1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Lars Danielsson & Leszek Możdżer "Pasodoble"

Lars Danielsson & Leszek Możdżer "Pasodoble"

Pierwsza wspólna płyta skandynawskiego basisty lirycznego i nieposkromionego pianisty z Polski jest wypełniona jazzową poezją akustycznych improwizacji. Jednym z atutów albumu jest wyjątkowa melodyjność kompozycji.

Od otwierającej płytę „Praying”, przez własne opracowanie piosenki ludowej „Eja Mitt Hjärta”, aż po zagrany na wiolonczeli „Berlin” tematy Danielssona czarują melodiami przywołującymi echa naszej poezji śpiewanej. Kompozytor Możdżer nie pozostaje dłużny koledze. Jego chłodne i minimalistyczne „Distances” kontrastuje z żywiołowym „Hydrospeed”, a liryczne „It’s Easy with You” wpisuje się w główny nurt wyznaczany przez amerykańskie standardy. Obaj muzycy są słusznie zadowoleni z tej współpracy i zapowiadają jej kontynuację. Po sukcesach solowych i fajerwerkach w trio Możdżer odnalazł w duecie z Danielssonem niezwykłe skupienie. Posłuchajmy „Reminder” – taka muzyka nie powinna się kończyć nigdy.

Act Music

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Czy da się odnaleźć pasję, pracując w korporacji?

Podstawowe założenie, jakie należałoby przyjąć, to: ludzie są kompetentni. Sposób, w jaki ich traktujemy, ma wpływ na jakość pracy, na wyniki - mówi Giovanna D’Alessio, światowej sławy coach. (Fot. iStock)
Podstawowe założenie, jakie należałoby przyjąć, to: ludzie są kompetentni. Sposób, w jaki ich traktujemy, ma wpływ na jakość pracy, na wyniki - mówi Giovanna D’Alessio, światowej sławy coach. (Fot. iStock)
Giovanna D’Alessio, światowej sławy coach, twierdzi, że można sprawić, by ludzie szli do pracy z chęcią, a dobrą pensję „okupili” zapałem, nie potem i łzami...

Jeśli ktoś pracował w tylu międzynarodowych korporacjach, a potem postanawia zostać coachem, to wyobrażam sobie, że te korporacje dały mu nieźle popalić.
Zwykle, gdy się przedstawiam, mówię: 15 lat pracowałam w międzynarodowych firmach i przetrwałam. Byłam w o tyle komfortowej sytuacji, że zawsze zajmowałam stanowiska menedżerskie, mogłam prowadzić styl zarządzania ukierunkowany na rozwój osoby, na słuchanie, angażowanie pracowników. Ale o ile udało mi się stworzyć rodzaj bezpiecznej wyspy dla mojego zespołu, to korporacja nie chciała się zmieniać, działała tam zasada strachu. Obserwowałam też wiele innych korporacji, wszystkie podobne – prawdziwie toksyczne środowisko. Ile niepotrzebnego stresu, ile frustracji, ile zmarnowanej energii! Pomyśl: gdyby udało się zainspirować korporacje, stworzyć sprzyjający klimat w pracy, pomóc ludziom korzystać z ich talentów, kreatywności, pasji... Nie tylko chętnie przychodziliby do pracy, ale i pracowaliby więcej, lepiej.

Wciąż pokutuje przesąd, że w pracy nie da się czuć komfortowo. Że godziwe wynagrodzenie trzeba okupić potem i łzami.
I to ma napędzać do twórczego działania? Jeśli dokonałaś czegoś, co przeszło twoje najśmielsze wyobrażenia, to dlatego, że znalazłaś w tym głęboki sens. Opowiedziałaś mi o własnym doświadczeniu, o tym, że coś doprowadziło cię daleko poza oczekiwania... Dlaczego, skąd się bierze taka siła?

Z pasji!
No właśnie, a w korporacjach tę pasję często zastępuje presja. Ludzie działają w stresie – robią to, co jest do zrobienia od 9 do 17, po czym idą do domu i nie można oczekiwać, że ktoś zostanie dłużej, że będzie szybszy, bardziej błyskotliwy. Wypalają się, odchodzą z pracy z powodu złej atmosfery, a szefowie myślą, że chodzi o pieniądze. Zatrudniając człowieka, trzeba dać mu poczucie, że jego praca czemuś służy – wtedy jest szansa, że obudzi się pasja. Bo ona jest zawsze, tylko trzeba stworzyć dla niej miejsce. Wystarczyłoby już, gdyby menedżerowie zaczęli interesować się pracownikiem jako osobą.

To zawsze jakiś punkt wyjścia...
Szefowie też są sfrustrowani, z powodu małego zaangażowania pracowników, ale co robią, żeby ich zmotywować? Mówienie o osiągnięciach firmy to nie jest motywacja. Ręce mi opadają, kiedy słyszę: „Moja praca nie ma dla mnie większego sensu, czuję się pionkiem, numerkiem, narzędziem, którego korporacja używa do realizacji swoich celów, do robienia pieniędzy. Mój szef nie zwraca uwagi na moje potrzeby, nie jest zainteresowany moim rozwojem. Rzadko daje mi informacje zwrotne, co dopiero pozytywne”.

Lepiej nie chwalić pracownika, bo jeszcze poprosi o podwyżkę?
To wymówka – dowodzi, że szef ma problemy z asertywnością i gdyby doszło do takiej sytuacji, nie potrafiłby sobie poradzić z ewentualną odmową. Z mojego doświadczenia wynika, że pieniądze nie są dla pracownika najważniejszą motywacją. Owszem, są ważne, ale większość osób szuka w pracy wyzwań, które pozwolą im wykazać się swoimi umiejętnościami i je rozwinąć. Skończyły się czasy, kiedy ludzie szukali ciepłej posady na całe życie. Młode pokolenie, wchodzące w świat pracy, chce się uczyć nowych rzeczy, odgrywać wiodącą rolę. Szef musi wiedzieć, jak jego zachowania wpływają na podwładnych. Musi zdawać sobie sprawę z ogromnej odpowiedzialności – że kształtuje te osoby dla świata.

Ba! Przyjęło się, że szef jest od tego, żeby kontrolować i ganić.
Kij może zadziałać doraźnie, na dłuższą metę nie przynosi rezultatów. Znacznie bardziej motywuje tworzenie pozytywnej energii, dobrych relacji, zaufanie ludziom. Podstawowe założenie, jakie należałoby przyjąć, to: ludzie są kompetentni. Sposób, w jaki ich traktujemy, ma wpływ na jakość pracy, na wyniki. W Wielkiej Brytanii przeprowadzono eksperyment z dwiema grupami uczniów – jedni mieli wysokie oceny w nauce, drudzy niższe. Nauczycieli poinformowano, że ci słabsi są wyjątkowo inteligentni, a prymusi niezbyt bystrzy. Co się okazało? Po jakimś czasie wyniki wybitnych drastycznie spadły, a tych „z kłopotami” – nieprzeciętnie wzrosły!

Kim właściwie jest coach? Bo mam wrażenie, że ten termin używany jest w niezbyt precyzyjny sposób.
Dlatego, że jest nadużywany – każdy, kto współpracował z klientem, odbył z nim sesję, mówi, że jest coachem. W rzeczywistości potrzebne jest ogromne przygotowanie, praktyka. Poza tym coaching nie jest terapią. To relacja między klientem a coachem, która służy spotęgowaniu potencjału, uruchomieniu kreatywnych procesów. Punktem wyjścia nie jest tu, jak w terapii, problem – coaching skupia się na przyszłości, na tym, by znaleźć najlepszą drogę do realizacji celów. Coach bardzo uważnie słucha tego, co klient mówi i tego, co przemilcza. Stara się zobaczyć jego sytuację z lotu ptaka, pomaga mu uświadomić sobie własne możliwości, usunąć ewentualne przeszkody. To równorzędna relacja: ty jesteś ekspertem od twojego życia, twojej pracy, ja ekspertem od zmiany, procesów. Nie jestem nauczycielem, nie mam dawać rad, wytycznych. Ja raczej rzucam ci wyzwania. To ty dokonujesz odkryć, dochodzisz do właściwych rozwiązań.

Trochę to wygląda na prowokację.
Tak, coach zawsze prowokuje klienta – do tego, by osiągnął szczyt swoich możliwości. Kiedy ktoś mówi np.: „Chciałbym uzyskać to i to w ciągu roku”, pytam: „A dlaczego nie za pół?”. Tak postąpił ze mną mój pierwszy coach, kiedy postanowiłam rozstać się z firmą i wybrać obecną drogę. Podczas pierwszej sesji spytał mnie, co chcę osiągnąć. Odpowiedziałam, że interesuje mnie świat korporacji, ale nie chcę już pracować w nich jako menedżer, chcę w krótkim czasie zostać coachem. Spytał mnie: „Czego potrzebujesz?”. Powiedziałam, że kończę odpowiednie szkolenia, brakuje mi jeszcze biznesplanu, strony internetowej, żeby się wypromować... „W jakim czasie chcesz to wszystko zrobić?”. Może rok, nikt nie zna mnie jako coacha, muszę zbudować swoją wiarygodność – odpowiedziałam. „A gdyby nie ta wiarygodność, gdybyś miała do dyspozycji wszystkie zasoby, ile potrzebowałabyś czasu?”. Jestem pełna energii, entuzjazmu..., potrzebuję trzech miesięcy. „Dobrze, więc wytyczamy cel na trzy miesiące” – podsumował. Aż mnie zatkało.

Jakie narzędzia doceniłaś najbardziej we własnym rozwoju?
Chętnie odwołuję się do medytacji, bo wprowadza mnie w kontakt z samą sobą, budzi moją najgłębszą intuicję, jest źródłem inspiracji, kreatywności. Wpływa też na skuteczność pracy – jestem tak obecna podczas sesji coachingu, że nic nie może rozproszyć mojej uwagi. Poleciłabym to narzędzie nie tylko wszystkim coachom, ale też wszystkim menedżerom, liderom. W ogóle wszystkim. Ważne, by być wciąż otwartym, ciekawym. Jest tyle inspiracji. Mnie na przykład zafascynowała mechanika kwantowa – daje mi punkt widzenia na temat istoty ludzkiej, którego wcześniej w ogóle nie brałam pod uwagę. Widzę, jak nauka i duchowość pięknie się przenikają. Oczywiście, żeby to zobaczyć, musiałam przejść pewną drogę...

Zwykle zaczyna się poszukiwania od nauki.
I rzeczywiście od niej wyszłam, wierzyłam tylko w to, co da się udowodnić. Potem przeszłam moment transformacji osobistej – wszystko niby przez przypadek – teraz mogę wykorzystywać te zdobycze w pracy. Często zaczyna się sesje z klientem od syndromu ofiary, potem idziemy coraz głębiej – rozwijamy świadomość, wznosimy się po spirali. Otwierają się kolejne drzwi, zmierzamy w kierunku integracji, rozwoju transpersonalnego. Klient może nawet tego nie wiedzieć, nie ma potrzeby. Posługuję się jego językiem, poruszam się po znajomym mu obszarze, ale często widzę, że ta transformacja sięga coraz głębiej. Pomagam dużym organizacjom, właściwie wspólnotom globalnym, by poprzez transformację pojedynczych osób, które w nich pracują, przekształcały siebie. To swego rodzaju skok świadomości. Bo jeśli nie będziemy wzrastać, czy mamy szansę długo pozostać na ziemi? Ta praca ogromnie mnie pasjonuje, traktuję ją jako misję. Ale lubię pracować tylko wtedy, kiedy widzę światło transformacji.

A nie jest tak, że czasem to ty masz je zapalić?
Ale muszę czuć, że jest potencjał zmiany, chcę być pewna, że – jak to się mówi w żargonie – ktoś jest „coachowalny”. Potrzebne jest zaufanie, otwartość, dobra wola. Bo to klient musi przejść przez ten proces, ja tego za niego nie zrobię.

Największe wyzwanie?
Praca w firmach, których prezes mówi: „Chcę, żebyś pracowała z tym i tym menedżerem, bo on potrzebuje coachingu”. To nie jest dobry punkt wyjścia, to jakby powiedzieć: „Z tym człowiekiem coś jest nie tak”. Kiedy to słyszę, odpowiadam: „A może zaczniemy od pana?”. Niektórzy przystają na to, inni zamykają się. Brakuje świadomości, że w tej grze biorą udział wszystkie elementy – nie można uzdrowić organizmu, koncentrując się na jednym z nich. Tak jak w związku partnerskim czy w relacji rodzice–dzieci wiadomo, że są dwie strony.

Największa satysfakcja?
To może być mgnienie, błysk – nagle widzisz, że ludzie, z którymi pracujesz, mają zupełnie inne światło w oczach. Kiedy je widzę, jestem głęboko poruszona. Myślę, że wykonuję tę pracę tylko w oczekiwaniu na ten moment.

Giovanna D’Alessio jest Pzałożycielką CEO Asterys (dawniej Life Coach Lab), globalnej firmy konsultingowej oraz partnerką Asterys Lab, organizacji szkoleniowej coachingu. Pracowała w wielu międzynarodowych organizacjach. Autorka poradnika „Come dire no ed essere ancora più apprezzati” (Jak powiedzieć nie i być jeszcze bardziej cenionym). Mieszka w Rzymie.

  1. Psychologia

Medytacja z Nityą – uwalniająca kontemplacja

Wyobraź sobie, że wszystko już się wydarzyło. Wyobraź sobie, że wszystko, co kiedykolwiek chciałeś zrobić, już miało miejsce. Wszystkie twoje marzenia się spełniły, zmagania już za tobą. Oczekiwania też - zachęca Nitya Patrycja Pruchnik. (Fot. iStock)
Wyobraź sobie, że wszystko już się wydarzyło. Wyobraź sobie, że wszystko, co kiedykolwiek chciałeś zrobić, już miało miejsce. Wszystkie twoje marzenia się spełniły, zmagania już za tobą. Oczekiwania też - zachęca Nitya Patrycja Pruchnik. (Fot. iStock)
Ciągle za czymś gonimy, do czegoś dążymy, stawiamy sobie nowe cele… A gdyby to wszystko już się spełniło? Nauczycielka medytacji Nitya Patrycja Pruchnik na koniec swojego cyklu proponuje bardzo uwalniającą kontemplację.

Wyobraź sobie…

Zapraszam cię do jednej z moich ulubionych medytacji. Usiądź wygodnie, wyłącz telefon i zadbaj o to, aby było ci ciepło.

Wyobraź sobie, że wszystko już się wydarzyło. Wyobraź sobie, że wszystko, co kiedykolwiek chciałeś zrobić, już miało miejsce. Wszystkie twoje marzenia się spełniły, zmagania już za tobą. Oczekiwania też. Nie masz przed sobą zupełnie nic, bo wszystko już się wydarzyło. Na nic już nie czekasz, przed niczym nie uciekasz, ponieważ już wszystko masz.

To koniec. Jesteś spełniony, ponieważ nie czekasz na nic więcej. Poczuj to. Zostań w ten sposób przez kilka minut.

Sprawdź, jak się czujesz

Jak się czujesz, kiedy nie masz nic do zrobienia i na nic już nie czekasz, nic więcej nie musisz? Pobądź w ten sposób przez parę chwil… Nie spiesz się. Delektuj się spokojem, który z tego wynika… Odpocznij… Nie przywołuj wspomnień ani nie wyobrażaj sobie przyszłości, przecież nie ma już nic do zrobienia. Po prostu Jesteś… Ukontentowany… Spokojny… Zrelaksowany… Pozwól, by to spełnienie w tobie się rozgościło, wypełniło całe ciało, każdą komórkę i całą przestrzeń. Zanurz się w nim. Poczuj, jak to jest na nic nie czekać, niczego nie szukać, nie chcieć niczego więcej… Nie myśl na ten temat, tylko czuj. Rozluźnij się.

Daj sobie trochę czasu, przynajmniej 15 minut. Nie ulegaj ponagleniom, by zerknąć na telefon czy zrobić w tym czasie coś innego. Odmów sobie zaproszenia do jakiegokolwiek działania na te kilkanaście minut. Odetchnij. Wszystko już się wydarzyło.

Praktyka pochodzi z książki: „Oświecenie 24h na dobę. Praktyki i kontemplacje na cały rok”, Nitya Patrycja Pruchnik, Manana Chyb, wyd. ToCoJest 2020.

Nitya Patrycja Pruchnik, nauczycielka duchowa, od kilku lat dzieli się – z inspiracji swojego mistrza Mooji’ego – rozpoznaniem prawdziwej natury rzeczywistości.

  1. Zdrowie

5 suplementów poprawiających zdolności umysłu

Dziurawiec zwyczajny (Fot. iStock)
Dziurawiec zwyczajny (Fot. iStock)
Oto wybór roślin nootropowych, które obecnie można przyjmować tylko w postaci suplementów, ponieważ w innej nie są dostępne lub ze względu na smak nie nadają się na składniki dań.

Żeń-szeń właściwy (Panax ginseng) - Jest to odmiana należąca do rodziny ginseng. Każdy jej przedstawiciel posiada nieco inne właściwości, jednak wszystkie działają wzmacniająco i dodają energii. Kłącze Panax ginseng jest najczęściej wykorzystywane jako środek wspomagający procesy poznawcze oraz wyostrzający reakcje psychiczne i fizyczne, a także zmniejszający zmęczenie. Cieszy się też dużą popularnością ze względu na poczucie zadowolenia i ogólnego dobrostanu, jakie wywołuje.

Żeń-szeń właściwy (Fot. iStock)Żeń-szeń właściwy (Fot. iStock)

Gotu kola (wąkrota azjatycka) - W wielu krajach Wschodu jest jadana jako warzywo liściaste, jednak na Zachodzie przyjmuje się ją w postaci suplementu. Najczęściej jest reklamowana jako łagodny środek na wyciszenie i poprawę nastroju. Niektórzy stosują ją jako „nootropik dla początkujących” ze względu na delikatność oddziaływania. Niezależnie od tego, czy dostrzegasz jej pozytywny wpływ na nastrój, czy nie, możesz mieć pewność, że w tle pożądane zmiany się dokonują, ponieważ gotu kola stymuluje wzrost nowych neuronów i chroni mózg przed działaniem toksyn.

Gotu kola (Fot. iStock)Gotu kola (Fot. iStock)

Wyciąg z karczocha - Choć raczenie się świeżymi sercami karczochów dla celów terapeutycznych może być kuszące, jadanie samego warzywa raczej nie wpłynie na poprawę procesów poznawczych. Większą zawartość związków aktywnych ma za to wyciąg (ekstrakt) z karczochów w postaci kapsułek lub nalewki. Wpływa on korzystnie na pamięć krótkotrwałą i zdolność przypominania. Ponieważ karczoch to również naturalny prebiotyk, działa korzystnie na florę bakteryjną jelit.

Wyciąg z karczocha (Fot. iStock)Wyciąg z karczocha (Fot. iStock)

Dziurawiec zwyczajny - Z wszystkich nootropików dziurawiec jest prawdopodobnie najbardziej znany ze względu na właściwości uspokajające i kojące nerwy. Trzeba jednak mieć świadomość, że wchodzi on w interakcję z wieloma lekami na receptę – włącznie z antydepresantami – dlatego jeśli jakieś stosujesz, sięgaj po niego w porozumieniu z lekarzem.

Dziurawiec zwyczajny (Fot. iStock)Dziurawiec zwyczajny (Fot. iStock)

Kurkumina - Jeśli nie odpowiada ci perspektywa codziennego picia latte z dodatkiem kurkumy lub potrzebujesz większych dawek niż te stosowane w charakterze przyprawy, suplement kurkuminy z pewnością będzie dobrą alternatywą. Wielu kognitywistów zaleca stosowanie go codziennie, ponieważ kurkumina skutecznie przeciwdziała stanom zapalnym i procesom degeneracyjnym mózgu.

Kurkumina (Fot. iStock)Kurkumina (Fot. iStock)

Fragment książki „Smart Plants. Jak wykorzystać naturalne nootropiki, by usprawnić myślenie, koncentrację i pamięć”. Wszystkie
skróty pochodzą od redakcji. Do kupienia na zwierciadlo.pl/sklep.

  1. Seks

Nie samą penetracją żyje człowiek – nowe trendy erotyczne

Nasze ciała są wygłodniałe czułych doznań, bo codzienność nas nie rozpieszcza i nie dostajemy takiej dawki przyjemności, jakiej potrzebujemy. Sztywne zasady i reguły nie sprawdzają się w wymagającej i zmieniającej się rzeczywistości. Czas na zmiany, także w przestrzeni seksualnej. (Fot. iStock)
Nasze ciała są wygłodniałe czułych doznań, bo codzienność nas nie rozpieszcza i nie dostajemy takiej dawki przyjemności, jakiej potrzebujemy. Sztywne zasady i reguły nie sprawdzają się w wymagającej i zmieniającej się rzeczywistości. Czas na zmiany, także w przestrzeni seksualnej. (Fot. iStock)
Zmienia się świat i razem z nim zmienia się także seks. Joanna Keszka w swojej nowej książce „Potęga Zabawnego Seksu” promuje wolność, równość, orgazmiczność. Przedstawia nowe seksualne trendy oraz podpowiada praktyczne i zabawne sposoby na własną erotyczną rewolucję w łóżku. Seks ma być przyjemnością, w której obie strony czują i bawią się dobrze.

Ludzie, którzy uważają pozycje seksualne z filmów porno za szczyt zmysłowej wirtuozerii od lat wieszczą, że w erotyce rzekomo wolno nam wszystko i jesteśmy jakoby tak wyzwoleni, że bardziej już po prostu się nie da. Dla odmiany przypominam, że skoro mamy XXI wiek, to czas porzucić średniowieczne bajki erotyczne i spróbować czegoś zabawniejszego, nowocześniejszego, co działa i podnieca obie strony w łóżku.

Nasze ciała są wygłodniałe czułych doznań, bo codzienność nas nie rozpieszcza i nie dostajemy takiej dawki przyjemności, jakiej potrzebujemy. Sztywne zasady i reguły nie sprawdzają się w wymagającej i zmieniającej się rzeczywistości. Czas na zmiany, także w przestrzeni seksualnej. Dobry seks nie mierzy się już długością stosunku czy wielkością penisa, ale przyjemnością i swobodą obu zaangażowanych stron.

„Potęgę Zabawnego Seksu” jest dla wszystkich, którzy nie chcą kochać się zgodnie z smutnymi scenariuszami erotycznymi rodem z filmów porno i kościelnych połajanek. Kochać się dobrze, to znaczy wyzwalać endorfiny i wprowadzać swobodny nastrój. Otwierajmy się na przyjemność szeroko jak stokrotki do słońca.

Czas powiedzieć - żegnajcie! do pozycji na które pozwolenie dał nam ksiądz w konfesjonale, czy do kalkowania halowych seks zawodów z filmów dla dorosłych, w których penis taranuje pochwę jakby była otworem którym można przewiercić się do Australii. Nie samą penetracją żyje człowiek! Proponuję przywitać się z wyzwalającymi pomysłami na przyjemność, śmiech, wspólne wygłupy, zmysłowość i rozkosz. Już dość erotyki, która łączy się z poczuciem winy, wstydu i grzechu. Kreatywny i radosny seks w każdym polskim domu. Musicie przyznać, że to kusząca perspektywa i nadzieja na lepszą przyszłość.

5 najważniejszych trendów w seksie z „Potęgi Zabawnego Seksu”

1. Przyjemność, która angażuje wszystkie zmysły. Dobry seks jest kreatywny i zaangażowany. Nie bzykamy się byle jak. Im więcej zmysłów dopieszczamy w czasie zabaw erotycznych, tym lepiej. Czy to co widzimy, słyszymy, czujemy, smakujemy w czasie seksu relaksuje nas i podnieca? Ważne jest światło, dźwięki, słowa, dotyk, smak, zapach. Zamiast ograniczania się do monotonnej penetracji, angażujemy wszystkie zmysły. Zapalmy świeczki, kadzidełka, przygaszone lampki, włączamy ulubioną muzykę, mówimy do siebie na słodko i na ostro, przebieramy się do seksu oraz dotykamy, odkrywamy, podziwiamy i dopieszczamy całe ciało i każdą jego część. Przyjemność w łóżku to nasze prawo. To jest potrzeba, a nie kaprys.

2. Eksperymentujemy! I mamy z tego zabawę. Mam wspaniałą wiadomość dla wszystkich, którzy chcieliby spróbować czegoś nowego, ale trochę się boją, że się nie sprawdzą, albo wygłupią w łóżku. Nowe rzeczy w seksie wydają się dziwne tylko za pierwszym razem! Podążaj za tym, na co masz ochotę. Wolno Ci! Potrzeba nam więcej różnorodności, śmiechu, radości i nieskrępowanej seksualnej przyjemności. Nowy trend polega na tym, żeby poluzować to co za ciasne w życiu i w seksie. Perfekcja i powaga są przereklamowane. Swawola, bezwstydność z lekką domieszką bezczelności jest potrzebna w życiu każdej i każdego z nas, żeby ożywić ciało i psychikę. Napisałam „Potęgę Zabawnego Seksu”, żeby zachęcić do szukania wolności, radości i przyjemności w seksie, zamiast sztywnego i ponurego dowodu swojej poprawności, moralności, kobiecości czy męskości. Dobry seks odkrywa się popełniając jedną wpadkę za drugą. Nie bójmy się wygłupiać w łóżku. Dopuszczamy do głosu swoje pragnienia, zamiast się ich obawiać. Kiedy próbujemy rzeczy nowych uczymy się, żyjemy, bawimy, odkrywamy, wzmacniamy, poznajemy i zmieniamy siebie, relacje i świat. Robimy rzeczy, których nie robiliśmy wcześniej, a co najważniejsze, w ogóle coś robimy w łóżku.

3. Komunikacja to nowa Kamasutra. Kluczem do udanego seksu jest chęć i umiejętność komunikowania się w tych sprawach. Kiedy tylko „robimy”, a nie rozmawiamy o seksie, to spychamy temat do strefy tabu i przez co wzmacniamy naszą niepewność i niepokoje związane z czerpaniem przyjemności z seksu. Cisza wokół seksualności odgradza nas od tego czego pragniemy i czego możemy chcieć w seksie. A także wzmacnia nieporozumienia. Dlatego uprawiajcie oral seks, czyli używajcie nie tylko penisów i cipek, ale też głosu. Mówcie o tym czego chcecie więcej, a czego mniej. Pytajcie się. Pytania to znak rozpoznawczy wyrafinowanego kochanka i kochanki. Nie zakładaj, że wiesz, czego chce twoja partnerka, czy twój partner. Pytanie drugiej osoby co lubi, to najlepszy sposób, żeby zabłysnąć w jej oczach i dowiedzieć się co zrobić, żeby rzeczywiście sprawić przyjemność zarówno sobie, jak i drugiej osobie w łóżku. Dowiesz się, jak chce być podniecana, dotykana, zaspokajana. Dzięki tej wiedzy staniesz się lepszym kochankiem i kochanką. I nie martw się o to, że możesz sprawiać wrażenie osoby niedoświadczonej. Nawet osoby o bujnych doświadczeniach erotycznych nie znają pragnień tej konkretnej osoby, z którą akurat dzielą łóżko. Kto pyta, nie błądzi.

4. Seks udomowiony, czyli jedzenie i seks. Jedzenie i seks to źródła naszych największych zmysłowych doznań. Kiedy się je łączy, to intensyfikuje się zarówno przyjemność z jedzenia, jak i przyjemność z seksu. Nazywam ten trend :”udomowieniem seksu”. Coś sprośnego doprawiamy czymś domowym. Tak powstają proste i pikantne dania erotyczne.Zamiast drogiej bielizny, podajemy przekąski ubrani tylko w kuse fartuszki,. Delektujemy się ulubionymi przysmakami siedząc w pogodnym negliżu na kuchennym stole. Jedzenie przysmaków rękami lub językiem wprost z nagiego ciała kochanki lub kochanka ma niezwykła moc spuszczania nas z smyczy dobrego, katolickiego wychowania, w którym tak wielu rzeczy nie wypada nam robić i tak wielu spraw należy się wstydzić.

5. Zamieniamy się w kogoś innego czyli dyskretny urok role play. Dawno temu seks oralny uważano za szczyt wyuzdania i zmysłowości. Obecnie zrobienie laski czy wylizanie cipki jest dość powszechną praktyką w sypialniach, ku radości wielu kobiet i mężczyzn. W tych okolicznościach, jeżeli mielibyście ochotę odświeżyć swoje manewry miłosne, zaproponujcie zgodnie z najnowszymi trendami zabawę w role play. Polega to na tym, że jesteśmy w łóżku trochę sobą, a trochę kimś innym. Czasami wystarczy zmienić sobie imię w sypialni, można też iść na całość i przebrać się na przykład w seksownego hydraulika, czy napaloną panią domu. Zmiana wyglądu i zachowania działa wyzwalająco. Założenie, chociaż na jeden wieczór, czegoś zupełnie innego niż nosimy na co dzień może nas odmienić i dodać animuszu do ostrzejszych zabaw w sypialni. Bawcie się nowymi emocjami. W "Potędze Zabawnego Seksu" opisuję jak bawić się w łóżku w przebraniu Francuskiej Pokojówki. Vive l'amour!

Przyjemność w seksie dla kobiet jest rewolucją

Spotykam wiele kobiet, którym brak pewności czy seks kojarzy im się z przyjemnością. Na początku aktywności seksualnej większość z nas wita z uśmiechem i ciekawością przyjazne penisy w swoich cipkach. Z czasem niestety tracimy nasz erotyczny entuzjazm. To efekt żelaznej konsekwencji z jaką jesteśmy taranowane, czyli traktowane w łóżkach. W tej sytuacji trzepot naszych łechtaczek przypomina bardziej rozedrgane serce niż orgazmiczny organ szalejący z rozkoszy.

Nauczono nas, że seksualność ma kojarzyć się z zamknięciem, a nie otwarciem. Wmówiono, że wolno nam „To robić”, ale pod warunkiem, że powtarzamy wciąż te same rzeczy, zamiast swobodnie szukać własnych dróg do przyjemności w takiej postaci na jaką mamy ochotę. Mamy wstydzić się pragnień i obawiać potrzeb seksualnych, zamiast mieć odwagę i prawo do własnych wyborów i komunikowania swoich pragnień. W „Potędze Zabawnego Seksu” piszę o wolności w seksie, swobodzie, bezwstydności, o zabawach, wygłupach, przyjemności, różnorodności, o krzyczeniu z radości i mruczeniu z rozkoszy, o pocieranie łechtaczki i masowaniu penisów.

Dobry, uczciwy seks jest elementem lepszego świata za którym wszyscy tęsknimy. Radosny seks łączy ludzi, wnosi w nasze życie otwartość, wolność oraz mocne przekonanie, że zabawa jest tylko wtedy, kiedy obie strony czują i bawią się dobrze. Kto nam odmawia przyjemności, ten zabiera nam nasze prawa. Seks ma moc. Daje siłę i wzmacnia przekonanie, że to czego ja chcę też się liczy. Mój głos, moje ciało, moje potrzeby, mój komfort mają znaczenie. Nie dajmy sobie tej mocy odebrać. Niech Potęga Zabawnego Seksu zawsze będzie z nami!

Joanna Keszka, edukatorka seksualna, trenerka kreatywnego seksu. Autorka książek, m.in. „Potęgi Zabawnego Seksu”, oraz programów edukacyjnych. Prowadzi kursy online i warsztaty seksualności.

  1. Styl Życia

Twarz lalki, czyli obsesja piękna – Frances Cha „Gdybym miała twoją twarz”

„Gdybym miała twoją twarz” to powieściowy debiut Frances Cha, amerykańsko–koreańskiej pisarki mieszkającej na co dzień w Nowym Jorku. (Fot. materiały prasowe)
„Gdybym miała twoją twarz” to powieściowy debiut Frances Cha, amerykańsko–koreańskiej pisarki mieszkającej na co dzień w Nowym Jorku. (Fot. materiały prasowe)
Chirurgia plastyczna to nie tylko prężnie rozwijająca się gałąź medycyny, ale także biznes. Pogoń za idealną twarzą i zgrabnym ciałem to charakterystyczny znak ostatnich lat. Obsesję piękna widać zwłaszcza na ulicach Korei Południowej, której mieszkanki masowo upodabniają się do koreańskiego ideału kobiety. „Gdybym miała twoją twarz” to powieściowy debiut Frances Cha, amerykańsko–koreańskiej pisarki mieszkającej na co dzień w Nowym Jorku.

Seul – światowa stolica medycyny estetycznej

W Korei Południowej funkcjonuje jeden z najlepszych systemów edukacji na świecie, w którym przeznacza się najwyższe kwoty w przeliczeniu na ucznia i studenta. Jednocześnie to kraj z największym odsetkiem obywateli poddających się operacjom plastycznym i wydających rocznie krocie na ten cel. Szczególnie popularne są: plastyka powiek, korekta nosa, modelowanie żuchwy i brody. Pożądane są spiczaste podbródki, oczy o wyglądzie charakterystycznym dla Europejczyków, zgrabny, mały nos i szczupłe ciało. Wystarczy otworzyć przeglądarkę internetową, aby po wpisaniu kilku haseł podziwiać spektakularne metamorfozy pacjentek i pacjentów koreańskich klinik medycyny estetycznej.

Skalpel, botoks, żel hialuronowy i inne wypełniacze w rękach chirurgów plastycznych stają się narzędziami transformacji i zapewniają odmianę losu każdemu, kogo stać na zabieg. Na ulicach wyrastają jak grzyby po deszczu salony fryzjerskie i kosmetyczne. Wolne dni spędza się najczęściej w SPA, łaźniach i saunach. Obsesja piękna króluje na każdym kroku.

Wygląd dla Koreanek jest przepustką do lepszego życia – szansą na znalezienie dobrze płatnej pracy i atrakcyjny mariaż. Ładna twarz zapewnia akceptację społeczną, zgrabna sylwetka jest oznaką zdrowego trybu życia. Dobre wykształcenie musi iść w parze z urodą, bo to prezencja kobiety stanowi o jej rzeczywistej wartości. Niczym na wzór starogreckiego pojęcia kalokagatii piękno łączy się z dobrem w powszechnej świadomości Koreańczyków. Doskonałe powiązanie ciała z duchem gwarantuje sukces i powodzenie.

„Gdybym miała twoją twarz” to debiut Frances Cha, amerykańskiej pisarki urodzonej się w Saint Paul w Minnesocie. Cha dzieciństwo spędziła w Teksasie i Hongkongu, a w wieku 12 lat przeniosła się do Korei Południowej. Studiowała w Stanach Zjednoczonych, później wykładała na amerykańskich i koreańskich uczelniach. Pracowała CNN International w Seulu. Koreę zna z własnych obserwacji i doświadczeń, a jej powieść to poruszający obraz roli współczesnej chirurgii estetycznej w codziennym życiu i oczekiwań społecznych co do kobiet.

Przeżyłabym twoje życie znacznie lepiej niż ty, gdybym miała twoją twarz

„Gdybym miała twoją twarz” to wyprawa w głąb dusz koreańskich kobiet i mężczyzn, owładniętych ideą piękna i koniecznością oceniania innych wyłącznie na podstawie ich fizjonomii. Gyuri, Miho, Ara, Sujin i Wonna – dwudziestoparoletnie dziewczyny zamieszkałe w Seulu nieustannie muszą konfrontować się z otoczeniem wymagającym od nich perfekcyjnego wyglądu. "Już jako mała dziewczynka wiedziałam, że moja jedyna szansa w życiu wiąże się z poprawieniem sobie twarzy. Patrząc w lusterko, od razu wiedziałam, co powinno ulec zmianie” - powie jedna z nich, wygłaszając w ten sposób powszechnie znaną i akceptowaną prawdę. Cha w swojej debiutanckiej powieści wnika w głąb kobiecego, intymnego świata i z czułością portretuje młode Koreanki stojące u progu życiowych wyborów i ważnych decyzji.

Każda wkraczająca w dorosłość mieszkanka Korei Południowej wie, że jej przyszłość zależy w decydującej mierze od tego, jak wygląda. Stąd popularnym prezentem od rodziców dla studentek wyjeżdżających z domu na uczelnię jest operacja plastyczna. Najczęściej jest to niezwykle popularna w Azji blepharoplastyka, czyli korekcja opadających powiek. Zabieg polega na usunięciu nadmiaru skóry i tłuszczu z okolicy górnych i dolnych powiek. Dziewczyny rozpoczynają naukę pewniejsze siebie, marząc o kolejnych udoskonaleniach swojej twarzy. To konieczne, bo jak mówi Sujin w powieści Cha „kiedy już będę ładniejsza i miała wszystko poprawione, znajdę (…) pracę”.

Kolejne ingerencje w ciało i poprawki urody w przypadku niezamożnych Koreanek często oznaczają niemałe długi. „Koszt operacji jest niewyobrażalny, chyba że jesteś aktorką i masz kontrakt z dużą wytwórnią filmową, wtedy doktor (…) może cię nawet sponsorować. (…) W przeciwnym razie musisz się zapożyczyć, co oznacza, że będziesz spłacać dług do końca życia. – Traktuję to jak największą inwestycję w życiu”. Skutki zabiegów estetycznych są jednak nie tylko odczuwalne dla portfela, ale również nierzadko wywierają wpływ na zdrowie. Przy skomplikowanej rekonstrukcji szczęki może ulec uszkodzeniu nerw i utrudnione pozostać przeżuwanie, źle zaaplikowany botoks może zakończyć się częściowym paraliżem twarzy.

Każda operacja, jak i zapowiadająca się niegroźnie i mało inwazyjnie wizyta u kosmetyczki niosą za sobą potencjalne ryzyko błędu. Kluczowy jest więc wybór odpowiedniej kliniki medycyny estetycznej i kompetentnego lekarza. Takiego u którego „na wizytę (…) czeka się miesiącami. Ten człowiek potrafi przewidzieć, co będzie modne i jak kobiety będą chciały wyglądać, zanim ktokolwiek inny to zauważy.” Zarysowana w kształt serca twarz jest warta każdych niedogodności – problem braku czucia w brodzie rozwiąże w codziennym życiu tryb selfie w komórce lub małe lusterko, którymi można dyskretnie sprawdzić, czy drink nie cieknie na dekolt. Trudności w gryzieniu rozwiąże odpowiednie dobieranie konsystencji potraw lub krojenie na drobne kawałki. Dla pięknego ciała warto cierpieć.

Z prowincji do Seulu

Ara, Sujin i Miho wychowały się w Cheongju – miejscu, które uchodzi w stolicy Korei Południowej za prowincjonalne miasteczko. Ośrodek Loring – sierociniec przeznaczony przede wszystkim dla dziewcząt, służył dwóm ostatnim za dom. Bohaterki naznaczone piętnem odrzucenia nie pozwolą jednak zdeterminować mu swojego życia, chociaż dokonywać będą diametralnie innych od siebie wyborów. W Seulu wreszcie uciekną od negatywnych skojarzeń z placówką wychowawczą, która była także zakładem dla niepełnosprawnych umysłowo dzieci. Z radością odkryją, że kilkaset kilometrów od ich miejsca urodzenia słowo „loring” nie jest synonimem „opóźnionego w rozwoju”.

„Miho jest ładna, ale nie aż tak, jak mogłaby być dzięki operacjom. Daleko jej do ideału. Nie ma krewnych ani pieniędzy. Mimo to syn jednego z najbogatszych ludzi w Korei umawia się właśnie z nią. Prawdziwa tajemnica”. Miho uzdolniona artystycznie, ucieka w sztukę i przekuwa swoje pochodzenie w atut, zdobywając kolejne stypendia. Suijn marzy o operacji plastycznej i pracy w salonie, gdzie mężczyźni rozmawiają o interesach w towarzystwie zatrudnionych tam pięknych dziewcząt, które mają za zadanie atrakcyjnie się prezentować i pić z nimi alkohol. Goni za doskonałą prezencją, twarzą lalki o gładkiej, porcelanowej cerze i idealnych proporcjach. Ara, po tym jak utraciła głos zostaje fryzjerką. Zakochana na zabój w chłopcu z popularnego boysbandu tkwi we własnym świecie marzeń i fantazji. Chociaż zamknięta werbalnie we własnym ciele, chłonie rzeczywistość wszystkimi zmysłami i odbiera wyostrzone bodźce. „Weźmy taki wiatr. Nie pamiętam, aby miał aż tyle odcieni dźwięku”.

Anonimowość tłumu wielkiej koreańskiej stolicy nie zapewnia jednak możliwości wtopienia się w niego i zniknięcia. Wyróżnia się w nim nie tyle sztuczne, poprawione piękno, co naturalny, niekoniecznie atrakcyjny wygląd. Brak symetrii twarzy, płaski nos, opadające powieki czy kanciasta żuchwa są jak wyrok. Tamtejsze społeczeństwo nie akceptuje nie tylko brzydoty, ale także przeciętności i zwyczajności.

Za drzwiami seulskiego salonu

„Nieodmiennie mnie zdumiewa naiwność Koreanek. Zwłaszcza tych zamężnych. Co ich zdaniem robią ich mężowie od ósmej wieczorem do północy w każdy powszedni dzień tygodnia? Kto utrzymuje te dziesiątki tysięcy salonów w całym kraju? Zresztą nawet te kobiety, które mają odwagę dopuścić do siebie prawdę, udają, że ich mężowie wcale nie pieprzą codziennie innej dziewczyny. Większość dochodzi w tym udawaniu do takiej wprawy, że wypiera fakty”.

Salon oznacza w Seulu ekskluzywne, niedostępne dla przypadkowych klientów miejsce, gdzie dobrze usytuowani mężczyźni rozmawiają z kontrahentami i klientami o interesach przy alkoholu. Towarzyszą im młode dziewczyny o nieskazitelnej urodzie w krótkich, obcisłych spódniczkach lub sukienkach, prezentujących ich powabne ciała. Zadaniem pracownicy salonu jest dobrze wyglądać, uśmiechać się, „wpatrywać się w mężczyzn jak urzeczona i pić kupowany przez nich alkohol”. Biznesmeni płacą krocie za drogie trunki i towarzystwo dziewcząt, które mogą liczyć na dodatkowe benefity i prezenty, jeśli nawiążą z klientami relacje na innym gruncie.

Praca w salonie poza rujnowaniem zdrowia fizycznego – przez ciągłe picie nadmiernych ilości alkoholu – sieje zniszczenia w psychice kobiet. Jak będzie ostrzegać wypalona emocjonalnie Gyuri „nie ma nawet pojęcia, co ta praca robi z człowiekiem, jak bardzo zmienia dotychczasową perspektywę. Trzeba zapomnieć o oszczędzaniu. Trzeba robić rzeczy, jakich wcześniej nie widziało się nawet oczami wyobraźni. W efekcie człowiek się zmienia, sam nie wiedząc kiedy. Przeżyłam to na własnej skórze. Nigdy nie przypuszczałam, że skończę w ten sposób – bez rozsądnych pieniędzy, z rozpadającym się ciałem i upływającą datą przydatności”. Czas dziewcząt mija szybko i nieubłagalnie, zarobek zapewniają im przecież młode, poprawione licznymi operacjami ciała.

W pułapce pogoni za idealną twarzą

Los Gyuri odmienił się dzięki szeregowi operacji plastycznych. Gdy dziewczyna spogląda w lustro, to zupełnie nie przypomina sobie dawnej siebie. Nie chce oglądać swoich fotografii z przeszłości. Idealna twarz zakończona lekko spiczastym podbródkiem, olśniewające długie, czarne, pofalowane włosy i zgrabna sylwetka zapewniają jej powodzenie wśród klientów i niebotyczne wynagrodzenie za świadczone usługi. Gyuri jednak nadal jest zadłużona i żyje w napięciu. Ciągle spłaca lichwiarskie pożyczki zaciągane dla sfinansowania kolejnych zabiegów i zaciąga nowe.

„Jednego dnia przyjmujesz pożyczkę od Madame czy alfonsa albo innej pijawki, by poprawić sobie szybko twarz, a drugiego masz dług w niewyobrażalnej wysokości, o spłaceniu którego nie możesz nawet marzyć. Pracujesz, pracujesz i pracujesz, aż doprowadzasz ciało do ruiny, a i tak nie jesteś w stanie się uwolnić inaczej, niż jeszcze więcej pracując. Choć teoretycznie dużo zarabiasz, nigdy nic nie zaoszczędzisz przez odsetki, które musisz spłacać. Nigdy nie zdołasz się wyrwać. Przeniesiesz się do innego lokalu w innym mieście, z inną Madame i innymi regułami, wymaganiami i porami, ale nadal będziesz robić to samo. Od pewnych rzeczy nie ma ucieczki”. Mentalna klatka w jakiej zamykają się kobiety zdaje się być nie do otwarcia, przyszłość nie istnieje. Wszystkie pracownice salonu żyją z dnia na dzień, a właściwie z nocy na noc, nie myślą o tym, co będzie gdy zachorują, albo stracą pracę. Jutro w ich rzeczywistości nie istnieje.

Mężczyźni zawodzą

W świecie płatnych dziewcząt do towarzystwa nie ma miejsca na miłość, a w szczególności na uczucie do niezamożnego mężczyzny. Gyuri powie o tym gorzko „wiem, bo raz się w takim zakochałam. Nie było go stać, aby spędzać czas ze mną, a ja nie mogłam sobie pozwolić na spędzanie czasu z nim.” Dziewczynom z salonów pozostaje marzyć o romantycznym kochanku rodem z „Pretty Woman” – kliencie, który zabierze je ze sobą i spłaci ich długi. Jednak nawet te, które naprawdę doświadczyły podobnej miłości i cudu, w końcu wracają do dawnej pracy albo kończą w szpitalu psychiatrycznym.

Gyuri i jej koleżanki w swoim wolnym czasie nie szukają flirtu – zapijają swoje smutki w barach. „Nikt nie jest w stanie dotrzymać nam kroku – niektórzy próbują, lecz nawet najwięksi twardziele odpadają, widząc, jak wychylamy kieliszek za kieliszkiem, całkowicie ich ignorując. Wystarczą nam mężczyźni, których musimy oglądać w pracy”.

W prawdziwym świecie nie ma wiernych, uczciwych, bogatych i kochających partnerów. „Jedyni dżentelmeni, jakich widuję, to ci w filmach telewizyjnych. Są dobrzy. Chronią cię i płaczą, i przeciwstawiają się własnym rodzinom dla ciebie, choć ja oczywiście nie chciałabym, aby rezygnowali z rodzinnego majątku. Biedak mi nie pomoże, skoro nie jest nawet w stanie pomóc samemu sobie”.

Gyuri obraca się w środowisku, w którym liczy się jak wygląda, a nie kim jest naprawdę, co czuje i czego pragnie. „Nie pamiętam, kiedy ostatnio jakiś mężczyzna zapytał mnie o mój dzień, po czym jeszcze wysłuchał odpowiedzi, o okazaniu zainteresowania nie wspominając”. Dziewczyna do towarzystwa ma budzić podziw z uwagi na swoją cielesność, nie jest wskazane, aby przewyższała klientów inteligencją i potrafiła prowadzić błyskotliwe rozmowy. Przeciwnie powinna się chichotać radośnie, nie przeszkadzać w biznesowych negocjacjach i powodować, że mężczyzna czuje się ważny i doceniony, a jego ego połechtane. Słodka trzpiotka o ładnej buzi to poszukiwany towar.

W „Gdybym miała twoją twarz” chłopcy, partnerzy i ojcowie zawodzą, nie tylko nie potrafiąc sprostać stawianym im przez wybranki i córki oczekiwaniom, ale również okazując słabość charakteru i niedojrzałość. To na barkach kobiet niejednokrotnie spoczywa odpowiedzialność za rodziny, to one muszą być silne i doskonałe w każdym aspekcie.

Macierzyństwo jest dla wybranych

Wonna – ostatnia z postaci wykreowanych przez Frances Cha – jako jedyna spośród głównych bohaterek jest mężatką. Wychowana przez despotyczną babkę wciąż podświadomie ucieka od innych kobiet. Przyjmuje oświadczyny mężczyzny głównie dlatego, że przyszła teściowa już nie żyje. Nie jest w tej awersji do matki męża odosobniona, bo „nienawiść, którą teściowe żywią do swoich synowych, jest wbudowana w geny wszystkich Koreanek”. Czy jednak życie u boku pracownika średniego szczebla z marną pensją zapewni jej stabilizację i bezpieczeństwo? Wonna staje przed dylematem – czy zasługuje na macierzyństwo?

Przyrost naturalny Korei maleje z każdym rokiem, mimo udogodnień socjalnych – rocznego odpłatnego urlopu macierzyńskiego, darmowych żłobków i dopłat do dzieci. Rodzicielstwo dla kobiet oznacza rezygnację z pracy albo liczne dni wolne, a przecież „jak powszechnie wiadomo, właśnie dlatego kobiety nie awansują”. Jednocześnie przyszła matka, jak również każda inna pracownica nie ma co zbytnio liczyć na specjalistyczną pomoc z zakresu zdrowia psychicznego, bo podobno „ktokolwiek leczy się psychiatrycznie, wypada z systemu i nie chce go przyjąć żadna prywatna ubezpieczalnia”.

Koreanki stają przed wyborem, kariera czy rodzina? Awans w pracy oznacza pracę od rana do północy, wychodzenie jako ostatnia z biura czy zakładu, przedkładanie obowiązków służbowych nad życie prywatne i bezwzględne posłuszeństwo pracodawcy. Macierzyństwo to natomiast często brak niezależności, poleganie na partnerze w kwestiach finansowych, poświęcenie się dzieciom i pogodzenie z tym, że mąż może korzystać z usług dziewczyn do towarzystwa, jeśli piastuje wysokie stanowisko i zarabia odpowiednio dużo. Niezależnie od podjętej decyzji kobiety będą musiały być perfekcyjne w tym, co robią i prezentować przy tym nienaganny wygląd, najlepiej dzięki drobnym i większym poprawkom swojego ciała.

Portret kobiecych dusz

„Gdybym miała twoją twarz” to nieomal panoramiczny przekrój koreańskiego społeczeństwa. Intymny obraz psychiki kobiet zmuszonych do przyjęcia roli ideału i sprostania wygórowanym oczekiwaniom co do wyglądu, jakie stawia przed nimi środowisko, w jakim przyszło im funkcjonować.

Frances Cha kreśli pełnokrwiste sylwetki postaci, które chociaż pozornie zdawać się mogą zepchnięte do roli naiwnych i bezbronnych ofiar pozostają silnymi, nierzadko pozbawionymi skrupułów kobietami. Wonna nie może liczyć na wsparcie męża, Ara ucieka od codzienności zakochując się w idolu, Miho szuka ukojenia w sztuce, Gyuri jeszcze się łudzi, że czeka ją coś dobrego, a Suijn skupia się na chronieniu tych, których kocha. Każda z nich, chociaż wpasowuje się w obraz kobiety opresjonowanej wychodzi poza schematy. Nie poddają się biernie życiu i biegu zdarzeń, są aktywne, odważne i śmiałe. Przede wszystkim jednak główne postacie w „Gdybym miała twoja twarz” są wiarygodne psychologicznie i prawdziwe – chociaż Cha pisze o kulturze, która na piedestał wynosi ideał kobiety, to nie kreuje swoich bohaterek na godne naśladowania wzory. Wie, że świat nie jest czarno – biały, a rzeczywistość jest o wiele bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać. I takie są dziewczyny z jej debiutanckiej powieści – złożone, niepozbawione wad i resztek złudzeń, niejednokrotnie irytujące i bulwersujące, a przez to realne.

„Większość ludzi nie pojmuje prawdziwego zła, a mimo to stara się je naprawić.” Frances Cha nie aspiruje do bycia demaskatorką rzeczywistości czy moralizatorką, pokazuje jedynie wycinek codzienności widziany oczami zwykłych dziewczyn, które wyposaża w przywary i zalety współczesnych Koreanek. Dla polskiego czytelnika to lektura być może lekko egzotyczna z uwagi na umiejscowienie akcji i kulturę, ale też odczytywalna w pewnym uniwersalnym kluczu. Obsesja piękna to temat przerażająco aktualny we współczesnym świecie, w którym królują odrealnione standardy sylwetki i kult wiecznej młodości. Na ile nasz wygląd jest swego rodzaju wizytówką, a na ile stanowi o nas samych? Czy jesteśmy warci tyle na ile wyglądamy?

Przytoczone w tekście cytaty pochodzą z powieści Frances Cha „Gdybym miała twoją twarz”, Wydawnictwo MOVA 2021. Fakty naukowe, statystki i wyjaśnienia pojęć zostały podane za stroną wikipedia.pl, fakty z życia pisarki za jej autorską stroną francescha.com.

Tłumaczenie: Urszula Gardner
Premiera: 14 lipca 2021
Wydawnictwo MOVA