fbpx

Przyjaciółka

Moja książka wspomnień otwarła się na opowieści o Joli, mojej pierwszej dorosłej przyjaciółce. Opisując ją dzisiaj, pominęłam przemijanie, zapamiętałam pamięć.

Podobno trzy czwarte żywych istot na świecie obywa się bez mózgu. Mózg bowiem jest bardzo kosztownym organem, potrzebuje na swoją działalność aż około 25 procent z zasobu sił życiowych organizmu. Dlatego wielu przedstawicieli drobniejszej fauny kieruje się w swym życiu wiedzą czerpaną skądinąd. Może realizują po prostu zapisany w genach ogólny plan gatunku? Korzystają z jakiegoś zewnętrznego mózgu czy raczej niematerialnego tajemniczego Umysłu, który można by nazwać nawet boskim umysłem? To tylko myślowe przybliżenia, nasza wiedza o źródłach istnienia wciąż pozostaje na granicy naukowej fikcji i filozoficznej hipotezy. W każdym razie całe mnóstwo pomniejszej fauny z bakteriami na czele nie męczy głowy, bo jej wcale nie ma.

Młyńskie koło w głowie

Tegoroczne lato nieuchronnie zbliża się ku końcowi, a ja wciąż w mieście, pochylona nad klawiaturą, pisząca kolejne teksty, obmyślająca kolejne kroki w coraz trudniejszym dla mnie czasie. Dręczy mnie niepokój o stan zdrowia, o stan portfela, o stan uczuć. Wszystko to siedzi w mojej głowie, obraca się jak młyńskie koło, skrzypi, jęczy. Chciałabym na krótką chwilę pozbyć się swej głowy i podłączyć do mądrego, uniwersalnego Rozumu, który wie wszystko od początku do końca, wzdłuż i wszerz, i w głąb. Muszę gdzieś wyjechać. Sama. Bez komórki. I bez komputera. Zamknę Internet i nie będę przeglądać serwisów, forów, czytać internetowych wydań gazet i czasopism, nie będę zaglądać do poczty, odetnę się od świata. Wyjadę w góry.

Zbliżenie z prawdziwym „JA”

I tak zrobiłam. Pojechałam w Sudety, zamieszkałam na wsi, w domu moich znajomych położonym na stoku, z którego rozciąga się widok na panoramę Karkonoszy ze Śnieżką w centrum, a dalej za nimi, nieco w prawo, przy dobrej pogodzie widać nawet błękitnawy zarys Gór Izerskich. Porażające piękno. Patrzenie na góry nie ma nic wspólnego ze zwykłym jakimś oglądaniem. To jest zawsze konfrontacja małego „ja” z tajemniczą potęgą, to jest trudny do nazwania słowami stan podporządkowania i pokory pomieszany z zachwytem i szacunkiem. I z lękiem. Artyści, czyli ludzie czynnie obcujący z pięknem, od zawsze próbują zdefiniować uczucia, które wyzwala ono w człowieku. Na przykład pisarz Andrzej Bobkowski wyznał, że „Piękno może być tak samo trudne do zniesienia jak ból. Można je wytrzymywać tylko do pewnej granicy, przeżywać do pewnej głębokości. I potem mdleje się wewnętrznie”. Znakomity poeta Rainer Maria Rilke ujął sprawę lapidarniej, pisząc w wierszu: „Piękno jest przerażenia początkiem”.

Całymi godzinami siedziałam na tarasie domu i patrzyłam na góry, stopniowo rozluźniając napięte, zasupłane ciało, otwierając duszę dotąd skurczoną, zdominowaną przez nieustanny stres. Piękno naturalnego świata może zbliżyć nas do naszego prawdziwego „ja” – twierdzą buddyści. Kiedy świadomość ulega otwarciu, jesteśmy wprowadzeni w prawdziwą naturę swojego umysłu. Błądziłam wzrokiem po górach, nie mogąc wędrować po nich nogami (prawa nie działa dobrze), oddychałam swobodnie i czułam się coraz bardziej otwarta. Jak pozostawiona na dworze książka, którą czyta wiatr… Myśli swobodnie przepływały przez moją głowę. Pozwalałam, by obrazy z przeszłości przypominały mi zamierzchłe historie, których bohaterami byli dawno niewidziani znajomi, przyjaciele, kochankowie.

„Ale ty masz fajnie…”

Jedną z takich ważnych osób w mojej wczesnej młodości była Jola J. Chociaż mieszkałyśmy na sąsiednich ulicach i chodziłyśmy do tej samej szkoły, nie znałyśmy się wcześniej aż do czasów kolonii letnich. Spotkałyśmy się więc na wakacjach i odtąd już zawsze widywałyśmy się tylko w czasie wakacji, ponieważ jeszcze tego samego roku moja rodzina wyprowadziła się znad morza na Śląsk. W stare strony wracałam natychmiast po ostatnim szkolnym dzwonku, wsiadałam w pociąg i odbywałam długą trasę na północ, by odetchnąć słonym morskim powietrzem. By, porzuciwszy brezentowy plecak w ciotczynym mieszkaniu, zaraz, natychmiast popędzić do Joli.

Była moją pierwszą „dorosłą” przyjaciółką. Szyłyśmy sobie takie same spodnie bermudy w wielkie grochy i identyczne bluzki w niebieską pepitkę. Chodziłyśmy na długie spacery po podmiejskich wertepach, gadając do utraty tchu, smażyłyśmy się na plaży, leniwie obracając się na kocu, ale i bacznie przyglądając się sobie nawzajem, by porównywać swoje rozkwitające ciała, czy wszystko idzie sprawiedliwie. Zazdrościłam jej pięknie wciętej talii, ona zazdrościła mi bujnych włosów, ja jej skośnych oczu o słodkiej miodowej barwie, a ona żałowała, że ma biust mniejszy niż ja. Mówiłyśmy sobie często zdania zaczynające się od słów: „Ale ty masz fajne…”, „Nie, ty masz o wiele fajniejsze…”. Może dlatego, że obserwowałyśmy siebie tak wnikliwie, zapamiętałam ją bardzo dokładnie, jakby jej obraz wyrysowany był na papierze milimetrowym: spojrzenie spod zakręconych rzęs, przemiły uśmiech, szczerbkę pomiędzy dolnymi zębami, niski, trochę jakby szeleszczący, spokojny głos i cętki na włosach. Miała włosy w mikroskopijne cętki, które migotały w słońcu, i wydawało mi się to ósmym cudem świata! W pomaturalne wakacje przyjechałam później. Był już koniec lata, gdy znalazłam się w Kołobrzegu. Jednak jak zawsze popędziłam ulicą Lubelską, by skręcić w lewo, do domu Joli, wejście od podwórka.

Pominięte przemijanie

Ale okazało się, że jej nie ma. Nie ma jej na świecie. I nigdy już jej nie zobaczę. Ktoś znajomy zatrzymał mnie na drodze i powiedział, że zginęła w wypadku jeszcze w czerwcu. Okropny wypadek, czwórka młodych ludzi jechała autem, późny wieczór, drzewo, łąka, na którą wyrzuciła ich siła uderzenia. To było moje pierwsze tak dotkliwe uczucie utraty. Gdy się ma 19, 20 lat, śmierć jest nie do uwierzenia, ale odczuwa się owo bolesne zdumienie, że nie ma dostępu do umarłych.

Minęło ponad ćwierć wieku, Jola pozostała w moich wspomnieniach niezmieniona, ma ten sam uśmiech ze szczerbką pomiędzy dolnymi zębami i cętki na włosach błyszczące w promieniach słońca. Teraz już wierzę w śmierć. I w dostęp do umarłych też wierzę. Dobrze, że ta moja książka wspomnień otwarła się akurat na opowieści o Joli. Opisując ją dzisiaj, pominęłam przemijanie, zapamiętałam pamięć. Gdybym wzięła ze sobą laptopa, czyli mój peryferyjny mózg, bez którego na co dzień trudno mi się obejść, nie odpoczęłabym i nie odnalazła drogi do swojego prawdziwego umysłu, w którym mieszka najdawniejsza moja przyjaciółka.