1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Gluten – moda czy realne zagrożenie?

Gluten – moda czy realne zagrożenie?

Gluten to białko, które powstaje, gdy łączymy mąkę w z wodą podczas robienia ciasta. (Fot. iStock)
Gluten to białko, które powstaje, gdy łączymy mąkę w z wodą podczas robienia ciasta. (Fot. iStock)
Czym jest gluten, komu może zaszkodzić i skąd bierze się jego rosnąca z każdym rokiem popularność? To moda czy realne zagrożenie? Dr Joanna Rachtan-Janicka, dietetyk i specjalistka od diety dla chorych na celiakię, mówi, że ludzi, którym gluten szkodzi, żyje na całym świecie około trzech procent. Ale stosujących dietę bezglutenową jest znacznie, znacznie więcej i cały czas ich przybywa. Należą do nich ci, którym wydaje się, że jedząc posiłki bez glutenu, np. schudną. I nie zdają sobie sprawy, że stosując na własną rękę taką dietę, mogą sobie poważnie zaszkodzić.

Dziś o glutenie wiemy znacznie więcej niż jeszcze 30-40 lat temu – potrafimy chorych na celiakię precyzyjniej i wcześniej zdiagnozować, wiemy już, że nie jest to tylko choroba wieku dziecięcego, a trwa przez całe życie, że można na nią zachorować nawet po osiemdziesiątce.

Tę wrażliwość na gluten można sobie wmówić. W 2011 r. zespół naukowców pod kierunkiem prof. Jessiki Biesiekierski z La Trobe University w Australii przebadał grupę pacjentów zdrowych, bez celiakii, podając im dietę zawierającą gluten i dietę go pozbawioną. Okazało się, że uczestnicy badania mieli bardzo negatywne objawy po spożyciu glutenu – bóle brzucha, wzdęcia, problemy z wypróżnianiem, a także złe samopoczucie.

Wywołało to wielkie poruszenie w świecie naukowym – uznano, że mamy nareszcie wiążący dowód na szkodliwość glutenu dla wszystkich, nie tylko pacjentów z celiakią. Mnóstwo osób zaczęło wykluczać gluten z diety, bo twierdziły, że jak go odstawiają, od razu czują się lepiej, chudną, poprawia im się nastrój, nie czują się osowiali ani przemęczeni itd. Z upływem czasu rodziło się coraz więcej wątpliwości, czy to rzeczywiście wykluczenie glutenu tak dobroczynnie zadziałało na badanych. Zaczęto mówić o tzw. efekcie nocebo – jeśli dostajemy jakiś produkt i słyszymy, że może on nam zaszkodzić, to jest dość prawdopodobne że będziemy się po nim źle czuli i uznamy że faktycznie nam ten produkt szkodzi.

Przeprowadzano mnóstwo badań, m.in. w Stanach Zjednoczonych, i okazało się że pacjenci, którzy twierdzili, że na pewno mają nadwrażliwość na gluten, nie odczuwali żadnych negatywnych objawów po podaniu im zamaskowanym próbek żywności z glutenem. W końcu zespół pani prof. Biesiekierski powtórzył swoje badania, ale zostały udoskonalone, a metodykę poprawiono. I tym razem otrzymano wyniki podobne do tych, które opublikowali uczeni ze Stanów. Za drugim razem udało się uniknąć efektu nocebo.

O wpływie glutenu na nasze zdrowie rozmawiamy z dr Joanną Rachtan-Janicką, dietetyk i specjalistką od diety dla chorych na celiakię.

Jeżeli wyłuskam ziarno pszenicy z kłosa i je zjem, to nie zjadam glutenu?
Tak naprawdę szkodliwymi dla jelit składnikami są komponenty, składniki glutenu zawarte w ziarnie: gliadyna z pszenicy, sekalina z żyta i hordeina z jęczmienia. To ich spożycie może spowodować uszkodzenie jelita cienkiego. W pszenicy gliadyna stanowi około 70 procent wszystkich białek, sekalina w życie od 30 do 50 procent, a hordeina w jęczmieniu blisko 50 procent. Jednak jeśli w końcowym produkcie, czyli takim, który trafi a do rąk konsumenta, zawartość glutenu jest mniejsza niż 20 cząsteczek na milion, to możemy przyjąć, że dany produkt nie będzie szkodliwy. A gdy ten poziom został przekroczony, bardzo prawdopodobne, że wywoła objawy choroby u osoby chorej.

Jedna bułka...
A nawet jeden opłatek, komunikant, na pewno spowoduje objawy choroby. Jeśli zjemy ziarno z kłosa, to te poszczególne frakcje białek, komponenty glutenu już tam są, więc wywołują chorobę. Natomiast „glutenem” nazywamy kompleks tych białek, które powstają dopiero w środowisku wodnym w czasie miesienia ciasta. Aby powstał gluten, białka muszą zostać połączone w środowisku wodnym.

I mimo że mają trzy różne nazwy w tych trzech różnych zbożach...
...to produkt końcowy nazywamy glutenem. Najwięcej tych toksycznych białek zawiera pszenica, potem żyto, a najmniej jęczmień. Są też inne zboża, które dają białka lepkie o właściwościach glutenu, czyli takie, które nadają spoistość i zwartość ciastu i zapewnią mu lepsze napowietrzenie, porowatość, taką którą lubimy, gdy czujemy, że chleb jest przyjemnie miękki. Te białka występują w owsie i w kukurydzy, i tylko te dwa nie są toksyczne – to jest awenina z owsa i zeina z kukurydzy.

Toksyczne, czyli trujące dla każdego?
Tylko dla wąskiej grupy osób, które mają ku temu specjalne predyspozycje genetyczne. Ale nie dla ogółu populacji. Ludzie przeciętnie zjadają w ciągu doby od 10 do kilkudziesięciu gramów czystego glutenu. I to nie powoduje u większości z nas żadnych negatywnych objawów. Nikt, ani technolog, dietetyk, ani lekarz nie traktuje glutenu z założenia jako substancji szkodliwej.

Jak duża grupa ludzi ma uczulenie na gluten?
Przyjmuje się, że na świecie jest maksymalnie do 30, 40 procent osób, które mają genetyczne predyspozycje do wystąpienia celiakii lub choroby Duhringa.

To dużo.
Te liczby dotyczą tylko osób z predyspozycjami. Ale z tej dość dużej grupy zaledwie około 3 procent stanowią osoby, na które gluten może działać szkodliwie.

To, że mam predyspozycje, wcale nie znaczy, że gluten mi zaszkodzi?
Tak. Można być nosicielem genów, ale dopiero w pewnych specyficznych okolicznościach ten szkodliwy efekt glutenu może się objawić. Dlatego u osób czy w rodzinach, w których występuje celiakia, zaleca się wszystkim członkom z pierwszym stopniem pokrewieństwa, czyli rodzeństwu, rodzicom, dzieciom, wykonanie badania zgodności tkankowej w genach HLA-DQ2, HLA-DQ8, by sprawdzić, czy są ich nosicielem. Może być tak, że rodzice są nosicielami, ale nigdy nie doświadczą żadnych szkodliwych objawów dla zdrowia, a dziecko będzie chorowało.

Czyli nosiciel nie musi się całkowicie wystrzegać spożywania produktów z glutenem?
Nie. Zalecone jest jednak, by nosiciel raz w roku wykonywał badania sprawdzające.

Bo ten gen może się to uaktywnić?
Może. I to się może uaktywnić w każdym momencie życia – u dziecka, przy pierwszym kontakcie z glutenem, np. w ramach rozszerzania diety, ale także znacznie później. U jednej z moich pacjentek choroba uaktywniła się w wieku 85 lat...

Co się dzieje, kiedy taka osoba zje bułkę pszenną? Co to powoduje?
Objawy mogą być bardzo różne. Dawniej typowe symptomy wiązały się z tłuszczowymi stolcami, cuchnącymi, bo na skutek zmian w jelicie występuje problem z wchłanianiem tłuszczu. Takie stolce trudno spłukuje się muszli klozetowej. Dziecko może być niskorosłe, nie rozwija się prawidłowo. Często pojawiała się anemia, którą bardzo trudno wyleczyć. Publikacje naukowe z lat 60. i 70. obfitują w ilustracje przedstawiające dzieci, które mają wydęty brzuszek i skórę wiszącą na pośladkach, co kojarzy się z dziećmi niedożywionymi. Teraz dziecko z takimi objawami lekarz może spotkać raz w życiu.

Czym jest gluten?

To białko, które powstaje, gdy łączymy mąkę w z wodą podczas robienia ciasta. Gluten ma specyficzne właściwości teksturotwórcze, czyli nadające odpowiednią konsystencję produktom, do których jest dodawany.

  • Ludzie przeciętnie zjadają w ciągu doby od 10 do kilkudziesięciu gramów czystego glutenu. I to nie powoduje u większości z nas żadnych negatywnych objawów. Nikt, ani technolog, dietetyk, ani lekarz nie traktuje glutenu z założenia jako substancji szkodliwej.
  • Jeśli pacjent dostaje jakiś produkt i słyszy, że po jego spożyciu mogą wystąpić negatywne objawy, to gdy wystąpi złe samopoczucie, automatycznie uzna, że to wina glutenu. To najogólniej nazywamy efektem nocebo.
  • Dieta powinna być zbilansowana, by skutkiem jej stosowania nie były niedobory pokarmowe. Często osoby, które same podejmują decyzję o wyłączeniu glutenu, bez diagnozy medycznej, licząc np. na to ze schudną, szukają informacji o tym, jak się odżywiać, w internecie. I po jakimś czasie takie osoby zaczynają cierpieć na zaparcia, problemy z krążeniem, z osteoporozą, niedokrwistość, bo wykluczają liczne składniki odżywcze z diety, nie zastępując ich innymi produktami, bezpiecznymi w tej diecie.

Dr inż. Joanna Rachtan-Janicka, specjalistka żywienia człowieka, dietetyk, nauczyciel akademicki i pracownik naukowy Wydziału Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji SGGW w Warszawie. Członek Polskiego Towarzystwa Dietetyki oraz Polskiego Towarzystwa Nauk Żywieniowych. Zajmuje się badaniami poszerzającymi wiedzę w zakresie epidemiologii i patogenezy alergii pokarmowej u niemowląt. Szczególną uwagę zwraca na sposób żywienia i problem suplementacji diety kobiet w ciąży i w okresie laktacji oraz znaczenie karmienia naturalnego dla rozwoju układu odpornościowego i nerwowego niemowląt. Uczestniczy w badaniach i dietoterapii pacjentów z celiakią i stosujących dietę bezglutenową oraz zajmuje się profilaktyką i leczeniem nadwagi i otyłości u dzieci i młodzieży.

Jeść czy nie jeść? Krystyna Naszkowska Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Marzec Miesiącem Świadomości Raka Jelita Grubego – rusza ogólnopolska kampania „Nie miej tego gdzieś”

Korzystajmy z badań profilaktycznych, które oferuje nam współczesna medycyna (Ilustr.: mat. pras.)
Korzystajmy z badań profilaktycznych, które oferuje nam współczesna medycyna (Ilustr.: mat. pras.)
Na raka jelita grubego każdego dnia umierają w Polsce 33 osoby. Dlaczego aż tyle? – Z powodu zbyt późnego wykrywania choroby. – Musimy zacząć się badać, bo wczesne wykrycie raka jelita grubego to niemal stuprocentowa możliwość wyleczenia go – mówi Iga Rawicka, wiceprezes Fundacji EuropaColon Polska. Rak jelita grubego jest trzecim najczęściej występującym nowotworem wśród mężczyzn i drugim wśród kobiet.

Raka jelita grubego można łatwo zdiagnozować, jednak często jest on wykrywany w stadium zaawansowanym. Polacy zwykle idą do lekarza dopiero, kiedy czują poważne dolegliwości. Warto pamiętać, że rak jelita grubego może rozwijać się bez żadnych objawów (nawet przez 10 lat). Tymczasem jego wczesne wykrycie daje dużą szansę na wyleczenie.

Żeby rozpoznać raka jelita grubego wystarczy jedno badanie, jakim jest kolonoskopia. Niestety Polacy boją się tego badania – mówi prof. Jarosław Reguła kierownik Kliniki Gastroenterologii Onkologicznej Narodowego Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie oraz Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego w Warszawie.

Od 2000 r. w Polsce funkcjonuje bezpłatny, finansowany przez Ministerstwo Zdrowia program przesiewowej kolonoskopii. Zaproszenie do wykonania badania wysyłane jest do osób powyżej 55 roku życia. Jak wygląda odzew? – Aktualnie na zaproszenie odpowiada zaledwie 17 proc. Dla porównania na zaproszenie do innego rodzaju badania przesiewowego (test na krew utajoną w stolcu) w Niderlandach, Słowenii, kraju Basków czy Belgii zgłasza się około 70 proc. osób, a w krajach skandynawskich nawet do 80 proc.

- W ankiecie przeprowadzonej wśród osób, które nie skorzystały z zaproszenia na zaproszenie i nie zgłosiły się na badanie przesiewowe, wiele odpowiedziało, że nie ma objawów, więc nie widzi potrzeby, żeby się badać. Tymczasem badania profilaktyczne powinno się wykonywać zanim jakiekolwiek objawy się pojawią. Bo polipy, z których najczęściej powstaje rak, a także sam rak we wczesnym stadium, przez wiele lat przebiegają bezobjawowo – mówi prof. Reguła, który uważa też, że główną przyczyną takich statystyk jest wciąż jeszcze niewystarczająca świadomość i poziom edukacji społeczeństwa.

Inna grupa ankietowanych deklaruje z kolei, że nie chce poddać się kolonoskopii z obawy przed bólem podczas badania lub uważają, że badanie jest krępujące. Eksperci podkreślają jednak, że opinie te od dawna mają charakter mitów, bo większość badanych może skorzystać ze znieczulenia, a personel medyczny jest wyszkolony tak, by zminimalizować nieprzyjemne wrażenia pacjentów.

Kolejnym powodem może być potraktowanie tematu jako pewnego tabu: – Nie czujemy się komfortowo rozmawiając o biegunkach, zaparciach, krwawieniu z odbytu, bólach brzucha, osłabieniu czy zmęczeniu. Ale musimy pokonać wstyd, bo to on nas zabija – mówi Iga Rawicka, z Fundacji EuropaColon Polska, organizator kampanii „Nie miej tego gdzieś. Wszystko na temat raka jelita grubego”.

Kampania nieprzypadkowo ruszyła w marcu – jest to miesiąc, który Parlament Europejski w 2008 roku ustanowił „Miesiącem Świadomości Raka Jelita Grubego”.

Prof. Jarosław Reguła i dr hab. n. med. Barbara Radecka będą w trakcie kampanii „Nie miej tego gdzieś” wyjaśniać tematy związane z profilaktyką i leczeniem raka jelita grubego. Prof. Jarosław Reguła i dr hab. n. med. Barbara Radecka będą w trakcie kampanii „Nie miej tego gdzieś” wyjaśniać tematy związane z profilaktyką i leczeniem raka jelita grubego.

Warto poznać historię swojej rodziny, bo około 10 procent wszystkich nowotworów to nowotwory dziedziczne. Pamiętajmy jednak, że przyczyna powstawania pozostałych 90 procent nowotworów wiąże się z czynnikami niezależnymi od dziedziczenia. Zła dieta, otyłość, brak ruchu, nadużywanie alkoholu i palenie papierosów. Wszystko to podwyższa ryzyko zachorowania na raka jelita grubego – mówi Iga Rawicka.

– Zależność między otyłością a ryzykiem zachorowania na wszystkie nowotwory, nie tylko jelita, jest wprost proporcjonalna. Im większe BMI tym większe ryzyko zachorowania. Dlatego zdrowa dieta, aktywność fizyczna, rezygnacja z papierosów i alkoholu, są czynnikami kluczowymi dla naszego zdrowia – podkreśla prof. Jarosław Reguła.

Fundacja EuropaColon Polska organizując kampanię „Nie miej tego gdzieś”, chce zwrócić uwagę na problem lekceważenia przez Polaków ryzyka zachorowania na raka jelita grubego. Dr hab. med. Barbara Radecka z Opolskiego Centrum Onkologii podkreśla, że rak jelita grubego należy do nowotworów, które rozwijają się powoli, a jego rozwojowi można zapobiec we wczesnej fazie.

– Niemal każdy rak jelita grubego był kiedyś małym polipem. Taki polip nie daje o sobie znać. Podczas profilaktycznej kolonoskopii może on jednak zostać znaleziony, a co więcej - usunięty. Możemy więc w łatwy sposób zapobiec rozwojowi raka – mówi dr Radecka. Dodaje, że skuteczność leczenia raka jelita grubego (mierzona m.in. odsetkiem osób przeżywających 5 lat od rozpoznania choroby) na świecie i w Polsce systematycznie się poprawia. Wyniki leczenia zależą przede wszystkim od zaawansowania choroby w chwili jej rozpoznania. Wczesne wykrycie to szansa na pełne wyleczenie. – Spośród pacjentów, u których rozpoznajemy chorobę we wczesnym stadium i stosujemy radykalne leczenie, pięć lat przeżywa 80-90 procent. Natomiast spośród osób, u których rozpoznajemy raka z przerzutami, tylko 10 do 20 procent. To ogromna różnica! – podkreśla dr Radecka.

Kampania „Nie miej tego gdzieś. Wszystko na temat raka jelita grubego” będzie się też koncentrować na innych kwestiach, związanych z podniesieniem skuteczności leczenia pacjentów z zaawansowanym rakiem jelita grubego. W Kampanii nie zabraknie porad ekspertów zajmujących się żywieniem, jak dr n. med. Aleksandry Kapały, autorki książki „Dieta w chorobie onkologicznej” czy porad psychoonkologów. Wszystkie te informacje – przydatne zarówno dla pacjentów, ich bliskich i opiekunów, jak i osób, które chcą zadbać o swoje zdrowie, będą sukcesywnie publikowane na stronie kampanii. W ramach kampanii zaplanowano też otwarte dla wszystkich zainteresowanych spotkania online z ekspertami na profilach społecznościowych Fundacji EuropaColon Polska. Partnerem wspierającym Kampanię jest firma Pierre Fabre Medicament Polska. Kampania ma potrwać do końca 2021 roku, a jej główne odsłony zaplanowane są na marzec oraz wrzesień - 27 września przypada Światowy Dzień Przerzutowego Raka Jelita Grubego. Patronat nad kampanią objął Narodowy Instytut Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie, Państwowy Instytut Badawczy.

  1. Psychologia

Stres Polaków - najnowsze sondaże

Badania przeprowadzone we wrześniu 2020 roku wykazały, że najsilniejszym źródłem stresu dla Polaków jest pandemia koronawirusa, następnie sytuacja gospodarcza w kraju i/lub na świecie oraz problemy zdrowotne swoje bądź bliskich, a także niepewność finansowa. (Fot. iStock)
Badania przeprowadzone we wrześniu 2020 roku wykazały, że najsilniejszym źródłem stresu dla Polaków jest pandemia koronawirusa, następnie sytuacja gospodarcza w kraju i/lub na świecie oraz problemy zdrowotne swoje bądź bliskich, a także niepewność finansowa. (Fot. iStock)
„Na tym świecie pewne są tylko śmierć i podatki” – twierdził w końcu XVIII wieku Benjamin Franklin. Maksymę jednego z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych można by dziś rozwinąć o jeszcze jedno słowo: stres. 

Przez minione lata w sondażach na temat stresu Polacy regularnie wskazywali pracę jako najsilniejsze źródło stresu, a jako kolejne – zwykle problemy domowe i niepewność finansową. Jednak badanie przeprowadzone we wrześniu 2020 roku przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie marki Sanprobi przyniosło zmianę lidera. Na pierwsze miejsce trafiła pandemia koronawirusa (48 proc. respondentów), na następne: sytuacja gospodarcza w kraju i/lub na świecie oraz problemy zdrowotne swoje bądź bliskich osób (obie odpowiedzi wybrało po 33 proc. uczestników badania), a także niepewność finansowa z minimalnie niższym wynikiem (32 proc.). Wszystkie one mają zresztą wspólny mianownik: COVID-19.

Walka z cieniem

Stres to mechanizm fizjologiczny wynikający z przystosowania ewolucyjnego do ryzyka, jakie napotykał człowiek. W sytuacji niebezpieczeństw realnych, takich jak atak obcego plemienia czy konfrontacja z groźnym zwierzęciem, mobilizował organizm do nadzwyczajnej efektywności i pozwalał przeżyć, zwykle dzięki ucieczce (bo to najbardziej ekonomiczna z punktu widzenia ewolucji reakcja), czasami po zwycięskiej walce. W każdym razie wiązało się to z intensywną aktywnością fizyczną, która pozwalała spalać tzw. hormony stresu. Czas przeszły jest w pełni uzasadniony, ponieważ dzisiaj boimy się zupełnie czego innego. Wspomniane źródła lęków: pandemia, gospodarka, stan zdrowia i finanse – są po pierwsze niematerialne, więc walka z nimi jest mocno enigmatyczna, po drugie: globalne i nie ma przed nimi dokąd uciec. A po trzecie, na tyle długotrwałe, że nie pozwalają organizmowi wrócić do biologicznej równowagi. A stres przewlekły jest zgubny dla zdrowia. „Prowadzi do wyczerpania rezerw organizmu i staje się przyczyną licznych chorób: od zaburzeń snu, zmęczenia, braku energii, pogorszenia pamięci, trudności w skupianiu się, przez zaburzenia psychiczne, hormonalne, metaboliczne i immunologiczne, po spadek odporności, chorobę wrzodową, miażdżycę naczyń tętniczych i schorzenia z autoagresji” – przestrzega dr hab. n. med. Ernest Kuchar, Kliniki Pediatrii z Oddziałem Obserwacyjnym na WUM.

Tylko spokojnie

To wszystko nie oznacza jednak, że jesteśmy bezradni. Owszem, samodzielnie nie powstrzymamy pandemii, nie załatamy dziury budżetowej ani nie uzdrowimy chorych. Ale – jakkolwiek nieprzekonująco to dziś brzmi –  związane z tym lęki miną. I niestety pojawią się inne. To znowu nie negatywna stymulacja, a jedynie stwierdzenie faktu, który prowadzi do wniosku, że nie mamy wpływu na to, co dzieje się wokół nas. Jednak na to, co w nas – jak najbardziej!

Wszystko jest względne, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, zależy jak na to spojrzeć... Te, i kilka innych stwierdzeń można ująć pod wspólnym hasłem „kwestia perspektywy”, co w naszym wywodzie o stresie oznacza, że możemy nim zarządzać. W przytoczonym już badaniu na zlecenie marki Sanprobi Polacy deklarują, że umieją to robić, jednak odpowiedź na pytanie: jak? – wskazuje raczej na myślenie życzeniowe. Joanna Chatizow, prezes Zarządu Stowarzyszenia Aktywnie Przeciwko Depresji, komentuje to następująco: „tylko 33 proc. badanych stosuje jakiekolwiek techniki radzenia sobie ze stresem, chociaż większość uważa, że potrafi sobie z nim poradzić. Niestety, rozładowywanie napięcia bywa czasem bardziej destrukcyjne niż sam stres – dla 20 proc. ankietowanych jest to palenie papierosów, dla 19 proc. picie alkoholu, 15 proc. zajada stres niezdrowymi produktami, a 2 proc. przyznało się do zażywania narkotyków. Natomiast najzdrowszym, najefektywniejszym i najbardziej dostępnym sposobem rozładowywania napięcia jest uprawianie sportu, co wskazało, niestety, tylko 22 proc. badanych”.

Uprawianie sportu, a szerzej regularna aktywność fizyczna to jeden z filarów zdrowego stylu życia, który według raportu przygotowanego w Kanadzie już blisko 50 lat temu w ponad 50 proc. wpływa na stan naszego zdrowia. Poza nią ważne są m.in. prawidłowe odżywianie, regeneracja i techniki radzenia sobie ze stresem, co przywołuje nas znowu do sedna tematu.

Porozmawiajmy o jelitach

Układ nerwowy jelit został opisany jako drugi mózg na samym początku XX wieku, ale odkrycie to trafiło oficjalnie do świata naukowego dopiero 90 lat później wraz z publikacją amerykańskiego neurobiologa prof. Michaela Gershona. Od tej pory badania na temat  wpływu mikroflory na dobrostan człowieka potoczyły się szybko, a w 2008 roku Narodowy Instytut Zdrowia Stanów Zjednoczonych rozpoczął projekt Human Microbiom Project. W ramach kampanii edukacyjnej „Psychobiotyki – przez żołądek do mózgu” Joanna Chatizow wyjaśnia, że od tego czasu przeprowadzono wiele badań klinicznych, które dowiodły, że zaburzenia mikrobioty mogą wywoływać zmiany nastroju i zachowania, natomiast stres może zaburzać prawidłowy stan mikroflory jelitowej. Jak się okazało, dobre efekty, nawet u osób z rozpoznaniem depresji, przynosi stosowanie probiotyków. Wśród nich wyróżniono te, które korzystnie wpływają na zdrowie psychiczne – tzw. psychobiotyki. To żywe bakterie, które regulują oś mózgowo-jelitową, wpływając na układ nerwowy,  immunologiczny i dokrewny.

Wpółczesna nauka potwierdza to, co Hipokrates zalecał już w I w. p.n.e.: Niech pożywienie będzie lekarstwem, a lekarstwo pożywieniem!

  1. Zdrowie

Czy wiesz, co jesz? Poznaj podstawowe zasady zdrowego odżywiania

Jeśli chcesz zadbać o zdrowie swoje i swoich bliskich, zacznij od świadomego kupowania produktów spożywczych. (fot. iStock)
Jeśli chcesz zadbać o zdrowie swoje i swoich bliskich, zacznij od świadomego kupowania produktów spożywczych. (fot. iStock)
Wielu ludzi uważa, że wiedzą, jak się zdrowo odżywiać, znają się na dietach i dietetyce, pomimo że zasady żywienia poznają głównie za pośrednictwem mediów.

Zdrowe odżywianie stało się modne, więc na każdym kroku spotykamy się z  reklamami, w których znane osoby wychwalają niesamowite właściwości odżywcze różnych produkowanych masowo artykułów. Ponieważ media wciąż cieszą się dużym zaufaniem, często wpadamy w  pułapkę reklam, wierząc, że przemysłowo wytwarzane soki, jogurty, margaryny, zupy instant, oleje, wędliny, majonezy, batoniki to najlepsze rzeczy, jakie możemy sobie wyobrazić. Do tego dochodzą reklamy leków i  suplementów diety, które zgodnie z  oświadczeniami producentów zapewniają nam zupełną bezkarność – możemy jeść właściwie wszystko, pod warunkiem że będziemy zażywać odpowiedni suplement wspomagający np. pracę wątroby. Niestety, w  realnym życiu tak nie jest. Gdyby te reklamy były prawdziwe, nie istniałyby choroby ani problemy z nadwagą i otyłością. Prawda jest jednak taka, że dając się skusić obietnicom łatwego życia, szybkiego spadku masy ciała, zachowania zdrowia albo poprawy samopoczucia, dajemy się zwieść. W  dużych ilościach te produkty mogą okazać się szkodliwe dla zdrowia.

Zrób to sam

Najlepsze jedzenie to takie, które przyrządzimy samodzielnie ze świeżych, dobrej jakości półproduktów, których droga od producenta do naszej kuchni jest najkrótsza. Jeśli chcemy być zdrowi, na co dzień powinniśmy omijać półki sklepowe z  produktami przetworzonymi i  unikać jedzenia fast foodów. Wiele moich pacjentek jest przerażonych, kiedy podczas pierwszych konsultacji dochodzą do wniosku, że właściwie nie wiadomo, co jeść, bo wszystko, co do tej pory jadły i czym karmiły swoją rodzinę, jest niezdrowe. Ale aż tak źle na szczęście nie jest. Wystarczy poznać parę zasad robienia zakupów – jedna z takich podstawowych umiejętności to czytanie etykiet, aby uniknąć popełniania najpoważniejszych błędów.

Szczególną czujność zalecam, kiedy mamy do czynienia z  pięknie opakowanym produktem. Bardzo często atrakcyjne opakowanie idzie w parze ze skomplikowaną technologią produkcji, która znajduje odzwierciedlenie w liście trudnych do wymówienia nazw chemicznych, wypisanych na etykiecie. I  to powinna być już pierwsza wskazówka – jeżeli nie potrafisz rozszyfrować nazw składników produktu, po prostu pozostaw go w sklepie! Producenci zapewniają nas, że te składniki znajdują się na liście dozwolonych dodatków do żywności, ale nie wiemy, jakie ilości tych substancji przyswajamy i w jakim stopniu właśnie nam mogą zaszkodzić.

Co jest w środku?

Bardzo uczulam na pięknie wybarwione sztucznymi barwnikami produkty, które cieszą oczy i  przyciągają wzrok – jest to oczywista manipulacja. Jej ofiarami mają paść przede wszystkim dzieci. Niestety, te piękne kolory to syntetyczne dodatki, które wzmagają zachowania nadaktywne, wywołują alergie, stwarzają ryzyko zachorowania na raka. I tak barwnik E129, czyli czerwień allura – zakazana w  niektórych krajach, takich jak Belgia, Szwajcaria, Australia czy Norwegia – może nasilać objawy astmy i wywoływać nadpobudliwość psychoruchową u dzieci. Niestety, sklepy spożywcze często nie ułatwiają rodzicom życia i  umieszczają te łakocie w  najbardziej widocznym miejscu, czyli na poziomie wzroku dziecka. Dlatego radzę, żeby na zakupy wybierać się bez dzieci. I  pamiętajcie, by NIGDY nie nagradzać dziecka słodyczami! Otrzymując je jako nagrodę, np. za dobre zachowanie, dziecko zaczyna myśleć, że cukierki są bardziej wartościowe niż inne posiłki.

Słodycze to poza barwnikami głównie cukier. Wszyscy już wiedzą, że cukier szkodzi i  wiedzą o  tym także producenci, którzy wykorzystują naszą niepełną wiedzę o  składnikach przetworzonej żywności. Na etykietach widzimy napis: „zero cukru”, myślimy „OK”. Ale zamiast niego używane są sztuczne substancje słodzące, takie jak na przykład aspartam. Dodaje się go do ponad 6 tys. produktów spożywczych i  środków farmakologicznych. Znajdziemy go w  słodkich napojach typu light, ale także w zwykłych napojach, sokach oraz w jogurtach, płatkach śniadaniowych czy gumach do żucia. Jest też składnikiem leków, a  swoją popularność zawdzięcza naturalnej słodyczy. Według badań jest aż 200 razy słodszy od cukru, a  przy tym nie dostarcza kalorii. Na tym jednak jego zalety się kończą. Aspartam (E951) stanowi przyczynę 75 proc. niepożądanych reakcji na dodatki do żywności, zgłaszanych do amerykańskiego Urzędu ds. Leków i  Żywności, takich jak bóle głowy, pogorszenie samopoczucia, skurcze mięśni, przybieranie na wadze, depresje, bezsenność, zaburzenia wzroku, wysypki, utrata słuchu, trudności w oddychaniu, napady apopleksji, nowotwory. Ale jak tu żyć bez słodyczy?

Zamiast kolorowych napojów przyzwyczajajmy dzieci do picia wody z dodatkiem cytryny i  miodu. Dużo zdrowszym rozwiązaniem będzie również sporządzenie soku samodzielnie w domu ze świeżych owoców. Odrobina miodu powinna sprawić, że dziecko będzie przepadało za takim koktajlem. Polecam pieczone jabłka, gruszki lub owocowe sałatki. Propozycją zdrowszą niż wysokokaloryczne desery będzie także sok owocowy 100-proc., zamrożony i  podany w  formie lizaka. Zamiast kupować lody, zróbmy sorbety.

Tak jak łatwo zastąpić cukier i  słodziki, tak też łatwo możemy zastąpić substancje wzmacniające smak, czyli na przykład kolejnego przestępcę chemicznego: glutaminian sodu. Znajdziemy go w kostkach rosołowych, zupkach i  potrawach instant, mieszankach przypraw, sosach i słoikach z  gotowymi daniami. Według badań długofalowe skutki częstego używania glutaminianu sodu to między innymi: nadpobudliwość, zaburzenia hormonalne, uszkodzenie siatkówki oka, zaburzenia przewodnictwa nerwowego i  wzrost ryzyka otyłości. Szczególnie niebezpieczny może okazać się dla osób na niego nadwrażliwych oraz dla astmatyków i dzieci. Glutaminian sodu występuje w produktach jako E621 – wzmacniacz smaku i  zapachu o aromacie grzybo- i  mięsopodobnym. Jak możemy go zastąpić? Zioła, zioła i  jeszcze raz zioła. Świeże mają niesamowity aromat, wzbogacają potrawy i wydobywają z  nich to, co najlepsze. Niech w  twoim domu nie zabraknie szałwii, która dzięki zawartości licznych związków aktywnych działa antydepresyjnie, antybakteryjnie, przeciwzapalnie i  antyseptycznie. Zawiera witaminy A, C, witaminy z grupy B, minerały, takie jak wapń, magnez, potas, sód, cynk i żelazo. Szałwia obfituje także w lotne olejki i  fitozwiązki, m.in. kwas rozmarynowy, kamforę, taniny i  flawonoidy. Miej też zawsze świeżą bazylię zawierającą antybakteryjny eugenol, który przeciwdziała skurczom brzucha, nudnościom i  biegunkom. Bazylia wspomaga pracę układu pokarmowego, działa przeciwpasożytniczo i  zapobiega wzdęciom.

Unikaj też produktów z długim terminem przydatności do spożycia, bo to oznacza, że użyto tam konserwantu, takiego jak np. benzoesan sodu (E211). Jest on stosowany między innymi w: napojach, sokach, przetworach, konserwach, deserach, przyprawach czy sosach. Przy większym stężeniu może powodować uwalnianie histaminy, a  co za tym idzie – objawy alergiczne. Związek ten w połączeniu z powszechnie występującym kwasem askorbinowym (witaminą C) tworzy benzen – substancję rakotwórczą. Ponadto badania wykazują związek spożycia benzoesanu ze wzrostem agresji i  nadpobudliwości u dzieci. Nie ma co ukrywać: robienie zakupów w dzisiejszych czasach to dosłownie rosyjska ruletka. Pamiętaj, że produkt spożywczy, który prawie nigdy się nie psuje i  zbyt pięknie wygląda, powinien być podejrzany – nie wystarczy czytanie etykiet, trzeba mieć po prostu wiedzę o tym, co nas odżywia, a  co truje. Co prawda trochę więcej czasu poświęcisz na robienie zakupów i  przygotowywanie posiłków, ale za to nie będziesz truć siebie i  swoich bliskich – to się naprawdę opłaca.

  1. Zdrowie

Naturalne sposoby na dobre trawienie

Od prawidłowego przebiegu procesów trawiennych zależy stan całego organizmu, a więc funkcjonowanie organów wewnętrznych, odporność, a nawet długość naszego życia. (Fot. iStock)
Od prawidłowego przebiegu procesów trawiennych zależy stan całego organizmu, a więc funkcjonowanie organów wewnętrznych, odporność, a nawet długość naszego życia. (Fot. iStock)
Coraz lepiej orientujemy się, jak duży wpływ na nasze życie ma właściwa dieta. Rzadziej jednak zdajemy sobie sprawę, że jeszcze większe znaczenie ma prawidłowy przebieg procesów trawiennych. Bez niego nie ma mowy o dobrym zdrowiu.

Dr Marek Bardadyn, naturoterapeuta

Problemy zaczynają się, gdy zawodzą naturalne mechanizmy regulujące wydzielanie soku żołądkowego, żółci i enzymów wytwarzanych przez trzustkę. Jeśli mamy do czynienia z ich nadmierną ilością (częsty efekt przewlekłego stresu i nieregularnego odżywiania), może dojść do stanu zapalnego żołądka, dwunastnicy i powstania wrzodów. Towarzyszy im zwykle zgaga, nadkwasota, bóle w okolicy żołądka.

Z kolei niedobór soków trawiennych wywołuje po posiłku wrażenie osłabienia, senności, ciężaru na żołądku i wzdęcia. Pamiętajmy, że nieprawidłowe trawienie może także wywołać egzemę, obrzęk brzucha i twarzy, chroniczne zmęczenie, skłonność do depresji, a także sprzyjać rozwojowi miażdżycy, cukrzycy i chorób jelita grubego. Pomocne w przywracaniu właściwego trawienia będą leki homeopatyczne. Jeśli kłopoty pojawią się po zbyt obfitym lub ciężkostrawnym jedzeniu, można doraźnie przyjąć Acidum phosphoricum. Osoby, które cierpią z powodu nadkwasoty, powinny sięgnąć po Argentum nitricum, które wspomoże także odchudzanie, zmniejszając apetyt. Chelidonium polecam, jeśli powodem problemów jest wątroba (mogą nas w tym utwierdzić pobolewania w prawym podżebrzu i gorzki smak w ustach). Z kolei Nux vomica pomaga w występujących na przemian stanach braku apetytu i napadach wilczego głodu, przewlekłych dolegliwościach żołądka i dwunastnicy oraz zaparciach. Dwa ostatnie leki, a także homeopatyczne krople żołądkowe doskonale usuwają oznaki niestrawności odczuwane po przejedzeniu.

Zioła zwieńczone różą

Łyżkę stołową mieszanki (po 50 g) ziela dziurawca, kwiatu rumianku, liścia babki lancetowatej i owocu róży zalewamy szklanką wrzątku i parzymy 20 minut. Zioła najlepiej wypijać zaraz po jedzeniu i pamiętać o ich regularnym stosowaniu.

Dr n. med. Ocz Batyn, specjalista chorób wewnętrznych i medycyny orientalnej

Od prawidłowego przebiegu procesów trawiennych zależy stan całego organizmu, a więc funkcjonowanie organów wewnętrznych, odporność, a nawet długość naszego życia. Ważna jest zwłaszcza kondycja jelit. Bywają nazywane naszym drugim mózgiem – są wyposażone w trzy razy większą liczbę neuronów niż rdzeń kręgowy. Wszelkie toksyny, jakie zalegają w jelitach, natychmiast przenikają także do tkanek nerwowych. Trzeba więc bardzo dbać o to, co się jada, i pilnować, by nie dochodziło do obstrukcji. Wybierajmy pożywienie nieprzetworzone i lekkostrawne. Polecam posiłki warzywne oraz owoce. Jedzmy powoli i każdy kęs wielokrotnie przeżuwajmy, co pozwoli działać enzymom zawartym w ślinie i da impuls do wytworzenia przez żołądek odpowiedniej ilości soków. Procesy trawienne oraz przemianę materii można wzmocnić, pijąc 2–3 razy dziennie niedosładzane kompoty (składniki na osobę).

Kompot selerowy − łodygę selera naciowego tniemy na centymetrowe kawałki, dodajemy garść roztartych rodzynek (wcześniej moczymy je w 2 szklankach ciepłej przegotowanej wody) i gotujemy do miękkości. Kompot z granatu − umyty owoc drobno kroimy i gotujemy wraz ze skórką i pestkami z dodatkiem 5 pokrojonych suszonych moreli. Kompot z gruszek − gotujemy owoc przygotowany jak wyżej z 5−6 suszonymi śliwkami.

Wpuść więcej powietrza

Niezwykle pomocne we wzmocnieniu trawienia są ćwiczenia oddechowe wykonywane przed posiłkiem  i po nim. Polegają na powolnym, rytmicznym oddychaniu przez usta. Powinny trwać ok. półtorej minuty. Dotlenimy w ten sposób błonę śluzową przewodu pokarmowego i lekko ją podrażnimy, co wpłynie stymulująco na procesy trawienne i metabolizm.

Dr Partap S. Chauhan, specjalista medycyny ajurwedyjskiej

Ajurweda nie mówi „jesteś tym, co jesz”, lecz „jesteś taki, jak trawisz”. Według niej nawet najlepsze i najświeższe pożywienie nie zapewni zdrowia, jeżeli nie zostanie prawidłowo strawione. Może stać się wręcz szkodliwe, jeśli jego nieprzetworzone resztki będą zalegać w jelitach. Dlatego tak ważne jest dbanie o ogień trawienny (agni), którego siedzibą jest żołądek. Wyróżnia się cztery stany agni: visamagni − niestabilny stan agni wynikający z wpływu vata: raz żołądek trawi dobrze, raz nie. Rozpoznamy go po wzdęciach, obstrukcjach, biegunkach, kolkach i burczeniu w jelitach; tikshagni − agni działa zbyt mocno, co przypisuje się nadmiarowi doszy pitta. Wtedy trawimy bardzo szybko i stale jesteśmy głodni. Dodatkowe symptomy to suchość w ustach, pieczenie w żołądku i nadmierne pragnienie; mandagni − agni działa na minimalnym poziomie, co jest charakterystyczne dla osób z nadmiarem doszy kapha. Trawienie nawet niewielkich ilości pożywienia odbywa się bardzo powoli. Pojawiają się też takie dolegliwości, jak nudności, wymioty, ciężkość w żołądku, ociężałość, kaszel, obłożony język i nadmierne wydzielanie śliny; samagni − agni jest normalne i stabilne, co jest efektem zrównoważenia dosz. Z łatwością trawimy pokarmy (o ile nasza dieta jest właściwa, a nasz organizm prawidłowo odżywiany).

Osiągnięcie samagni wymaga zmiany przyzwyczajeń żywieniowych. Menu powinno być oparte głównie na świeżych warzywach z ryżem basmati i dodatkiem ghee. Konieczne jest używanie przypraw: kminu indyjskiego, imbiru, czarnego pieprzu, kozieradki, kurkumy. Pokarmy powinny być ciepłe, jedzone bez pośpiechu tuż po ugotowaniu. Najlepsza pora na obiad to południe (siła agni jest największa). Przy każdym posiłku trzymajmy się zasady: 1/3 pokarmu stałego, 1/3 płynu, 1/3 powietrza (jemy tyle, by zostało miejsce w żołądku). Kolację należy spożywać co najmniej 2 godziny przed snem. Osobom mającym duże kłopoty z trawieniem polecam codzienne zażywanie środka o nazwie Triphala.

Na ogień trawiący

Herbatka z imbiru (świeżego lub suszonego) − pijemy ją rano, najlepiej na czczo – pobudza trawienie. Przegotowana ciepła woda − wypijamy po kilka łyków 3−4 szklanki w ciągu dnia – znakomicie oczyszcza i tonizuje. Mieszanka świeżego startego imbiru, soli morskiej i soku z cytryny zażyta bez popicia lub popita minimalną ilością wody natychmiast likwiduje dolegliwości po zjedzeniu ciężkostrawnej potrawy.

  1. Zdrowie

Jedzenie dla szczęścia

Komponujmy naszą dietę w taki sposób, żeby zadbać o wszystkie składniki potrzebne do optymalnego działania ciała. (Fot. iStock)
Komponujmy naszą dietę w taki sposób, żeby zadbać o wszystkie składniki potrzebne do optymalnego działania ciała. (Fot. iStock)
Czy to jest możliwe? Owszem! I już niemal słyszę ślinianki pracujące na myśl o chipsach, lodach i tortach bezowych. Tyle że ja wcale nie takie jedzenie mam na myśli…

Wszystko, co jemy, buduje nasze ciała i wchodzi w skład neuroprzekaźników, neurotransmiterów i różnych substancji, które odpowiadają za nasze zachowanie i samopoczucie. A te substancje, mają – na przykład – dać sygnał naszym nogom, żeby wskoczyły na drzewo, kiedy spotkamy dzika. Jeżeli nie dostarczymy jedzeniem komponentów do ich prawidłowej budowy, to może zastygniemy ze zdziwioną miną i wątpliwością, co zrobić. Albo… będziemy żyć w ciągłym strachu, z oczami dookoła głowy i na każdy szelest zareagujemy ucieczką. Ani jedno z tych rozwiązań nie jest dobre.

Skomponujmy zatem naszą dietę w taki sposób, żeby zadbać o wszystkie składniki potrzebne do optymalnego działania ciała. Tylko urozmaicone jedzenie to nam zapewni. Każdy owoc, każde ziarenko, każdy gatunek warzyw ma inne składniki. Wybierając różnorodną dietę, dostarczymy sobie najlepsze odżywienie z możliwych. I to jest jedno z zadań. Dla wsparcia układu nerwowego i mózgu. Jak to zrobić?

Zapisuj na karteczce każdy produkt, który jesz. Gdy sięgasz po niego w danym tygodniu, postaw przy nim kreskę, potem kolejną i następną. Jak więzień odliczający dni odsiadki.
I może się okazać, że ciągle jesz to samo. Wtedy warto pomyśleć o urozmaiceniu w obrębie tej samej grupy produktów, na przykład zamiast ciągle jeść płatki owsiane na śniadanie, kup jaglane albo orkiszowe – eksperymentuj.

W ten sposób, porównując to z kalendarzem sezonowości, zobaczysz też, czego brakuje w twojej diecie. Może jarmużu, kiełków, kiszonek, buraczków lub boczniaków? Dopisuj jak najwięcej produktów do swojej listy. Jeżeli chodzi o stały punkt programu, to pamiętaj o kwasach omega-3 i witaminie D3 – mają ogromne znaczenie dla naszego dobrego samopoczucia, więc akurat one niech z listy nie znikają.

Mówi się o tym, że mamy również drugi mózg. W brzuchu. Są nim jelita oraz bakterie, które w nich żyją. One też lubią różnorodność w diecie. Ale najpierw o tym, dlaczego piszę w ogóle o drugim mózgu.

Jelita oplata między innymi nerw błędny, który działa głównie w jednym kierunku – do mózgu. Przekazuje on sygnały z jelit wpływające na nasze samopoczucie. Ścisła wymiana informacji odbywa się także przez krew, która opłukuje jelita i odbiera substancje chemiczne, które następnie trafiają choćby do mózgu. Te sygnały to, ściślej rzecz ujmując, substancje chemiczne: hormony, chemokiny, cytokiny oraz produkty metabolizmu komórek bakteryjnych. Na to, jakie bakterie są w naszym przewodzie pokarmowym, mamy ogromny wpływ. To one później będą produkowały te miłe lub niemiłe odczucia. I nie (przepraszam) o wzdęciach i gazach teraz piszę, lecz o poczuciu spokoju i szczęścia albo nieznośnej ciężkości bytu.

Dobre bakterie bierzemy nie tylko z apteki. Przede wszystkim z otoczenia i z tego, co zjadamy. Z niedomytej marchewki wyrwanej z ziemi, ze zsiadłego mleka, kiszonek, pieczywa na zakwasie. Wdychamy je podczas spaceru w lesie. Potem powinniśmy o nie zadbać, karmiąc je warzywami, roślinami strączkowymi, razowym pieczywem, kaszami, ciemnym ryżem czy pełnoziarnistym makaronem. Warto podlać je dużą ilością wody i wzmocnić ruchem! Pamiętaj także, że służą im spokój i regularny sen. Należy o nie dbać, bo według badań zmiana mikrobioty w jelitach ma efekty zbliżone do farmakoterapii. Sprawmy sobie sami takie leki. Smaczne i niedrogie.