Zdrowe życie z chorobą

Zdrowe życie z chorobą
fot.123rf

Czy choroba może być dla nas źródłem rozwoju, nawet jeśli wiąże się z cierpieniem? Tak, choćby w pierwszym odruchu trudno było się z tym zgodzić. Psycholog zdrowia dr Marlena Kossakowska wyjaśnia, dlaczego warto rozmawiać o tym, co nas boli, i jaką moc ma wyobraźnia.
– Mówi się, że cierpienie uszlachetnia. Czy to prawda?

– Nie. Ludzie chorzy mają zwykle niższą samoocenę niż zdrowi, częściej popadają w depresję, mają gorsze relacje z innymi. Choć trzeba przyznać, że często sami sobie przysparzają dodatkowego cierpienia, skupiając się tylko na negatywnych stronach chorowania.

– Mogą być jakieś pozytywne?

– Pewnie. Ja sama przebadałam dziesiątki pacjentów ze schorzeniami kardiologicznymi, nowotworami, stwardnieniem rozsianym, depresją. Choroba niejednokrotnie okazywała się wartością, która może pozytywnie zmienić życie.

– Trudno to sobie wyobrazić.

– A jednak tym od blisko dziesięciu lat zajmuje się nurt tzw. psychologii pozytywnej, w której liczy się odkrywanie jasnych stron życia, uruchamianie wewnętrznych zasobów człowieka, budzenie w sobie siły i woli walki. Patrząc na to z takiej perspektywy, utrata zdrowia może być źródłem rozwoju, nawet gdy wiąże się z bólem, cierpieniem. Chorzy, jeśli tylko potrafią zaakceptować chorobę, zyskują dojrzałość, spokój, a to niejednokrotnie pozwala im zmusić organizm do walki, sięgnąć po rezerwy, zdrowieć. Czasem zdarza się nawet, że lubimy swoją chorobę, bo ona nas na nowo definiuje. Nadaje nam tożsamość.

– Brzmi to trochę jak hipochondria.

– Hipochondria to czynienie z choroby sposobu na życie, na relacje z innymi. Wynika z próby zyskania ze strony innych uwagi czy opieki. To realizowanie za pomocą choroby zaburzonej w naszym życiu potrzeby bezpieczeństwa, opieki. Tacy ludzie potrzebują pomocy, bo wraz z nimi chorują ich bliscy, rodzina. To prowadzi do pogorszenia relacji z innymi, do nierespektowania ich potrzeb. Ja miałam na myśli coś innego – sytuację, w której nie szukamy sobie choroby niejako w zastępstwie – ale gdy w chorobie, która nas dotknęła, szukamy możliwości w miarę normalnego funkcjonowania.

– Trudno normalnie żyć, kiedy poznajemy diagnozę i nie jest to banalne przeziębienie…

– Trudno. Na początku zawsze przychodzi lęk i depresja. Ale potem możemy odkryć, że choroba wyzwoliła w nas wartości, zdolności, które do tej pory były uśpione. Dzięki niej odkrywamy, że jesteśmy w czymś świetni. Pamiętam pacjenta cierpiącego na stwardnienie rozsiane, który dzięki chorobie odkrył, że jego silną stroną jest nawiązywanie relacji z ludźmi, tworzenie przyjaźni. Czuł się świetnie w różnych ośrodkach, był lubiany i dawał innym radość. To był pozytywny przykład chorowania – kiedy człowiek czerpie z tego jakąś korzyść emocjonalną, a nie tylko skupia się na własnym nieszczęściu. Ów mężczyzna mawiał, że właśnie dzięki swojemu schorzeniu ma wielu przyjaciół i… czuje, że żyje.

– Ale może to był tylko taki jego mechanizm obronny?

– Często trudno rozsądzić, co jest faktycznym wzrostem osobistym w chorobie, a co mechanizmem obronnym. Dobrym kryterium jest chyba pozytywna zmiana. Jeśli w sposób neurotyczny skupiamy się na wierze, zatracamy w religii, bo mamy wrażenie, że nic innego nam już nie zostało, to obrona. Ale jeśli wróciliśmy do wiary, a przez to zyskujemy lepsze relacje z ludźmi, dokonaliśmy przewartościowania w swoim życiu – to całkiem co innego.

– Rozmawiamy o tym, jak psychologia pomaga chorować, a czy pomaga ona również zachować zdrowie? Czy istnieje jakiś rodzaj „psychologicznej szczepionki”?

– Oczywiście! Zwiększenie odporności psychicznej poprawia odporność fizyczną. Jest wiele badań, które dowodzą, że osoby samotne albo w nieudanych związkach częściej chorują, są na przykład bardziej zagrożone schorzeniami układu krążenia czy udarem mózgu. Z drugiej strony wiadomo też, że wzmacnianie więzi ma tak wymierne korzyści jak wzrost efektywności białych krwinek czy tzw. komórek NK (natural killer), które walczą z nowotworami. Otwarte, bezpieczne rozmowy o trudnych wydarzeniach zwiększają wydzielanie endorfin, działają przeciwbólowo. Podobnie działa poczucie humoru, śmiech, relaksacja. A także wizualizacje i ćwiczenia fizyczne.

– A zatem lekarze powinni chętnie współpracować z psychologami.

– Różnie z tym bywa. Wciąż dość często oddzielają ciało od umysłu. Sami zajmują się tym pierwszym, psychologa zapraszając wtedy, kiedy metody farmakologiczne czy operacyjne zawodzą. Traktują go trochę jak szamana, który już nie zaszkodzi, kiedy medycyna staje się bezradna. Choć w kilku dziedzinach medycyny to podejście trochę się zmienia.

– Na jakim oddziale szpitalnym spotkamy psychologa?

– Np. na onkologii. Psychoonkologia zaczęła się tworzyć 30 lat temu w Nowym Jorku. Wtedy zauważono, że nowotwór niszczy ciało chorego, ale wpływa też na jego emocje. I od tych emocji zależy w dużej mierze sukces w walce z rakiem. Jeśli nie pomożemy chorym wyjść z depresji, to na nic chemia i operacje.

– Jak psyche wpływa tu na somę?

– Pacjent poddany długotrwałemu stresowi i przygnębieniu jest bardziej narażony na postęp raka, bo w jego organizmie więcej jest hormonów stresu wydzielanych przez korę nadnerczy. A one negatywnie wpływają na układ immunologiczny. Tymczasem pobyt w szpitalu onkologicznym to ogromny stres.

– I na to pomaga rozmowa z psychologiem?

– Pomogłaby też rozmowa z lekarzem, choć ci często gadanie zostawiają nam. Tymczasem słowo to potężny oręż w radzeniu sobie z lękiem. Pozwala stawić czoło trudnym myślom, przyjrzeć się im. Odzyskać kontrolę nad swoim losem, nazywać, oswajać. Wizualizować.

– Wyobrażać sobie?

– I to szczegółowo – myślenie o jakiejś aktywności pobudza w naszym mózgu rejony z nią związane. Na przykład już samo wyobrażanie sobie ćwiczeń może poprawiać siłę mięśni lub nawet zwiększać ich masę. A skoro tak, możemy z podobnie dobrym skutkiem myśleć o tym, jak nasz układ odpornościowy zwalcza chorobę. Bo skoro działa to w odwrotną stronę…

– A działa? Czarnowidztwo nam szkodzi?

– Odkrywają to teraz na przykład dermatolodzy. Stan naszej psychiki bardzo dobrze widać po stanie skóry. Chorzy na łuszczycę obserwują zaostrzenie choroby w stresie, podobnie gorzej leczy się wtedy atopowe zapalenie skóry. Depresja sprzyja schorzeniom dermatologicznym.

– Choroba to próba dla nas samych, ale często także dla bliskich nam osób. Ona sprawia, że tracimy przyjaciół.

– Często chorzy nie są tu bez winy. Odrzucają pomoc, nie chcą wychodzić do ludzi, zamykają się w sobie, zakładając, że zdrowi ich nie zrozumieją.

– A zdrowi rzeczywiście często nie rozumieją. Boją się. Nie wiedzą, jak się zachować. Rozmawiać o chorobie czy udawać, że jej nie ma. Co robić?

– Słuchać. Jak chory sam o sobie mówi. Co mówi o swojej chorobie, jakich używa słów, o czym mówić nie chce. I podążać za tym. Jeśli ktoś woli zamiast „nowotwór” powiedzieć „moja sytuacja”, my też tak mówmy. Nie wyprzedzajmy, bo zostaniemy odrzuceni. Ale też nie unikajmy rozmów. Mówienie bardzo pozytywnie wpływa na proces zdrowienia.