne środowisko, w którym uczą się, angażują, tworzą. Albo czy mają dostęp do grupy wsparcia lub grupy terapeutycznej. Ważne jest, by człowiek, który już się uzależnił, umiał siebie pokochać.

Jak ma siebie pokochać, jeśli bardziej kocha substancję lub nawyk?
Na początku trzeba zastąpić pewne rzeczy czymś w rodzaju protezy. Potrzebna jest opiekuńczość, ale i normatywność. A zatem życzliwość, otwartość, ale również konkretna struktura. Fikcją jest założenie, że wystarczy podjąć decyzję: „od dzisiaj nie piję”. Wytrwanie w postanowieniu to codzienna praca. Dlatego na początku mówienie o tym, czy ktoś może siebie pokochać, jest abstrakcyjne. Najpierw ten ktoś musi nauczyć się nie chodzić obok monopolowego i odmawiać zaproszeń na imprezy.

Mam przyjaciela, który po ponad 10 latach brania silnych tabletek nasennych postanowił je odstawić. Jest świadomy uzależnienia, ale nie chce  korzystać z pomocy psychoterapeutycznej, woli to zrobić sam. Co byś poradziła w takiej sytuacji?
Czasami odstawianie silnych leków wymaga nadzoru lekarza. Podobnie jest z delirium, które bywa śmiertelne. Niekiedy odtrucie jest niezbędne. A jeśli ten ktoś mimo wszystko odmawia, dobrze, by poinformował bliską osobę, że jest w procesie odstawiania, tak by w razie potrzeby ta osoba mogła zareagować, na przykład wezwać karetkę. Nie trzeba iść do psychoterapeuty, ale przyznanie się do bezradności jest częścią zdrowienia i porzucania nałogu. Jeśli ktoś upiera się, że ma kontrolę nad substancją, to bardzo możliwe, że tym samym potwierdza silne uzależnienie. To tak zwany system dumy i kontroli. Osoba uzależniona tkwi w iluzji, że kontroluje substancję lub zachowanie, bo potrafi na określony czas się od nich powstrzymać. Niektórzy robią sobie okres abstynencji, tydzień nie piją, nie oglądają pornografii, tym samym udowadniają sobie, że wszystko z nimi w porządku. Tymczasem gdy minie czas, na który się ze sobą umówili, wracają do uzależnienia.

Co utrudnia zdrowienie?
Często zaburzenie osobowości, które oznacza konieczność odreagowań. Taka osoba nie radzi sobie na przykład z wyrażaniem złości w konstruktywny sposób. Tłumi ją, przetrzymuje, a później prowadzi samochód z nadmierną prędkością albo wypije alkohol, albo skrzywdzi innych. Osoby z zaburzeniami osobowości często się uzależniają, a gdy podejmują leczenie, zazwyczaj idzie im dobrze, dopóki pozostają w systemie leczenia. Jednak gdy kończy się pobyt w ośrodku odwykowym albo terapia, człowiek wraca do nałogu.

Dlatego, że zaburzenie osobowości nie zostało wyleczone?
Tak. Dotyczy to na przykład osób uzależnionych od alkoholu, które stają się zależne od leczenia się z alkoholizmu. Nie piją, ale nie potrafią funkcjonować poza leczeniem. Nauczają, „ewangelizują”, nie można ich zaprosić na imprezę, bo mówią wciąż o skutkach picia. Podłożem tych trudności jest zaburzenie osobowości, a uzależnienie jest jednym z symptomów, i jest wtórne. Zaburzenie osobowości zmusza ich do trzymania się określonego systemu, ramy, gdyż nie potrafią jej stworzyć wewnątrz.

Rozumiem, że osoba z zaburzeniem osobowości, która leczy się z uzależnienia, może chodzić na terapię, a później iść do baru na kielicha.
Albo na orgię czy po narkotyki. Tak, to właśnie odreagowanie, zwane też „acting-out”, wynikające z braku możliwości wyrażenia trudności i emocji wprost. Terapia może pobudzać silne emocje. Taka osoba przytakuje, wszystko rozumie, twierdzi, że terapia jest świetna, ale musi ją odreagować, pogłębiając uzależnienie. Tymczasem celem jest umiejętność oglądania uczuć wtedy, gdy powstają, adresowanie ich i wyrażanie bezpośrednio, a nie po czasie, na przykład w barze. W tym pomaga odpowiednia diagnoza i psychoterapia.

Jakie przekonania ukrywają osoby uzależnione?
Wizję świata, w której nie można na nikogo liczyć, a inni ludzie są zagrażający. To często efekt trudnych doświadczeń. Dla tych osób jedyną ochroną przed bólem jest zaprzeczanie rzeczywistości, utwierdzanie się w tym, że wszyscy, łącznie z terapeutami, są źli.

Jak rozpoznać u siebie albo bliskiej osoby początki uzależnienia?
Już sama myśl o tym, że ja lub bliska osoba jest uzależniona, bywa niepokojącą wskazówką. Inną sprawą są powtarzające się kłótnie dotyczące określonej substancji albo zachowania. Ktoś mówi bliskiej osobie, że jest zaniepokojony tym, ile tamta pije. W zdrowej relacji można o tym porozmawiać, przyjrzeć się, skąd pochodzi ta wątpliwość. Reakcja w postaci złości, furii albo skrajnego zamknięcia się sugeruje uzależnienie. Podobnie ukrywanie się z określonym zachowaniem lub substancją.

Co jest najskuteczniejsze w radzeniu sobie z uzależnieniem?
To jak z szukaniem Świętego Graala – wizja, że muszę tylko to coś odnaleźć, bywa kusząca... Poza decyzją o rzuceniu nałogu i pragnieniem życia w wolności, pomocne będzie wsparcie. To jak biżuteria złożona z mnóstwa koralików. Wychodzenie z uzależnienia porównuję do nawlekania tych koralików na nici, czyli dyscyplinę i stałą, mozolną, ale przynoszącą satysfakcję pracę.

Natalia Jurys, psycholożka, psychoterapeutka, certyfikowana specjalistka terapii uzależnień, rekomendowana trenerka II stopnia Polskiego Tow. Psychologicznego. Prowadzi psychoterapię dla dorosłych i młodzieży oraz konsultacje wychowawczo-rozwojowe dla rodziców, www.psychoterapia-poznan.org.

  1. Psychologia

Lęk przed porażką - pokonaj go w 20 krokach

Praca z lękiem pozwala go skutecznie oswoić. (Fot. iStock)
Praca z lękiem pozwala go skutecznie oswoić. (Fot. iStock)
Lęk przed porażką potrafi być dokuczliwy. Zdarza się, że uniemożliwia normalne funkcjonowanie. Okazuje się jednak, że można go oswoić.

Hans Morschitzky, austriacki psycholog i psychoterapeuta, opracował program 20 kroków, które pomogą ci zdobyć umiejętności lepszego obchodzenia się ze strachem przed niepowodzeniem. Zwróć uwagę na te, które w szczególności ciebie dotyczą. Jeśli w którymś punkcie zobaczysz głębszy problem, z którym nie jesteś w stanie się zmierzyć, zastanów się, czy nie potrzebujesz pomocy specjalisty. Uświadomienie sobie tego, to już jest coś. Program ten może sprawić, że spojrzysz na swoje problemy z innego punktu widzenia.

Krok 1 - Nie myśl i nie mów „muszę”, myśl i mów „chcę”

W ten sposób zwiększysz swoją motywację do działania. Motywuj się atrakcyjnymi celami. Łatwiej osiągniesz sukces, kierując się wewnętrznymi potrzebami. Gdy motywacja do dokonania czegoś wypływa z nas samych, rozczarowania i niepowodzenia nie są w stanie odciągnąć nas od wyznaczonego celu. Jesteśmy silniejsi.

Krok 2 - Lęk przed porażką zamień na nadzieję na sukces

Zaprogramuj się na sukces. Jest różnica w nastawieniu się na uniknięcie porażki a na dążeniu do sukcesu. Nie myśl jednak o nim ciągle, skup się na bieżących zadaniach. W ten sposób w swojej podświadomości skrócisz drogę do zwycięstwa.

Krok 3 - Stawiaj sobie realistyczne cele

Do sukcesu dochodź stopniowo. Wyznaczaj sobie małe odcinki do pokonania. Planując sobie cele nierzeczywiste, tylko prowokujesz porażkę.

Krok 4 - Formułuj pozytywne cele

Mów to, co chcesz, a nie to czego nie chcesz. Jeśli mówisz sobie: „Nie chcę myśleć o różowym słoniu”, widzisz ich całe stado. W naszej głowie powstają obrazy, które działają na nasze ciało. Ograniczaj słowo „nie”. Nie myśl: „Żebym się tylko nie zdenerwowała”, raczej „Będę spokojna”.

Krok 5  - Wizualizuj swój sukces

Nie ma w tym żadnej magii, to trening mentalny. Jeśli będziesz wyobrażała sobie, że zdasz egzamin, myśli te skłonią cię do uczenia się. Katastroficzne wizje tylko paraliżują.

Krok 6 - Żyj tu i teraz

Nie marnuj chwili. Skoncentruj się na tym, co aktualnie robisz. Nie myśl o kilku rzeczach jednocześnie. Zrezygnuj zwłaszcza z negatywnych myśli o przeszłości i przyszłości.

Krok 7  - Skoncentruj się na zadaniu i na sobie

Zastanów się, co cię rozprasza i wyeliminuj ten czynnik. Może inni ludzie, może nadmiar zadań. Ważniejsze jest to, co wewnętrzne, niż to co zewnętrzne. Bądź sobą, nie stój „obok siebie”, bo wtedy tracisz „lekkość istnienia”. Pozwól, żeby twoje działania cię pochłonęły. Takie stany „przepływu” sprawiają, że nasze myśli i uczucia stanowią jedność i popychają nas do skutecznego działania. Jesteśmy efektywni.

Krok 8- Działaj w sposób celowy

Zaplanuj sobie konkretne czynności, stwórz program działań. Wystrzegaj się pustych deklaracji i nieskoordynowanych ruchów. Rozpoczynaj od tego, co cię najbardziej inspiruje i sprawia przyjemność. Nagradzaj się za wykonane zadania.

Krok 9 - Pamiętaj o swoich sukcesach, nie porażkach

Rozpamiętywanie tych ostatnich do niczego dobrego cię nie doprowadzi, a na pewno nie do zwycięstwa. Wyświetlaj sobie wewnętrzny film o swoich osiągnięciach. Zastanawiaj się, dlaczego tak świetnie sobie wtedy poradziłaś, przywołaj smak sukcesu. Włączaj tą kasetę, gdy skrada się lęk przed porażką.

Krok 10 - Przyjmij, że możesz popełnić błąd

Na błędach można się uczyć. Staraj się je traktować z humorem. Błędy i porażki można potraktować jak stopnie, po których się wspinasz. Wykaż tolerancję na lęk przed niepowodzeniem. Oswój go, a nie będzie taki groźny. Energię lęku można wykorzystać do sensownych przemian. Wtedy przestaje paraliżować i można się skupić na celach.

Krok 11 - Umocnij swoje poczucie własnej wartości

To jest klucz do każdego sukcesu. Miej wiarę w swoje umiejętności. Zaprzyjaźnij się ze sobą. Zaknebluj wewnętrznego krytyka. Gdy tego nie zrobisz, będziesz podatna na krytykę otoczenia. Naucz się doceniać samego siebie. Może pewnych rzeczy nie potrafisz robić, nie we wszystkim jesteś dobra, ale każdy nosi w sobie możliwości rozwoju. Co potrafisz robić dobrze, jakie umiejętności posiadasz, co stanowi o wartości twojej osoby?

Krok 12 - Działaj zamiast narzekać

Bądź aktywna, kształtuj swoje życie. Ważne jest, jak traktujesz codzienne zadania. Czy wierzysz, że masz nad nimi kontrolę? Pamiętaj, że zawsze masz wybór. Można zostać ale można też odejść. Nie podporządkowuj się zbiegom okoliczności, nie chowaj się za rolą ofiary. Jeżeli myślisz, że życie byłoby piękne, gdyby nie okoliczności, zmień takie myślenie, bo ono do niczego nie doprowadzi. Zacznij zmieniać najpierw to, co niezbędne. Rozwiń w sobie odwagę, by zacząć od nowa.

Krok 13 -Dodawaj sobie otuchy

Prowadź ze sobą pozytywny wewnętrzny dialog, zachęcaj samego siebie. Nie dołuj się, nie besztaj. Rozmawiaj ze sobą w taki sposób, w jaki chciałbyś żeby inni ludzie z tobą rozmawiali. Prowadź ze sobą rozmowy miłe i budujące. Potraktuj siebie jako najważniejszego partnera do rozmów. Dialogi wewnętrzne dają sprawność umysłową.

Krok 14 - Zmierz się ze swoim lękiem

Nie uciekaj przed tym, co cię obciąża. Wyobraź sobie, co by było, gdyby stało się to najgorsze. Zastanów się, na ile jest to prawdopodobne. Przeanalizuj jak „tu i teraz” można uniknąć katastrofy, zminimalizować ryzyko. Spróbuj racjonalizować lęk. Gdy nadal cię paraliżuje, poddaj mu się. Twoja akceptacja odbierze lękowi całą władzę, ponieważ przestaniesz się już go bać. Skup się na chwilowych odczuciach, symptomach strachu, a zobaczysz że słabną. Od konfrontacji przejdź do komunikacji. Porozmawiaj z lękiem. Podziękuj mu, że doprowadził cię do tego punktu i zakomunikuj, że już nie odciągnie cię od zamierzonych celów.

Krok 15 - Dbaj o szczerość

Bądź autentyczna, spontaniczna. Nie graj przed sobą i innymi nieprawdziwej roli. To odbiera siły.

Krok 16 - Zachowaj właściwe proporcje między pracą a odpoczynkiem.

Tylko w ten sposób będziesz wydajna. Nieprzerwana praca wyniszcza. Wypracuj sobie rytm życia i dokonywania czegoś, który jest dla ciebie dobry. Oscyluj regularnie między napięciem a odprężeniem.

Krok 17 - Naucz się odprężać fizycznie

Wybierz coś dla siebie z technik relaksacyjnych. Skutkiem takich ćwiczeń powinna być umiejętność pozbywania się napięcia, eliminowania czynników wywołujących stres. Jeśli jesteś odprężona, lęk nie ma do ciebie łatwego dostępu.

Krok 18 - Zrezygnuj z nadmiernych aspiracji

Unikaj przerostu ambicji i ustawiania poprzeczki za wysoko. W przeciwnym razie dopadnie cię syndrom wypalenia zawodowego.

Krok 19 - Kieruj się zdrowym egoizmem

Nie staraj się być odpowiedzialna za wszystkich i za wszystko. Pomagaj innym ludziom, ale pamiętaj, że to oni sami odpowiadają za swoje postępowanie. Zatroszcz się o swoje własne zadania.

Krok 20 - Popracuj nad umiejętnościami społecznymi

Umiejętność autoprezentacji i asertywność to ważne cechy. Naucz się umiejętnie eksponować swoje kompetencje. Nie sprzedawaj siebie poniżej swojej wartości.