fbpx

Cień antysemity

 

Książka „Strach” Jana Tomasza Grossa zwego czasu wzbudziła wiele kontrowersji, rozpętała też na nowo dyskusję o antysemityzmie w Polsce. To temat ważki i szeroki, a jednak wiele osób reaguje na niego niechęcią lub oburzeniem. O tym, dlaczego tak ważne jest, by o antysemityzmie otwarcie rozmawiać, oraz o psychicznym podłożu tego zjawiska – rozmowa z Katarzyną Miller i Wojciechem Eichelberger.

 

Darujmy dziś sobie kwestie polityczne i porozmawiajmy o antysemityzmie z punktu widzenia psychologii.
K.M.: Trzeba by przede wszystkim wspomnieć o mechanizmie kozła ofiarnego. Tak się stało, że Żydzi stali się kozłem ofiarnym większości świata. Ten mechanizm pojawia się prędzej czy później w każdej grupie, która funkcjonuje w sposób patologiczny, ma nierozliczone problemy. Próbuje więc poradzić sobie z ciężarem, często nieuświadomionym, przerzucając go na osobę albo grupę osób – czyli znajduje sobie kozła ofiarnego, który to poniesie. Mówiąc obrazowo – za kozłem ofiarnym ciągnie się odór całego świństwa, które dana grupa popełniła i które ukrywa. A ma je w sobie każdy człowiek, ma też rodzina, społeczność, naród i świat jako całość. Ponieważ ludzie nie postawili, niestety, w swoim rozwoju na dzielenie się swoją prawdą, tylko na strojenie się w piękniejsze wersje siebie samych.

W.E.: Kozioł ofiarny spełnia też funkcję integrującą. To wspólny wróg, wobec którego jakaś grupa ludzi ma te same uczucia, podobne myśli. To prymitywny sposób zaspokajania potrzeby przynależności i bezpieczeństwa.

Jak ten mechanizm działa na planie wewnętrznym?
K.M
.: Mam w sobie „obcego”: jakieś tajemnice, cechy, których nie chcę pokazać, robię coś, czego się wstydzę, boję… Nie wiem, co z tym kawałkiem siebie począć, nie rozumiem go, fascynuje mnie, ale też boję się tego. Więc robię wszystko, żeby nikt tego we mnie nie zauważył. Czuję, że nie mogę się z tym ujawnić, bo mnie odrzucą. W rezultacie sama odrzucam tego „obcego” w sobie. Człowiekowi bardzo trudno jest dojść do poczucia pełni i jedności wewnętrznej. Nie dlatego, że sam tak chciał, tylko że go tak wychowali.

Można się nienawidzić za to, że ma się w sobie coś takiego, co nie pasuje do wymaganego obrazka.
W.E
.: Instytucja kozła ofiarnego we współczesnym wydaniu może sprzyjać również temu, by uwalniać się od poczucia winy i nienawiści do siebie. W pradawnym ceremoniale składany w ofierze prawdziwy kozioł służył jako spowiednik, powiernik i posłaniec. Ludzie wyszeptywali mu do ucha swoje pragnienia, prośby i grzechy, a potem go zabijali. Wierzyli, że jego dusza zaniesie je Bogu. Odwrotnie niż obecnie obyczaj ten zakładał uświadomienie sobie tego, co duszy kozła było przekazywane. Dziś kozioł ofiarny służy raczej pozbyciu się problemu. Przypisujemy mu własne niechciane uczucia, złe myśli, zamiary i czyny, dzięki czemu sami możemy czuć się dobrzy i szlachetni.

K.M.: Być po „dobrej” stronie i czuć się lepiej.

W.E.: Mamy do kozłów ofiarnych stosunek ambiwalentny: potrzebujemy ich, by czuć się lepszymi i nie musieć się zmieniać. Jednocześnie dążymy do tego, by uosobione przez nich zło zniknęło z tej ziemi. Bo dopóki „oni” istnieją, budzą nasz niepokój. Mogą zdemaskować naszą wielką manipulację, a poza tym przypominają o tych uczuciach, myślach i uczynkach, o których chcemy zapomnieć.

Czyli kozioł ofiarny to lustro, w którym się przeglądamy. Dlaczego akurat Żydzi pełnią tę funkcję?
W.E
.: Bo zawsze byli postrzegani jako bezdomni tułacze, a więc obcy. Najłatwiej zrobić ofiarę z obcego. A poza tym chrześcijanie obwiniają Żydów o zabicie Chrystusa.

Który był Żydem.
W.E
.: Zrodzonym z matki Żydówki. Tylko o tym nikt nie chce pamiętać. Sprzeczności pomiędzy nienawiścią do Żydów za zabicie Chrystusa i miłością do Chrystusa Żyda w dojrzałej psychice pogodzić się nie da. Jednak ludzie mniej dojrzali i zintegrowani – a jest ich sporo – radzą sobie z nią, używając groźnego mechanizmu rozszczepienia. Dzięki temu mogą w nich istnieć obok siebie i na zmianę dochodzić do głosu sprzeczne poglądy, postawy i uczucia. Pamiętajmy też o tym, że Chrystus – choć sam pochodził z królewskiego rodu – był reprezentantem i obrońcą ludzi ubogich, poniżanych. Bogatych pouczał, pędził ze świątyni, buntował się przeciwko władzy pieniądza, a biednych wywyższał. Z politycznego punktu widzenia zaangażował się w coś na kształt pokojowej rewolucji.

K.M.: Tymczasem Kościół oparty na jego naukach stał się jedną z najbogatszych i najbardziej wpływowych instytucji na świecie. Trudne do przyjęcia jest to pęknięcie między przekazem Chrystusowym a realiami. Staramy się nie widzieć, że przedstawiciele Kościoła żyją w kontrze do tego, co głoszą, że Kościół się bogaci, choć nakazuje ubóstwo. Nic dziwnego, że częścią składową tego, co wypieramy, jest nasz stosunek do bogacenia się. Projektujemy więc tę cechę na Żydów. To oni się bogacą, oni kombinują, im zależy na pieniądzach. Nam pozornie nie, prawda? Możemy więc w ich osobach otwarcie potępić lichwę, zarabianie na biednych, zysk…

Co sprawia, że ktoś wchodzi w rolę kozła ofiarnego?
K.M
.: To np., że nie udaje. Pokazuje pewne rzeczy jawnie, nie chce znać albo nie zna zasad. No i jest inny. Inność wymaga ze strony grupy wysiłku, otwarcia, zrezygnowania z pewnych zachowań albo rozszerzenia repertuaru zachowań, tolerancji… Jesteśmy leniwi. Wolimy obcych odrzucić. Obcość budzi lęk.

W.E.: Nie przypadkiem antysemityzm pojawia się, gdy jakiś naród doświadcza upokorzenia, przegranej, niewoli, nędzy itp. Łatwo się też pleni wśród narodów surowo potraktowanych przez historię, takich jak Polacy.

K.M.: I wcale nie jest tak, że tylko najbardziej prymitywni ludzie ulegają potrzebie posiadania kozła ofiarnego, a więc i antysemityzmowi. A to próbuje się nam wmawiać. Nie ma znaczenia, czy to są ludzie biedni i niewykształceni, czy inteligentni – to są ludzie upokorzeni, oni potrzebują znaleźć kogoś gorszego od siebie albo winnego całej sytuacji.

W.E.: Odszczepiona nienawiść popycha ludzi do okrutnych zachowań. Umieszczenie swojej ciemnej strony w koźle ofiarnym pozwala bowiem na wolne od wyrzutów sumienia wyrażanie nienawiści. Na dodatek cementuje więź i zmowę milczenia oprawców.

Już nie. Gross swoją pierwszą książką o Jedwabnem przełamał zmowę milczenia.
K.M
.: Można zaryzykować stwierdzenie, że w społeczeństwie, w którym żadna grupa nie jest wykluczona, nie ma zjawisk typu homofobia czy antysemityzm. Jest ono zdrowym i dojrzałym społeczeństwem. W tym sensie dzięki książkom Grossa odzyskujemy zdrowie. Bo przecież ludzie, którzy byli świadkami tamtych niechlubnych wydarzeń albo w nich uczestniczyli, albo o nich wiedzieli, nie zapomnieli o nich. Tylko na zasadzie niepisanej umowy udawaliśmy do tej pory, że te fakty nie miały miejsca albo że były czym innym, niż były. Cały naród udawał latami.

W.E.: Książki Grossa otworzyły drzwi do prawdy. Ale przed nami jeszcze długa droga. To olbrzymi ciężar, który niesiemy.

K.M.: Skrywamy tajemnice złych czynów, zbrodni. Ale gdy się je ujawni, stają się tym, czym są, pozwalają wyciągnąć wnioski, odpokutować, wybaczyć, pójść dalej. Póki tego nie zrobimy, tkwimy w bezruchu w nieuświadomionym przerażeniu i poczuciu winy. A świadectwo tego, że byliśmy przesiąknięci antysemityzmem, możemy znaleźć choćby w języku. O kleksie z atramentu mówiło się „żyd” – co uwiecznił Fredro w „Zemście”. Żyd, czyli coś brudnego, nieudanego, czarnego. Tak Polacy widzieli Żydów na podświadomym poziomie. Powtarzaliśmy to bezmyślnie, umacniając ten stereotyp.

Jest związek między niewinnym żartem czy atramentowym „żydem” a przyzwoleniem na eksterminację milionów?
W.E
.: Język udowadnia, że grunt pod to był przygotowany. A mechanizm jest zawsze taki sam: dumny naród upokorzony przez najeźdźców, rozbity i złamany, dostaje szansę, by być w psychologicznym sojuszu ze zwycięzcą. Taki chory sojusz daje okazję do odreagowania agresji, pozwala poczuć się lepiej. Ten mechanizm działa na poziomie nieświadomym i został cynicznie wykorzystany przez najeźdźców w celu dalszej demoralizacji podbitego narodu. Ten sam mechanizm działa w rodzinach. Na przykład niedojrzały ojciec czyni ofiarę z jednego ze swoich dzieci, bijąc albo choćby wiecznie sztorcując dziecko. Wtedy pozostałe dzieci i matka mają wybór: albo się solidaryzować z ofiarą i narażać na represje, albo próbować zapewnić sobie przychylność oprawcy, poświęcając jednego ze swoich na kozła ofiarnego.

K.M.: Łatwiej jest znosić wszystko, co się dzieje, jeśli ktoś jest w jeszcze gorszej sytuacji niż ja. To upodlający, demoralizujący mechanizm zrodzony ze strachu. Ale bardzo ludzki.

W.E.: Dla solidaryzujących się z oprawcą, również w rodzinie, pozostaje do rozwiązania problem sumienia. By uspokoić sumienie, próbują pocieszać ofiarę, albo zagłuszają je, przyjmując punkt widzenia oprawcy. Wtedy czują się lepiej.

A po wojnie? Dlaczego były pogromy?
K.M
.: Przede wszystkim wojna to jest coś, co w nas dalej trwa, staramy się o niej zapomnieć, ale w rezultacie znowu stosujemy na sobie manipulację. Żyjemy dobrym życiem, narzekamy na sprawy zwyczajne. Ale jesteśmy dziećmi ludzi, którzy nie mieli takiego życia. To nie zostało nazwane, wyczyszczone. Winni nie zostali ukarani. To wszystko nam straszliwie ciąży.

W.E.: Przeżyliśmy potworne upokorzenie wojenne i katastrofę moralną, jaką był Holokaust. To zostawia ślady. Gdy ktoś cię skopie, poniży, upokorzy, ale wyjdziesz z tego cało, jest w tobie tyle gniewu, lęku i frustracji, że odruchowo szukasz kogoś, kto się nadaje na ofiarę, by odreagować. To straszne, ale Żydzi byli łatwym celem.

K.M.: To też mechanizm psychologiczny: jest poczucie winy, ale nie można się otwarcie rozliczyć z przeszłością, więc należy ją dobić, czyli pozbyć się śladów, niewygodnych świadków. Bo to są świadkowie naszej małości. Nie trzeba wiele, by to niewygodne poczucie zmusiło ludzi do działania. Tym bardziej że byli zdemoralizowani wojną i tym, że przeżyli eksterminację milionów.

W.E.: Gdy ktoś został pokonany, zraniony, trudno mu mieć w sobie oparcie. Żeby pójść dalej, musi tę ranę leczyć, a nie udawać, że nic się nie stało, i odreagowywać to na innych.

K.M.: A to, co jest w relacjach między Polakami i Żydami bolesne jak rana, może się nie zabliźnić. Trzeba by zbiorowego wysiłku. Przyznania się, że było, jak było, jest, jak jest, wybaczenia sobie, ale przede wszystkim uświadomienia sobie i przeżycia uczuć z tym związanych – po obu stronach. Bo Żydzi też coś z tego mają, jak każda ofiara. Choćby poczucie wyjątkowości, bycia narodem wybranym. Tym można sobie wiele zrekompensować. By uleczyć ten kawałek siebie, Żydzi musieliby z tego zrezygnować. Zobaczyć, że w jakiś sposób też mają swój udział w funkcjonowaniu tego mechanizmu przemocy.