fbpx

Śmiech to zdrowie

Inną planetę, ale też kraj, najlepiej poznajemy przez ich miejsca ostateczne. Kiedy podróżuję, zawsze ich szukam. Teraz ktoś oprowadza mnie po szpitalu rehabilitacyjnym w Ra’anana, nie tak daleko od stolicy Izraela. Na oddziale dziecięcym najwięcej jest maluchów palestyńskich, dopiero gdy zdarzy się terrorystyczny zamach, proporcje się zmieniają. I dzieci z wrogich światów leżą obok siebie, a rodzice z taką samą miłością i grozą pochylają się nad ich cierpieniem.

Jest za co krytykować politykę Izraela, lecz ta równość i opieka w nieszczęściu zasługują na szacunek. Po salach chodzi klaun, praktykuje się tu różne terapie, ale ta śmiechem uchodzi za najbardziej skuteczną.

Śmiech to zdrowie. Czy zawsze? „Ze wszystkich zwierząt tylko człowiek umie się śmiać” – zauważyli już starożytni filozofowie – „chociaż ma najmniej ku temu powodów” – dodał w XX wieku Ernest Hemingway.

Jeśli to prawda, że ten się śmieje, kto się śmieje ostatni, to śmiech taki jest wyrazem drwiny i pogardy. Nie może być zdrowy. Śmiech spontaniczny i czysty daje się poznać po barwie, skrzy się i oczyszcza organizm. Jest zaraźliwy podobnie jak płacz.

Są ludzie obdarzeni darem śmiechu płynącego gdzieś z głębin duszy. Znam dwie mistrzynie takiego śmiechu, czytelnicy „Zwierciadła” też je znają, nie zawsze jednak od „śmiesznej” strony. To nasza czołowa autorka od poważnych tematów Renata D. i „przytulna” terapeutka Kasia M. Czasami kusi mnie, by nagrać ich śmiech i nosić przy sobie na wszelki wypadek.

Źródła wesołości nie zawsze są jednak wesołe. Zaskakująco wielu ludzi uśmiechem pokrywa rozpacz. Czy nie znamy polityków, którzy wkładają sztuczny uśmiech jak maskę? Inni tak napinają mięśnie szczęk, że obnażają czaszkę białą jak lód.

Piszę te słowa, zerkając przez okno na drapacze chmur Tel Awiwu-Jafy, z dala uśmiecha się do mnie morze. Mój gospodarz, poeta, człowiek teatru, aktor, też tłumacz moich wierszy na hebrajski, pochodzi z Wilna, dlatego jego polski jest tak bujny i śpiewny. Ale dla niego samo życie jest niezwykłym spektaklem, gdzie scena goni scenę. To chyba najweselszy człowiek, jakiego znam. Dociekliwy z natury dociekam, co się za tym kryje. Proszę więc: „opowiedz mi o swoim dzieciństwie”.

Getto w małym polskim miasteczku. Kiedy stał z matką na placu w wielotysięcznym tłumie tuż przed egzekucją, znalazł zardzewiałą brzytwę i poprosił matkę, by „przed tym” podcięła mu gardło, ona jednak zaciągnęła go do mieszkania, gdzie leżeli zamordowani. Umazała sobie i jemu twarz krwią i kazała położyć się obok nieżywych. Niemcy wzięli ich za martwych. Dzięki temu mój tłumacz ocalał. Czy jednak nie umarł wtedy, by żyć ponownie mimo wszystko? Jeśli żyje się po swojej śmierci, można istnieć w rozpaczy albo – wprost przeciwnie – radować się nieustannie.

Mój ojciec też cudem przeżył okupację, on jednak, niestety, rozcelebrował rozpacz i bezsens życia. Jakoś radził sobie dzięki poezji. Miał jednak też w sobie potencję śmiechu nie do ugaszenia, który wybuchał w sytuacjach ostatecznych.

Umarł Stalin – w ówczesnej paranoi zaskakująco wielu mądrych i porządnych ludzi zgłupiało, a także się spodliło. Śmierć tyrana uznali za koniec świata. Z relacji mojej mamy (na spotkanie żałobne w sali Związku Literatów poszła z ojcem): Przemawiał ich przyjaciel Julian Tuwim i płakał, szczerze płakał. Cała sala płakała. Ojciec nagle dostał ataku śmiechu. Zakrywał twarz rękami, dusił śmiech jak ogień, ten jednak wybuchał jeszcze większym płomieniem. Przerażona matka wyprowadziła go z sali. Wybiegła za nimi żona Broniewskiego, groźna komunistka: – W takim momencie wychodzicie!?

– Ojciec krztusił się, walcząc z ogniem śmiechu w dłoniach. – Tak się wzruszył, że bardzo źle się poczuł – odpowiedziała matka.

A przecież ten śmiech histeryczny był znakiem powrotu do zdrowych zmysłów.

www.tomaszjastrun.com