1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Shrek Trzeci

Shrek Trzeci

„Shrek Trzeci”, choć w słabszej niestety kondycji niż dwaj jego poprzednicy, tak szybko nie straci sympatii widzów, na którą zapracował w przeszłości.

Punkt wyjścia jest wdzięczny: Shrek nie wie, co ma zrobić z odziedziczonym po teściu tronem, więc udaje się z przyjaciółmi na poszukiwanie alternatywnego następcy. Poza tym ogr dojrzewa do ojcostwa i nawet staje się mentorem dla innego życiowego połama ca. Ale pomysły realizacyjne już nie zaskakują świeżością, a przesłanie nam się serwuje o wiele bardziej oczywiste (nie daj sobie wmówić, że jesteś do dupy). Polecany przez nas czy nie, zielony stwór i tak ściągnie do kin tłumy.

 

Shrek The Third, USA 2007, reż. Chris Miller, głosy: Zbigniew Zamachowski, Jerzy Stuhr, Agnieszka Kunikowska, Wojciech  Malajkat, Wojciech Mann, dystr. UIP

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Zdobywanie nowych umiejętności – jak czerpać z tego radość?

Gdy chcemy uczyć się nowych rzeczy, ważne jest mądre podejście: skupmy się na samej drodze do celu. (fot. iStock)
Gdy chcemy uczyć się nowych rzeczy, ważne jest mądre podejście: skupmy się na samej drodze do celu. (fot. iStock)
Chodzi o to, by cieszyć się drogą, a nie celem. Być w chwili obecnej, gdy jeszcze się uczymy i czerpać z tego radość. Poniżej 3 kroki, które mogą doprowadzić nas do sukcesu, gdy zdobywamy nową wiedzę i umiejętności.

Thomas M. Sterner, człowiek sukcesu - znakomity muzyk, pilot samolotów - w książce „Jasność oraz dyscyplina w życiu” pokazuje, jak żyć w teraźniejszości i cieszyć się z samego procesu uczenia. Oto 3 wskazówki, które warto wziąć pod uwagę, gdy chcemy przyswoić sobie nowe umiejętności:

1. Skoncentruj się na procesie, a nie na celu

Jeśli skupisz się na procesie nauki, pożądany „produkt” sam się będzie do ciebie przybliżał. Jeśli uwagę poświęcisz celowi, natychmiast pojawią się w tobie: nuda, niepokój, frustracja, niechęć. Uruchomisz negatywne emocje i myśli, a każde potknięcie będziesz przeżywać jak koniec świata. Owszem, masz wiedzieć co chcesz osiągnąć i zdawać sobie sprawę ze swego zamiaru, ale bądź w tym procesie całkowicie, po prostu ćwicz, wykonuj czynności, krok po kroku do przodu.

2. Dostosuj perspektywę

Nie koncentruj się na skończonym ideale - to stagnacja i zamrożenie. Prawdziwa doskonałość jest nieograniczona i zawsze się rozwija. W każdym momencie uczenia się osiągasz doskonałość, tak jak kwiat, który się rozwija. Chodzi o to, żeby nie działać pod presją i pod wpływem ograniczeń. W dowolnym momencie, kiedy zauważysz że czujesz się znudzony, niecierpliwy, niewydajny, odpuść. Tak działaj, żeby zawsze być zadowolonym ze swych postępów.

3. Ćwicz obiektywizm

Obserwuj. Miej dystans do każdego swojego kroku. To jest uważność na chwilę obecną, uważność na to, co właśnie robisz - zanurzysz się w tym całkowicie, jeśli nie będziesz myślał o bagażu przeszłości i oczekiwaniach przyszłości. Tylko teraz jest obiektywne. Uświadom sobie, że nauczyłeś się kilku nowych słówek, czy byłeś na ważnym biznesowym spotkaniu. Tylko tyle, a zobaczysz, że twoje samopoczucie się poprawi.

Thomas M. Sterner jest założycielem i dyrektorem generalnym The Practicing Mind Institute. Jako odnoszący sukcesy przedsiębiorca uważany jest za eksperta w zakresie funkcjonowania w chwili obecnej.

  1. Zdrowie

Jak nasz organizm funkcjonuje latem? Czego potrzebuje? – wskazówki medycyny chińskiej

Medycyna chińska niesie wiele podpowiedzi na temat kompleksowego dbania o zdrowie. (fot. iStock)
Medycyna chińska niesie wiele podpowiedzi na temat kompleksowego dbania o zdrowie. (fot. iStock)
Według medycyny chińskiej latem powinniśmy obdarzyć szczególną troską serce, śledzionę i trzustkę – o tej porze roku odpowiadają za naszą równowagę psychofizyczną. Co to oznacza w praktyce? Kochajmy się, balujmy, ucinajmy sobie drzemki i niczym się nie martwmy.

Chińscy mędrcy każdej porze roku przypisują związek z jakimś organem. Związek ten polega na swoistym „otwarciu”: z jednej strony dany organ pracuje wtedy najlepiej i najwydajniej oraz najlepiej się czuje, jest w pełnym rozkwicie – z drugiej jest też narażony na wyeksploatowanie, a jeśli go przeciążymy, najłatwiej możemy mu zaszkodzić. Jakie organy „otwierają się” latem?

– Chińska medycyna tę porę roku dzieli na dwie części: wczesne lato, trwające od początku czerwca do końca lipca, i późne lato, które obejmuje cały sierpień – wyjaśnia Rafał Becker, trener szaolińskiego qigongu i specjalista medycyny chińskiej. – Wczesne lato powiązane jest z sercem, późne – ze śledzioną, przy czym w chińskiej medycynie pod tą nazwą kryje się także trzustka.

Medycyna chińska latem: serce chce czuć

Serce jest siedliskiem miłości, a w chińskiej medycynie także siedzibą umysłu – pulsuje energią yang i kontroluje wszelkie emocje, w tym radość. I to właśnie często czujemy latem: w naszych sercach otwiera się naturalny rezerwuar radości. Jesteśmy gotowi na nowe doznania, przygody, przeżycia.

– Lato to także okres, kiedy mamy większą ochotę na życie towarzyskie i nie powinniśmy się przed tym bronić – mówi Rafał Becker. – Coś nas pcha do wyjścia z domu, do spotykania się z innymi ludźmi. Dobrze to widać podczas wakacji, kiedy z dużą łatwością nawiązujemy nowe kontakty. Ale nawet człowiek, który pracuje i co dzień wraca zmęczony do domu, w weekend, kiedy odeśpi, chętnie spotyka się z ludźmi.

I tak ma być, bo tego chce nasze letnie, otwarte serce! Teraz możemy trochę pobalować, bo to jedyna pora roku, w której chińska medycyna pozwala na późniejsze chodzenie spać (trzeba dodać, że „późno” oznacza maksymalnie godzinę 23). Jeśli spaliśmy za krótko, możemy się zdrzemnąć w ciągu dnia. Medycyna chińska pozwala na jedną lub dwie drzemki w ciągu dnia, podkreśla jednak, by nie traktować ich jako alternatywy dla nocnego odpoczynku. Mogą być, co najwyżej, delikatnym uzupełnieniem.

Latem serce otwiera się też na letnie romanse i flirty. I dobrze. – Sercu szkodzi zwykle nadmiar emocji, bo rozprasza jego energię qi, czyli energię witalną – wyjaśnia Rafał Becker. – Ale letnie romanse nie są szkodliwe, niosą emocje, które w otwartym sercu dobrze się mieszczą. Lato to także dobry czas na seks, bo seks łączy się z letnią obfitością witalnej energii. Uwaga jednak na romanse pozamałżeńskie, wywołujące zwykle wielkie zamieszanie, zazdrość, lęk i nadmierne pobudzenie – te mogą serce przeciążać.

Serce chce przeżywać emocje, ale kiedy przegrzany układ nerwowy nałoży się na otwarte serce, łatwiej wpadamy w stan poirytowania, gniewu i jesteśmy bardziej wrażliwi na bodźce. To nie służy energii serca. Silne emocje mogą się skończyć kłopotami zdrowotnymi, np. zawałem lub udarem. Tym bardziej że wysokie temperatury działają niekorzystnie na układ nerwowy. Dlatego osoby z wybuchowymi charakterami latem powinny szczędzić sobie atrakcji.

A krew krąży, krąży…

Doskonała kondycja serca to także świetnie działający układ krążenia. W czasie upałów krążenie i tak ma ciężką pracę do wykonania. Dobrze, że energia witalna wspiera je w wysiłkach. – Niskociśnieniowcy czują się wyśmienicie, bo ciśnienie krwi w naturalny sposób rośnie, a żyły zaczynają się wyraźniej rysować pod skórą – mówi Rafał Becker. – Gorzej mają nadciśnieniowcy: ci powinni regularnie się monitorować, a kiedy ciśnienie zaczyna rosnąć, odstawić kawę i alkohol oraz szukać wytchnienia i spokoju.

Dużo energii, doskonała forma fizyczna i wolny czas sprawiają, że rzucamy się w objęcia sportu i aktywności fizycznej. Ale często robimy to zbyt entuzjastycznie i przedobrzamy. W tej fazie lata organizmowi ruch służy, bo dodatkowo dodaje wigoru i zapobiega zastojom energii i krwi – ale przesadzać też nie warto. Lepiej się zdecydować na krótką sesję siatkówki plażowej, kajakarstwo, qigong, wycieczkę rowerową czy pływanie niż na forsowne, długotrwałe biegi czy wspinaczkę – bo takie aktywności przeciążają serce. – Przeciążenie wiąże się także z przegrzaniem organizmu i dużą utratą płynów ustrojowych, co grozi zagęszczeniem krwi i skłonnością do zakrzepów – dodaje Rafał Becker. – Ale i na to medycyna chińska ma receptę: właściwie nawadniać organizm, najlepiej wodą o pokojowej temperaturze, zieloną herbatą, herbatami owocowymi i wodą kokosową. Zwłaszcza ta ostatnia jest wskazana, ponieważ woda kokosowa to cudowny izotonik, prawdziwa skarbnica elektrolitów i mikroelementów, które nawilżają i regenerują organizm w czasie upałów.

Co ciekawe, medycyna chińska nie zaleca napojów prosto z lodówki – nawet w największe upały. Takie naprawdę zimne picie może bowiem osłabić żołądek.

Wczesnoletnie menu

Skoro jesteśmy już przy kuchni… Co powinno się znaleźć latem na naszych talerzach? – Koniecznie ogórki, pomidory, rabarbar, rzodkiewki, wodorosty, soja (w tym tofu), fasola mung, gruszki, arbuzy i czerwone owoce (np. czereśnie, wiśnie, maliny) – wylicza Rafał Becker. – Zalecane są też miód i mleko, bo dobrze nawilżają organizm. Natomiast niewskazane są duże ilości czerwonego mięsa, gorzkie produkty, takie jak kawa, bo wysuszają organizm, oraz ostre przyprawy, takie jak chilli, pieprz czy czosnek – dodają organizmowi gorąca, którego i tak ma już pod dostatkiem.

Druga połowa wakacji

Sierpień jest wciąż gorącym miesiącem, ale temperatury powoli spadają. Sprawne krążenie nie jest już tak ważne, jak było w początkowej fazie lata – teraz na pierwsze miejsce wysuwają się organy potrzebne do trawienia płodów lata. Wszędzie dookoła coś dojrzewa, pachnie i wabi, zachęcając „zjedz mnie”. Ponieważ sezonowe owoce są słodkie, trzustka musi być w doskonałej formie. I jest: stara się, jak może. A jej możliwości są teraz największe. – Śledzionie i trzustce najlepiej służy dieta oparta na jabłkach, brzoskwiniach i figach, a z warzyw na marchwi, dyni, ziemniakach oraz delikatnie duszonej cebuli. Lubią też zboża (ale pełnoziarniste), miód pitny, herbatki z lukrecji, napoje z koprem włoskim i anyżem, a z przypraw: imbir, kardamon, cynamon, oregano, rozmaryn i tymianek – tłumaczy Becker.

Jeśli jednak mamy osłabioną trzustkę – pamiętajmy, teraz jest „otwarta” i możemy jej łatwiej zaszkodzić. Posilajmy się obficie naturalną słodyczą pochodzącą z natury – ale unikajmy tej rafinowanej. Zrezygnujmy z lodów, napojów alkoholowych i wysoko słodzonych, lepiej strońmy też od tłustego i smażonego jedzenia, potraw słonych i ciężkostrawnych, a także suchego prowiantu.

Latem ładujemy „witaminowe akumulatory” – z kapitałem, jaki uzbieramy, wkroczymy w jesień i zimę, które będą dla nas łatwiejsze, jeśli właśnie teraz stworzymy solidne podstawy. Dlatego owoce i warzywa powinny stanowić trzon posiłków (z mięs wskazany jest głównie drób). – Pamiętajmy, że surowe potrawy obciążają układ pokarmowy, nie odżywiajmy się więc wyłącznie surowizną – ostrzega Rafał Becker. – W ciągu dnia jedzmy pięć posiłków, z czego trzy powinny być gotowane, surowe mogą być tylko dwa – najlepiej jeść surowe dodatki do gotowanych dań.

Dla kogo późny urlop?

Medycyna chińska ma odpowiedź i na to pytanie: w sierpniu o urlopie powinny pomyśleć osoby mające skłonność do zamartwiania się jednym tematem czy obsesyjnych myśli, krążących wokół jednej sprawy. – Według tradycyjnej medycyny chińskiej śledziona jest domem intelektu – zdrowa powoduje, że nasze myślenie jest jasne i przejrzyste, a koncentracja znakomita. Kiedy jednak śledziona zaczyna szwankować, pojawiają się problemy ze skupieniem, zapamiętywaniem czy snuciem precyzyjnego myślowego wątku – wyjaśnia Rafał Becker.

Druga połowa lata to czas, kiedy śledziona jest „otwarta” – a więc mamy do niej dostęp i wpływ – a obsesyjnym myśleniem mocno ją osłabiamy. Dlatego teraz lepiej uciec od tego, co mogłoby nas wpędzać w takie ciągi martwienia się. Z dala od pracy, obowiązków, obciążeń łatwiej się będzie zrelaksować. Kiedy w dobrym towarzystwie wyskoczymy w jakieś fajne miejsce, będziemy się wysypiać i smacznie jeść, łatwiej umkniemy smutkom i zmartwieniom. A kiedy nas najdą obsesyjne myśli, zjedzmy słodki owoc – śledziona lubi słodycz, odpręża się dzięki takim smakom. – Warto też przed obiadem czy lunchem, czyli ok. 13, uciąć sobie krótką drzemkę – radzi Rafał Becker. – Dzięki temu układ pokarmowy nabierze wigoru i powiększy się jego energia. Taka drzemka jest zalecana zwłaszcza osobom z osłabionym układem pokarmowym.

Ale drzemka właściwie przyda się nam wszystkim. Przyznajmy się: kto z nas śpi tyle, ile potrzebuje? No właśnie… A latem o bezsenność jest łatwiej niż w innych porach roku. Gorąco i wyższe ciśnienie przekładają się na problemy z zaśnięciem i wybudzaniem w nocy. Dlatego „podrzemujmy” codziennie – na zdrowie!

Rafał Becker, instruktor qigong, specjalista w zakresie chińskiej profilaktyki zdrowia.

  1. Moda i uroda

Skuteczny sposób na poprawę konturu twarzy

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Nic tak nie dodaje lat, jak zacierający się kontur dolnych części twarzy – linii żuchwy, policzków i podbródka, który jest konsekwencją wiotczejącej z wiekiem skóry. Urządzenie Alma SpaDeep wykorzystuje skoncentrowaną energię unipolarnych fal radiowych, które stymulują powstawanie nowego kolagenu i obkurczają istniejące włókna kolagenowe, poprawiając ich grubość i ułożenie w skórze właściwej. Efektem jest wyraźnie zarysowany owal twarzy, wygładzone zmarszczki i młodszy wygląd.

Kolagen jest niezwykle ważnym białkiem w organizmie ludzkim – wpływa na jego zdrowie i kondycję – przyspiesza gojenie ran, wzmacnia kości, stawy, ścięgna i naczynia krwionośne. Stanowi 90 procent ciężaru skóry, zapewnia jej jędrność i gładki wygląd. Niestety po 25 roku życia zaczyna zanikać ok. 1 procent kolagenu rocznie, po 40 roku życiu tempo zaniku wzrasta – nie mamy już w organizmie ok. 30 procent całego zapasu kolagenu. Jego niedobór obniża wytrzymałość włókien kolagenowych i powoduje zwiększenie się odległości między nimi, co narusza rusztowanie skóry – kolagen nie pełni rolę podpory dla skóry tak, jak robił to wcześniej. Na szczęście można na niego wpłynąć i to zarówno stymulując proces powstawania nowego kolagenu (tzw. neokolagenogeneza), jak i wzmocnić istniejącą już konstrukcję włókien. Z pomocą przychodzi urządzenie Alma SpaDeep, stworzone przez izraelskiego producenta laserów wykorzystywanych m.in. w medycynie estetycznej – Alma Lasers.

Alma SpaDeep wykorzystuje falę radiową unipolarną UniPolar™ o bardzo wysokiej częstotliwości 40,68 MHz, falę radiową bipolarną oraz technologie mikroplazmy. Jest to doskonałe rozwiązanie do ujędrniania i modelowania twarzy i ciała, a także do niwelowania niedoskonałości strukturalnych skóry. Zastosowana w urządzeniu technologia AlmaWave ułatwia jednorodne podgrzewanie tkanki na różnych głębokościach skóry, co powoduje obkurczenie włókien kolagenowych i w konsekwencji napięcie skóry, poprawia jej sprężystość i jędrność. W przypadku tkanki podskórnej wysoka temperatura przyczynia się do uwalniania tłuszczu z adipocytów, czyli komórek tłuszczowych, co powoduje ich zmniejszenie. Zabieg wyszczupla i poprawia owal twarzy, wyrównuje koloryt skóry, niweluje zmarszczki, blizny i niedoskonałości. Efekt liftingu i rozświetlenia zauważalny jest już po pierwszym zabiegu, ale dla optymalnego i trwałego rezultatu zalecana jest seria 4-6 w odstępie jednotygodniowym, ponieważ neokolagenogeneza zachodzi od 1 do 6 miesięcy, a to właśnie ona zapewnia długotrwałe i naturalne efekty na lata.

Zabieg z użyciem platformy Alma SpaDeep jest nieinwazyjny i bezbolesny – aplikatory Unilarge i Coaxipolar są wyposażone we wbudowany termometr na podczerwień do monitorowania temperatury, a energia jest skupiona tylko w miejscu deponowania. Dzięki temu można uzyskać dużo szybszy i lepszy efekt. Poza tym urządzenie posiada udoskonalony system chłodzenia oraz wstępnie skonfigurowany plan zabiegów, co czyni go niezwykle bezpiecznym. Nie wymaga rekonwalescencji – bezpośrednio po nim może wystąpić powierzchniowe zaczerwienienie skóry, które znika po kilkunastu, kilkudziesięciu minutach. Jedynymi przeciwskazaniami do wykonania zabiegu są: ciąża, infekcje, nowotwory, metalowe implanty.

Więcej informacji itpestetyka.pl

  1. Styl Życia

Hildegarda z Bingen. Czego może nauczyć nas średniowieczny coach?

Każdego dnia mamy wybór; możemy rozpoznać, co nas niszczy, i postawić na to, co wzmacnia i buduje. (Fot. iStock)
Każdego dnia mamy wybór; możemy rozpoznać, co nas niszczy, i postawić na to, co wzmacnia i buduje. (Fot. iStock)
Wcześniej nie rozumiałam, jak żywym potencjałem jest nasze duchowe IQ. To jest fenomen społeczeństwa, w którym żyjemy - idziemy w niedzielę do kościoła, słuchamy o duszy, o aniołach, o życiu po śmierci, ale nie rozumiemy, co to dla nas tak naprawdę znaczy – mówi Barbara Ravensdale, terapeutka certyfikowana z duchowości hildegardiańskiej. Przekonuje, że wizja świętej z XII wieku jest nadal aktualna.

Jesteś twórczynią Technologii Wielowymiarowej – metody opartej na duchowości świętej Hildegardy z Bingen, która żyła tysiąc lat temu. W jaki sposób jej duchowość może być dla nas inspirująca, żywa?
Hildegarda była fenomenalną kobietą. Budowała klasztory. Nauczała. Tworzyła muzykę. Znała się na medycynie. Uzdrawiała. Jako jedyna kobieta w swoich czasach miała zgodę na głoszenie kazań w klasztorach męskich, co chętnie robiła. Jako pani po siedemdziesiątce objeżdżała Europę z kazaniami. Była autorytetem moralnym, etycznym, intelektualnym. Jej rady zasięgał m.in. cesarz niemiecki Fryderyk Barbarossa. Za pontyfikatu papieża Benedykta XVI została uznana świętą i – jako czwarta kobieta w historii – została doktorem Kościoła. Papież uznał, że jej wizje są wciąż drogowskazem dla całej wspólnoty katolickiej. Dla mnie jej nauki, przekazy są nieustająco żywe. Mówiła i pisała, że naszym zadaniem tu, na ziemi, jest respektowanie praw duszy. To dusza jest naszym centrum zarządzania. Nie dając jej przewodnictwa, pozbawiamy się ogromnej części naszego potencjału: świadomości, szczęścia i zdrowia. Dusza schodzi na ziemię po lekcje, aby wzrastać, hartować się. Konfrontujemy się z różnymi ziemskimi strachami – o przetrwanie, pieniądze, prestiż – jednak istnieją wartości ducha i to one są najważniejsze. Wzrastamy duchowo, gdy poszerzamy świadomość, rozwijamy wewnętrzną siłę.

Twoja przygoda ze świętą zaczęła się od tego, że kilkanaście lat temu jako rzutka bizneswoman pojechałaś do Niemiec, w Alpy na szkolenie, organizowane przez Stowarzyszenie św. Hildegardy…
Pojechałam tam z pobudek merkantylnych. Jestem właścicielką Ośrodka „Siódmy Las”, w którym proponuję kuracjuszom diety oczyszczające. Pragnęłam poznać detoks orkiszowy świętej Hildegardy, która była (i jest) znana z ogromnej wiedzy na temat ziół, zdrowego jedzenia, diet. Mentorka, która prowadziła szkolenie z diety, okazała się specjalistką z duchowości hildegardiańskiej. Pochłaniałam tę wiedzę, robiłam notatki, próbowałam obejmować rozumem to, czego się dowiadywałam. Jestem absolwentką Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, chodziłam na pielgrzymki do Częstochowy, jednak wtedy w Alpach miałam wrażenie, że otwierają się przede mną światy dotychczas nieznane, moja świadomość się poszerzyła. Wcześniej nie rozumiałam, jak żywym potencjałem jest nasze duchowe IQ, jak realną jakością jest dusza. To właśnie fenomen społeczeństwa, w którym żyjemy – idziemy w niedzielę do kościoła, słuchamy o duszy, o aniołach, o tym, że jak ktoś umiera, to idzie do nieba, ale nie rozumiemy, co to dla nas tak naprawdę znaczy. Nie rozumiemy, że to wszystko jest żywe w nas.

Dlaczego nie rozumiemy?
Ponieważ nie poszerzamy świadomości, nie rozwijamy tego potencjału. A on jest dostępny. Tam są skarby: bezmiar zdolności, talentów, radości, szczęścia. Raj, który mamy. W sięganiu do tego potencjału nie ma nic złego. Wręcz przeciwnie.

Pierwsza przychodzi chyba świadomość, że jest dużo, dużo więcej niż to, co widzimy i czujemy na co dzień…
Ta świadomość daje niesamowitą ulgę. Czasem mówimy, że istnieje druga strona życia… Ale tak naprawdę nie ma drugiej strony, wszystko jest w nas. Śmierć jest rozdzieleniem ciała fizycznego i świetlistego, jednak ta świetlista świadomość istnieje cały czas. Kontakt z nią to największe odkrycie mojego życia.

„Mamy wszystko na planecie Ziemia do tego, aby przeżyć życie w szczęściu” – pisała Hildegarda. To bardzo nowoczesne podejście. Możemy być szczęśliwi teraz, nie w wieczności.
Mamy w taki sposób rozwijać swoją świadomość, żebyśmy mogli współpracować z pragnieniami duszy, rozpoznawać je i dawać im pierwszeństwo. W koncepcji Hildegardy jesteśmy fuzją dwóch materii – fizycznej i świetlistej, czyli ciała i duszy. W czasie ziemskiej wędrówki mamy nauczyć się, w jaki sposób współpracować z duszą, ponieważ to dusza wprowadza boskie światło do ciała fizycznego, przepełnia je energią życia. Tę boską promienistą energię Hildegarda nazywała Viriditas. Viriditas przenika cały wszechświat. Gdy przepełnia nasze ciało fizyczne, czujemy się świetnie, zregenerowani, pełni życia. To znak, że nasza dusza jest zadowolona.

Czym zadowolić duszę?
Naszym zadaniem jest odkryć swoją misję, powołanie poprzez poszerzanie świadomości. Hildegarda mówiła, że sensem życia człowieka jest rozwój, zwiększanie dostępu do światła w swojej świadomości. Jej fenomen polegał na tym, że była w stanie wizytować wyższe stany świadomości, a jednocześnie wykonywać codzienne czynności.

Jako przeorysza benedyktynek zarządzała klasztorem, ogarniała mnóstwo bieżących spraw, pisała, a w tym samym czasie rozmawiała z przewodnikami duchowymi, słyszała śpiewy anielskie. Ponieważ działała w takiej jedności, mówi się o niej „trzeźwa mistyczka”. Hildegarda była niezwykle aktywną kobietą. Oderwała zakon żeński benedyktynek od męskiego, czym naraziła się na wściekłość możnych jej czasów.

Zakonników mężczyzn.
Tak. Cała kontrowersja wobec niej polegała na tym, że była kobietą silną, stanowczą, upartą, gdy chodziło o jej wewnętrzną prawdę. Działała jak silny mężczyzna. Miała – jak powiedzielibyśmy dzisiaj – kwantową świadomość. Mówiła, że wszystko w naszym wszechświecie jest energią. To właśnie w wyższych wymiarach znajdowała odpowiedzi na pytania, siłę do działania, pewność siebie. A także wszelką wiedzę – na temat stworzenia świata, kontaktów człowieka z Bogiem, czyli teologii, antropozofii, kosmologii. Na temat ziół, medycyny, uzdrawiania. Była znaną jasnowidzką i uzdrowicielką. Wiedzę tę dyktowała swojemu sekretarzowi Wolmarowi. Jej książki były i są tłumaczone na całym świecie.

Tak mocno wierzyła w swoje wizje, przekazy z wyższych wymiarów, że nie obawiała się przeciwstawić ówczesnej władzy, instytucjom kościelnym. Na przykład udzieliła schronienia szlachcicowi podejrzanemu o morderstwo, za co została ukarana przez biskupów z Moguncji różnymi zakazami – zakazem śpiewów, bicia w dzwony itp. Była pewna, że jest niewinny. Gdy umarł, pochowała go na klasztornym cmentarzu, także wbrew władzom. Potem okazało się, że to ona miała rację; szlachcic był niewinny.

To się nazywa wierność sobie, swojej prawdzie.
To jest jakość, której życzę każdemu z nas. Wtedy właśnie wzrasta nasza wewnętrzna moc, następuje ten rozwój, po który dusza schodzi tu, na ziemię. My – tak jak Hildegarda – bardzo często jesteśmy wystawieni na naciski z zewnątrz, ze strony różnych instytucji, autorytetów, jesteśmy uwikłani finansowo, prestiżowo, towarzysko. I – jakże często – odstępujemy od naszej wewnętrznej prawdy, żeby kogoś nie zawieść, żeby nie zostać ukaranym, nie stracić stanowiska, prestiżu.

Wybory duszy różnią się od wyborów dokonywanych przez ograniczoną ludzką istotę. W jaki sposób zmieniły się twoje wybory?
Przede wszystkim przestałam oczekiwać, że świat coś mi da. Odkryłam, że to ja mam do dania coś wartościowego i wcześniej czy później zostanie to zauważone. Zaczęłam odnosić sukcesy w życiu osobistym i biznesowym, gdy przesunęłam świadomość od wymagań i żądań w kierunku doceniania i wdzięczności. Byłam osobą, która bała się śmierci. Czasami budziłam się o trzeciej nad ranem z wewnętrzną trwogą, w bezdechu. Jakby mi ktoś lał ołów w żyłę. W tej chwili inaczej postrzegam życie. Człowiek ze świadomością wielowymiarową zyskuje dystans do ziemskich strachów. Wie, że gdy coś się psuje, rujnuje, jest w tym lekcja. I jeśli wtedy nie przestraszymy się, na pewno wyjdziemy z tarapatów zwycięsko. Gdy kogoś spotykam, widzę w nim wyjątkową duszę. Cieszę się dziećmi, drzewami, ziemią, niebem, całym boskim stworzeniem. Widzę piękno tego stworzenia. Hildegarda bardzo szanowała fizyczną energię; była radosną osobą, śpiewała, dbała o ciało. Pisała, że ciało to szata duszy i że to dzięki niemu dusza realizuje się tu, na ziemi. Szanujmy radość i piękno, które nas otacza – taki jest przekaz Hildegardy. Radość regeneruje wewnętrznie; czujemy się swobodnie, bezpiecznie, mamy energię.

Na czym polega twoja autorska terapia wielowymiarowa?
Na świadomości, że jesteśmy obywatelami ogromnego uniwersum i w związku z tym możemy być w kontakcie ze wszystkim. Wszystko jest w nas. Wszelkie nasze niedomagania są spowodowane frustracjami duszy, zaciemnieniami energii. Możemy wejść do wyższych światów i z miejsca tej poszerzonej świadomości dotknąć ciemności w nas. Hildegarda pisała, że miłość jest siłą porządkującą wszechświata. Doświadczamy tego w terapii wielowymiarowej.

Z miłością, czułością i współczuciem dotykamy wszelkich bolesnych miejsc w sobie, a wtedy następuje transformacja na poziomie energetycznym; wracamy do zdrowia. Transformacja na poziomie energetycznym natychmiast przekłada się na kondycję komórek w ciele, dosłownie odżywia łańcuchy DNA.

Trzeba jednak chcieć zbliżyć się do tych ciemnych miejsc w nas.
„Odważnie realizuj swój potencjał” – pisała Hildegarda. Nie zakopuj talentów. Rozwijaj je. Nie oglądaj się na nikogo. Nie czekaj. Działaj – bez względu na to, co ludzie powiedzą; bez względu na wszystko. A jednocześnie rozpoznaj swoje lekcje, zrób porządek wewnątrz siebie, odzyskaj wolność, pogodę ducha. Zmierz się ze swoimi lękami, bo nigdy nie jesteś sam; cały wszechświat cię wspiera.

Talenty to nasze duchowe możliwości.
Oczywiście. Czujemy impuls, pragnienie, do czegoś nas ciągnie. Nie lekceważmy tego. Talenty są bezpośrednio związane z rozwojem duszy: dusza pragnie stworzyć coś na ziemi. To mogą być proste rzeczy – założenie ogrodu, pisanie, malowanie, hodowanie papużek. Pójść za pasją duszy to dać sobie ogromną porcję radości.

Duchowość Hildegardy to duchowość małych rzeczy, codziennej radości. Dbaj o swoje szczęście, zdrowie, o rozwój świadomości pisała. Każdy dzień jest ważny, każda chwila.

Jakbyśmy dziś powiedzieli: bardzo proaktywna duchowość.
Tak, każdego dnia mamy wybór; możemy rozpoznać, co nas niszczy, i postawić na to, co wzmacnia i buduje.

  1. Psychologia

Projekcja emocji, czyli nieświadome obciążanie innych swoimi niepożądanymi uczuciami

Droga do uświadomienia sobie własnych projekcji jest długa i mozolna. Ale jeśli ją pokonamy, zyskamy wyższy stopień wewnętrznego zintegrowania, a więc i harmonii.(Fot. iStock)
Droga do uświadomienia sobie własnych projekcji jest długa i mozolna. Ale jeśli ją pokonamy, zyskamy wyższy stopień wewnętrznego zintegrowania, a więc i harmonii.(Fot. iStock)
Chroni nas przed konfliktem wewnętrznym, redukuje poziom lęku, frustracji, poczucia winy. Pomaga utrzymać wysoką samoocenę, ale... bardzo obciąża innych.

Kiedy Marta przyłapała męża na przeglądaniu jej komórki, pierwszy raz w życiu zrobiła mu karczemną awanturę.

– Tym razem przesadził – mówi zdenerwowana, choć od tego czasu upłynął już miesiąc. – Nie wiem, co się z nim dzieje, ale zachowuje się coraz gorzej. Jest o wszystko zazdrosny i nieustannie podejrzliwy. Ilekroć gdzieś wychodzimy, oskarża mnie, że kokietuję i uwodzę innych mężczyzn. Złośliwie insynuuje, że pewnie mam ochotę na skok w bok. Gdy kupiłam nową sukienkę, zapytał, kogo chcę w niej uwieść. Odrobina zazdrości dodaje życiu pikanterii, ale jej nadmiar może je zamienić w piekło. Poza tym, ciągłe wmawianie mi, że tylko czekam na okazję, by go zdradzić, obraża mnie.

Marta nie daje żadnych powodów do tego typu podejrzeń. Kocha męża, jest mu wierna, a w jej kanonie wartości nie ma miejsca na zdradę. Skąd więc te podejrzenia, a nawet oskarżenia?

Zdaniem Jolanty Łagodzińskiej, psychoterapeutki, w grę może tu wchodzić projekcyjna zazdrość o partnera, czyli nieświadome przenoszenie na niego własnego pragnienia zdrady.

Projekcja to jeden z mechanizmów obronnych, który chroni nasze ego przed zagrażającymi informacjami, przed konfliktem wewnętrznym – redukuje poziom lęku, frustracji i poczucia winy, pomagając tym samym utrzymać wysoką samoocenę. Polega na nieświadomym obciążaniu innych własnymi uczuciami, cechami, pragnieniami, które z jakichś względów są nieodpowiednie.

– Jeśli mąż Marty uważa wierność za fundament związku, a zdradę za coś nagannego, to bardzo trudno mu przyznać się do pragnienia niezobowiązujących przygód erotycznych z innymi kobietami. Wtedy mógłby poczuć się złym mężem, nieodpowiedzialnym partnerem. Łatwiej swoje pragnienia projektować na zewnątrz i z całą mocą poddać je krytyce – tłumaczy psychoterapeutka. Dlaczego? Bo u innych łatwiej niż u siebie można je dostrzec i napiętnować. Denerwować się też lepiej na innych niż na samego siebie. Dotyczy to również przedmiotów.

Niewolnica własnych rzeczy

Anka zawsze była pedantką. Nie potrafi usiąść i odpocząć, dopóki wszystko nie leży na swoim miejscu. Jej mieszkanie lśni czystością. Rok temu poznała Łukasza.

– Fantastyczny facet – rozpromienia się na samo jego wspomnienie – pełen fantazji, opiekuńczy, wesoły. Ale szlag mnie trafia, że taki bałaganiarz. Jego ubrania leżą wszędzie, tylko nie w szafie. Ostatnio kubek po kawie, którą rano wypił, stał przy komputerze do wieczora.

Tłumaczy mu, że w ten sposób mieszkanie w kilka tygodni zarośnie brudem, ale Łukasz nic sobie z tego nie robi. Uważa, że dziewczyna przesadza i to nawet bardzo. Ostatnio zirytowany stwierdził, że jest niewolnicą własnych rzeczy. – Chcę tylko, żeby było czysto i przyjemnie – mówi rozżalona Anka.

Skąd jej irytacja i niepokój na widok najmniejszego nieporządku? – Niewykluczone, że wyprojektowuje swoje wnętrze w otoczenie. Skoro aż tak potrzebuje, by było ono uporządkowane, to może i w sobie ma emocjonalny bałagan? – zastanawia się Łagodzińska. – Jeśli tak, to porządkowanie przestrzeni daje jej poczucie wprowadzania ładu do samej siebie. W związku z tym, jeśli ktoś narusza ten zewnętrzny porządek, czuje się zagrożona, nie może skorzystać z ulubionej metody wyciszania siebie. Zewnętrzny chaos zaczyna wówczas korespondować z jej wewnętrznym chaosem, a to powoduje rozdrażnienie i niepokój.

Pozostaje jednak pytanie, czy nawet najskuteczniejsza kontrola zewnętrznego porządku rozwiązuje problem wewnętrznego chaosu? Z pewnością przynosi krótkotrwałą ulgę, ale w dłuższej perspektywie nie jest skuteczna, bo wewnętrzny chaos nadal istnieje, tyle że unikamy z nim konfrontacji.

Lęk przed potworem

Prawie wszyscy stosujemy czasami mechanizmy obronne, ale ich nadużywanie jest niczym obosieczny miecz. Wówczas dochodzi bowiem do zniekształceń rzeczywistości, a my – jeśli nadmiernie wyprojektujemy z siebie różne treści – możemy poczuć pustkę, a nawet doprowadzić do powstania nerwic i fobii. Tak właśnie się stało w przypadku Agnieszki. Panicznie boi się pająków. Jeśli spędza noc poza domem, dokładnie sprawdza każdy kąt, zanim położy się spać. A nuż włochate potwory czyhają w ukryciu?!

– Jeśli w kimś nagromadzi się zbyt dużo lęków, może zacząć szukać obiektu, który je zogniskuje – wyjaśnia Łagodzińska. – Wówczas zamiast trudnego do przeżywania wszechogarniającego strachu umiejscowionego w naszym wnętrzu, pojawia się łatwiejsze do ogarnięcia zewnętrzne źródło niebezpieczeństwa, a przed nim można się bronić, chociażby tak jak Agnieszka – sprawdzając wszystkie zakamarki, w których mogą ukrywać się pająki.

Problem pojawia się, kiedy nasze fobie zaczynają organizować nam życie, kiedy nieustannie zastanawiamy się, co zrobić, by uniknąć zagrożenia. To częsty sposób wyrzucania z siebie trudnych emocji – złości czy agresji. Bo wtedy nie trzeba się ich bać, wystarczy lęk przed choćby takim pająkiem, który jest obrzydliwy i niebezpieczny. Zdarza się jednak, że na panicznym strachu przed jedną rzeczą wcale się nie kończy – pojawia się coraz więcej zagrożeń. Wyjściem z sytuacji jest powrót do rzeczywistych źródeł naszych obaw. Ale nie jest to łatwe.

Wnętrze ładne, ale puste

Projekcje mają również charakter zbiorowy. Najlepiej obrazuje to przykład tzw. kozła ofiarnego. Umiejscawiamy w nim najgorsze nasze cechy, uczucia, pragnienia. Staje się uosobieniem tego, co najgorsze, a my z czystym sumieniem obwiniamy go, krytykujemy, podejrzewamy, sami czując się czyści, dobrzy i sprawiedliwi.

Nie zawsze projektujemy tylko treści negatywne, czasami też pozytywne. Robimy tak szczególnie, gdy mamy gorszy nastrój lub jesteśmy w sytuacji zaniżonej samooceny. Wtedy bywamy wobec siebie nadmiernie krytyczni, a zalety widzimy tylko u innych.

Joanna chwali swoje koleżanki za ich zaradność, urodę, inteligencję, a o sobie ma jak najgorsze mniemanie. – Nic mi się nie udaje, nie umiem zarządzać moim czasem. Nie wiem, jak inne kobiety to robią, że potrafią nad wszystkim zapanować. A do tego są zadbane i uśmiechnięte. Ja wyglądam jak strach na wróble, w cokolwiek bym się nie ubrała.

Jest zgrabną i bardzo ładną kobietą. Pięknie gra na pianinie, ślicznie rysuje, wychowuje dwójkę dzieci, świetnie gotuje, mieszkanie urządza pomysłowo i ze smakiem. Pracuje, dużo czyta, interesuje się historią kina. Tyle że... tego wszystkiego nie dostrzega. Widzi jedynie swoje słabe strony i porażki.

– Jeśli pozbywamy się dobrych cech, projektując je na innych, pogłębia się w nas pustka. Idealizując innych, niemal masochistycznie pogrążamy się w samoudręczeniu – wyjaśnia psychoterapeutka.

Tego typu projekcje stosują niekiedy osoby, które w dzieciństwie były nieustannie krytykowane, a bardzo rzadko chwalone. Jako dorośli projektują swoje dobre strony na innych, bo mają problem z dostrzeżeniem i docenieniem swoich zalet i sukcesów.

– Siłę naszych projekcji warunkuje stosunek do samego siebie – tłumaczy Łagodzińska. – Jeśli mamy to szczęście, że nasi rodzice akceptowali w nas różne trudne uczucia, jak złość, smutek, lęk czy niezdecydowanie, i ze zrozumieniem dawali nam prawo do ich wyrażania, wówczas przejmujemy z czasem funkcję rozumiejącego rodzica i uczymy się poznawać samych siebie. W efekcie łatwiej nam zaakceptować w sobie cechy, które z jakichś względów uważamy za niewłaściwe.

– Do pełni człowieczeństwa każdy potrzebuje nie tylko zalet, ale i wad – wyjaśnia terapeutka. – Dlatego warto zaakceptować fakt, że nie jesteśmy doskonali i nie musimy wcale tacy być, a nasze słabości nie niwelują naszych zalet. Tymczasem ambiwalentne oceny i uczucia są dla nas trudne i staramy się ich raczej unikać.

O wiele łatwiej powiedzieć, że ten jest dobry, a tamten zły, niż zastanowić się, rozwiać wątpliwości. Ciężko nam też myśleć o sobie dwutorowo, np. kocham swoją żonę, chcę być jej wierny, dbać o nią, ale jednocześnie tkwi we mnie pokusa zdrady, bycia niezależnym. Dlatego tak ważne jest rozpoznać swoje uczucia i zrozumieć siebie. To pomoże nam uporać się z faktem, że ani my, ani nikt inny nie jest dobry w skali od zera do nieskończoności.

Czy nasze zachowania nie noszą znamion projekcji? Jolanta Łagodzińska uważa, że jeśli zauważymy, że ktoś lub coś nas irytuje nieproporcjonalnie do sytuacji, a wokół tej złości zaczyna się obracać nasze myślenie, albo jesteśmy w stanie godzinami rozprawiać o czyjejś przywarze, analizować ją drobiazgowo i z pasją – to może oznaczać, że właśnie dokonujemy projekcji. Wówczas dokładniej przyjrzyjmy się swoim reakcjom i emocjom, choć nie będzie to łatwe, bo przecież projektujemy nieświadomie, chroniąc nasze ego.

Droga do uświadomienia sobie własnych projekcji jest długa i mozolna. Ale jeśli ją pokonamy, zyskamy wyższy stopień wewnętrznego zintegrowania, a więc i harmonii. Staniemy się bardziej spójni, pogodzeni ze sobą i już nie będziemy tak łatwo piętnować innych za ich uchybienia. Mając rozeznanie w swoich emocjach, stajemy się bardziej wyrozumiali dla zachowań innych ludzi. Richard Rohr w książce „Enneagram”, opisującej dziewięć typów osobowości, mówi: „Poznawanie siebie jest trudnym i bolesnym procesem, a wszelkie zmiany w ludzkiej psychice dokonują się w bólach. Trzeba odwagi i uporu,by podążać taką drogą”.