fbpx

Refleksje z psiego pola

Bez obawy, to nie jest rozprawka historyczna o znaczeniu bitwy na Psim Polu w roku 1109. Psie pole – co wie każdy posiadający psa mieszkaniec warszawskiego osiedla Kabaty – to kawał zabudowywanej, niestety, powoli łąki pod Lasem Kabackim.

Od dwóch prawie lat jestem szczęśliwą właścicielką psa imieniem Irmo rasy czarny terier rosyjski. Kupiłam go jako żywy lek na samotność i na lenistwo obejmujące tak zdrowe przecież spacery. Mieszkałam kilka lat 300 metrów od lasu, a bywałam w nim raz na kilka tygodni. Irmo zmienił wszystko – tryb życia, możliwości wyjazdów, porządek w domu… Jest wielki, kudłaty, przynosi więc z każdego spaceru tony piachu, długi czas chorował w samochodzie, ma wysokie libido, jak to młody osobnik, więc zwiewa na potęgę za koleżankami. Teoretycznie powinnam się załamać i przeklinać dzień, w którym dałam się namówić na wzięcie psa. Teoretycznie…

Praktycznie zaś – jestem zachwycona. Podłogę można posprzątać, w samochodzie Irmo lubi już jeździć, a co do biegania za koleżankami – niektórzy nasi znajomi też biegają, i to zostawiając w tym biegu gdzieś daleko rodzinę, a mimo to ich lubimy, prawda?

Truizmem byłoby pisać, że za te wszystkie niedogodności zyskałam wiernego przyjaciela. Nie to jednak jest moim największym zyskiem od czasu, kiedy Irmo zamieszkał w moim domu. Spacery z psem, te w dobrą i te w złą pogodę, dały mi coś o wiele cenniejszego – fantastyczne kontakty z ludźmi i głębokie przekonanie, że nie jesteśmy narodem burkliwych, wiecznie niezadowolonych osobników. A taka myśl chwilami przychodziła mi do głowy. Teraz już wiem – nie jesteśmy ponurzy, niekontaktowi i narzekający. Jesteśmy uśmiechnięci, pozytywnie nastawieni do życia, świata i ludzi, cieszą nas nawet drobiazgi, jesteśmy skłonni do pomocy drugiemu. Witamy się serdecznym: „Och, jak miło, dawno pani nie widziałem!”, a żegnamy życzeniami miłego dnia. Tacy jesteśmy. No, może nie wszyscy. Tacy są właściciele psów z kabackiego psiego pola.

Po jednym czy dwóch spotkaniach i wymienieniu paru zdań stajemy się znajomymi. Wspólnie martwimy się, kiedy kolejny płot zapowiadający następną budowę zabiera nam kawałek pola. Wspólnie się niepokoimy, kiedy jakiś pies choruje, smucimy, gdy któryś zginął lub na zawsze odszedł. Wymieniamy rady, jak okiełznać niesfornych podopiecznych. Szukamy wspólnie zagubionej piłki Sary czy Nela. Czasem pogadamy chwilę o polityce, o dziwo – bez ortodoksji i brania się za łby. Polecimy sobie nowy film. Skomentujemy jakąś nowinę. Życzliwie pogadamy o „naszym” kabackim bezdomnym mieszkającym w chaszczach na polu. Polecamy sobie psie karmy, sposoby na rozstrój psiego żołądka, weterynarzy i psie hotele. Oczywiście dużo jest rozmów o pogodzie. Ale – naprawdę! – dużo mniej narzekań na pluchę, zimno czy upał, a o wiele więcej zachwytów nad urodą świtu w mroźny, zimowy dzień, pięknem chmur i rześkim powietrzem. Łazimy w starych dresach, zniszczonych kurtkach i ledwie pamiętających czasy świetności butach. Zmoknięci, brudni od skaczących na nas zabłoconymi łapami psów własnych i cudzych. Ale zadowoleni z życia, uśmiechnięci i chyba naprawdę szczęśliwi.

Nie znam imion i nazwisk znajomych z psiego pola. Pewnie, jak każdy, mają swoje kłopoty, o których nie mówią. Ja też. Ale po spacerze na naszym polu zawsze, przynajmniej przez jakiś czas, czuję się lepiej. Nie tylko z powodu dotlenienia organizmu. Dotleniam sobie tam duszę. I zaczynam znów wierzyć w ludzi, kiedy tę wiarę nadwątlił poprzedni dzień.

Dochodzę czasem do wniosku, że może psiarze są tacy fajni, bo trzeba być dobrym, żeby dla jakiegoś kudłatego łobuza, który zwieje w krzaki, wychodzić świtem, po ciemku, w mróz i zawieję. Trzeba być bezinteresownym i nie być
małostkowym.

Czy tacy stajemy się, przyjmując psa do domu, czy tacy ludzie decydują się wziąć psa? Nie wiem. Wiem jedno, jest jakaś tajemnica psiego pola, gdzie ludzie są milsi i bardziej życzliwi. Niedowiarkom radzę przyjść do nas. Nawet bez psa, bo po paru wizytach na naszym polu i tak staniecie się psiarzami. Kurczę, a gdyby psie pole zapisywać na receptę?