fbpx

Dziś jest mi lepiej ze sobą

Dziś jest mi lepiej ze sobą
fot. Krzysztof Opaliński/PHOTOGRAM

 

Maria Seweryn skończyła 33 lata.To przełomowy czas w jej życiu.Zagrała w ostatnim filmie Piotra Łazarkiewicza „0_1_0”. Pokazała całkiem nową siebie w „Dowodzie”, spektaklu wyreżyserowanym przez jej ojca w teatrze Polonia. Mówi, że obudziła w sobie kobietę. Wie już, że może być inna, czasem nawet bardzo niegrzeczna.

 

Jaką siebie zagrałaś podczas tej sesji zdjęciowej?
– O niczym nie myślałam. Po prostu się rozluźniłam.

Rzadko ci się to zdarza?
– Na sesjach zdjęciowych rzadko, prywatnie częściej.

Peszy cię obiektyw?
– Męczy mnie wchodzenie w konwencje, które nie są moje. Tutaj miało być kilka ujęć od niechcenia po skończonej już sesji zdjęciowej. Przez przypadek wyszło coś zadziwiającego.

Bo spojrzałaś i pomyślałaś…
– Że to prawda, choć jest to całkowita kreacja.

Chciałabyś być taka na co dzień?
– Nie.

Komu by się to nie spodobało?
– Wielu osobom, głównie mnie samej. Musiałabym być kontrowersyjna, bezkompromisowa, zimna. Wolę taką zagrać.

Aktorstwo oznacza granie co rusz kogoś innego. Czy może sprzyja odkrywaniu samego siebie?
– Ten zawód pozwala w pewnym sensie otwierać zaszyte w nas kieszonki. Jednak nie świadczy to o tym, że jesteśmy tacy jak nasi bohaterowie, tylko że tacy moglibyśmy być. Gdybym chciała poszukiwać i odkrywać siebie przez role, pogubiłabym się bardzo szybko, a na pewno nie wiedziałabym, kim jestem. To wręcz niebezpieczne.

Które z „kieszonek” zaskoczyły cię najbardziej?
– Rolą, która uruchomiła nieznane mi wcześniej emocje, była Irina z „Miss HIV” Macieja Kowalewskiego. Bezwzględna laska, która idzie po trupach do celu. Kłamie, udaje, manipuluje. Granie takiej postaci sprawia mi ogromną przyjemność. Rozładowuję się. Miałam szczęście pracować z reżyserami, którzy przy każdym naszym kolejnym przedsięwzięciu mówili: „A teraz poszukamy w tobie czegoś innego, nowego”. W „Polaroidach” Marka Ravenhilla u Anny Augustynowicz grałam Nadię, dobrą, ale pogubioną dziewczynę, która bierze narkotyki. Po roku grania tego spektaklu Ania przychodzi do mnie i mówi: „Koniec z dzidzibutką. Przestań przebierać tymi nóżkami. Minął rok, ty się zmieniasz, idź za sobą w tej roli”. To nie było przyjemne, ale bardzo twórcze.

Foto: krzysztof opaliński/PHOTOGRAM

Kiedy stawiałam pierwsze kroki w zawodzie, miałam opinię osoby pierdolniętej, chaotycznej, ale na scenie bardzo prawdziwej. W „Dowodzie” Davida Auburna wypowiadam tekst: „Dowód jest w porządku, ja to wiem, ale dla mnie wciąż jest na zszywaczach, kanciasty, chropowaty”, i wtedy myślę o sobie. Znam to uczucie, kiedy jestem pewna, że dobrze myślę, tylko coś przeszkadza mi to zagrać.

Po premierze „Dowodu” ludzie się tobą zachwycili. Byłaś wreszcie tak bardzo wyraźnie „inna”.
– Wszyscy pytają mnie: co się stało? Nie wiem, co mnie aż tak bardzo zmieniło. Może to, że byłam z ojcem codziennie aż przez trzy miesiące, w dodatku u mamy w teatrze? Miałam wreszcie oboje rodziców przy sobie. To mi się nigdy wcześniej nie zdarzyło. Może tego potrzebowałam. A może wcale się nie zmieniłam, tylko ta rola dała mi możliwość pokazania siebie zupełnie innej. Nie wiem.

W tej czarnej sukience na scenie wyglądałaś seksownie. Takiej cię nie znałam.
– Dziękuję, czuję się w niej świetnie. Ale to dzięki Magdzie Maciejewskiej, która zaprojektowała kostiumy do spektaklu.

Obudziłaś w sobie po 33. roku życia kobietę?
– Tak, czuję się kobietą. Co ciekawe, za chwilę będę grała mężczyznę w „Bogu” Woody’ego Allena. Czekałam na taką rolę, bo wiem, że mam w sobie coś z mężczyzny, trzeba to wykorzystać. Ale dziś jest mi zdecydowanie lepiej samej ze sobą. Sprawia mi przyjemność dbanie o siebie. Zaczęłam nosić sukienki. Zaczęłam się w ogóle zastanawiać nad tym, co noszę. Wcześniej wstawałam rano i wkładałam na siebie coś, co akurat leżało na wierzchu. Dosłownie. Czuję niekłamany podziw dla kobiet, które są dopracowane w każdym szczególe. Od rana uczesane, umalowane, perfekcyjne. Aż tak daleko nie zaszłam.

Czy czujesz, że z Marysi stajesz się Marią?
– Powolutku. Dużo jeszcze przede mną. Wchodzę w dorosłość, ale wciąż dziwię się, że mam 33 lata, bo czuję się młodsza. Nadal podejmuję złe decyzje. Cały czas mną miota. Zazdroszczę ludziom wewnętrznego spokoju. Robię wiele rzeczy bez zastanowienia. Łatwo ulegam emocjom i popełniam błędy.

Grzeszysz?
– Jasne.

Komu się spowiadasz?
– Wiesz, że ostatnio nikomu. Swoje grzechy muszę zachowywać dla siebie. Nie mam przyjaciółki na śmierć i życie. A przeklęty rok 2008 zabrał również Piotrka Łazarkiewicza, któremu mogłam zawsze wszystko opowiedzieć, o wszystko zapytać.

Pycha?
– Kiedy zdarza mi się pomyśleć: „Jest dobrze, królowo!”, odruchowo robię tak [w tym momencie aktorka uderza się w głowę – przyp. aut.].

Chciwość?
– Nie, nie jestem chciwa.

Nieczystość? Myślę o zdradzie.
– O tym chyba nie powinnam… (chwila milczenia). Miłość to zaufanie. Trudno je odbudować, kiedy zdradzisz.

Zazdrość?
– Przez pierwsze dwa lata małżeństwa żadna koleżanka męża nie weszła do naszego domu. Byłam okropnie zazdrosna. Młoda, głupia i potwornie zakochana. Nie wiem, dlaczego tak się zachowywałam, bo Robert nigdy nie dawał mi powodów do zazdrości. A w sprawach zawodowych zazdrosna nie jestem. Nauczył mnie tego Piotr Łazarkiewicz, który potrafił się z cudzych sukcesów cieszyć jak dziecko. W naszym zawodzie to rzadkość.

Obżarstwo?
– Nie.

Lenistwo?
– Zdarza mi się, ale rzadko. Z domu wyniosłam pracowitość, mam to w genach.

Gniew?
– O, bardzo! Jestem choleryczką. Czasami nie wyhamowuję i palę za sobą mosty. Po prostu kiedy coś mnie zdenerwuje, nie potrafię się opanować. Do szału doprowadzają mnie nietakt i ludzie, którzy są tak zajęci sobą, że nie reagują na drugiego człowieka. Częściej wybucham gniewem w cudzej sprawie. Najbardziej boli mnie, że kogoś dotknęłam. Działam na emocjach, a to chyba świadczy o braku dojrzałości.

Mówi się, że niektórzy nigdy nie dorastają.
– U Marka Ravenhilla, autora „Polaroidów”, ludzie dojrzali to ludzie martwi. Ludzie, którzy nie mają już w sobie dziecka. Jeśli dorastanie miałoby być zabijaniem naiwności i spontaniczności we mnie, to nie chcę być dorosła. Mogłabym powiedzieć, że poczułam się dorosła, kiedy urodziłam dziecko, ale to nieprawda. Miałam 22 lata i wcale nie byłam dorosła. Wiedziałam jedynie, że muszę sobie jakoś poradzić.

Jak sobie radziłaś?
– Intuicyjnie. Miałam szczęście, że moi bracia urodzili się, kiedy byłam nastolatką, i mogłam być świadkiem ich wychowywania. Opiekowałam się nimi. Jakieś doświadczenie wyniosłam z domu, bo potrafiłam pielęgnować małe dziecko, ale przecież nie o to tylko chodziło w byciu matką. Z pierwszą córką byłam przez dziesięć miesięcy w domu, bo czułam, że w pełni muszę ten etap przejść razem z nią. Przy drugim dziecku przestałam się przejmować drobiazgami. Wróciłam też szybciej do pracy. Jadzia miała cztery miesiące, kiedy rozpoczęłam próby do kolejnego spektaklu. Był taki czas, że publicznie wypowiadałam się tylko na temat swojego macierzyństwa. Kiedyś zadzwonili do mnie z jakiejś gazety z pytaniem, czy jestem typem matki Polki. Oczywiście, przytaknęłam. Ale kiedy w ubiegłym roku robiliśmy przedstawienie „Kobiety w sytuacji krytycznej”, pomyślałam, że zażartuję z siebie, z tej matki Polki. Grałam matkę trójki dzieci, Mirę, która wmawia sobie, że to najlepsze, co mogło ją w życiu spotkać. A tak naprawdę jest w depresji, w jakimś amoku.
Foto: krzysztof opaliński/PHOTOGRAM

Jaką byłaś żoną?
– Jest taka piosenka: „Tylko błagam cię: nie mów, nie mów, tylko nie mów do mnie jak do żony…”. Byłam żoną trochę dziwną, ale raczej dobrą. Byliśmy strasznie młodzi, kiedy się poznaliśmy. Podczas wspólnych 11 lat przeszliśmy kilka kryzysów. Razem dojrzewaliśmy, pokonywaliśmy kolejne etapy życia i kiedy w pewnym momencie okazywało się, że jedno zostaje w tyle, drugie mówiło: Dobra, to ja teraz zostaję w domu, a ty rozwijaj skrzydła. Przyjaźniliśmy się. Byliśmy zupełnie różni. On mnie uspokajał, ja dawałam mu energię. Tworzyliśmy przez jakiś czas doskonały duet i to działało, ale ostatnio przestało.

Czy kiedy sama zostałaś matką, spojrzałaś inaczej na własną matkę?
– To, że urodziłam dziecko, nie było powodem do analizy mojej mamy.

Często zdarza się, że dopiero w takim momencie matka zaczyna traktować swoją córkę jak partnerkę.
– Moja mama bardziej się o mnie bała. Myślała, czy sobie poradzę, a nie o partnerstwie. Byłam zbyt młoda. Do rodziców zbliżyło mnie aktorstwo. Nasze relacje zawsze były świetne, ale to spotkanie na płaszczyźnie zawodowej było drogą do partnerstwa. Takim ważnym momentem była decyzja o budowie teatru Polonia. Poczułam się potrzebna, nawet jeśli miałam tylko parzyć kawę architektowi i kserować dokumenty. Zauważyłam, że moje zdanie jest ważne. Że mama zaczyna mnie słuchać. Kiedy zamknęli Le Madame i nie mieliśmy gdzie występować ze spektaklem „Miss HIV”, mama zaprosiła nas do Polonii. Wtedy poczułam, że zostałam zaakceptowana, że jest w Polonii miejsce też dla mnie, dla mojej pracy i moich kolegów.

Co usłyszałaś od rodziców po premierze „Dowodu”?
– Nie pamiętam jakiejś jednej ważnej rozmowy po premierze. Podobnie jak ojciec uważam, że premiera jest bardziej początkiem pewnej pracy niż jej zakończeniem. Zresztą dużo powiedzieliśmy sobie podczas prób, to była bardzo intensywna praca. Mama po obejrzeniu całości jeszcze na jakiś czas przed premierą dodała mi odwagi, mówiąc, że to będzie najlepsza moja rola. Była też po prostu zadowolona, że powstał w Polonii dobry spektakl.

Czy w przyszłości odziedziczysz teatr Polonia?
– Tak. Podobnie jak moje rodzeństwo. Ten teatr jest moim drugim domem, pokochałam go. Uczę się go, poznaję zasady, prawo, przepisy. Kiedy myślę o przyszłości, wiążę ją z teatrem Polonia. Ale czasem włącza mi się taki mały wirus „buntownik”. Wtedy myślę, że gdybym tak mogła na jakiś czas wyjechać daleko i w ogóle nie zajmować się aktorstwem, byłabym równie spełniona i szczęśliwa jak tu, a może jeszcze bardziej…

Maria Seweryn – ur. w 1975 roku w Warszawie, aktorka, córka Krystyny Jandy i Andrzeja Seweryna. Zagrała w wielu filmach, m.in. „Kolejności uczuć” (1993) Radosława Piwowarskiego, „Wielkim tygodniu” (1995) Andrzeja Wajdy, „Pół serio” (2000) Tomasza Koneckiego, „0_1_0” (2007) Piotra Łazarkiewicza i „Boisku bezdomnych” (2007) Kasi Adamik. Występowała również na deskach teatrów, m.in. Powszechnego, Rozmaitości i Komedii w Warszawie. Od 2005 roku związana z teatrem Polonia Krystyny Jandy. Jest matką dwóch córek: Leny i Jadwigi.