1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Rak wyzwala aktywność

Rak wyzwala aktywność

Fot. iStock
Fot. iStock
Zdrowemu wyda się to niedorzeczne, ale wielu chorych potrafi być wdzięcznych rakowi. Tak! Wdzięcznych. Za co? Za to, że wywołał rewolucję w ich życiu: kazał się zatrzymać, zwolnić tempo, wejrzeć w siebie i swój świat, a często wyzwolił całkiem nowe siły, dał kopa do innego niż dotąd działania i w konsekwencji otworzył nowy rozdział. Czasem choroba otwiera coś, bo, niestety, coś nieodwołalnie zamyka. Ale bywa, że to nowe ma nieocenioną wartość.

Chorzy mogą więcej – pokazał swego czasu spektakularnie młody Jaś Mela. Za nim ruszyli następni, również ci zmagający się z rakiem. Dziś wielu z nich idzie po wyczyn, spełnia swe najbardziej szalone marzenia i sięga po rzeczy, o których wcześniej nie śmieliby pomyśleć. Bo goni ich czas? Nie, bo goni on każdego z nas, tylko oni dostali dar uświadomienia sobie tego bardziej niż wszyscy.

Świat należy do nich

Choroba nie może skazywać człowieka na boczny tor. Z takiego założenia wyszli organizatorzy dwóch ważnych imprez: Onkorejsu oraz projektów Mont Blanc Expeditions, Kilimanjaro i Aconcagua. Jedni pchnęli pacjentów na wysoką morską falę, drudzy zaprosili do wspinaczki na najwyższe górskie szczyty. Ruszyli ze szpitalnych łóżek: ozdrowieńcy i pacjenci w trakcie terapii, kobiety i mężczyźni, w różnym wieku. Pokonali słabość i stereotypy na temat choroby. Osiągnęli cele. I kto im powie teraz, że świat nie należy do nich?

Onkorejs zainicjowała Magda Lesiewicz z Gdańska. Chorowała na raka piersi i pisząc bloga "HYPERLINK "http://wariatkowo-blog.blog.pl/" \t "_blank" Wariatkowo", zastanawiała się, jak nie oszaleć podczas choroby. Pomysł rejsu zrodził się przypadkowo, ale idealnie pasował do idei pokazania, że osoby po przejściach onkologicznych pozostają pełnosprawne w życiu. Powstała Fundacja Onkorejs – Wybieram Życie. Pozyskano jacht Zjawa. W pierwszą morską wyprawę – przerwaną po 30 dniach z powodu awarii – wypłynęły kobiety. To było w maju 2015 roku. Już z końcem lata kontynuowano rejs na Cobrze i Bavarii, a wcześniejszy falstart stał się symbolem niepoddawania się, także w chorobie i również wtedy, gdy leczenie nie przynosi rezultatu za pierwszym razem.

We wrześniu załoga dotarła do Visby, a po powrocie dziewczyny i kobiety (najstarsza po 60) zeszły z pokładu z nową świadomością siły swoich organizmów i jeszcze większą motywacją do walki o wyzdrowienie. Dokładnie o to chodziło organizatorom, którzy wyszli z założenia, że osoby, które pokonają lęk przed morzem, sztormem i chorobą morską, z większym spokojem podejdą do kolejnej chemioterapii i jej skutków ubocznych.

W maju tego roku do dyspozycji Onkorejsowiczów oddano samego Zawiszę Czarnego i drugi żaglowiec – Nest. Zaokrętowali się pacjentki i pacjenci. Popłynęli trasą Gdynia – Kłajpeda – Gdynia. I choć dawno zawinęli do portu, wciąż są na fali, skoro zorganizowali już w sierpniu Żeglowanie po lądzie, czyli Wielki Ogólnopolski Marsz – OnkoRejs Granicami Polski. Tym razem z planem przejścia w 7 dni, w 34 zespoły, dookoła całej Polski. A każda grupa miała za zadanie pokonać około 100 km. Łącznie, nie w jeden dzień.

Zdobywanie najwyższych szczytów np. Alp też wymaga rozłożenia na raty. Po 10 dni trwały wyprawy ekip z osobami po przebytym nowotworze w składzie, wyprawy na Mont Blanc. Pierwsza wyruszyła już w 2010 roku. W 2012 roku następni pacjenci poszli przez las tropikalny na Kilimandżaro, najwyższy szczyt Afryki. Potem wzięli na cel Aconcaguę. Pomysłodawczynią wypraw pod hasłem „Szczyty życia" jest Katarzyna Gulczyńska, założycielka Fundacji Pokonaj Raka. Sama wspina się od 2007 roku i dowiedziawszy się o chorobie nowotworowej bliskiej osoby, postanowiła, że następne wyprawy zadedykuje walce tej osoby z rakiem wg założenia: „za każdą chemię jeden szczyt”.

Kiedy zaczęła chodzić w góry z tą intencją, zauważyła wiele podobieństw między walką, jaką toczy pacjent pod kroplówką, do tej, która odbywa się podczas wysokogórskiej wspinaczki. Z czasem stworzyła fundację i zaraziła swoją pasją pacjentów. – Myślę, że dla każdego chorego prawdziwym Everestem jest pokonanie choroby. Cierpienie, jakie w życiu spada na nas, jest prowokacją. Uruchamia siłę, o jaką człowiek siebie nie podejrzewa. Dzisiaj już wiem, że ludzie, którzy zetknęli się z cierpieniem, często albo załamują się, albo robią rzeczy niemożliwe. Siła do walki w znacznym stopniu płynie z naszego nastawienia, pozytywnego myślenia. Choroba, podobnie jak góry czy trudności życiowe, jest środkiem, którym posługuje się świat, do naszego rozwoju. Celem zawsze jest człowiek, jego wnętrze. Najczęściej nie chodzi o to, aby wejść na szczyt, człowiek wspina się po to, aby stać się kimś lepszym. Choroba czy inny dramat to taki „przystanek” na drodze życia, który  niespodziewanie zatrzymuje nas w pędzie codzienności, pojawia się z pytaniem, czy nasze życie zmierza we właściwym kierunku i przynosi powód do odkrywania siebie na nowo. A kiedy uporządkujemy swoje myśli, określimy cel, jaki chcemy osiągnąć, wówczas już Nikt i Nic nie jest w stanie zawrócić nas z raz obranej drogi. Nowotwór może być drogą do nowego życia... życia wewnętrznego.

Stale na bombie

Rak zawsze jest trzęsieniem ziemi w życiu chorego i jego rodziny. A szczególnie gdy choruje dziecko. Gorzej może być chyba tylko w jednym przypadku: kiedy niemal od urodzenia, przez wiele lat, czeka się na nadejście tej choroby z pełną świadomością zagrożenia. Takie czekanie na wyrok jest udziałem grupy dzieci, którymi opiekuje się dr n. med. Beata Wolska-Kuśnierz – pediatra, immunolog i transplantolog kliniczny z Centrum Zdrowia Dziecka.

– Nasi pacjenci cierpią na bardzo rzadkie, czyli tzw. sieroce choroby – wrodzone niedobory odporności. Uwarunkowane genetycznie defekty układu immunologicznego manifestują się w różny sposób: od infekcji, poprzez choroby alergiczne, autoagresywne, zaburzenia rozwoju, po nowotwory takie jak chłoniak czy białaczka. Jedna z chorób, nazywana zespołem NBS, niesie 50-procentowe ryzyko zachorowania na raka, statystycznie przed 18. rokiem życia. A faktycznie pierwszy nowotwór rozpoznaje się u dziecka średnio w wieku 9-10 lat, a i wcześniej. Mamy pacjentów po przebytych już trzech chłoniakach. Innym przykładem wrodzonych niedoborów odporności, w których jest ogromne ryzyko choroby nowotworowej, są zespół Wiskott-Aldricha czy ataksja-teleangiektazja. Tak więc nierzadko zdiagnozowanie niedoboru odporności oznacza wyścig z rakiem, czyli siedzenie cały czas na bombie.

Podejrzenie zespołu NBS zwykle stawiane jest wkrótce po narodzinach, ze względu na zauważalne małogłowie, później widać też charakterystyczne rysy twarzy i zwykle nieznacznego stopnia upośledzenie umysłowe. Niemal każdy taki mały pacjent ma też specyficzny rys emocjonalny, te dzieci są bardzo radosne, ciepłe, fajne – mówi dr Wolska-Kuśnierz. Po ustaleniu rozpoznania dzieci pozostają pod stałą opieką wielu specjalistów przez całe życie. Ich słaby układ odporności wspomagamy przetoczeniami przeciwciał, monitorujemy powikłania infekcyjne, staramy się jak najwcześniej wykryć i leczyć nowotwory. Czasami na końcu tej długiej wspólnej drogi, niestety, przegrywamy.

Ratunkiem dla dzieci z wrodzonym brakiem odporności i zagrożonych rakiem może być przeszczep szpiku kostnego. Niestety, przeszczep wiąże się z możliwością powikłań, czasami bardzo poważnych. Dlatego decyzja o takiej formie leczenia jest podejmowana tylko wówczas, gdy potencjalne korzyści dla chorego są o wiele większe niż podejmowane ryzyko. W Polsce u około 150 pacjentów z pierwotnymi niedoborami odporności przeprowadzono przeszczepienie szpiku w ciągu ostatnich 19 lat. W zespole NBS również podejmowane są próby takiej formy leczenia, ale jeszcze za wcześnie, aby obiektywnie stwierdzić, czy ryzyko w tej konkretnej chorobie się opłaca.

Jak komiks

Jednym z podopiecznych  dr Wolskiejjest Dominik, po dwóch przeszczepach. Zmagania z chorobą wymagały od niego przebywania w izolacji. Młody chłopak odcięty od życia mógłby się załamać. A on zaczął rysować. Jako grafik samouk tworzył fantastyczny komiks o chorobie i walce z nią, w którym jedną z postaci jest groźny Scidion – symbolizujący ciężki złożony niedobór odporności, na jaki choruje Dominik. Fabularyzowaniem chorób zajmuje się również sama pani doktor, która współpracuje z Dominikiem w tworzeniu komiksu i broszurek dla pacjentów i rodziców, opowiadających w zbeletryzowany sposób o mechanizmach działania układu odporności i jego defektach.

– Dominik i jego postawa oraz pomysł na wyjście z zamknięcia poprzez rysunki były inspiracją do stworzenia fundacji Wymarzona Odporność – mówi dr Beata. – Chcieliśmy się połączyć pod wspólną banderą, bo na co dzień pacjenci i ich rodziny rozproszeni są po całym kraju i w swoim środowisku są kompletnie sami z problemem. Tak bardzo sami, że muszę ich uczyć, jak mają rozmawiać z lekarzami pierwszego kontaktu w swoich odległych stronach, bo lekarz pediatra nie musi znać się na tak nietypowych chorobach.

Od dwóch lat fundacja organizuje Immunozloty w Ośrodku Polanika w Górach Świętokrzyskich, dla chorych i ich rodzin.  W pierwszym roku przyjechało 140 osób, w tym – 260. Oprócz integracji kilkudniowy zlot daje szansę uczestnictwa w warsztatach psychologicznych, spotkaniach z lekarzami, ale przede wszystkim uczy – wzorem  Dominika rysownika – poszukiwania i rozwijania pasji, pozwalających uciec choć trochę od choroby. Co więcej, mobilizuje się pacjentów, mimo ich słabej odporności i ograniczeń, do aktywności sportowej.

Wymyślamy różne atrakcje i wydarzenia mające ucieszyć dzieciaki oraz rozerwać i odprężyć ich rodziców – mówi dr Wolska-Kuśnierz. – W tym roku odwiedził nas stylista fryzur Krzysztof Chodorski ze swoją ekipą, maniciurzystka z firmy Indigo i harleyowcy na ryczących maszynach. Były zabawy z klubem sportowym Sportteam i warsztaty plastyczne. Rodzice mogli posłuchać lekarzy, psychologów, a przede wszystkim wygadać się między sobą ze swoich trosk i obaw. Kilkunastu pacjentów zaprezentowało swoje pasje i osiągnięcia w prezentacjach m.in. tańca, baletu, śpiewu, rzeźbie, rysunkach, krótkich wykładach o lotnictwie, ewolucji człowieka, czy kolekcjonowaniu np. klocków czy figurek. Była to eksplozja pozytywnej energii, ale i łzy wzruszenia, bo chore dzieciaki potrafią docenić to, co mają, i cieszyć się każdą chwilą.

Wśród rodziców jest Ela Słocka, która jeszcze dwa lata temu była na zlocie z córką, Karoliną. Teraz przyjechała bez Niej, bo Karolina odeszła.

– Moja córka była – jak to mówimy w skrócie – NBS-ką. Przez 13 lat żyła pełnią życia, niedobory odporności nie dawały o sobie znać. Miewałam kłopoty z jej szkołą, kiedy trafiła do gimnazjum (w szkole podstawowej było rewelacyjnie), ponieważ te dzieci charakteryzują się minimalnym upośledzeniem i wymagają specjalnego podejścia, ale ze zdrowiem wszystko było w porządku. To ja latem 2014 roku miałam zdiagnozowany rak piersi, z którego zresztą, jak widać, wyszłam. Córka tymczasem cieszyła się dobrą formą.

Pełnia życia

Oczywiście wiedzieliśmy, co to jest za choroba NBS i jakie niesie ze sobą zagrożenia. Doktor Beata kilka lat wcześniej sugerowała rozważenie przeszczepu prewencyjnego. Jednak doszliśmy z mężem do wniosku, że chcemy, by Karolina cieszyła się pełnią życia. Przeszczep tego nie gwarantuje. Są różne powikłania, czasem konieczność ponownego przeszczepiania szpiku, a wtedy już stale siedzi się w szpitalach, przychodniach. Trudno o taką decyzję kiedy widzi się roześmianą nastolatkę w rozkwicie, biegającą z koleżankami na dyskoteki, zaczynającą malować rzęsy. Ryzykowaliśmy. Ale są przecież dzieci, które nie chorują poważnie, znam 38-latkę z NBS-em, ale bez innych konsekwencji. Poza tym taka jest natura: człowiek wie, że żyje na bombie, a jednak wypiera zagrożenie. Nas to nie spotka – myśleliśmy. Aż nadeszło.

We wrześniu 2014 roku Karolinka – nauczona, że codziennie się bada - wymacała sobie powiększone węzły pachwinowe.

– Byłam po pierwszym kursie chemii, w związku z moim nowotworem, kiedy zdiagnozowano bardzo rzadki typ chłoniaka u Karolinki i podano pierwszą chemioterapię. Po chemii, która nic nie wskórała, podano Karolinie sterydy, dzięki czemu weszła w remisję. I wtedy wrócił temat przeszczepu. Syn byłby najlepszym dawcą, ale jego antygeny nie były zgodne z Karolinką, więc znaleziono dawcę niespokrewnionego. Miesiąc później mąż, który akurat był przy Karolinie, zadzwonił z wiadomością, że przeszczep chyba się nie udał, bo spada chimeryzm, czyli zawartość przeszczepionego od dawcy szpiku w stosunku do resztek własnego. Osiwiałam w jeden dzień. Okazało się, że dopóki stosunek ten wynosi 70% do 30 – można żyć. Ale potem przyplątała się cytomegalia. Ten wirus dla zdrowego człowieka jest niczym, jednak u chorej córki robił spustoszenie: zaatakował oko, potem trzustkę. Karolina słabła, traciła chęć do życia.

Były trzy sytuacje, kiedy słyszeliśmy z mężem, że należy się liczyć z najgorszym. Jeszcze na ostatnie urodziny Karolinki udało mi się zrobić jej niespodziankę. Ponieważ moją szkolną koleżanką jest mama Macieja Musiała, poprosiłam, żeby ją odwiedził w szpitalu. To córkę wyrwało z letargu, jeszcze na trochę. Urodziny obchodziła 15 sierpnia, a pod koniec sierpnia dr Beata powiedziała nam, że leki przestają być skuteczne, więcej robią szkody niż pożytku. I żebyśmy się zastanowili, czy chcemy, żeby córka została w szpitalu. Zabraliśmy ją do domu, gdzie byliśmy wszyscy, my i jej ukochane psy.

Mama Karoliny

Kiedy Karolina zachorowała, pani Elżbieta zorganizowała akcję na rzecz pozyskania dawców szpiku, potem zebrała pieniądze na wygodne łóżko szpitalne, którego oddział immunologiczny nie miał. Uskładało się i na łóżko, i na nowo powstałą fundację, i na organizację kolejnego Immunozlotu, tego, na który pojechały jeszcze razem.

Dziś Ela Słocka jest jednym z filarów fundacji Wymarzona Odporność, działa nadal, bo spełnia to w jej przypadku funkcję antydepresantu. Chociaż – jak wyznaje – wcale nie jest z roku na rok łatwiej. Zwłaszcza że NBS-ki są do siebie podobne, więc serce jej się ściska, gdy widzi inne dzieci z tym charakterystycznym rysem. Mogła zamiast tego pójść do pracy, zmienić środowisko. Ale ona woli być tutaj potrzebna. Zna temat jak nikt. I sama odczuła, że fundacja to dla rodziców tych obciążonych dzieci koło ratunkowe, a dla wielu nawet więcej – rozumiejąca, wspierająca „rodzina zastępcza”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Dlaczego nie ma leku na raka?

Niezbędne jest połączenie doświadczeń medycyny holistycznej i konwencjonalnej w obszarze prewencji, jak też leczenia raka. (Fot. iStock)
Niezbędne jest połączenie doświadczeń medycyny holistycznej i konwencjonalnej w obszarze prewencji, jak też leczenia raka. (Fot. iStock)
Jak to możliwe, że przy takim postępie medycyny nie ma skutecznego leku na raka?  Gwen Olsen (nagrodzona Human Rights Award) twierdzi, że koncerny farmaceutyczne nie są zainteresowane znalezieniem go, a to one nadają kierunek służbie zdrowia. „Skomercjalizowana medycyna i farmacja więcej zarabiają na naszym chorowaniu niż na zdrowiu” – dodaje Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, autor książki „Być lekarzem, być pacjentem”. A jeśli tak jest, to jak dziś skutecznie leczyć się i dbać o zdrowie?

Postęp medycyny jest złudzeniem albo dzieje się coś złego, skoro rak wciąż zabija. Krytycy systemu leczenia twierdzą, że autorzy 80 proc. publikacji w prasie medycznej są związani z koncernami farmaceutycznymi. Czy więc mogą być obiektywni?
Zacznijmy od być może krzywdzącego dla medycyny i farmacji podejrzenia o złamanie świętej zasady: przede wszystkim nie szkodzić (z łac. Primum non nocere). A nawet o złą wolę i chęć szkodzenia. Prawdą jest, że logika systemu wolnorynkowego i cele funkcjonowania koncernów mogą rodzić podejrzenie, że zysk, a nie zdrowie czy inne dobro publiczne, stanowi wartość nadrzędną. W świecie konkurencji można łatwo, wręcz bezwolnie, ulec pokusie ignorowania tej wartości, jeśli stoi to w sprzeczności z zyskiem firmy. Dlatego punkty serwisowe nie apelują do producentów o zwiększenie bezawaryjności produktów. Na podobnej zasadzie wspierane przez korporacje instytuty naukowe mogą zdradzać skłonność do eliminowania badań nad tanimi i profilaktycznymi procedurami oraz prawdziwymi przyczynami chorób, zwłaszcza cywilizacyjnych. Ale mimo tych uwarunkowań systemowych nie można jednoznacznie przypisać medycynie i tzw. Big Pharmie złowrogich intencji. Z drugiej strony – trzeba uwolnić się od złudzenia, że rynek ma interes w tym, byśmy byli zdrowi. Z punktu widzenia chorujących komercjalizacja usług medycznych ani finansowanie tworzenia i wdrażania nowych leków przez zainteresowane zyskiem korporacje nie są dobrym pomysłem. Biznesowe myślenie musi skutkować m.in. kreowaniem popytu na leki i usługi medyczne. A popyt ten jest większy, gdy ludzie chorują. To oczywiste, że skomercjalizowana medycyna i farmacja więcej zarabiają na naszym chorowaniu niż na zdrowiu.

System jest chory i dlatego coraz częściej cierpimy na przewlekłe lub nieuleczalne choroby?
W pewnym sensie tak. Sądzę jednak, że najistotniejsza przyczyna kryzysu medycyny i służby zdrowia leży znacznie głębiej. Mam na myśli pokutujące w zbiorowej podświadomości lekarzy dogmatyczne przekonanie, że organizm ludzki jest materialną, wyodrębnioną  z otoczenia  autonomiczną maszyną. Dlatego także onkologia nie postrzega ciała, psychiki, ducha i środowiska człowieka jako jedności, którą tylko jako całość można zrozumieć i dzięki temu rozstrzygać, jaka konfiguracja i interferencja tych wszystkich czynników wyzwala chorobę. Na domiar złego medycyna reaguje na swój kryzys, usztywniając konserwatywny, ograniczający paradygmat, który jest powodem jej kryzysu. Tak można interpretować na przykład upartą wiarę w determinizm genetyczny. Ten powszechnie komunikowany pogląd ignoruje liczne dowody badawcze, wskazujące na fakt, że genotyp odpowiada jedynie za predyspozycję i może być modyfikowany przez wpływy środowiska biologicznego, społecznego, a także mentalnego, w których funkcjonuje organizm ludzki. Szczególnie uznanie wpływu środowiska mentalnego – innymi słowy psychiki – na ciało stanowi dla konwencjonalnej medycyny barierę trudną do przejścia. Tymczasem lęk przed genami jest dziś tak skutecznie promowany, że Angelina Jolie z powodu niekorzystnej genetycznej diagnozy kazała amputować sobie piersi. Trzeba mieć nadzieję, że taki sposób rozumienia profilaktyki onkologicznej się nie rozpowszechni. Jest on bowiem uznaniem porażki medycyny w zakresie profilaktyki rozumianej jako prawdziwe zapobieganie chorobie. Amputację zdrowych piersi Angeliny Jolie w najlepszym razie możemy uznać za – problematyczny zresztą – wybór mniejszego zła.

Dlaczego onkologia broni się przed szerszym spojrzeniem na przyczyny i metody leczenia chorych na nowotwory?
Z pewnością nie dlatego, że z wyrachowania chce zarabiać na ludzkim cierpieniu. Utknęła tylko w anachronicznym paradygmacie zakładającym, że świat, a w nim człowiek, to zbudowane z materii mechanizmy składające się ze współpracujących ze sobą części. W konsekwencji medycyna nieustannie się fragmentaryzuje i specjalizuje, traci z oczu obraz całości, gubi się w szczegółach i w coraz większym stopniu angażuje swój potencjał w leczenie skutków leczenia. Z czego wynika smutna konstatacja, że coraz rzadziej naprawdę pomaga.

Gdy leki zaleczają, a nie leczą lub mają wiele skutków ubocznych, potrzeba leków cały czas, także nowych leczących te skutki itd.
Ta sytuacja niewątpliwie zaprasza do działań szkodliwych z punktu widzenia ludzkiego zdrowia. Chyba czas najwyższy, by powstała jakaś niekomercyjna instytucja, powiedzmy, Narodowy Instytut Leków i Procedur Terapeutycznych nastawiony na poszukiwanie skutecznych leków i przyczynowo oddziałujących procedur, a nie osiąganie zysku. Znalezienie skutecznych procedur, a po części także leków, wymaga poważnego potraktowania przypuszczeń i wyników wcześniejszych badań, uprawdopodobniających tezę, że nasze kłopoty ze zdrowiem wynikają z konsumpcji żywności i wody o złej jakości, z zatrucia powietrza, nadmiaru szkodliwych substancji chemicznych obecnych w środkach czystości, w kosmetykach, w tkaninach, w opakowaniach żywności, farbach i w zanieczyszczeniu przestrzeni smogiem elektromagnetycznym (radio, TV, GSM, Internet, GPS itd.). Do tej listy należałoby też dodać poziom stresu i stan ludzkich umysłów, a szczególnie narastającą powszechność zaburzeń depresyjnych. Korelacje pomiędzy nasileniem się tych zjawisk a wzrostem zachorowań na raka są bowiem alarmujące. Jednak ogarnięcie tak skomplikowanej macierzy wpływów i ich ewentualnych wzajemnych oddziaływań wymagałoby powołania interdyscyplinarnych think tanków i instytutów badawczych finansowanych przez państwo lub niezależne fundacje. Nie trzeba też być przenikliwym prorokiem, by mieć prawie całkowitą pewność, że konkluzją takich badań byłoby wskazanie na pierwszorzędne znaczenie w etiologii raka czynników środowiskowych. A na to jedynym sensownym lekarstwem jest odtruwanie organizmu, odzyskiwanie naturalnej odporności, zdrowa żywność, ruch, redukcja stresu itd., czyli procedury, które proponuje medycyna holistyczna. W skali państwa oznaczałoby to rewolucję opartą na rządowym programie prawdziwej i skutecznej ekoprewencji chorób cywilizacyjnych.

Ta rewolucja miałaby na sztandarach to, co dziś lekarze konwencjonalni nazywają „zabobonem”, więc pewnie oni by jej nie poparli.
Niestety, konserwatywne, ograniczone, aroganckie i egoistyczne myślenie dominuje dzisiaj w wielu ludzkich głowach, a także instytucjach i środowiskach. Stanowi bowiem doskonały filtr chroniący przed dostrzeżeniem rozmiarów grożącej nam katastrofy i koniecznością radykalnej zmiany. Działania idące w dobrym kierunku wymagałyby kosztownych zmian w rolnictwie, w przemyśle spożywczym, w energetyce itd. To znaczy, że zyski wielu ludzi i korporacji znacznie by się ograniczyły, a wiele firm straciłoby rację bytu. W dodatku tak głębokie przekształcenia wymagałyby solidarnej i zdeterminowanej postawy wszystkich sił politycznych i zmiany świadomości elit z egocentrycznej na planetarną i solidarną. Na razie wydaje się to mało prawdopodobne. Tak więc nie pozostaje nic innego, tylko ratować się własnymi sposobami i na własny rachunek. Świadoma część społeczności już to robi: ucieka z miast pełnych smogu, szuka zdrowej żywności, docenia wypoczynek i czas na budowanie emocjonalnych więzi, ćwiczy, szuka alternatywnych, nierujnujących odporności sposobów wychodzenia z kryzysów zdrowotnych itd. Wśród nich są również „nawróceni” lekarze, którzy dostrzegli, że relacja między farmacją a medycyną się odwróciła. Że farmacja nie służy już medycynie, lecz medycyna służy farmacji jako pośrednik i sprzedawca. Takich lekarzy jest na szczęście coraz więcej, i to oni są solą w oku Big Pharmy, bo uczą realnej profilaktyki i propagują leczenie metodami naturalnymi, dokonując twórczej syntezy metod konwencjonalnych i naturalnych. Zapewne powoduje nimi autentyczne poczucie lekarskiej, uzdrowicielskiej misji. Dzięki temu mogą unieść ogromne wizerunkowe i zawodowe ryzyko. Bo jeśli lekarz alternatywny nie zdoła uratować chorego, natychmiast podnosi się potępiający krzyk całego środowiska. Przyzwolenie na niepowodzenia w kręgach medycyny konwencjonalnej jest bez porównania większe. Wystarczy trzymać się procedur, by być wolnym od zarzutów i mieć czyste sumienie – nawet jeśli odstępstwo od procedur mogłoby uratować życie. Wiara w procedury medycyny konwencjonalnej jest tak wielka i bezkrytyczna, że bez trudu przykrywa konformizm, niedouczenie czy brak wyobraźni. Z drugiej strony – rozwój rynku medycyny alternatywnej dowodzi, że coraz więcej ludzi dostrzega bezradność medycyny konwencjonalnej i poszukuje nowych dróg leczenia. To niełatwa i często samotna podróż pełna przeszkód i przeciwieństw. Oto przykład: Unia Europejska (Rozporządzeniem 1924/2006/WE) ograniczyła ostatnio swobodny obrót lekami i suplementami naturalnymi, nakładając na producentów obowiązek uzyskania kosztownych i czasochłonnych pozwoleń. W proteście przeciwko temu rozporządzeniu powstał m.in. Institut Pour la Protection de la Santé Naturelle [Instytut Obrony Zdrowia Naturalnego] broniący medycyny naturalnej. Zapewne powstanie też czarny rynek ziół i preparatów ziołowych.

Niezbędne jest połączenie doświadczeń medycyny holistycznej i konwencjonalnej w obszarze prewencji, jak też leczenia raka.

Ale jak to zrobić?
W sytuacji zbliżającej się pandemii nowotworowej już teraz trzeba się dogadywać. Trzeba zawiesić spory i choć medycyna konwencjonalna ma problem z uznawaniem tych terapii i procedur, których nie daje się wyjaśnić w kategoriach materialno-biochemicznych, to jednak zaakceptować wszystko, co pomaga i może pomóc. To wymaga odwagi stawiania niewygodnych pytań i wielkodusznej rezygnacji z ambicji i chwały własnej na rzecz skutecznego pomagania rakowaciejącej ludzkości. Skrajnie przepracowani onkolodzy, doświadczający śmierci pacjentów znacznie częściej niż wyleczeń, nie mogą leczyć bez wiary w słuszność tego, co robią. Potrzeba spójnego i ugruntowanego poglądu na stosowaną metodę terapii jest w takiej sytuacji ogromna. To zrozumiałe, że nie chce się wówczas słuchać o tym, że być może uratowałoby się kogoś, postępując inaczej. Tym bardziej że wielu udało się uratować, postępując zgodnie z doktryną. Sami pacjenci odpowiadają za wybór metody leczenia. Z reguły wybieramy lekarza posiadającego światopogląd zgodny z naszym. To dobrze. Bo tam, gdzie nasza wiara, tam większa szansa na wyleczenie. Szczególnie gdy jest wsparta wiarą lekarza. Tego placebo nie wolno wykluczać z gry o zdrowie.

Wojciech Eichelberger: psycholog i psychoterapeuta, ceniony trener i dyrektor Instytutu PsychoImmunologii, warszawskiego ośrodka psychoterapii, autor książki o medycynie „Być lekarzem, być pacjentem” i o rozwoju etycznym człowieka oraz biznesu „Quest”.

  1. Zdrowie

Polki nie robią badań cytologicznych!

Za rozwój stanów przedrakowych i raka szyjki macicy najczęściej odpowiedzialny jest wirus brodawczaka ludzkiego (HPV, human papilloma virus), przenoszony głównie poprzez kontakty seksualne. (fot. iStock)
Za rozwój stanów przedrakowych i raka szyjki macicy najczęściej odpowiedzialny jest wirus brodawczaka ludzkiego (HPV, human papilloma virus), przenoszony głównie poprzez kontakty seksualne. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Mamy w Polsce tendencję do spychania spraw zdrowotnych na dalszy plan. Dotyczy to nie tylko mężczyzn, ale również kobiet, do których kierowane są rozmaite kampanie zachęcające do badań profilaktycznych. Tymczasem, jak wynika z danych Narodowego Instytutu Onkologii, w 2020 roku zgłaszalność kobiet kwalifikujących się do badań przesiewowych spadła do 14 procent!

Jeśli porównamy się ze Skandynawią, gdzie odsetek zgłaszalności kobiet kwalifikujących się do badań przesiewowych wynosi średnio 70-80 proc. to sytuacja wygląda dość dramatycznie. Dotychczas w Polsce ten odsetek i tak był stosunkowo niski - wynosił zaledwie 30 proc. Ubiegły rok jednak, naznaczony pandemią koronawirusa, spowodował, że pacjentki odwoływały terminy wizyt.

W Polsce diagnozę raka szyjki macicy słyszy ponad 3 tys. kobiet rocznie. Odpowiednio wcześnie wykryty „RSM” (w fazie przedinwazyjnej) jest uleczalny. Niestety, według danych Krajowego Rejestru Nowotworów, w Polsce aż 40 proc. nowozdiagnozowanych przypadków raka szyjki macicy cechuje się wysokim stopniem zaawansowania, co daje już znikome szanse na wyleczenie.

Warto mieć na uwadze, że to właśnie cytologia jest badaniem, które pozwala wykryć raka szyjki macicy we wczesnym stadium. Jest więc badaniem „ratującym życie”. Komórki szyjki macicy można zbadać za pomocą cytologii klasycznej lub płynnej. W obu przypadkach od pacjentki pobierany jest wymaz.

- Cytologia jest badaniem przesiewowym. Ma na celu wyłonić pacjentki, które – z racji predyspozycji i czynników warunkujących ryzyko rozwoju nowotworu – powinny być objęte dokładniejszą obserwacją. Rak szyjki macicy to nowotwór, który rozwija się niekiedy latami. Można pokusić się o stwierdzenie, że to dobrze i źle zarazem. Z jednej strony, w przypadku pacjentki dbającej o profilaktykę, daje nam czas na odpowiednio wczesne podjęcie leczenia, z drugiej jednak strony – nie dający objawów, a rozwijający się już w szyjce macicy nowotwór, może uśpić czujność. W szczególności u kobiet, które unikają regularnych badań, będących przecież najważniejszym elementem profilaktyki.

Wszystkim moim pacjentkom przypominam, że rak nie poczeka, aż pandemia minie, a ryzyko zakażenia się koronawirusem w placówce, przy zachowaniu wszelkich środków ostrożności, nie jest wyższe, niż w jakimkolwiek innym publicznym miejscu. Nie lekceważmy zdrowia, bo cena może być zbyt wysoka.
apeluje lek. Ewelina Śliwka-Zapaśnik, ginekolog Grupy Lux Med. Lekarka wyjaśnia ponadto:

- Oba typy cytologii polegają na pobraniu wymazu. Sprawdza się w ten sposób obecność komórek przedrakowych lub rakowych zarówno z tarczy, jak i kanału szyjki macicy. Podczas rutynowej procedury komórki są delikatnie zdrapywane, a następnie badane pod kątem karcynogenezy, czyli nowotworzenia. W przypadku cytologii klasycznej, pobrany za pomocą przeznaczonej do tego szczoteczki wymaz, umieszcza się bezpośrednio na szkiełku. Podkreślam – szczoteczki, a nie patyczka. Ten bowiem może nie zebrać odpowiedniej ilości materiału niezbędnego do badania i zafałszować wynik. Preparat wysyła się następnie do laboratorium w celu przebadania na obecność nieprawidłowych komórek. Cytologia o podłożu płynnym (LBC - Liquid Based Cytology) jest bardziej czuła, daje bardziej wiarygodny obraz i zdecydowanie lepszą jakość uzyskanego preparatu do badania. Jest to cienka warstwa nienakładających się na siebie komórek, bez domieszki śluzu, krwi itd., które komplikują ocenę materiału pod mikroskopem. Przy umieszczaniu komórek na szkiełku łatwiej o błąd, np. nieprawidłowe rozprowadzenie czy nałożenie komórek. O zaletach tej metody mówi zarówno Polskie Towarzystwo Ginekologów i Położników, jak i Polskie Towarzystwo Patologów.

Polskie Towarzystwo Ginekologiczne rekomenduje wykonywanie cytologii raz w roku.

Źródło: materiały prasowe Grupy Lux Med

  1. Zwierciadło poleca

Rak jajnika: wcześniej wykrywać, leczyć najnowszymi metodami

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Szybsze wykrywanie choroby oraz wdrażanie właściwego leczenia, zarówno chirurgicznego jak farmakologicznego - to najpoważniejsze wyzwania w leczeniu raka jajnika, o których rozmawiano podczas XXV edycji warsztatów edukacyjno-informacyjnych „Quo Vadis Medicina?”. Eksperci wskazywali także, że konieczne jest również upowszechnienie badań genetycznych, które pozwalają wdrożyć nowoczesne leczenie systemowe.

W kontekście raka jajnika szczególnie istotny jest drugi cel Narodowej Strategii Onkologicznej, czyli zwiększenie wykrywalności nowotworów we wczesnych stadiach. Od początku 2021 roku rozpocznie się wdrażanie standardów i akredytacji badań patomorfologicznych. Jak podkreśla prof. Piotr Rutkowski, kierownik Kliniki Nowotworów Tkanek Miękkich, Kości i Czerniaków w Narodowym Instytucie Onkologii w Polsce, niestety od 2010 roku rośnie zapadalność na 7 głównych nowotworów, w tym raka jajnika, co prawda w zróżnicowanym tempie, ale trend jest bardzo niepokojący. Optymizmem może napawać fakt, iż równocześnie poprawia się przeżywalność pacjentów. Pandemia spowoduje jednak, że wskaźniki w 2020 roku ulegną pogorszeniu.

Kluczowa wczesna diagnoza

Rak jajnika występuje głównie w krajach wysokorozwiniętych, na półkuli północnej. Choroba atakuje głównie kobiety starsze, szczyt zachorowań przypada na wiek 60-80 lat, a więc w leczeniu trzeba się mierzyć z problemami zdrowotnymi typowymi dla osób starszych. W ostatnich kilkudziesięciu latach śmiertelność z powodu raka jajnika spada, ale bardzo powoli.

Każda kobieta jest narażona na około 1,5 proc. ryzyko  zachorowania na raka jajnika w ciągu całego życia. Rak jajnika stanowi około 3,7 proc wszystkich nowotworów u kobiet, ale już ponad 4 proc. przyczyn  zgonów z powodu nowotworów. Rak jajnika jest  wyzwaniem przede wszystkim dlatego, że w zdecydowanej większości przypadków choroba jest rozpoznawana w zaawansowanym stadium. Rocznie w Polsce rozpoznaje się ponad 3 tysiące przypadków raka jajnika, z czego większość chorych ma trzeci i czwarty stopień zaawansowania choroby w momencie diagnozy.

Nowotwór rozwijający się w jajniku nie ma żadnych barier anatomicznych, które by ograniczały jego rozprzestrzenianie się. Komórki nowotworowe mogą swobodnie przemieszczać się w jamie brzusznej tworząc wiele ognisk przerzutowych. Większość ekspertów szacuje, że nawet 80 procent nowych przypadków raka jajnika dotyczy choroby zaawansowanej w trzecim i czwartym stopniu. Czwarty stopień oznacza chorobę z przerzutami do licznych narządów. Rokowanie jest dobre tylko przy wykryciu choroby w pierwszym stopniu zaawansowania, natomiast w najwyższych stopniach zaawansowania perspektywa pięcioletniego przeżycia jest bardzo zła.

Przy zastosowaniu odpowiedniego leczenia pierwszej linii około 80 proc. chorych, nawet w trzecim stopniu zaawansowania, uzyskuje remisję, czyli cofnięcie się choroby. Pomimo to u osób, które osiągnęły remisję aż w 85 proc przypadków następuje nawrót. Dalszy przebieg nowotworu polega na kolejnych nawrotach, których może być kilka, a nawet kilkanaście w całym przebiegu choroby. Kolejne rzuty choroby pojawiają się coraz częściej, a choroba prowadzi stopniowo do upośledzenia sprawności ogólnej, wyniszczenia i ostatecznie śmierci. Bardzo rzadko pomimo wdrożonego leczenia udaje się pacjentkom przezwyciężyć tą chorobę.

Dla skutecznego leczenia decydujący jest moment diagnozy oraz szybkie podjęcie leczenia pierwszej linii. Poprawę rokowania możemy uzyskać poprzez wyższą ogólną świadomość, tak aby pacjentki szybciej rozpoznawały u siebie niepokojące symptomy i zgłaszały się z nimi do lekarza.

Diagnostyka molekularna dla każdej pacjentki

Rak jajnika jest  często związany z mutacją w genach BRCA1 i BRCA2. W Polsce mamy dostęp do diagnostyki tych mutacji, dlatego każda pacjentka powinna mieć wykonane badanie genetyczne. Stwierdzenie mutacji otwiera drogę do zastosowania nowych leków. Ważne jest również przeprowadzenie badania u osób spokrewnionych, by sprawdzić, czy rodzina pacjentki należy do grupy wysokiego ryzyka zachorowania.

Jak ważna dla skutecznego leczenia raka jajnika jest wczesna diagnostyka, zwłaszcza genetyczna, zwraca uwagę prof. Mariusz Bidziński, kierownik Kliniki Ginekologii Onkologicznej w Narodowym Instytucie Onkologii w Warszawie.

Badania genetyczne od kilku lat są już w Polsce finansowane w zakresie badań realizowanych przy diagnostyce raka jajnika. Badania są wykonywane u pacjentek ze świeżym rozpoznaniem podejmujących leczenie oraz na podstawie analizy materiału archiwalnego, czyli pobranego przed kilkoma laty. Wykryte mutacje w genach pozwalają zastosować nowoczesne terapie.

Mimo dostępnego finansowania, badań genetycznych wykonuje się zbyt mało. W 2018 roku na raka jajnika zachorowało w Polsce 3568 osób. Tymczasem w 2019 roku diagnostykę genetyczną wykonano jedynie u 490 hospitalizowanych osób oraz dodatkowo przebadano także ponad 430 próbek materiału archiwalnego.

Inhibitory PARP – innowacyjna terapia raka jajnika

Jak wskazuje prof. Paweł Blecharz, kierownik Kliniki Ginekologii Onkologicznej w krakowskim oddziale Narodowego Instytutu Onkologii, przyszłością leczenia raka jajnika jest nie tylko właściwe leczenie chirurgiczne, ale także leczenie systemowe. Ograniczenia chirurgii w leczeniu raka jajnika związane są z rozsianym charakterem nowotworu. Leczenie to należy uzupełnić leczeniem systemowym, by móc dotrzeć do każdej komórki nowotworowej i skutecznie leczyć chorobę.

W Polsce dostępne są terapie celowane - w programie lekowym od lat znajduje się np. bewacyzumab, ale nadal w ograniczonym zakresie wskazań - węższym niż tego potrzebują specjaliści leczący raka jajnika. Program lekowy nakłada także inne ograniczenia, jak np. kryteria włączenia do programu.

W najbliższych kilku latach postęp w leczeniu raka jajnika jest możliwy do osiągnięcia dzięki  inhibitorom PARP. Badania kliniczne przynoszą bardzo obiecujące rezultaty w leczeniu podtrzymującym, po chemioterapii zarówno w pierwszej linii jak i w leczeniu nawrotów.

Od niedawna jest zarejestrowany nowy inhibitor PARP, czyli niraparib. Badania wykazały jego skuteczność w leczeniu całej populacji, nie tylko chorych z mutacją genów BRCA1/2. Za jego przyczyną przed inhibitorami PARP otwierają się zatem nowe horyzonty - leczenia podtrzymującego zarówno w pierwszej jak i w kolejnych liniach terapii niezależnie od statusu mutacji. Redukcja ryzyka nawrotu u badanych osób z mutacją genową leczonych nowym inhibitorem osiągnęła  60 proc., a w całej populacji było to 30 proc.

Profesor Blecharz ocenia, że dzięki nowym metodom leczenia czas przeżycia chorych z rakiem jajnika będzie się wydłużać. Poprawi się także jakość życia chorych. Bardzo ważny jest wzrost świadomości tej choroby, budowanie czujności onkologicznej wśród potencjalnych pacjentek, tak aby leczenie można było rozpoczynać na wcześniejszym etapie rozwoju nowotworu.

Wpływ pandemii koronawirusa na diagnostykę chorób nowotworowych

Wykrycie choroby w późniejszym stadium zaawansowania powoduje, że szanse radykalnego wyleczenia są znacznie mniejsze. Tymczasem od kwietnia 2020 roku działania profilaktyczne prowadzone na poziomie POZ "właściwie zamarły" - podkreśla prof. Bidziński. Z powodu pandemii diagnostyka i ustalanie ścieżki leczenia przedłużają się ponad terminy zapisane w pakiecie onkologicznym. Z uwagi na brak specyficznych objawów raka jajnika u wielu chorych poszukiwania przyczyn dolegliwości trwają nawet rok, zanim zostanie wystawiona karta DiLO. Jednocześnie w 2020 roku wyraźnie obniżyła się liczba kart DiLO, co pokazują raporty Narodowego Instytutu Onkologii.

Dane wskazujące wyraźny spadek leczonych chorych w okresie pandemii sugerują, że w najbliższych miesiącach znacznie powiększy się liczba chorych zdiagnozowanych w  zaawansowanych stadiach klinicznych nowotworów. Dlatego - mówi prof. Mariusz Bidziński - konieczne jest opracowanie nowej strategii profilaktyki i wczesnego diagnozowania, a także upowszechnianie wiedzy o możliwościach wczesnej diagnozy choroby nawet w okresie pandemii.

Partnerem relacji z XXV warsztatów edukacyjno-informacyjnych „Quo Vadis Medicina?” jest

 

Wszystkie działania niepożądane produktów leczniczych należy zgłaszać do Departamentu Monitorowania Niepożądanych Działań Produktów Leczniczych Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, Al. Jerozolimskie 181C, 02-222 Warszawa, tel. (22) 492-13-01, fax (22) 492-13-09, zgodnie z zasadami monitorowani bezpieczeństwa produktów leczniczych lub do podmiotu odpowiedzialnego za produkt, którego zgłoszenie dotyczy. Formularz zgłoszenia niepożądanego działania produktu leczniczego dostępny jest na stronie Urzędu www.urpl.gov.pl.

GSK Commercial Sp. z o.o., ul. Rzymowskiego 53, 02 - 697 Warszawa, tel.: 22 576 90 00, fax: 22 576 90 01, pl.gsk.com.

NP-PL-NRP-PRSR-200009, grudzień 2020

  1. Styl Życia

Magdalena Król: "Pokonam raka"

Magdalena Król:
Magdalena Król: "Pokonam raka". (Fot. Wojtek Biały)
Profesor Magdalena Król nie ma nawet czterdziestki, a już dokonała przełomowego odkrycia. Wymyśliła, jak bezpiecznie dla zdrowych komórek dostarczyć lek do guza nowotworowego. Właśnie wypowiedziała wojnę glejakowi. Jeszcze nikomu nie udało się go pokonać. Ona jest o krok od zwycięstwa.

Styczniowy mroźny wieczór. Przed mikroskopem w warszawskiej SGGW siedzi młoda brunetka. W pokoju jest ciemno. Promienie światła monitora mikroskopu padają na jej skupioną twarz. Profesor Magdalena Król przygląda się, jak po ekranie pływają kolorowe komórki. Ale nic więcej się nie dzieje. Jej współpracownicy są zmęczeni i głodni, cały dzień przygotowywali materiał do badań. Trzeba jednak dokończyć doświadczenie, a to przeciąga się w nieskończoność. Jeden z młodych naukowców podstawia pod obiektyw kolejną szalkę. Profesor Król nie może uwierzyć w to, co widzi. A jednak stało się! Komórka odpornościowa podpływa do komórki nowotworowej i pompuje w nią to, co przed chwilą profesor do niej włożyła – białko. „Wow! Nikt wcześniej tego nie odkrył!” – cieszy się. Zmęczenie i głód gdzieś się ulotniły i zespół chce oglądać kolejne takie „pary” – makrofaga i komórkę nowotworową. „Pokonam raka!” – to wtedy, 8 stycznia 2015 roku, 34-letnia wówczas Magdalena Król pomyślała tak po raz pierwszy.

Córeczka tatusia

Nie marzyła o tym, żeby zostać naukowcem, nie mówiąc już o profesurze i szukaniu sposobu na raka. – Ta profesura to efekt uboczny mojej pasji i pracy – śmieje się. Od dziecka chciała być weterynarzem. Miała siedem lat, gdy rodzice kupili jej pierwszego psa. Paco był cudownym rottweilerem, mało jeszcze popularną rasą w Polsce, a co dopiero w rodzinnym Płocku. – Do dziś zachodzę w głowę, jak rodzice wpadli na pomysł, by małej dziewczynce kupić wielkiego psa – śmieje się Magda. Niestety, Paco okazał się chorowity. Mała Magda codziennie musiała chodzić z nim do pobliskiej lecznicy na kroplówki i zastrzyki. – To wtedy zrodziło się marzenie, że zostanę weterynarzem – wspomina. Pod koniec podstawówki zapragnęła mieć własną hodowlę psów. Surrealistyczne marzenie? – W domu byłam małą księżniczką. Jedyne dziecko, ukochana córeczka tatusia, który zgadzał się na wszystko – wyjaśnia. – Dobry, bezpieczny dom. Gdy wracałam ze szkoły, na stole czekał gorący obiad. Mama kończyła pracę o 15, jest główną księgową w płockim sanepidzie. Tata pracował dłużej, bo prowadzenie własnej firmy odbywa się bez limitu czasu. Kiedy z mieszkania w kamienicy przeprowadzili się do własnego domu z ogrodem, pojawił się drugi psiak – bouvier flandryjski, a właściwie śliczna dwuletnia bouvierka Gracja.

Biznes licealistki

Magda pamięta, jak Gracja urodziła pierwsze szczeniaki. Była szczęśliwa i dumna. Ale pracy przy psiakach było coraz więcej: kąpanie, strzyżenie, czesanie, zabawa, spacery, szkolenia, wystawy. – Chętni z całego świata czekali nawet dwa lata na szczeniaka. Ale też moje szczeniaki miały najlepsze geny, bo potrafiłam zamrożone nasienie ściągnąć ze Stanów – zdradza tajniki. – Miałam satysfakcję, gdy mój szczeniak, który wyjechał do Irlandii, został wicezwycięzcą świata, a moja własna sunia została Młodzieżowym Zwycięzcą Europy. W jej hodowli przyszło zresztą na świat wiele międzynarodowych czempionów. Kiedy Magda wyjechała na studia do Warszawy, hodowla spadła na głowę rodziców, aż w końcu trzeba było ją zamknąć. W 2006 roku dostała upragniony dyplom lekarza weterynarii. Praca w klinice okazała się ciężka i niewdzięczna. – To była lecznica całodobowa, pracowałam na czarno za 5 złotych za godzinę. Rano jechałam na uczelnię, a po 15 do kliniki, gdzie pracowałam do 3 nad ranem – i nocnym autobusem jechałam prosto do laboratorium, żeby coś zrobić przy mojej hodowli komórkowej – wspomina dawne czasy. „A więc tak ma wyglądać moje życie?”, myślała. Zamieniła wielką całodobową klinikę na małą osiedlową lecznicę. Nie chciała porzucać wymarzonego zawodu, więc jeszcze trzy lata walczyła z trudami codzienności weterynarza. Żeby utrzymać się w Warszawie, dodatkowo tłumaczyła książki weterynaryjne. I… robiła doktorat.

Rak – co to za twór?

Do lecznicy trafiało coraz więcej suk z rakiem sutka. Już w czasie studiów zastanawiała się, jak to się dzieje, że w naszym organizmie rozwija się twór, który wywodzi się z jego własnych komórek, ale nam szkodzi, a w dodatku nie jest rozpoznawalny przez układ odpornościowy. – Najgorsza była bezradność – mówi Magda. – Co trzeci zwierzak przychodził z rakiem. Widziałam ich cierpienie. Wiedziała, że doktorat poświęci nowotworom gruczołu sutkowego u suk. – Nie sądziłam, że praca naukowa tak bardzo mnie wciągnie – mówi prof. Król i dodaje, że na studiach wcale nie była orłem. Niektóre przedmioty, jak choroby pszczół czy ryb, w ogóle ją nie interesowały. Przyznaje się, że poprawkę miała też z biologii molekularnej, bo była pewna, że w życiu nie przyda jej się do niczego jakiś „PCR” czy „western blot” (metody stosowane w biologii molekularnej do wykrywania produktów określonych genów oraz białek), których dziś używa na co dzień. Tymczasem zafascynowały ją badania. – Może to po babci Zosi, mamie mojego taty, która była mikrobiologiem? – zastanawia się. – To była taka nowoczesna babcia jak na tamte czasy – miała własne laboratorium analiz medycznych i jeździła samochodem. Była kobietą w spodniach. Medyczną pasję miała po ojcu, Edmundzie Giedroyciu, z tych Giedroyciów, który studiował medycynę. Po śmierci swego ojca, czyli mojego prapradziadka, pradziadek musiał jednak rzucić studia i iść do pracy, żeby utrzymać rodzeństwo. Dziadek zaś był chemikiem i dyrektorem gorzelni.

Odkrycie warte Nobla

Po doktoracie Magda wyjechała na staż do Netherlands Cancer Institute w Amsterdamie – czołowego ośrodka, który zajmuje się nowotworami ludzkimi. – Wtedy zaczęłam prowadzić badania już nie tylko pod kątem zwierząt, lecz także ludzi. Nowotwór to nowotwór. Teraz badania też przecież prowadzimy na myszach, choć używamy do tego ludzkich komórek nowotworowych w mysich modelach. Zanim opracuje się terapię na raka, która uratuje ludzkość, trzeba poświęcić sporo mysich żyć – mówi. W Amsterdamie poznała prof. Jeffa Pollarda z Nowego Jorku, który zainteresował ją badaniem interakcji pomiędzy komórkami układu odpornościowego i komórkami nowotworowymi. Niebawem wyjechała do jego laboratorium, do Nowego Jorku. Tam wpadła na pomysł, żeby wykorzystać jedne z komórek odpornościowych – makrofagi – jako dostarczycieli leków antynowotworowych. – Komórki te mają specjalne właściwości – fizjologicznie wędrują do guza, potrafią wydostawać się poza naczynia krwionośne i wchodzić w miejsca nieukrwione guza, niedostępne dla żadnej innej terapii – wyjaśnia prof. Król. I pomyślała, że fajnie byłoby wykorzystać te makrofagi do tego, aby zaniosły lek do guza. Tylko jak zapakować lek do maleńkiej komórki? Poradziła się zaprzyjaźnionych naukowców z Rzymu, którzy pracowali nad różnymi metodami dostarczania leków, między innymi za pomocą białek. Wybrała jedno z białek i w nie postanowiła zapakować leki. – To białko ma budowę klatki, w której można „uwięzić” leki – tłumaczy prof. Król. Najpierw jednak musiała zbadać, czy białko w ogóle zostanie przekazane komórce nowotworowej. 8 stycznia 2015 roku, razem Tomaszem Ryglem z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i Albertem Boffim z Uniwersytetu La Sapienza w Rzymie, dokonała przełomowego odkrycia. – Doskonale pamiętam ten moment: siedzę i patrzę w monitor mikroskopu i nagle – wow! W ciągu pół minuty makrofagi są pełne białek-klatek. Potem odkryliśmy, że przekazują te białka komórkom nowotworowym.

Skąd wziąć miliony?

Profesor Król zgłosiła projekt badań do ERC, czyli Europejskiej Rady ds. Badań Naukowych. To nie takie proste obronić projekt wart 1,5 miliona euro. Dlaczego mieliby je dać właśnie młodej profesor z Polski? Dostała! – Kwota robi wrażenie, ale tak naprawdę to nie jest wiele. Pozyskaliśmy jeszcze środki z innych źródeł. Bo zrobienie terapii komórkowej od A do Z kosztuje 2,5 miliarda dolarów – wylicza prof. Król. Całymi dniami kombinowała, jak to zrobić, żeby wycelować dokładnie w punkt z przeciwnowotworowym lekiem. Bo już wiedziała, że kolejnym etapem jej badań będzie pakowanie leków do klatek białkowych, żeby dotarły do guza. – Dziś mamy już skuteczne leki antynowotworowe, problem polega na tym, że tylko w 1 proc. docierają do chorych miejsc. Pozostała część zabija zdrowe komórki, które napotyka na swojej drodze – wyjaśnia. Prof. Król śmieje się, że często świetne pomysły przychodzą jej do głowy w aucie. – Mam wtedy ciszę, włączam muzykę i myślę – mówi. – Czasem do wieczora noszę te myśli w głowie i potem mi się wszystko śni. Rano wstaję i wiem, jak rozwiązać problem. Tak było z wykorzystaniem makrofagów do tego, by dostarczyć leki do guza. Po prostu wstałam rano i pomyślałam: „A może to zadziała!?”. Zadzwoniła do Alberta i zapytała: „Możesz mi przysłać trochę klatek?”. Było oczywiście sporo niewiadomych: czy makrofag uwolni „przesyłkę”, czy lek da się zapakować do klatki, czy po drodze nie zmieni właściwości, no i przede wszystkim czy nie zabije makrofaga. – Wystarczy zmienić parametry roztworu, w którym klatka się znajduje, wówczas się rozchyla i siły fizykochemiczne wciągają lek do środka, po czym klatka się zamyka – wyjaśnia prof. Król. – Makrofag miał być takim koniem trojańskim, który dostarczy do komórki nowotworowej bombę z opóźnionym zapłonem. I znowu sukces!

Bombą w glejaka

– Z dumą patrzyłam, jak komórka nowotworowa umiera na monitorze mikroskopu: powoli obkurcza się błona, a jądro zaczyna się kondensować – wspomina prof. Król. – Niezapomniany widok. I powtarzalny! Bo Magda Król coraz częściej widziała, jak giną komórki guza płuc czy jajników. Najpierw badania prowadziła na mysich komórkach nowotworowych, szybko jednak przeszła na badanie ludzkich komórek nowotworowych w myszach. One też ginęły! Nie pamięta, kiedy przyszedł jej do głowy pomysł: A może by tak uśmiercić glejaka? To jeden z najpotężniejszych i najwredniejszych nowotworów – guz mózgu. Jeszcze nikt z nim sobie nie poradził. – Jeden z problemów w leczeniu glejaków polega na tym, że leki nie przechodzą przez barierę krew–mózg. W ciągu 20 lat średnia przeżycia chorych z glejakiem wydłużyła się o trzy miesiące i dziś od diagnozy jest to zaledwie 1,5 roku pomimo postępu medycyny. Tymczasem makrofagi przechodzą przez tę barierę, więc możemy ich użyć jako tego konia trojańskiego, który do glejaka zaniesie lek – cieszy się prof. Król. To oczywiście wymaga skomplikowanych badań. Na szczęście prof. Król dostała na to kolejny grant – prawie 22 miliony złotych z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Od 20 lat nikomu nie udało się tego dokonać. – To jest projekt, który może się zakończyć ogromnym sukcesem, ale też totalną porażką. Ale proste metody zawiodły, trzeba spróbować czegoś kosmicznego – mówi Król. Projekt będzie realizowała z prof. Michaelem Wellerem ze szpitala uniwersyteckiego w Zurychu – to referencyjny ośrodek leczenia glejaków na świecie. Na dokończenie badań prof. Magda Król ma trzy lata. – Co mnie motywuje? Że możemy być pierwszymi, którzy uratują świat przed glejakiem. To kręci – przyznaje prof. Król. Co jest kluczem do sukcesu? – Znalezienie swojej pasji, z której uczyni się codzienną pracę. Dzięki temu, że robię to, co kocham, bezwstydnie przyznam, że w pracy odpoczywam – mówi Magda Król i zaraz się waha, czy powinna tak mówić, bo może wywołać zawiść. Tej akurat doświadcza dość często. Nic dziwnego, młoda, ładna, mądra pani profesor – ludzie źle znoszą cudze sukcesy. – Z powodu zawiści musiałam nawet opuścić macierzysty wydział, na którym zdobywałam wszystkie stopnie naukowe – wspomina prof. Król. Ale ma start-up, który założyła z przyjaciółmi naukowcami, z Tomaszem i Albertem. Została naukowcem przedsiębiorcą.

Nikt nie jest idealny

Może się wydawać, że prof. Magdalena Król jest chodzącym ideałem, ale ona zdecydowanie temu zaprzecza. – Nie można być idealną matką, żoną, pracownicą i jeszcze świetnie wyglądać. Zawsze coś jest kosztem czegoś. Doba ma tylko 24 godziny, a każdy sukces cenę. Ja też ją zapłaciłam – mówi. – Cztery lata temu rozpadła mi się rodzina. Na pewnym etapie rozeszły się nam nasze światy. Mąż zajmował się robieniem specjalizacji z kardiologii, ja zdobywałam kolejne stopnie naukowe. Pewnie zabrakło mu żony, która czeka z obiadem. Na szczęście jest Agatka – mądra dziewięciolatka, która wspiera mamę i często jej towarzyszy. – Kiedy jechałam na konferencję do Budapesztu, zabrałam Agatkę i psa, małego cavaliera Rikę. Czasem też jest ze mną w pracy i mi pomaga, na przykład nabija do pudełka tysiące końcówek do pipet. Albo siedzi i dmucha rękawiczki jak balony, robiąc „potwora Pionę” – mówi Magda. Na pytanie: „Kim jest twoja mama?”, Agatka odpowiada: „Jest profesorem i szuka leku na raka”. Na pytanie: „A kim ty chcesz zostać?”, bez wahania odpowiada: „Weterynarzem, trenerką koni i amazonką albo pisarką, jak dziadek”. Bo tata Magdy po pięćdziesiątce zaczął pisać książki. Jacek Ostrowski, znany też jako Jack Sharp, pierwszą książkę napisał tuż przed narodzinami córki, ale nikt nie chciał jej wydać, więc porzucił pisarskie aspiracje na lata. – Dziś ma na koncie kilka bestselerów – mówi z dumą Magda. – A Agatka napisała już 70 stron swojej powieści! Może ma talent? Jesteśmy, po babci Zosi z domu Giedroyć, spokrewnieni z Adamem Mickiewiczem, może po nim ta literacka pasja.

(Fot. Wojtek Białek) (Fot. Wojtek Białek)

Niezwykłe badania, zwyczajne dni

Jak wygląda dzień prof. Magdaleny Król? – Wstaję koło 7, bo muszę na 8.30 zawieźć córkę do szkoły. Potem wracam jeszcze do domu, żeby spokojnie wypić kawę i zjeść śniadanie – opowiada. – Wszędzie mam blisko, w odległości pięciu minut znajdują się dom, praca, uczelnia. Teraz, w czasie pandemii, staram się odbierać Agatkę jak najwcześniej. Po 15 jesteśmy w domu – obiad, pranie, prasowanie, sprzątanie, codzienność kobiet – wylicza. Zakupy najczęściej robi w sklepie internetowym, kurier przynosi pod drzwi. Woli ten czas spędzić z córką. Chyba że zawiezie Agatkę na konie. Uwielbia gotować, to sposób na zrzucenie ciężaru całego dnia. Wtedy też często przychodzą do głowy pomysły naukowe. Lubi pracować w domu. Gdy Agatka odrabia lekcje, czyta albo już śpi, Magda siada do komputera. Bo córka co jakiś czas pyta: „No to kiedy w końcu będzie ten lek?”. Musi więc szybko znokautować tego glejaka. Obiecała jej, że wtedy dostanie konia. 

Prof. Magdalena Król specjalistka onkologii eksperymentalnej i profesor Instytutu Biologii Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, kierownik Samodzielnej Pracowni Biologii Nowotworu. Laureatka wielu nagród naukowych. Otrzymała m.in. stypendium MNiSW dla wybitnych młodych naukowców, stypendium Pfizer Animal Health, stypendium habilitacyjne L’Oreal i UNESCO dla kobiet. W 2016 roku Europejska Rada ds. Badań Naukowych (ERC) przyznała jej wart 1,4 mln euro prestiżowy Starting Grant, a w 2020 roku otrzymała drugi projekt z tej agencji (jako jedyna Polka). ERC okrzyknęło jej projekt jednym z 10 najważniejszych w minionej dekadzie. Jest pierwszą Polką, która dostała się do ścisłego finału EU Prize for Women Innovator.

  1. Zdrowie

Opieka nad chorym na nowotwór w domu. Jak ją zorganizować?

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Choroba nowotworowa jest trudnym doświadczeniem, przede wszystkim dla samego chorego, ale nie tylko. Równie mocno przeżywają ją osoby z jego najbliższego otoczenia. Wielu pacjentów onkologicznych pozostaje aktywna, jednak u niektórych opieka domowa może stanowić nie lada wyzwanie dla najbliższych. Jak ją zorganizować, aby jak najlepiej pomóc osobie chorej?

Chorych na raka przybywa z roku na rok. Według danych Polskiego Towarzystwa Onkologicznego codziennie w Polsce średnio 400 osób dowiaduje się, że choruje na nowotwór złośliwy. Krajowy Rejestr Nowotworów podaje, że rocznie odnotowuje się ponad 160 tysięcy zachorowań. Diagnoza nowotworu najczęściej budzi lęk – nie tylko u samego chorego, ale także wśród jego rodziny i przyjaciół. Jednak nawet w trudnych przypadkach współczesna medycyna może wiele zaoferować choremu. Po poznaniu diagnozy i oswojeniu się z sytuacją przychodzi pytanie: co dalej? Jak być wsparciem dla takiej osoby? Co możemy zrobić jako bliscy?

Jestem opiekunem – jak zacząć?

Pierwsze dni po usłyszeniu diagnozy nowotworu mogą być dla chorego i jego bliskich wyjątkowo trudne. Pojawić się może lęk przed niepewną przyszłością. Nie bez powodu mówi się, że na raka choruje nie tylko pacjent, ale także cała jego rodzina. Po pierwszych emocjach przychodzi czas na próbę odnalezienia się w nowej rzeczywistości i znalezienie optymalnych rozwiązań. Na tym etapie dochodzi również naturalny odruch, jakim jest chęć uzyskania jak największej ilości rzetelnych informacji. Pierwszym ich źródłem powinien być lekarz prowadzący. Nic nie zastąpi rozmowy ze specjalistą, który odpowie na nurtujące nas pytania. Z pomocą chorym przychodzą również sprawnie działające fundacje i stowarzyszenia. Powstają też grupy wsparcia przeznaczone dla opiekunów osób chorych na nowotwór złośliwy. Rozbudowane w ciągu ostatnich lat strony i portale internetowe dają możliwość zdobycia wiedzy na temat przebiegu choroby i metod leczenia. Należy jednak korzystać z rzetelnych, sprawdzonych źródeł. W internecie znajduje się mnóstwo miejsc z nieprawdziwymi informacjami. Wiedza z sieci nie zastąpi tej uzyskanej od specjalisty.

Przestrzeń – jak ją funkcjonalnie zagospodarować?

Oprócz zmian w sposobie myślenia i codziennym rodzinnym życiu, kolejnym aspektem, którego dotyka choroba nowotworowa, jest przestrzeń życiowa pacjenta onkologicznego i jego bliskich. Należy pamiętać, że pacjent onkologiczny jest zazwyczaj osobą samodzielną – nie będzie wymagał stałej opieki i specjalistycznych sprzętów medycznych. Dopiero u osób starszych, obciążonych innymi schorzeniami przewlekłymi i w bardzo zaawansowanym stadium nowotworu może być potrzebna dodatkowa pomoc. Przy jej organizacji warto zasięgnąć porady osób, które mają w tym aspekcie doświadczenie, np. rehabilitantów lub przedstawicieli ośrodków zajmujących się profesjonalną opieką nad chorymi na nowotwory.

Każdy przypadek nowotworu jest inny. Często choremu wystarczy jedynie wsparcie psychiczne i obecność bliskiej osoby. Niezależnie od tego, czy pacjent dopiero dowiedział się o diagnozie, czy leczy się już jakiś czas, jest to choroba obciążająca. Może czuć się wyobcowany, doświadczać depresji, miewać wahania nastroju, problemy ze snem i jest to całkowicie normalne. Dobrym rozwiązaniem w tej sytuacji jest pomoc psychologiczna lub psychoonkologiczna. Warto po nią sięgnąć, jeśli zauważamy, że dotychczasowe wsparcie rodziny i innych bliskich nie wystarcza.

Dieta pacjenta onkologicznego – o czym należy pamiętać?

Tak jak w przypadku większości chorób, również przy pacjentach onkologicznych jednym z najistotniejszych aspektów codziennego funkcjonowania jest odpowiednio zbilansowana dieta. Jest ona szczególnie ważna, ponieważ choroba nowotworowa ma na ogół charakter przewlekły.

Obecność guza nowotworowego w organizmie sprawia, że potrzeby żywieniowe pacjenta onkologicznego są inne niż u zdrowego człowieka, ponadto zmieniają się możliwości przyjmowania przez niego pokarmów oraz przyswajania składników odżywczych. Aby prawidłowo przygotowywać i podawać posiłki, osoba sprawująca opiekę nad chorym powinna zapoznać się ze specyfiką żywienia w przebiegu choroby nowotworowej. Zasadniczą rolą diety pacjenta onkologicznego jest utrzymywanie prawidłowej masy ciała, niedopuszczenie do niedożywienia, stymulacja sił obronnych organizmu, przeciwdziałanie skutkom ubocznym terapii onkologicznej oraz ogólna poprawa jakości życia chorego.

Dobrze odżywiony pacjent lepiej znosi obciążające leczenie onkologiczne.[1] Dietę należy dopasować do stadium zaawansowania choroby, rodzaju terapii oraz jego wieku. Należy pamiętać, że każdy przypadek jest inny i zawsze warto zasięgnąć porady dietetyka.

Posiłki powinny być lekkostrawne i dopasowane do preferencji smakowych i żywieniowych chorego. Nie należy wykluczać z jadłospisu żadnych składników odżywczych i pamiętać, że bardzo ważna w diecie pacjenta onkologicznego jest odpowiednia ilość białka. Trzeba również unikać posiłków smażonych, tłustych i ostrych oraz alkoholu i używek. W przypadku nowotworów przewodu pokarmowego żywienie nie powinno obciążać danego organu. Również w przypadku radioterapii jamy brzusznej należy unikać produktów mlecznych zawierających laktozę, ponieważ może to skutkować wystąpieniem biegunek. Co więcej, ważną rolę odgrywa nawodnienie – minimum 2 litry wody dziennie.

Dla osoby opiekującej się chorym na raka istotnym zagadnieniem jest również sposób podawania posiłków, który wraz z rozwojem choroby może być utrudniony. Jeśli chory nie może odżywiać się samodzielnie, jest po operacji chirurgicznej lub gdy występują skutki uboczne leczenia, pomocne może być stosowanie diety o zmienionej konsystencji lub żywienia specjalistycznego. U pacjentów chorych na nowotwory jamy ustnej, przełyku, żołądka oraz w zaawansowanym stadium nowotworu może wystąpić problem niedożywienia. Z pomocą przychodzi żywność specjalnego przeznaczenia medycznego do postępowania dietetycznego w przypadku niedożywienia związanego z chorobą – są to produkty płynne, przeznaczone dla pacjentów niedożywionych i zagrożonych niedożywieniem, takie jakNutridrink Protein, przygotowane do bezpośredniego podania doustnego. Ich główną zaletą jest zawartość określonych, niezbędnych składników odżywczych, które wspomagają suplementację. W przypadku pacjentów onkologicznych podstawowym zadaniem żywienia jest uzupełnianie zapotrzebowania organizmu na białko i energię. Podczas gdy u zdrowych osób spożycie białka powinno wynosić 10-15% zapotrzebowania energetycznego, u chorych na nowotwór jest to dwa razy większa ilość. Nie bez znaczenia jest również odpowiednia konsystencja i wygoda – zarówno w podawaniu, jak i przyjmowaniu pokarmu.

Pomoc w opiece nad chorym onkologicznie – do kogo się zwrócić?

Opieka nad osobą chorą w zaawansowanym stadium nowotworu, niesamodzielną, może być obciążająca psychicznie i fizycznie. Komfortową sytuacją jest opcja dzielenia się obowiązkami z innymi członkami rodziny. Zdarza się jednak, że nie ma takiej możliwości. Wówczas warto pamiętać, że o pomoc – bezpośrednią czy psychologiczną – można się również zwrócić do innych bliskich osób, znajomych czy przyjaciół, a także do instytucji zewnętrznych.

Warto, aby z pomocy psychologa skorzystał zarówno pacjent, jak i jego najbliżsi już w początkowym okresie choroby, kiedy niepewność jest największa. Wynika to nie z konieczności opieki fizycznej, a wsparcia psychicznego, którego osoba chora najbardziej potrzebuje. W ostatnich latach, dzięki rozwojowi psychoonkologii, dużo łatwiej uzyskać taką pomoc, adresowaną – na wszystkich etapach choroby – zarówno do pacjentów, jak i członków ich rodzin.

Należy mieć świadomość, że opieka nad chorym na nowotwór złośliwy w zaawansowanym stadium choroby może być trudna i obciążająca. Na szczęście opiekun, jeśli tylko podejmie próbę uzyskania pomocy, w dobie obecnej świadomości nie zostaje sam w tej sytuacji.

Bibliografia:

Jarosz A., Oddani chorobie, https://www.medonet.pl/psyche/psychologia,opiekunowie-chorych-na-raka,artykul,1720910.html, dostęp: 20.07.20.

Karabin K., Dieta w chorobach nowotworowych, https://www.poradnikzdrowie.pl/diety-i-zywienie/diety/dieta-w-chorobach-nowotworowych-aa-HN2k-Eq1C-7F4j.html, dostęp: 20.07.20.

Dobrołowicz M., Nowotwory drugą przyczyną zgonów w Polsce, https://twojezdrowie.rmf24.pl/choroby/nowotwory/news-nowotwory-druga-przyczyna-zgonow-w-polsce-dzis-swiatowy-dzie,nId,4307445?fbclid=IwAR1ZKGL5cY1Uj0i_a-F_8ONy7X1iQROIx-mqEf-DY0Qtp5U_WIIr8Zz6BmA#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox, dostęp: 20.07.20.

Pielęgnacja pacjenta w chorobie nowotworowej, red. Fundacja Hospicjum Onkologiczne św. Krzysztofa i Fundacja Tam i z powrotem, Warszawa 2012.

Stanek-Misiąg E., Jedz! O diecie pacjenta onkologicznego, https://www.mp.pl/pacjent/dieta/wywiady/228118,jedz-o-diecie-pacjenta-onkologicznego

[1] https://www.mp.pl/pacjent/dieta/wywiady/228118,jedz-o-diecie-pacjenta-onkologicznego