fbpx

Julian Barnes „Nie ma się czego bać”

Julian Barnes „Nie ma się czego bać”
Materiały prasowe

Julian Barnes robi wszystko, żeby pozostać jednym z moich ukochanych pisarzy. Ta miłość trwa od czasu, kiedy przeczytałam „Historię świata w dziesięciu i pół rozdziałach”, gdzie (jako pół rozdziału zatytułowane „W nawiasie”) znalazł się jego niebywały traktat o miłości. Kilkanaście lat później Barnes zabrał się dla odmiany do pisania o śmierci. A ściślej do rozważań o tym, co jest, gdy już nas nie ma – jeśli założymy, że nie ma też Boga.

Angielski pisarz nie składa radykalnej deklaracji, bo określa siebie jako agnostyka. Głęboko jednak przeświadczonego o tym, iż choć śmierć oznacza „bycie bardzo martwym”, to odejścia nie trzeba się lękać. A jako że w przeciwieństwie do starszego brata nie jest hermetycznym filozofem, gęsto ilustruje swoją tezę opowieścią o pożegnaniu z rodzicami, o przekonaniach, w których się wychował, o lekturach, które przygotowały go do refleksji na temat ostateczności. To rozliczenie bywa bolesne w tonacji, co uwidacznia się zwłaszcza w bilansie stosunków z matką, ale też, jak zwykle u tego niepoprawnego szydercy, nieraz wywołuje spazmatyczny śmiech. Oczyszczający i kojący.

przełożył Jan Kabat, Świat Książki, Warszawa 2010, s. 320