fbpx

Wanda Rutkiewicz i jej droga na szczyt – tam, gdzie jest lepiej

Wanda Rutkiewicz. Jej droga na szczyt - tam, gdzie jest lepiej
Wanda Rutkiewicz. (Fot. Seweryn Bidziński/BEW)

Nie okazywała czułości, trzymała bliskich na dystans. Tak jakby wszystkie emocje i ambicje lokowała w jedynym prawdziwym wybranku: w górach. Najwyższych. Dziś mija 28 lat od śmierci Wandy Rutkiewicz. Jak była najwybitniejsza polska himalaistka?

16 października 1978 r. Wanda Rutkiewicz, jako trzecia kobieta, pierwsza Europejka i pierwsza himalaistka z Polski (w konkurencji obu płci), wchodzi na dach świata, Mount Everest. Tego samego dnia konklawe decyduje, że na Tronie Piotrowym zasiądzie kardynał Karol Wojtyła (podczas spotkania z himalaistką w trakcie pierwszej pielgrzymki do Polski Jan Paweł II zażartuje, czy to nie dziwne lub jakoś znamienne, że jednego dnia oboje zaszli tak wysoko). Obie informacje docierają do kraju niemal jednocześnie. Obie przyjęte są z niedowierzaniem i z radością.

Dlatego też po powrocie z Nepalu Wandy jest pełno w gazetach, radiu i telewizji. Podczas publicznych spotkań przyciąga setki wielbicieli. Dotąd znana jedynie w alpinistycznym światku, ceniona za osiągnięcia tylko między ludźmi podzielającymi jej pasję wspinaczki, osiąga status gwiazdy, jest celebrytką.
To była Polska pustych półek i permanentnych niedoborów wszystkiego oraz nachalnej propagandy, że jesteśmy dziesiątą potęgą gospodarczą świata. Taki kontrast, widoczny gołym okiem, stwarza wielką potrzebę sukcesu, niech przydarzy się nawet w dalekich Himalajach. Wyczynem Rutkiewicz można się chwalić, papieżem Polakiem – wtedy – nie za bardzo.

Za jej sprawą himalaizm zyskuje tysiące kibiców, choć z drugiej strony ludzie powtarzają: „Jaki jest sens pchać się tak wysoko, gdzie wichury i mróz, brak tlenu, strefa śmierci, a niebezpieczeństwo utraty życia jest bardzo poważne?”. Nie ma chyba dziennikarza, który nie spyta: „Po co?”. Wanda odpowiada: „Dlatego, że góry są”.

Niewielu słyszy, że raz czy drugi zapowiada, iż Mount Everest to koniec przygody z naprawdę wysokimi górami. Zresztą bardzo szybko złamie to postanowienie. A himalaizm stanie się niejako polską specjalnością narodową. Podaruje nam również wiele łez, bo nie wszyscy, także ci najlepsi, z tych wysokich gór wrócą. Między nimi znajdzie się Wanda.

Góra, na której mieszkają bogowie

Przyszła na świat w lutym 1943 r. w litewskich Płungianach. Przez miasteczko płynęła rzeka, a na drugim brzegu stał pusty pałac książąt Ogińskich, nad którym sprawował pieczę jej ojciec, człowiek praktyczny i wielce uparty, co można również nazwać konsekwencją i wytrwałością w działaniu. Właśnie po ojcu Wanda odziedziczyła charakter, zmuszający do parcia do przodu, w kierunku wyznaczonego celu, bez względu na okoliczności.

Inaczej matka – bardziej dama niż gospodyni domowa, pani od bali, rautów, zmienności nastrojów i ezoterycznych zainteresowań kulturą oraz wierzeniami Wschodu. Gdy Wanda miała cztery lata, robiła zakupy, bo matka była ponad to. Najpewniej od niej Rutkiewicz po raz pierwszy usłyszała o Himalajach i o ponadośmiotysięcznej Kanczendzondze, gdzie – jak wierzą Nepalczycy i Tybetańczycy – mieszkają bogowie, więc wierzchołka nie powinna kalać ludzka stopa. Tuż poniżej szczytu ma się znajdować wejście do jaskini prowadzącej ku mitycznej krainie tajemnicy, mądrości, bogactw i szczęścia. Matka Wandy, wyznawczyni Angi Jogi, wzorem buddystów Nepalu i indyjskiego Sikkimu, wierzyła, że to prawda.

Po wojnie rodzinę Wandy repatriowano bydlęcym wagonem do Polski. Na trochę zatrzymali się w Łańcucie, u dziadków ze strony ojca. Potem osiedli we Wrocławiu, zajmując poniemiecki dom, gdzie jeszcze stały meble dawnych właścicieli. Matka w dalszym ciągu nie pracowała, wywołując tym permanentną irytację ojca. W końcu rodzice rozstali się, co Wanda bardzo przeżyła. To trzymający się realiów powojennego życia ojciec Zbigniew woził swoje dzieci na rowerze i organizował zabawy w Indian, kąpał, rozczesywał czupryny, przynosił pieniądze na życie. Nigdy nie wybaczyła mu, że odszedł z domu.

Zawsze w roli gwiazd

W szkole w zasadzie nie miała bliskich koleżanek, którym wypłakiwałaby się w rękaw. Nie podrywała chłopaków. Uczyła się całkiem dobrze, ale tak naprawdę chciała, musiała być najlepsza w sporcie. Daleko w tyle zostawiała rówieśniczki, była niezwykle sprawna i wytrzymała fizycznie. Na treningach równie zawzięta jak jej ojciec podczas pracy nad kolejnymi wynalazkami; będzie pierwsza i już. Rzucała dyskiem, biegała, skakała i wtedy trenerzy mówili jej, że powinna zostać lekkoatletką. Gdy grała w siatkówkę, uważali, że akurat w tej dyscyplinie powinna się specjalizować. Lekkoatletyka była przygodą czasów liceum. Siatkówkę zostawiła z powodu zbyt niskiego wzrostu. Pojawiły się góry, które po raz pierwszy pokazał jej ojciec.

Wyjeżdżała w skałki, potem w Tatry i już w pierwszych miesiącach szukała trudnych dróg. To w końcu epoka, gdy wszyscy wierzyli, że kobiety w górach (i nie tylko) ustępują mężczyznom, ale nie Wanda (gdy była już sławna, zapytała w wywiadzie: „Czy ktoś raz na zawsze ustalił, że konsekwencja, zdecydowanie, precyzja i parę innych cech jest przypisanych wyłącznie mężczyznom?”). W 1968 r. przeszła, jako pierwsza alpinistka, filar Trollryggenu w Norwegii. Zaliczyła bardzo trudne drogi w Alpach. W 1975 r. wspięła się na prawie 8 tys. metrów – na Gaszerbrum III w Karakorum. Trzy lata później stanęła na Mount Evereście.

Miała przyjaciół, którzy po jej śmierci powiedzieli publicznie, że nie było z nią łatwo. Wycofana, z dystansem, zimna, zero luzu i pochlipywania w mankiet. Lubiła być gwiazdą, potrzebowała podziwu i akceptacji. Nie okazywała emocji, nie przytulała najbliższych, nie plotkowała, nie spędzała czasu z ludźmi po to, żeby go po prostu spędzić. Ale też, przy pierwszym kontakcie, sprawiała wrażenie nieśmiałej, delikatnej, cichutkiej. W pracy – była inżynierem elektroniki w Instytucie Automatyki Systemów Energetycznych – co raz składała podania o bezpłatny urlop. Liczyły się tylko góry. Jedynie one umiały dowieść, że Wanda jest ambitna, perfekcyjna, odważna, wymagająca, pełna niewiarygodnej determinacji. Nawet bezwzględna. W ostatnim okresie nie chodziła w Himalaje z nikim z czołówki polskich wspinaczy, bo wszyscy musieliby iść w jej cieniu. W środowisku szanowano ją za wyniki. Ale czy lubiano?

Na dodatek była piękną kobietą. Wiedziała o tym i chyba rozumiała moc urody połączonej z górskimi osiągnięciami. Ktoś plotkował, że po Mount Evereście miała za kochanka jakąś szychę z KC. Szeptano o jej związkach z najlepszymi wspinaczami i rajdowcami (sport samochodowy był pasją Rutkiewicz). Odeszła od dwóch mężów; ten drugi był Austriakiem i w mrokach stanu wojennego dawał szanse zostania na Zachodzie (w listach do przyjaciółek pisała, że wyszła za mąż, ale nie trzeba się zbytnio do tego przywiązywać). Nigdy nie założyła rodziny, nie miała dzieci, dom, wspólne obiady w niedzielę i bajki na dobranoc – to nie był świat dla niej. Choć najbliższym umiała powiedzieć, że od czasu do czasu dopada ją tęsknota za takim życiem.

Chciała ułożyć sobie życie – była już wtedy kobietą dojrzałą – z neurochirurgiem i himalaistą z Berlina, Kurtem Lyncke-Kruegerem. W 1990 r. szli w wyprawie na Broad Peak. Kurt stracił równowagę na stromym polu lodowym. Wanda widziała, jak leci w dół; jego ciało zostało w Himalajach. Tylko tym razem przerwała wyprawę z innych powodów niż totalne załamanie pogody i całkowita niemożność dotarcia na szczyt. Wpadła w kilkumiesięczną ciężką depresję.

W cieniu śmierci

Jej życie było naznaczone śmiercią. Gdy w 1948 r. mieszkali we Wrocławiu, jej starszy brat, Jureczek, bawił się z kolegami wojennym niewybuchem. Rozerwało go na strzępy.

W 1972 r., w Łańcucie, już po separacji rodziców, włamywacze zamordowali jej ojca. Użyli do tego wszystkiego, co było pod ręką: noży, tasaka, siekiery. Zidentyfikowała pocięte ciało, widziała krew na ścianach, była też oskarżycielem posiłkowym w procesie morderców. Mówiła, że słyszy krzyk ojca.

Ze znajomych, których poznała w górach, odeszło kilkudziesięciu. Kobiety i mężczyźni, starsi i młodsi od Wandy. Przypadkiem, z braku szczęścia lub przez nadmierne zaufanie we własne umiejętności. „Co dziesiąty, co dwudziesty alpinista ginie. Ale ja nie przestanę” – mówiła. Ufała, że nie zostanie w górach. Lecz zwykła mawiać również, że góry to jej codzienność, a więc – śmierć i pogrzeby (często symboliczne) także. Nie bała się opowiadać, że śmierć wygląda makabrycznie, potwornie, zrywa ubranie do strzępków nagiej skóry, kawałkuje ciało. „Zbiegłam stokiem śnieżnym w stronę różowo-czerwonej rynny wyżłobionej spadającym ciałem. Z trudem patrzyłam na to, co zostało z człowieka. Ciało powyginane w różnych kierunkach, nogi i ręce pod nieprawdopodobnym kątem. Najgorsza była twarz, wyraźna, rozpoznawalna, choć z tyłu głowy niewiele zostało” – opowiadała.

Raz zniosła z gór ciało koleżanki, którą cztery lata wcześniej zakopała w lodowcu, Haliny Krueger-Syromskiej. Przegniłe, bo lodowiec porusza się i wypycha zawartość na powierzchnię, pełne robaków, śmierdzące. Pochowano ją u stóp K2, w solidnym, himalajskim grobie. Wanda zwierzała się, że wówczas poczuła jakąś ulgę.

Karawana do marzeń

Miała plan: zdobyć Koronę Himalajów i Karakorum, niestety, po Reinholdzie Messnerze i Jerzym Kukuczce. Chciała być pierwszą kobietą stojącą na szczytach wszystkich czternastu ośmiotysięczników. Nazwała to „Karawaną do marzeń”.

Dlatego pragnęła, by jej wyczyn był unikalny i absolutnie niezwykły, z tych do wiecznego zapamiętania w historii himalaizmu. Messner i Kukuczka sobie, a Rutkiewicz sobie: zdobędzie Koronę w tempie ekspresowym, będzie nie tylko pionierką wśród kobiet, ale prawdziwą pionierką gór wysokich.

Mount Everest już zdobyty, tak samo o wiele trudniejszy i drugi co do wysokości K2 (pierwsza kobieta i pierwsza Polka). W notesie odhaczone są Nanga Parbat, Sziszapangma, Gaszerbrum I i II, Czo Oju i Annapurna. Zostało tak niewiele. Nie przeszkadza jej, że już po Mount Evereście przeżyła na Kaukazie ciężki wypadek, zakończony otwartym złamaniem nogi (prowadziła jedną wyprawę w Himalaje na K2, idąc o kulach). Teraz, na wiosnę 1992 r. przyszedł czas na Kanczendzongę, mieszkanie bogów, o którym słyszała w dzieciństwie. Zresztą tuż przed wyjazdem matka przypominała Wandzie, by nie wchodziła na sam szczyt, bo może rozgniewać duchy i ich mieszkanie (wspinacze zatrzymują się dwa, trzy metry przed wierzchołkiem Kanczendzongi, by uszanować uczucia religijne Nepalczyków i ludzi Sikkimu).

Rutkiewicz miała 49 lat. Chodziła coraz wolniej, a z pewnością najwolniej ze wszystkich uczestników wyprawy. Towarzysze nazywali ją „abuela”, co po hiszpańsku znaczy „babcia” (na początku gniewała się, potem śmiała z przezwiska). To nie najlepszy wiek, by porywać się na najwyższe góry świata. Ale Wanda była pewna swego – dojdzie na szczyt i wróci. Przecież wszyscy zazdroszczą jej wytrzymałości i nieludzkiej wręcz odporności na wysokość. Może przebywać kilka dni w strefie śmierci i w porównaniu z innymi wspinaczami prawie wcale tego nie odczuwała: nie miała symptomów obrzęku mózgu, rzadziej skarżyła się na biegunkę i wymioty, jej organizm sprawniej bronił się przed chorobą wysokościową.

„Babcia” jest wolna

To meksykańsko-polska wyprawa. Szła jak z kamienia, choć Carlos Carsolio był doświadczonym himalaistą i nie musiał niczego Wandzie zazdrościć (ani ona nie zazdrościła jemu), a polski partner Arkadiusz Gąsienica-Józkowy (góry zabiorą go niedługo później) był ledwie szczawikiem, bo bardziej doświadczeni by z Wandą nie poszli.

Na wysokości 5500 metrów okazuje się, że jej tajemne zdolności do aklimatyzacji gdzieś się zapodziały, bo puchnie i ciało boli. Schodzi więc niżej, a kiedy wraca, okazuje się, że jest jeszcze mniej sprawna. Mimo to zespół postanowił iść na Kanczendzongę. Przegnała ich himalajska burza śnieżna.

Do drugiego podejścia przystąpili Wanda i Carlos. Meksykanin szedł szybciej, bo w górach wysokich, co wielekroć powtarzała Wanda, idzie się swoim tempem i na własną odpowiedzialność. Zresztą tak się wcześniej umówili. W ostatnim obozie przed szczytem Rutkiewicz wymiotowała i miała biegunkę. Carsolio był przekonany, że to wypadek przy pracy: „Babcia” jest wolna, ale daje radę. Wyszli razem. Meksykanin wszedł na świętą górę, a kiedy wracał, spotkał Wandę, zagrzebaną w śniegu. Odradzał jej dalszą wspinaczkę, bo nie miała przy sobie śpiwora, jedzenia, gazu, żeby zagotować wodę ze śniegu. Poszedł niżej, bo Rutkiewicz postanowiła iść do góry. Czekał na nią 12 godzin.

Gąsienica-Józkowy po kres życia żałował, że nie miał sił, żeby szukać. Matka Wandy Rutkiewicz wierzyła, że jej córka znalazła jaskinię pod szczytem świętej góry, by przejść tam, gdzie lepiej. Nie w sensie symbolicznym, lecz naprawdę, do jednego z tamtejszych klasztorów. Do dziś nie znaleziono jej ciała. Niektórzy podkreślają, że data jej zaginięcia też ma pewien związek z Janem Pawłem II, wypadła w 11. rocznicę zamachu na jego życie na placu Świętego Piotra.

Heroina gór

Himalaiści mierzą się w górach z chorobą wysokościową, z niewyobrażalnym wysiłkiem, a co najtrudniejsze – ze śmiercią. Towarzysze wypraw umierają na ich oczach, a mimo to oni nie rezygnują z kolejnych wspinaczek. Dlaczego ciągle i ciągle wracają, by zdobywać kolejne szczyty? Czy wspinaczka to rodzaj nałogu?

Tomasz Harasimowicz, terapeuta i coach: Himalaizm możemy nazwać narkotykiem, heroiną gór. Niedotlenienie – powszechne w wysokich górach – zwiększa wydzielanie endorfin (endogennych morfin), które blokują ból i przynosząc satysfakcję z wysiłku, działają jako naturalny środek uspokajający, wprawiający w błogostan, oddziałując na ośrodek nagrody w mózgu. W tym samym czasie organizm reaguje na wzmożony stres lub zagrożenie, wytwarzając adrenalinę, wywołującą uczucie gwałtownego przypływu energii.
Tak więc osoba, która wchodzi na bardzo dużą wysokość, doświadcza jednocześnie przypływu uspokajających endorfin i pobudzającej adrenaliny. I tak wysokie dawki hormonów otrzymywane podczas kolejnych wypraw zaczynają nadawać życiu jedyny sens, którego paliwem jest ryzyko.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru magazynu „Sens”. Autor: Maria Fredro-Boniecka

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze