1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Van Morrison "Astral Weeks Live at the Hollywood Bowl"

Van Morrison "Astral Weeks Live at the Hollywood Bowl"

Nieznany szerzej irlandzki debiutant nagrał w 1968 roku w Nowym Jorku niezwykły album – ostatnie rankingi na płytę wszech czasów plasują „Astral Weeks” jako numer 2 („Mojo”), numer 3 („The Times”) czy nr 19 („Rolling Stone”).

Jednak wielki Van Morrison – bo o nim mowa – nigdy dotąd nie wykonywał materiału ze swojej przełomowej płyty na żywo. I dopiero w 40. rocznicę jej wydania zdecydował się na specjalne tournée. Zgromadził doborowych muzyków (niestety, nie ma tu większości nowojorskich sidemanów, którzy przyczynili się do wielkości „Astral Weeks”). Osią tego muzycznego spektaklu pozostają dwa środkowe utwory cyklu: „Sweet Thing” i „The Way Young Lovers Do”, jednak do legendy rocka przeszedł finał: „Ballerina” i „Madame George”. A choć wykonania nie są bardziej natchnione od oryginalnych, wszystkie są porywające.

EMI

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Prawo przyciągania – jak działa? Czym jest w psychologii?

Jeśli nie uzyskałaś czegoś, czego pragniesz, nie znaczy to, że za słabo się starasz, los ci nie sprzyja, że chcesz za wiele albo że na to nie zasługujesz. Powód jest jeden: stwarzasz opór. (Fot. iStock)
Jeśli nie uzyskałaś czegoś, czego pragniesz, nie znaczy to, że za słabo się starasz, los ci nie sprzyja, że chcesz za wiele albo że na to nie zasługujesz. Powód jest jeden: stwarzasz opór. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Jesteśmy magnesami. Wciąż przyciągamy to, czego pragniemy. I czego się boimy. Poznając Sztukę Przyzwalania, możemy zyskać większy wpływ na nasze życie. Amerykańscy badacze Prawa Przyciągania – Esther i Jerry Hicks – nie mają wątpliwości: podstawę tego świata stanowi dobre samopoczucie.

Nie czujesz się dobrze? Jesteś spięta, niezadowolona, wciąż czegoś ci brakuje? Oznacza to, że odłączyłaś się od nurtu. Że nie pozwalasz dobremu samopoczuciu, by wniknęło w ciebie. Masz wolną wolę – w każdej chwili dokonujesz wyborów. Oczywiście, nie mówisz: „Chcę być niezadowolona, zmęczona, samotna, chcę mało zarabiać”. Ale wybierasz swoje myśli, uczucia, a świat na nie odpowiada, zgodnie z teorią przyciągania. Co na przykład pomyślałaś przed chwilą?

Prawo przyciągania w trzech krokach

Esther i Jerry Hicks twierdzą z całą stanowczością: jeśli nie uzyskałaś czegoś, czego pragniesz (a twoje intencje są czyste), nie znaczy to, że za słabo się starasz, los ci nie sprzyja, że chcesz za wiele albo że na to nie zasługujesz. Powód jest jeden: stwarzasz opór. Przyjrzyj się swoim myślom – czy są pełne spokoju, ufności, miłości do siebie, czy może raczej frustracji, zniecierpliwienia, zwątpienia w potęgę przyciągania? Czy naprawdę wierzysz, że dostaniesz to, o co prosisz, czy nerwowo rozglądasz się na boki? Nie można zasiać ziarenka i codziennie rozgrzebywać ziemię, żeby sprawdzać, czy kiełkuje. Trzeba zostawić sprawy swojemu biegowi zaufać, że w swoim czasie nasze pragnienie zostanie spełnione. Nie przeszkadzać. Tak działa przyciąganie myślami.

Hicksowie zapewniają: świat zawsze odpowiada na twoje pragnienia. Procedura ich spełnienia jest prosta. Prosisz – to pierwszy krok. Drugi – wszechświat odpowiada. Ale to nie wystarczy. Niezbędny jest trzeci krok – Hicksowie w swojej książce „Proś, a będzie ci dane” nazywają go Sztuką Przyzwalania, wyjaśniając, jak działa prawo przyciągania. Chodzi o to, żeby dostroić się do tej odpowiedzi, zrobić dla niej miejsce.

Często bardziej skupiamy się na tym, czego nie chcemy, niż czego chcemy. Chciałabyś spotkać wspaniałego mężczyznę – nikt tego nie kwestionuje. Ale sprawdź, na ile twoje myśli są spójne z tym pragnieniem. Bo może wyglądają tak: „Nie chcę dłużej być sama, samotność jest straszna”. Chcesz mieć nowy samochód, ale wciąż myślisz o starym – że już ci się nie podoba, że nie jest tak niezawodny jak kiedyś... Sprawdź, jak przekłada się to na twoje emocje. Prawdopodobnie, gdy jesteś całkowicie skoncentrowana na swoim pragnieniu, czujesz się świetnie – masz wrażenie, że to, do czego aspirujesz, jest na wyciągnięcie ręki. Ale wystarczy chwila zniechęcenia – zaczynasz koncentrować się na braku, samopoczucie drastycznie spada... Nowy samochód odjeżdża. A wraz z nim magia przyciągania.

Twoje życie jest odbiciem twoich dominujących myśli – mówią Hicksowie. Jeśli chcesz się stać odpowiedzialnym twórcą swoich doświadczeń, musisz nauczyć się świadomie nimi kierować – to zagwarantuje skuteczność teorii przyciągania. Wybierać te, które wywołują pozytywne uczucia. W ten sposób przesuwasz swoje centrum przyciągania.

Skala Emocjonalnej Orientacji

By sprawniej się w tym wszystkim poruszać, Hicksowie stworzyli Skalę Emocjonalnej Orientacji, porządkującą stany (od tych najprzyjemniejszych po najbardziej bolesne). Najwyższe miejsce na skali zajmują: Radość, Wiedza, Moc, Miłość, Docenienie. Najniższe – Lęk, Rozpacz, Depresja, Bezsilność. Oczywiście, nie zawsze uczucia da się precyzyjnie określić, ale dobrze jest wiedzieć, w jakim mniej więcej miejscu w danym momencie jesteśmy. Nie oceniać – ani siebie, ani innych. Załóżmy, że ktoś znalazł się na samym dole skali – pogrążony w rozpaczy, depresji, bezwolny. I oto jakaś sytuacja wywołuje w nim złość. Więc wścieka się, co być może nie podoba się otoczeniu. Tymczasem wykonał ważny skok – wyszedł z depresji, zaczął inaczej oddychać, pozwolił, by przepłynęło przez niego więcej energii. Jest teraz bliżej życia!

Esther i Jerry Hicks uczą, jak przemieszczać się na Skali Emocjonalnej Orientacji. Jak wzmocnić swoje centrum przyciągania. Jak po prostu poczuć się lepiej. W „Proś, a będzie ci dane” opisali 22 procesy, które mogą być przydatne w tej pracy. Celem każdego z nich jest praktykowanie Sztuki Przyzwolenia, uwolnienie oporu. Autorzy zalecają, by poruszać się małymi krokami, zawsze określając miejsce, z którego startujemy. Trudno przeskoczyć od lęku do entuzjazmu, od wściekłości do miłości. Ale nawet niewielka poprawa ma dużą wartość w kontekście teorii przyciągania!

Weźmy proces o nazwie Koła Koncentracji. Możesz się do niego odwołać, kiedy znajdujesz się mniej więcej na środku emocjonalnej skali – gdzieś pomiędzy znudzeniem a złością. Hicksowie sugerują, by wykonywać go, gdy odczuwasz negatywne emocje, wywołane jakimś zdarzeniem czy sytuacją. Narysuj na kartce duże koło, potem, w jego środku, mniejsze (ok. 5 centymetrów średnicy). Skoncentruj przez chwilę wzrok na małym kole, po czym zamknij oczy i skup uwagę na tym, co wzbudziło w tobie nieprzyjemne emocje. Ustal, czego nie chcesz. To dobry punkt wyjścia, żeby zdecydować, czego pragniesz. Powiedzmy, że nie chcesz czuć się gruba. Chcesz być szczupła. Rzecz w tym, że te dwa stany wydają ci się na ten moment zbyt odległe, a więc i opór przed spełnieniem się pragnienia może być silny. Hicksowie porównują to do próby wskoczenia na kręcącą się szybko karuzelę – o ile nie zwolni, nie uda się nam na nią dostać. Ćwiczenie polega więc na zwolnieniu obrotów i sięgnięciu po myśl, która pozwoli nam zasiąść na karuzeli, a potem stopniowo ją rozkręcać. Chodzi o to, żeby nie szukać ostatecznych rozwiązań, znaleźć tę jedną wspierającą myśl... W przykładzie Hicksów (tym z nadwagą) brzmi ona: „Inni ludzie mieli podobne problemy i znaleźli skuteczne rozwiązania”. Kiedy utrzymujesz taką myśl w świadomości przez co najmniej 17 sekund, zaczną pojawiać się inne, coraz bardziej krzepiące: „Kupię sobie nowe ubrania, to sprawi mi radość”, „Moje ciało będzie odświeżone”, „Poczuję się bardziej witalna”... Zapisujesz te zdania na obwodzie dużego koła, zgodnie z ruchem wskazówek zegara (od 12 do 11). Ten proces to nic innego jak stopniowe, ledwo dostrzegalne podnoszenie wibracji – tak, by zestroiły się z twoim pragnieniem. To usuwanie przepaści, jaka często tworzy się między stanem, w jakim w danej chwili jesteś, a tym, do którego dążysz. Przerzucanie między nimi mostu.

Sposoby na lepsze samopoczucie dzięki sile przyciągania

A teraz załóżmy, że twoje samopoczucie plasuje się w górnych rejonach skali – między radością a optymizmem. Ale chcesz poczuć się jeszcze lepiej, wzmocnić relację z jakąś osobą, zabezpieczyć się przed spadkiem nastroju albo po prostu dobrze wykorzystać czas (choćby podczas stania w korku czy kolejce). Jeden z najprostszych procesów, po który można sięgnąć w takiej sytuacji, nazywa się Uznanie. Zacznij obserwować swoje otoczenie, aż dostrzeżesz coś, co ocenisz jako ładne, wartościowe, co wywoła w tobie przyjemne odczucia. Zatrzymaj uwagę na tym obiekcie, doceniając jego wygląd, użyteczność. Powiedzmy, że stoisz w kolejce do okienka pocztowego – rzecz się przedłuża, jesteś poirytowana. A mimo to zauważasz:

  • „Jaki ładny, funkcjonalny budynek”.
  • „To świetnie, że utrzymują go w czystości”.
  • „Podoba mi się spokój urzędniczki”.
  • „Ta kobieta przede mną ma bardzo ładną fryzurę”.
  • „To dziecko tak pięknie się uśmiecha”.
  • „Cieszę się, że moje nogi wytrzymują długie stanie”.

Być może z czasem znajdowanie rzeczy, które budzą twoje uznanie, wejdzie ci w krew. Być może nawet, doświadczając uznania dla kogoś lub czegoś, poczujesz gęsią skórkę... To znakomity sposób, by uwolnić się od oporu przed przyjmowaniem. Jak mówią Hicksowie, za każdym razem, kiedy coś chwalisz, rozpoznajesz to, czego pragniesz. Sygnalizujesz światu poprzez przyciąganie myślami: „Proszę o więcej właśnie tego”.

Inny twórczy proces, wymagający już nieco większego zaangażowania, nosi nazwę Magiczna Szkatułka. Najpierw trzeba wyposażyć się w rzeczoną szkatułkę (niech to będzie pudełko, które ci się podoba), potem umieścić na niej napis: „Cokolwiek znajduje się w tej szkatułce – ISTNIEJE”. Teraz zacznij wypełniać pudełko zdjęciami (z czasopism, katalogów), obrazującymi twoje pragnienia. Meble, ubrania, pojazdy, pomieszczenia, miejsca, ludzie... Za każdym razem, gdy będziesz wkładała do szkatułki nowe zdjęcie, wypowiadaj zapisane na niej zdanie. Te obrazki to twoje podpowiedzi dla wszechświata. To tak jakbyś uchylając wieczko szkatułki, by umieścić w niej różne skarby, otwierała drzwi tym wszystkim rzeczom.

Dwa pozostałe procesy przeznaczone są dla tych, którzy lubią pracować na piśmie. Pierwszy to Twórczy Warsztat. Potrzebne będą cztery kartki papieru. Na każdej z nich umieść jeden z nagłówków: Moje ciało, Mój dom, Moje relacje, Moja praca. A teraz zapisz – bez wymuszania – czego pragniesz dla każdego z tych obszarów życia. Najważniejsze rzeczy, np.:

  • „Chcę wzmocnić mięśnie”.
  • „Chcę zrobić remont”.
  • „Chcę kupić nowe meble”.
  • „Chcę spędzać więcej czasu z dziećmi”.
  • „Chcę wyjechać z mężem na wakacje”.

To nie koniec. Wypisz teraz powody, dla których chcesz to wszystko dostać. Na przykład na kartce poświęconej pracy może się pojawić zdanie: „Chcę zarobić więcej pieniędzy…

  • ponieważ zamierzam przeprowadzić się do centrum miasta”.
  • ponieważ chciałabym więcej podróżować”.
  • ponieważ chcę się zapisać na kurs hiszpańskiego”.

Ten proces pomaga nazwać po imieniu pragnienia, doprecyzować, co zamierzasz przyciągnąć. Ukierunkować energię na przyciąganie myślami tego, do czego dążymy. Uzasadnienie, dlaczego czegoś chcesz, pozwala zwiększyć siłę myśli i zmniejszyć opór. Zamiast wdawać się w rozważania, kiedy coś do ciebie przyjdzie, w jaki sposób i czy to w ogóle możliwe – koncentrujesz się na korzyściach, jakie z tego będziesz miała. Dla skuteczności działania zaleca się wykonywanie tego procesu raz w tygodniu przez miesiąc, a później raz w miesiącu.

I jeszcze Księga Pozytywnych Aspektów. Przyda się notes. Zapisz w nim czyjeś imię – przyjaciela, zwierzęcia, miejsca... Chodzi o osoby, stworzenia czy rzeczy, które wywołują w tobie pozytywne uczucia. A teraz odpowiedz na pytania: Co w tobie lubię? Dlaczego cię kocham? Jakie są twoje największe zalety? Pisz tak długo, jak długo będą się pojawiać odpowiedzi, po czym wszystko przeczytaj. Może przejdziesz do kolejnego imienia? A może zapragniesz zapełniać swoją księgę regularnie? Poszukiwanie pozytywnych aspektów sprawia, że znajdujesz ich w codziennym życiu coraz więcej – zapewniają Hicksowie.

Takich ćwiczeń na skuteczne proszenie i przyciąganie myślami proponują znacznie więcej. Jak sugerują autorzy „Proś, a będzie ci dane” – dobrze jest korzystać z tych procesów z otwartością, dystansem... Bo chodzi o to, żeby dobrze się bawić, tworząc własne życie z wykorzystaniem teorii przyciągania.

  1. Styl Życia

Shinrin-yoku - leśne kąpiele wzmacniają odporność i podnoszą poziom energii

Drzewa produkują fitoncydy, które w założeniu są związkami ochronnymi dla samych drzew, ale „przy okazji” bardzo dobrze działają na samopoczucie ludzi. (Fot.iStock)
Drzewa produkują fitoncydy, które w założeniu są związkami ochronnymi dla samych drzew, ale „przy okazji” bardzo dobrze działają na samopoczucie ludzi. (Fot.iStock)
Z perspektywy ewolucji jeszcze niedawno wszyscy mieszkaliśmy w lesie. Gdy do niego wracamy, czujemy się więc spokojnie i bezpiecznie. Stąd dobroczynne efekty terapii leśnej. Opracowana w Japonii pod nazwą shinrin-yoku, okazuje się remedium na epidemię stresu.

„Drzewa tworzą las” – piszą w książce „O drzewach, które wybrały Tatry” Tomasz Skrzydłowski i Beata Słama. „To miejsce groźne, nie do końca poznane, w baśniach całego świata był siedliskiem nadprzyrodzonych stworów, miejscem inicjacji, probierzem dzielności. Czasem las udzielał przyjaznego schronienia, innym razem wściekłe drzewa więziły w gałęziach i korzeniach zbłąkanych wędrowców”. Alicja Zadrożyńska w książce „Światy i Zaświaty. O tradycji świętowania w Polsce” pisze, że w dawnych czasach ludzie tak bali się wejść do lasu, że zanim to zrobili, odprawiali różne dziwne rytuały. Dobrze wiem, o czym mowa...

Początek pięknej przyjaźni

Jak wiele osób z mojego pokolenia, spędzałam wakacje u babci na wsi. Na Podlasiu. Dom stał pod lasem. Najpierw wchodziło się do tzw. brzeźniaka, i choć już w czasach mojego dzieciństwa brzozy ustępowały sośnie, to nazwa obowiązuje nadal. Po przejściu kilkunastu metrów pojawiały się drzewa iglaste. Ten las znałam dobrze, ale jako małą dziewczynkę napawał mnie lękiem. Bo też i krył wiele tajemnic. Podobno na tzw. wisiółce powieszono powstańców styczniowych, wilkołak istniał naprawdę, a pewne miejsce przy krzyżu szczególnie upodobał sobie diabeł i po zmroku lepiej było nawet nie przechodzić w okolicy, bo jednemu chłopu to nawet wskoczył na plecy. (Inna sprawa, że wtedy wielu Podlasiaków dobrze pamiętało jeszcze czasy II wojny i tuż po niej, i te bajania były niczym w porównaniu z tym, co faktycznie widzieli wśród drzew).

Tamten las malał odwrotnie proporcjonalnie do mojego wieku, teraz wydaje się mieć powierzchnię niewiele większą od dużej chustki do nosa, a do mitycznej „wielkiej choiny”, do której nawet nie próbowałyśmy z babcią dotrzeć, dobiegam w kwadrans i w kolejne pół godziny przemierzam ją wzdłuż i wszerz. Z czasem poznałam czerwone buczyną połacie w Bieszczadach i wielkie bory na Pomorzu Zachodnim z prawie sięgającymi nieba daglezjami, zwrotnikową dżunglę i tysiącletnie cedry, ale to te pierwsze wyprawy były początkiem mojej przyjaźni z lasem.

Wszystkimi zmysłami

„Jakaś tajemnicza moc drzew sprawia, że jesteśmy zdrowsi i szczęśliwsi. Dlaczego wystarczy spacer po lesie, żeby obniżyć poziom stresu i mieć więcej energii?” – zastanawia się autor książki „Shinrin-yoku. Sztuka i teoria kąpieli leśnych”. Doktor Qing Li z Akademii Medycznej w Tokio należy do światowych ekspertów w dziedzinie medycyny leśnej. Od kilkunastu lat koncentruje się w swojej pracy naukowej na sylwoterapii. Chodzi o tzw. kąpiele leśne, czyli zanurzenie się w atmosferze lasu, chłonięcie go wszystkimi zmysłami: wzrokiem, słuchem, dotykiem, smakiem i węchem. Już dwugodzinna wędrówka po lesie (bez telefonu, aparatu, odtwarzacza muzyki – tylko ty i natura) pozwala w pełni skorzystać z dobrodziejstw przyrody, w tym stymulować układ odpornościowy, dodawać energii, osłabiać lęk, depresję i złość oraz obniżać stres i wywołać stan odprężenia.

Jak to działa? Doktor Qing Li zasadnicze znaczenie w leczniczym działaniu shinrin-yoku przypisuje aromaterapii. Nie dość, że w lasach powietrze jest dużo czystsze (co już samo w sobie, uspokaja oddech i pozwala obniżyć poziom stresu), to jeszcze drzewa produkują fitoncydy, które w założeniu są związkami ochronnymi dla samych drzew, ale „przy okazji” bardzo dobrze działają na samopoczucie ludzi. Głównym składnikiem fitoncydów są terpeny i to właśnie z nich bierze się tak intensywny zapach w lesie. Taki sam, który możemy „przenieść” w postaci olejku eterycznego w dowolne miejsce w naszym domu.

Doktor Qing Li zaleca wprawdzie trzydniowe wyjazdy, ale, jak zastrzega, już kilka godzin kąpieli leśnej pomaga się odprężyć. Sam co dzień stara się wychodzić w porze lunchu do pobliskiego parku i wszystkich do tego zachęca.

Można także zaprosić las do domu. Nie, nie w słoiku (ostatnio nawet dyskutowałyśmy w redakcji o tym, że jest coś nienaturalnego w zamykaniu lasu po szkłem…), ale wstawiając do pomieszczenia rośliny, które będą oczyszczać powietrze, i wdychając olejki eteryczne. Listę roślin najskuteczniej pochłaniających toksyny zawdzięczamy NASA, która przygotowała ją na potrzeby stacji kosmicznych. Są na niej m.in.: skrzydłokwiat, azalia, gerbera, bluszcz pospolity i chryzantema. Wśród olejków szczególnie cenny jest ten z sosny. „Sosna jest przyjaciółką człowieka od zarania dziejów – leczy i chroni (tych bardziej zabobonnych), a także cieszy zmysły: wzrok – piękną sylwetką, powonienie balsamicznym zapachem” – piszą autorzy przywoływanej już książki o tatrzańskich drzewach. Mamy prawdziwe szczęście, że to najpopularniejsze drzewo w polskich lasach.

Powrót do domu

Nie dziwi, że praktyka kąpieli leśnych wywodzi się z Japonii. Z jednej strony w obu oficjalnych religiach: szintoizmie i buddyzmie las jest święty, z drugiej – jak pisze sam dr Li – Japończycy nie byli nigdy bardziej oddaleni od natury niż dziś: 78 proc. z nich mieszka w zatłoczonych miastach, poziom zmęczenia jest taki wysoki, że istnieje specjalne słowo (karoshi) określające śmierć z przepracowania. Ale stres to choroba globalna, Światowa Organizacja Zdrowia nazwała go już epidemią. Nie sposób nie wiązać tego z zamykaniem się w pomieszczeniach, według szacunków Europejczycy spędzają w ten sposób 90 proc. czasu. Terapia leśna może im wiele zaoferować.

Jako pierwsze zaimportowały ją Francja i Wielka Brytania. W obu krajach pojawiły się już warsztaty sylwoterapeutyczne. Udział w jednym z nich opisuje dziennikarka serwisu „The Guardian”: „Jedna sosna wygląda bardzo podobnie do drugiej. To była moja pierwsza myśl, gdy błądziłam po lesie w poszukiwaniu drzewa, z którym miałam «się połączyć». Powiedziano mi, że jeśli już je znajdę, mam przywitać się z nim jak ze starym przyjacielem, podzielić się z nim myślami, a może nawet objąć je”. Ostatecznie Joanne O’Connor straciła zbyt wiele czasu na bezowocne poszukiwania. Gdy inna uczestniczka opowiadała o spokoju, jaki odczuła w kontakcie z drzewem, nie przyznała się, że ona nawet nie znalazła odpowiedniego drzewa. Felieton kończy jednak refleksją: „Czuję, jakbym po raz pierwszy od miesięcy wzięła głęboki oddech, pozwoliła plecom się rozluźnić i po prostu cieszyłam z tego, że jestem na świeżym powietrzu. Nazywajcie to shinrin-yoku, kąpielą leśną, spacerem wśród drzew, nazywajcie jak chcecie – ale to podnosi na duchu”.

Tak samo uważa Jean–Marie Defossez, coach oddechu, doktor biologii i fizjolog zwierząt, autor niewydanej jeszcze po polsku książki o terapii leśnej: „Sylvothérapie: Le pouvoir énergétique des arbres”. W jednym z wywiadów dla francuskiej telewizji tłumaczył: „Przez miliony lat las był dla ludzi domem, miejscem zabawy, żywił ich. I być może jeśli zanurzamy się w lesie, coś wewnątrz naszego ciała i mózgu pozwala nam rozpoznać to miejsce. A w miejscu, które jest bliskie, poziom napięcia i stresu obniża się w sposób naturalny”.

Podobnie pisał w „Lapidariach” Ryszard Kapuściński: „Jeżeli jestem sam w lesie, nie może mnie spotkać żadna podłość, nie mogę usłyszeć kłamstwa ani świstu bata”. Może dlatego – jak wilka – ciągnie mnie do lasu i przy każdej okazji korzystam z leśnej terapii. Wam też polecam!

Nazywanie emocji w lesie

Doktor Qing Li twierdzi, że natura może nas uczulić na własne emocje. Będąc w lesie, zwróć uwagę na to, jak reagujesz na otoczenie:

  • Zamknij oczy. Sprawdź, czy umiesz wyczuć, w którą stronę chcesz pójść.Wsłuchaj się w głos intuicji.
  • Zauważ, jak działa las na twoje zmysły.
  • Co czujesz, słysząc szum wiatru w gałęziach i śpiew ptaków?
  • Co czujesz, kiedy patrzysz na drzewa wokół siebie?
  • Co czujesz, wdychając zapach lasu?
  • Co czujesz, kiedy promienie słońca ogrzewają ci twarz albo gdy leżysz na ziemi?
  • Co czujesz, kiedy smakujesz świeże powietrze?
  • Na chwilę zapomnij o upływającym czasie i wszystkich codziennych zmartwieniach - co teraz czujesz?

Kąpiel w miejskim parku

  • Zostaw w domu telefon, aparat fotograficzny, odtwarzacz muzyki i inne rzeczy, które mogą cię rozpraszać.
  • Pozbądź się wszelkich oczekiwań.
  • Zwolnij, zapomnij o czasie.
  • Skup się na chwili obecnej.
  • Znajdź miejsce, w którym możesz usiąść – na trawie, pod drzewem albo na ławce.
  • Skoncentruj uwagę na tym, co widzisz i słyszysz.
  • Zauważ, jak się czujesz.
  • Jeśli to możliwe, zostań w parku dwie godziny (chociaż efekty zaczniesz zauważać już po 20 minutach).

Żródło: Qing Li, „Shinrin-yoku. Sztuka i teoria kąpieli leśnych”, wyd. Insignis 2018

  1. Styl Życia

Kwiaty jadalne – przepisy Kasi Bellingham, propagatorki ekoogrodnictwa

Kasia Bellingham, projektantka ogrodów, propagatorka ekoogrodnictwa, autorka podcastów „Naturalnie o ogrodach” i programu „Grunt to ogród” w Domo+. (Fot. Agnieszka MAjewska)
Kasia Bellingham, projektantka ogrodów, propagatorka ekoogrodnictwa, autorka podcastów „Naturalnie o ogrodach” i programu „Grunt to ogród” w Domo+. (Fot. Agnieszka MAjewska)
Stokrotki na kanapki, bratki do sałatki, a róże w konfiturze! Na kwiaty jest wiele kulinarnych sposobów – mówi Kasia Bellingham, projektantka ogrodów, propagatorka ekoogrodnictwa, autorka podcastów „Naturalnie o ogrodach” i programu „Grunt to ogród” w Domo+.

Kasia chętnie jada kwiaty. W jej kuchni bratek, róża, nasturcja czy pysznogłówka to codzienność. Inni szukają kulinarnej egzotyki na krańcach świata, a ona znajduje ją w ogrodzie, na łące pełnej chwastów, pod płotem...

Czy zdarza Ci się, że patrząc na piękną rabatę szukasz na niej kwiatów dobrych na sałatkę?
Na ozdobnych rabatach raczej nie uprawiam kwiatów, które zamierzam jeść. Sadzę je lub wysiewam pomiędzy warzywami, w ogródku kuchennym. Po prostu chcę, żeby mój warzywnik był piękny. Poza tym wolę nie ogałacać ogrodu z kwiatów. Oczywiście często, patrząc na nie, planuję jakąś sałatkę. Z kwiatów można przecież przyrządzać przeróżne rzeczy. Najprościej jeść je na surowo w sałatce lub po prostu położyć stokrotki na kanapce.

Dziś dania z kwiatami można znaleźć w menu restauracji. Czy to nowy trend czy powrót do korzeni zarezerwowany dla pasjonatów?
W Polsce floks czy bratek na talerzu to wciąż kulinarne przeżycie. A gdy już się na nim znajdą, często ich nie jemy, traktując jak ekscentryczną dekorację (śmiech). Z drugiej jednak strony kiedyś smażyło się kwiaty akacji i ponadczasową konfiturę z róży, piło się wino z chabrów i syrop z kwiatów mniszka (tzw. majowy miodek). A za czasów cesarza Franciszka Józefa zajadano się naleśnikami z kwiatami czarnego bzu. We Włoszech zaś smażono kwiaty cukinii w panierce, dodawano je do risotto. Wojny sprawiły, że trochę o jadalnych kwiatach zapomniano. Dopiero od niedawna zaczęły się pojawiać w restauracjach i na wypiekach w cukierniach. Na domowych talerzach wciąż są jednak rzadkością.

Ale zajadamy się pączkami z różanym nadzieniem, i to nie tylko w tłusty czwartek
Kwiaty rzeczywiście są w naszej diecie, ale nie zawsze zdajemy sobie sprawę, że są nimi kalafiory czy karczochy. A w Niemczech lawendę je się w ziołach prowansalskich.

Dlaczego kwiaty wyszły z kulinarnego obiegu?
Bo prawdę mówiąc są postrzegane jako fanaberia, ich konsumpcja po prostu nie przychodzi nam do głowy. Poza tym wciąż niewiele wiemy o ich smakowych walorach, skupiamy się na warzywach i owocach. No i są mało kaloryczne, trzeba ich naprawdę dużo zebrać, żeby się najeść. Zdecydowanie inaczej jest z ukochanym schabowym (śmiech).

Może problem leży też w trudnym dostępie do zdrowych, nie pryskanych kwiatków? Nie każdy ma ogród, czy choćby balkon.
Zawsze można się wybrać na działkę przyjaciół, na spacer na łąkę czy do lasu. I wrócić z bukietem kwiatów. Byleby rosły 100 metrów od ulicy. Można też umówić się na dostawy z lokalnym rolnikiem. A najlepiej zaplanować sobie w ogrodzie rabatę, skrzynię czy kilka donic z jadalnymi kwiatami – będziemy mieć pewność, że są bez chemicznych dodatków w bonusie.

Przez lata pracowałaś w angielskich ogrodach, a Twoim pracodawcą był sam książę Karol. W Anglii kwiatowe dania są bardziej popularne?
Anglicy kochają ogrody. Tam każdy ma większy lub mniejszy ogródek, a programy ogrodnicze są emitowane w piątkowe wieczory, w porze najwyższej oglądalności. W Anglii więcej osób uprawia „jedzenie”, a po kolację wybiega do ogródka, nie do Biedronki. Nic dziwnego - u nas większość ogrodów kuchennych zniknęła przez wojny, a w Anglii niektóre mają po 500 lat! W kilku z nich pracowałam, m. in. u księcia Karola w Highgrove. A on jest patronem ekologicznych angielskich ogrodów, w których uprawia się to, co się je – również kwiaty. Groszki pachnące, goździki brodate, nasturcje, ogóreczniki były dostępne na wyciągnięcie ręki, ale tylko na użytkowych grządkach, gdzie rosły obok warzyw. Rabat ozdobnych się w Anglii nie rusza – one są święte. Anglicy uprawiają jadalne kwiaty w miejscach, z których nie szkoda ich zrywać.

Jakie kwiaty były przysmakiem księcia Karola?
Kwiaty nasturcji, w liściowych sałatkach. One są bardzo popularne w Anglii i w Kanadzie. Mają bardzo wyrazisty smak, zbliżony do rzodkiewki czy rzeżuchy. A pracownicy ogrodu, łącznie ze mną, zajadali się ogórecznikami.

Czy pamiętasz swój pierwszy schrupany kwiat?
Był nim właśnie ogórecznik w Highgrove. Byłam w szoku, że ta pospolita roślina, rozsiewająca się jak chwast, ma tak mocny, orzeźwiający smak podobny do ogórka. Poza tym jego błękitne kwiatki są prześliczne! Zrywaliśmy je, wsypywaliśmy do butelek i zalewaliśmy zmrożoną wodą. Wychodził z tego orzeźwiający napój – lemoniada ogórecznikowa. W wersji ekskluzywnej kwiatki można mrozić w kostkach lodu.

Teraz ogórecznik niestety jeszcze nie kwitnie. Jakie smaczne kwiatki można zrywać w maju w ogrodzie?
Bratki, fiołki, mniszki lekarskie… Tulipanów nie próbowałam, ale słyszałam, że z ich płatków można robić sałatkę Festa di Tulipani, popularną w miasteczku Praformo nieopodal Turynu. Płatki tulipana są jadalne, w przeciwieństwie do cebuli, której konsumpcja może się skończyć płukaniem żołądka. Z mniszków robię syrop, ale raczej dla zdrowia, nie dla smaku. Choć z dodatkiem cukru może służyć za słodzik do herbaty.
Maj to zbyt wczesna pora dla ogórecznika, ale nie dla farbownika lekarskiego, o równie ładnych (nawet bardziej niebieskich) i smacznych kwiatkach. Mogę się założyć, że niewiele osób go zna. W Polsce dziko rośnie, ale można kupić nasiona i wysiać go w ogrodzie.

Który kwiat najbardziej spodobał się Twoim kubkom smakowym?
Zdecydowanie kwiat czarnego bzu! To według mnie najsmaczniejszy kwiat na świecie! Zresztą niedługo zakwitnie. Można go panierować w cieście naleśnikowym i smażyć jak kwiaty cukinii. Ale najpyszniejszy jest bzowy kordiał (syrop) z cytryną i pomarańczami. Gdy go pijesz, nawet zimą masz przed oczami lato. Zaraz podam przepis. Czarny bez to najbardziej niedoceniana roślina - ludzie wycinają go na działkach i traktują jak chwast.

A który kwiat był największym rozczarowaniem?
Liliowiec. Nie należy do małych, jest więc na czym zawiesić ząb (śmiech). I chrupie jak sałata. Ale kompletnie nie ma smaku. Dodaje sałatkom urody i koloru, ale kusi mnie tylko efektem chrupania.

Czy smak idzie w parze z zapachem? Jak coś ładnie pachnie, to i dobrze smakuje?
Gdy wąchamy pięknie pachnący kwiat budzą się nasze kubki smakowe. Przecież słodko pachnący kwiat powinien też słodko smakować! To się sprawdza u róż, fiołków wonnych i wielu innych kwiatów. Ale u czarnego bzu niekoniecznie - jego kwiaty pachną… kocimi siuśkami (śmiech). Za to aksamitka pachnie tak, jak smakuje – czyli ostro. Ja akurat bardzo lubię jej woń, bo przypomina mi dzieciństwo.

Nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele kwiatów można jeść…
W ogrodzie codziennie przechodzi się obok pysznych kwiatów – począwszy od róż, dalii, cynii, floksów, poprzez malwy i prawoślazy, a skończywszy na funkiach i jukkach ogrodowych. Jadalne i smaczne są kwiaty cykorii, bobu i wielu innych roślin uprawianych w tunelach foliowych dla liści. Również kwiaty roślin dyniowatych (np. cukinii, kabaczka) i niektórych drzew (np. akacji, klonu) idealnie nadają się do smażenia – wcześniej zanurza się je w roztrzepanym białku, obtacza w bułce tartej czy parmezanie. Śmiało można powiedzieć, że większość kwiatów jest jadalna.

Czy kwiatami można się zatruć? To się często zdarza?
Raczej nie. Kwiaty manifestują swe niecne zamiary szczypaniem w język, gorzkim smakiem. Trujących kwiatów jest naprawdę mało. Stokrotki, ogórecznik, bratki, nasturcje, róże, fiołki możemy wcinać jak krowy na łące. I nic nam nie będzie. Poza tym nawet jeśli liście, łodyga czy korzeń zawierają toksyczne substancje, nie znajdziemy ich w płatkach. Tak jest u tulipana, ale konwalia cała jest trująca!

W kwiatach tkwi duży kulinarny potencjał. Jak je przyrządzać?
Można nimi dekorować potrawy, dodawać je do sałatek, aromatyzować dania (np. różą, bergamotką, fiołkiem), przyrządzać soki, syropy, nalewki, konfitury. Kto nie zna smaku konfitury z róż, ręka w górę! A te o mocnym zapachu, jak lawenda, aksamitki, róże można suszyć – zachowają swój aromat. Większość (np. nasturcje, bratki, fiołki) najlepiej spożywać na surowo, zaraz po zbiorze. Są tak delikatne, że prawie zanikają po przetworzeniu.

Kwiatowa rabata to bukiet pełen nie tylko słodkich, ale i ostrych smaków.
Pikantne są fioletowe kwiaty czosnku szczypiorku, białe czosnku bulwiastego i czosnku niedźwiedziego. Te ostatnie są łagodniejsze w smaku i bardzo zdrowe. Czosnek niedźwiedzi kwitnie wiosną, kiedy najbardziej potrzebujemy witamin. Jego kwiaty dają nam kopa po zimie. Wiedzą o tym misie i zajadają się nimi dla odzyskania formy po śnie zimowym. Jedzmy więc jego kwiatki i listki, siekajmy je i surowe dorzucajmy do sałatki. Często robię z nich omlet - dodaję do jajka przed wrzuceniem na patelnię.

Większość kwiatów służy jednak głównie do ozdoby?
T
ak, zwłaszcza te ładne, ale bez smaku, np. fiołki, bratki, nagietki, liliowce. Ale z niektórymi (np. nasturcji, aksamitki) trzeba uważać, bo naprawdę są wyraziste w smaku. Do pikantnych należą też kwiaty rukoli, musztardowca, roślin kapustnych. Warto je mieszać z kwiatami ogórecznika, które, podobnie jak ogórek, łagodzą ostrość. Wszystkie kwiaty dają efekt odświeżający – są dobre na upały.

A lawenda? Moja siostrzenica kocha lawendowe muffiny.
Ja za nimi nie przepadam. Owszem, lawenda jest w kuchni bardzo uniwersalna, można nią przyprawiać desery i mięsa, można ją znaleźć w ziołach prowansalskich. Ale dla mnie jest zbyt aromatyczna. Kiedyś piekłam z nią ciasta, piłam lawendową herbatę. Ale przestałam. Jej mentolowy smak i zapach bardziej pasuje do kosmetyków, niż do potraw.

Czy kwiaty są zdrowe?
Dla mnie one są czymś pośrednim pomiędzy warzywem a ziołem, skrywają w sobie wiele cennych składników, np. przeciwutleniaczy, glikozydów, soli mineralnych, olejków eterycznych.. Róża jest świetnym przeciwutleniaczem i zwalcza wolne rodniki. O czosnku niedźwiedzim już mówiłam. A aksamitka świetnie wpływa na wzrok. Pod warunkiem, że jest świeżutka, prosto z krzaczka. Można ją dodać do sałatki lub przerobić na macerat z olejem lub z octem.

Zjadłabyś bukiet kupiony w kwiaciarni?
To zależy w jakiej. Niektóre zaopatrują się w gospodarstwach ekologicznych, u lokalnych dostawców. Ale jest ich niewiele, więc raczej nie zjadłabym takiego bukietu, nawet z róż. Bałabym się, że pochodzą z Argentyny, a ich w życiu nie wzięłabym ich do ust, bo nie pachną. Zdecydowanie wolę te zebrane w ogrodzie lub kupione na targu u pana Mietka.

Kiedy zbierać kwiaty, żeby były najsmaczniejsze?
Ja wychodzę po nie do ogrodu w słoneczne dni, między godziną 11 a 15. Często zabieram ze sobą ogromną michę, oprócz kwiatów wrzucam do niej liście sałaty i innych warzyw liściowych. Z takiej mieszanki zwykle robię surówki. To, co zostanie przechowuję w lodówce - w torebce foliowej lub w spinerze do sałaty. Bratki, róże, stokrotki przechowuję nawet przez tydzień. Czasami robię z kwiatów smaczne bukiety i wstawiam je do wazonu.

Który kwiat polecisz początkującemu smakoszowi?
Na pewno nasturcję. Jest łatwa w uprawie, wyrazista w smaku. Trzeba tylko pamiętać, żeby ją wysiać dopiero po Zimnej Zośce, bo inaczej może przemarznąć. Oprócz kwiatów i liści ma też jadalne nasiona – można je zamarynować, smakują jak „kapary”.

A kwiatowe pesto? Z czego je zrobić?
Na pewno z kwiatów nasturcji. Mieszam je z natką pietruszki, czosnkiem i zmielonymi orzechami włoskimi zamiast pinii. Dolewam oliwy, doprawiam solą, pieprzem i gotowe. Takie pesto jest pyszne, ale nie jest zielone.

Czy słyszałaś o konfiturze z maków, mizerii z tulipanów, pasztecie z aksamitek czy o schabowym lawendowym?
Owszem, można eksperymentować. Ale na niektóre dania i kwiaty wolę popatrzeć, nie wszystkie bym zjadła. No, może jako rozbitek na bezludnej wyspie? (śmiech). Wydaje mi się, że warto być wiernym tradycyjnym jadalnym kwiatom, rodem z babcinego ogródka. Róża, nasturcja, fiołek, nagietek, ogórecznik, bez czarny… To dla mnie najpyszniejszy zestaw.

Potrawy z kwiatów - przepisy Kasi Bellingham

Kordiał z kwiatów czarnego bzu (przesłałam zdjęcie krok po korku)

  • 24 kwiatostanów czarnego bzu
  • 4 pomarańcze umyte i pokrojone w plastry
  • 2 cytryny umyte i pokrojone w plastry
  • 50 gr cukru
  • 1,5 l przegotowanej wody

Fot. iStockFot. iStock

Wkładamy wszystkie składniki do dużej miski i mieszamy aż do rozpuszczenia się cukru i kwasku cytrynowego. Zostawiamy pod przykryciem na 48 godzin – raz na dzień mieszamy. Całość przelewamy (przez drobne sitko) do butelek i bardzo szczelnie (!) zakręcamy. Syrop najlepiej smakuje rozcieńczony z niegazowaną lub gazowaną wodą mineralna z dodatkiem

Placki akacjowe z ricottą i smażonymi truskawkami

  • 1 szklanka mleka,
  • 1,5 szklanki mąki,
  • 250 g sera ricotta
  • ¼ łyżeczki proszku do pieczenia,
  • 1,5 łyżki cukru,
  • sok z ½ limonki
  • 1 jajko
  • około 10-15 „kiści kwiatowych’ akacji
  • cukier puder do posypania

Miksujemy mleko, mąkę, cukier, jajko, ser, proszek do pieczenia, dodajemy sok z limonki. W gotowym cieśnie maczamy liście akacji i układamy na rozgrzanym oleju. Placuszki smażymy z obu stron do zrumienienia. Na wierzch kładziemy konfiturę truskawkową, można posypać cukrem pudrem.

Sałatka kwiatowa z tulipanami i fiołkami

  • kilka płatków tulipanów i fiołków
  • ogórek
  • kostka sera pleśniowego
  • sałata
  • szpinak
  • sos vinaigrette
  • sól

Fot. iStockFot. iStock


Ogórek kroimy, sałatę rwiemy w palcach. Skrapiamy sosem, oprószamy solą. Ser rozdrabniamy rękami i dodajemy pozostałe składniki. Podajemy z pieczywem.

Napój fiołkowo-lawendowy

  • 4 litry wody gazowanej
  • 2 cytryny
  • 1 szklanka cukru
  • 2 laski wanilii
  • 4 łyżki suszonej lawendy
  • 400 ml syropu fiołkowego

Fot. StockFot. Stock

Gotujemy półtorej szklanki wody z 1 szklanką cukru, dodajemy wanilię przekrojoną wzdłuż na pół. Gorącym syropem zalewamy 4 łyżki lawendy i odstawiamy pod przykryciem do wystudzenia. Wyciskamy sok z cytryn, dodajemy syrop fiołkowy. Całość zalewamy wodą mineralną. W wersji dla dorosłych połowę wody mineralnej można zastąpić białym winem.

Kruche ciasteczka pomarańczowe z kwiatami czarnego bzu

  • 2,5 szklanki mąki
  • 4 łyżki cukru
  • 1 kostka margaryny lub masła
  • 1 łyżka oliwy (lub 1 żółtko)
  • 1 łyżka soku z pomarańczy
  • 1 łyżeczka startej skórki pomarańczowej
  • 4 kwiatostany dzikiego bzu (bzu czarnego) lub 4 łyżki suszonych kwiatów bzu (do kupienia w sklepach zielarskich)


Ze świeżych kwiatostanów czarnego odrywamy same kwiatuszki. Wszystkie składniki szybko zagniatamy w gładkie ciasto. Rozwałkowujemy raczej cienko podsypując mąką i wycinamy ciasteczka. Pieczemy w 200°C przez 10-12 minut.

Sałatka z ogórecznikiem

  • 200 g mieszanych sałat
  • 3 pomidory
  • 2 łyżki posiekanych liści ogórecznika
  • 5 kwiatków ogórecznika
  • sos winegret

Fot. iStockFot. iStock

Liście sałat dzielimy na kawałki, wsypujemy do miski. Dodajemy pokrojone w cząstki pomidory. Wrzucamy liście i kwiaty ogórecznika. Dodajemy sos winegret. Sałatka świetnie smakuje z plackami z cukinii.

Muffiny z lawendą

  • 1,5 szklanki mąki (375 ml)
  • 2/3 szklanki cukru (160 ml)
  • 4 g kwiatów lawendy
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 1/2 szklanki mleka (125 ml)
  • 1/3 szklanki oleju (82 ml)
  • 1 jajko

Fot. iStockFot. iStock

Piekarnik nagrzewamy do 180 st. C. Kwiaty lawendy rozcieramy z cukrem w moździerzu. Miksujemy mokre składniki, dodajemy suche i nadal miksujemy, aż się połączą. Formy do muffinów wyścielone papilotkami wypełniamy uzyskaną masą na wysokość 2/3 foremki. Pieczemy przez około 20-25 minut.

  1. Zdrowie

Narkolepsja - gdy sen wymyka się spod kontroli

Podstawowy objaw narkolepsji to nadmierna senność w ciągu dnia. Może przejawiać się jako nagły napad snu – nie do odparcia, albo też tzw. mikrosen – gdy chory zdaje się normalnie funkcjonować, ale jego stan czuwania przerywany jest króciutkimi drzemkami, podczas których traci kontakt z rzeczywistością. (Fot. iStock)
Podstawowy objaw narkolepsji to nadmierna senność w ciągu dnia. Może przejawiać się jako nagły napad snu – nie do odparcia, albo też tzw. mikrosen – gdy chory zdaje się normalnie funkcjonować, ale jego stan czuwania przerywany jest króciutkimi drzemkami, podczas których traci kontakt z rzeczywistością. (Fot. iStock)
Narkolepsja atakuje jedną osobę na tysiąc. Objawia się nagłymi drzemkami: w pracy, za kierownicą, w kolejce do kasy czy w czasie zabawy z dzieckiem. Chorzy są boleśnie świadomi ograniczeń swojego ciała – jeden udany dowcip, mocniejsze wzruszenie grożą odpłynięciem w niebyt.

Artykuł archiwalny

Pazury skrobią betonową posadzkę, czarny ogonek kiwa się energicznie, całe ciało psiaka wyraża skrajne podekscytowanie. Zwierzak kręci się niespokojnie, popiskując, podczas gdy dwunastka widzów siedzących pod ścianą wymienia nerwowe spojrzenia. Seiji Nishino, asystent doktora Emmanuela Mignota, pracownika Centrum Badań Snu na Uniwersytecie Stanforda, sięga po swe przyrządy naukowe: łyżkę i puszkę psiej karmy.

Czart, bo tak się wabi zwierzak, na co dzień może liczyć tylko na zwykłe suche granulki. Zdrowe, zbilansowane i całkowicie pozbawione aromatu. Czy można się dziwić, że wspaniały, pachnący, soczysty przysmak wprowadza go w euforię? Nishino otwiera puszkę. „Proszę, to dla ciebie, dobry piesek” – Nishino stawia na podłodze michę wypełnioną przysmakiem. Czart strzyże uszami, węszy z upodobaniem, rzuca się do jedzenia i... pada na posadzkę, bezwładny, z nosem tuż koło upragnionej miski. Jego łeb uderza ciężko o ziemię. Śpi.

Dwunastka milczących obserwatorów tego eksperymentu najpierw parska śmiechem, a zaraz potem z ich ust wydobywają się pomruki pełne współczucia i zrozumienia.

Jednym z najbardziej dramatycznych przejawów narkolepsji są napady senności pod wpływem silnych emocji. Oni znają to z własnego doświadczenia.

Urwany film

Pierwsze sygnały dają się zauważyć zwykle w młodości, choć niektórych choroba dopada dopiero w późniejszych latach. Podstawowy objaw narkolepsji (od greckiego narke– odrętwienie, i lepsis– atak) to nadmierna senność w ciągu dnia. Może przejawiać się jako nagły napad snu – nie do odparcia, albo też tzw. mikrosen – gdy chory zdaje się normalnie funkcjonować, ale jego stan czuwania przerywany jest króciutkimi drzemkami, podczas których traci kontakt z rzeczywistością. Atak może nastąpić w dosłownie każdym momencie – podczas prowadzenia samochodu, miłosnego zbliżenia, ważnego egzaminu czy po prostu niedzielnego spaceru w lesie. Ale senność to jeszcze nie wszystko.

Drugim, równie często nękającym narkoleptyków objawem jest katalepsja – nieoczekiwana utrata panowania nad mięśniami, zwiotczenie uniemożliwiające wykonanie jakiegokolwiek ruchu. Przypomina to omdlenie, z tą różnicą, że chorzy słyszą i są świadomi tego, co dzieje się dookoła, choć nie mogą otworzyć oczu ani wydobyć z siebie głosu.

Mimo że dzień wypełnia im walka o zachowanie przytomności, nie wypoczywają wcale w nocy. Za dnia przysypiają, ale w łóżku budzą się niemal co chwila. Blisko połowa chorych skarży się też na tzw. paraliż przysenny – kilkuminutową utratę władzy w ciele pojawiającą się tuż przed zaśnięciem. Innych dręczą halucynacje – sugestywne omamy, których doświadczają na jawie. To nic innego jak marzenia senne – takie same, które każdy z nas przeżywa podczas nocnego wypoczynku. Często powtarza się jeden, dramatyczny motyw: chory widzi obcych ludzi wdzierających się do jego domu, którzy rzucają się na niego, wiążą go lub duszą, ale on jest niezdolny do reakcji. Podczas gdy my, śniąc, uświadamiamy sobie, że uczestniczymy w spektaklu iluzji i możemy spoglądać na nasze przygody z dystansem, ci przekonani są o realności swoich wizji.

U zdrowych ludzi marzenia senne są oddzielone od jawy. Kiedy udajemy się do łóżek, najpierw zapadamy w głęboki sen, podczas którego gałki oczne poruszają się powoli (faza NREM). Dopiero po blisko godzinnym „przygotowaniu” następuje krótka, 15-minutowa faza, podczas której gałki oczne poruszają się szybko (tzw. faza REM). To wówczas śnimy. Żebyśmy – podczas marzeń nocnych – nie walczyli z nawiedzającymi nas wyobrażeniami, nasze mięśnie robią się bezwładne, rozluźnione. Jednocześnie spada temperatura ciała, a do krwi uwalniany jest hormon wzrostu. Nawet jeśli już nie jesteśmy dziećmi i nie rośniemy, sprawia on, że rany szybciej się goją, organizm regeneruje się i wypoczywamy.

U narkoleptyków ten naturalny porządek jest zaburzony. Faza REM pojawia się u nich nagle i bez uprzedzenia, kiedy mózg jeszcze pamięta dobrze jawę, więc widziane sny mogą być z łatwością brane za rzeczywistość. Fazy snu REM pojawiają się też w ciągu dnia, wtrącone w stan czuwania – ale ze wszystkimi charakterystycznymi dla REM symptomami – przede wszystkim więc z wyłączeniem kontroli nad mięśniami. Nagła drzemka z twarzą w talerzu spaghetti – to wygląda niemal na slapstikowy gag. Napady katalepsji mogą wydawać się śmieszne, jeśli nie dopadną kogoś akurat w trakcie wchodzenia po schodach albo za kierownicą.

Ryzyko na każdym kroku

Narkoleptycy nie chodzą do kina na komedie, nie słuchają programów rozrywkowych. Doświadczenie uczy ich, że lepiej unikać silnych uczuć, tłumić porywy pasji. Dzielą się swoimi problemami na forach internetowych.

„Ocknęłam się, pływając na plecach w moim przydomowym basenie – miałam szczęście, że nie zasnęłam podczas nurkowania” – skarży się 64-letnia Patrycja, której z uwagi na nękające ją zaburzenia snu przyznano właśnie grupę inwalidzką.

„Wiem, co czujesz – odpowiada jej 48-letni mężczyzna. – Nie jestem w stanie nawet poczytać książeczki dzieciom. Pierwsze pełne zdanie, które wypowiedziała moja córka, brzmiało: »Tatusiu, obudź się!« (...) Nie dość, że najprostsza, zdawałoby się, czynność niesie ze sobą poważne zagrożenie, to jeszcze inni postrzegają cię jako lenia, śpiocha albo skacowanego imprezowicza”.

„Moją najlepszą przyjaciółką jest moja czarna kotka. Sypia przytulona do mojego boku, znosi moje gadanie i krzyki przez sen i nie opowiada nikomu, że mam koszmary nocne. A co najlepsze, pozwala mi odróżniać, czy moje mary to halucynacje, czy prawda” – zwierza się na stronie internetowej grupy wsparcia Miranda. „Jeśli widzę, że ktoś znów włamał się do mojego mieszkania i myszkuje po kątach, a moja kotka leży jak gdyby nigdy nic przy moim ramieniu, mrucząc, wiem, że mogę jej zaufać. To, czego kot nie widzi, nie istnieje”.

Co jest przyczyną schorzenia, w którym sen zamiast przynosić ukojenie, staje się ciężarem? Jako pierwszy na trop wpadł Seiji Nishino (ten sam, który w charakterze pomocy naukowych wykorzystywał psią karmę i miskę). Zauważył, że w płynie mózgowo-rdzeniowym pobranym od nieszczęśników, którym nie dane było zaznać spokojnego snu, brakuje pewnego białka – hipokretyny. To substancja, która bierze udział w regulowaniu dobowego rytmu snu i czuwania. Pośmiertne badania mózgów osób cierpiących na narkolepsję wykazały, że w ich podwzgórzu prawie w ogóle nie można znaleźć komórek nerwowych zawierających hipokretyny.

Wiele wskazuje na to, że te komórki niszczy... sam organizm chorego. Narkolepsja byłaby więc jedną z wachlarza tzw. chorób autoimmunologicznych, wynikających z nadgorliwości układu odpornościowego, który zamiast atakować szkodliwe mikroby, zwraca się – omyłkowo, prawdopodobnie na skutek działania nieprawidłowych genów – przeciwko komórkom swego ciała.

Centrum Badania Snu na Uniwersytecie Stanforda dorobiło się licznego stada narkoleptycznych psów. Są między nimi popularne niegdyś ratlerki, słodkie, łagodne labradory i jamniki. Wszystkie – wskutek mutacji – pozbawione receptorów hipokretyny. Chorują podobnie jak ludzie, z tą tylko różnicą, że potomstwo dwóch czworonogów z wadliwym genem zawsze cierpi na zaburzenia snu. U ludzi sam uszkodzony gen nie wystarcza. Musi jeszcze wydarzyć się coś, co wyzwoli fatalną reakcję układu odpornościowego. Takim czynnikiem może być zakażenie, spadek odporności, uraz, zmiany hormonalne, stres. Dlatego też u ludzi narkolepsja rozwija się dość późno – w wieku kilkunastu czy kilkudziesięciu lat. Zwierzęta cierpią na nią od urodzenia.

Narkotyk pracoholików

Obserwacje psów na Uniwersytecie Stanforda pozwoliły wprawdzie znaleźć gen odpowiedzialny za brak hipokretyny, ale nie przyniosły najważniejszego – lekarstwa. Najprościej byłoby po prostu podawać doustnie brakujący hormon, ale niestety, nie potrafi on przenikać przez barierę krew – mózg.

Podawane obecnie farmaceutyki nie usuwają przyczyn, jedynie likwidują objawy choroby. Jeszcze dziesięć lat temu, by nie przysypiać w ciągu dnia, chorzy zmuszeni byli przyjmować stymulanty oparte na amfetaminie. Od 1999 r. dostępny jest nowy lek – modafinil. Mechanizm działania tego środka nie jest dobrze znany, przypuszczalnie pobudza korę przedczołową mózgu – obszar odpowiedzialny za uwagę, pamięć i planowanie. Wydaje się całkowicie pozbawiony skutków ubocznych – nie uzależnia, pozwala długo zachować przytomność i uwagę. Piloci wojskowi byli w stanie pod działaniem modafinilu wykonywać bardzo skomplikowane operacje przez ponad dwie doby bez wypoczynku. Nie musieli też potem odsypiać tej przedłużonej aktywności.

Modafinil zyskał sobie sławę jako „drzemka w pigułce”: pomaga osobom cierpiącym na jet lag (po pilotach wojskowych zaczęli używać go piloci i stewardesy na liniach transatlantyckich). Po lek sięgają też ci, którym szkoda czasu na sen – pracoholicy poświęcający karierze nie tylko dnie, ale i noce.

O ile dopuszczenie do sprzedaży modafinilu, coraz częściej wykorzystywanego przez zdrowych, budzi kontrowersje, o tyle drugi medykament, przepisywany, by umożliwić narkoleptykom zaśnięcie, cieszy się jednoznacznie złą sławą. To GHB (hydroksymaślan sodu), specyfik kojarzony z przestępstwami w nocnych klubach. Ma na sumieniu setki ofiar śmiertelnych i niezliczone gwałty. Jest jakby stworzony do zbrodni doskonałych: bezbarwny i bezwonny, o słonawym smaku, może być łatwo dodany do drinka. W niewielkiej ilości daje efekty przypominające działanie alkoholu – uczucie rozluźnienia, relaksu, zawroty głowy. Później pojawia się silna senność, a także amnezja. Ofiara GHB nawet nie pamięta, z kim wyszła z imprezy, komu, zasypiając, zdradziła numery do swych kart bankomatowych. A że preparat w ciągu 12 godzin jest całkowicie rozkładany przez organizm, w chwili gdy poszkodowany dochodzi do siebie i odkrywa, co mu się przytrafiło, nie ma już najmniejszych dowodów zbrodni.

Pies na pomoc

„Po 20 latach przyjmowania leków mój organizm przestał na nie reagować” – opowiadała przed kamerami telewizji Joan, nauczycielka matematyki z Ontario. „Stałam się niezdolna do samodzielnego życia – zasypiałam na ulicy, ludzie traktowali mnie jak pijaczkę. Kiedy miałam ataki katalepsji, nie mogłam wydobyć z siebie słowa, z trudem bełkotałam, nie mogąc poruszyć bezwładną szczęką. Moje życie zmieniło się, odkąd jest ze mną Morgan – pudel wytresowany do pomocy takim jak ja. Morgan potrafi mnie obudzić, jeśli sytuacja jest niebezpieczna, czuwa przy mnie, dzięki niej nie boję się wychodzić z domu”. Niekiedy, jak widać, najlepszym lekarstwem bywa… pies. Oczywiście nie może pochodzić ze stadka doktora Mignota ze Stanfordu.

Tymczasem stanfordzkie psy zrobiły już wszystko, co mogły. Emmanuel Mignot uznał, że dalsze badania czworonogów nie przyczynią się do postępu w leczeniu ludzi, i zajął się sennością u... zeberek, niewielkich akwariowych rybek. Chcecie zobaczyć, jak sypiają i jak pływają narkoleptyczne ryby? Zajrzyjcie na stronę Uniwersytetu Stanforda.

  1. Kultura

„Lupin” wraca z nowym sezonem

Netflix poinformował, że kolejny sezon serialu
Netflix poinformował, że kolejny sezon serialu "Lupin" będzie miał swoją premierę 11 czerwca. (Fot. materiały prasowe Netflix)
Francuska produkcja biła rekordy popularności na całym świecie. „Lupin”, czyli serial inspirowany przygodami najsłynniejszego dżentelmena-włamywacza z genialnym Omarem Sy w roli głównej, już wkrótce wraca z nowym sezonem.

Pierwsza część francuskiej produkcji liczyła jedynie pięć 45-minutowych odcinków, a jej finał wprost wskazywał na to, że historia nie została jeszcze opowiedziana do końca. Ku uciesze miłośników serialu, a było ich wielu, bo już w niecały miesiąc od premiery obejrzało go przeszło 70 milionów subskrybentów na całym świecie, Netflix właśnie zapowiedział jego kolejną część. Premiera drugiego sezonu serialu „Lupin” ma odbyć się 11 czerwca na platformie Netflix.

„Najbardziej poszukiwany człowiek we Francji” – tak w zwiastunie drugiego sezonu serialu „Lupin” został określony jego główny bohater, Assane Diop. Niezwykle przebiegły, a przy tym szarmancki i wzbudzający sympatię Assane, teraz jest zaślepiony żądzą zemsty na Hubercie Pellegrinim za rozbicie rodziny. Przyparty do muru, musi obmyślić nowy plan, nawet jeśli oznacza to narażenie się na niebezpieczeństwo.

„Lupin” został wyreżyserowany przez Louisa Leterriera ("Iluzja") i Marceli Said ("Narcos: Meksyk"). Nie jest to adaptacja kultowej książki Maurice'a Leblanca o słynnym dżentelmenie-złodzieju Arsenie Lupinie, a jej współczesna wersja. W pierwszym sezonie serialu Diop, w akcie zemsty na zamożnej rodzinie, postanawia przeprowadzić serię spektakularnych skoków inspirowanych dokonaniami swojego ulubionego bohatera literackiego. Mężczyzna pragnie w ten sposób pomścić swojego ojca, który 25 lat został oskarżony o przestępstwo, którego nie popełnił, co doprowadziło go do samobójstwa.

W główną rolę serialu wciela się Omar Sy, znany przede wszystkim ze znakomitej roli w komediodramacie „Nietykalni”. Obok niego grają tam między innymi: Vincent Londez, Ludivine Sagnier, Nicole Garcia, Clotilde Hesme, Soufiane Guerrab, Antoine Gouy, Fargass Assandé i Shirine Boutella.