1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Felieton
  4. >
  5. Hanna Samson: Bo we mnie jest moc!

Hanna Samson: Bo we mnie jest moc!

123rf.com
123rf.com
Przez wieki nam wmawiano, że mężczyzna jest silny, a kobieta słaba. Nic dziwnego, że nie doceniamy swojej siły. A ona w nas jest!

Wyszłam na trasę warszawskiego maratonu, żeby kibicować biegaczom. Mój przyjaciel, również maratończyk, który tym razem biegł na krótszy dystans i miał go już za sobą, wiedział, co może być potrzebne zawodnikom. Przyniósł kubki jednorazowe i wodę. „Woda, woda!” – krzyczał, żeby biegacze widzieli nas z daleka i mogli podjąć decyzję, czy podbiegają do nas, czy biegną dalej. Nie wszyscy chcieli się napić. Część miała własne napoje, część w ogóle nie reagowała, zamknięta w swoim zmęczeniu, ale co któryś przyjmował naszą wodę z wdzięcznością. Kubki zaczęły się kończyć, przyjaciel ruszył na poszukiwanie nowych, zostałam na stanowisku sama. Teraz ja miałam krzyczeć: „woda, woda!”, ale jak tu tak nagle zacząć krzyczeć? Spróbowałam. „Woda, woda!” – pisnęłam. Niestety, nikt nie usłyszał, biegacze biegli dalej, a ja stałam z tą wodą bez sensu. Dlaczego krzyczałam tak cicho? To chyba jasne. Czułam się zażenowana. Ja, kobieta, nagle mam krzyczeć na ulicy? Wstydziłam się. Bałam się, że się ośmieszę. A jak nie będą chcieli tej wody, to co? Wyjdę na idiotkę. Ale wiedziałam już, że część z nich chce. Po krótkiej walce wewnętrznej spróbowałam przełamać lęk przed ośmieszeniem, wstyd przed ujawnieniem swego głosu w przestrzeni publicznej, zażenowanie, że oto ja, kobieta, zwracam na siebie uwagę, i tak dalej. „Dam radę!” – pomyślałam i krzyknęłam głośno: „woda, woda!”. Jakiś biegacz natychmiast podbiegł, wziął ode mnie kubek i jeszcze miał dość sił, by podziękować.

To dodało mi skrzydeł. „Woda, woda!” – wrzasnęłam jeszcze głośniej, kilka osób przebiegło, nie zwracając na mnie uwagi, aż ktoś znów podbiegł po kubek. W końcu przyjaciel wrócił, nasza akcja przyciągnęła więcej osób, punkt regeneracyjny się rozrastał, dzieci nalewały wodę, dorośli wrzeszczeli: „woda, woda!”, ja darłam się wraz z nimi już bez poczucia obciachu, raczej z poczuciem misji.  Wstyd? Zażenowanie? Nie było już tamtych uczuć, które na początku zaciskały mi gardło. Teraz czułam ból gardła od krzyku, w którym rozsmakowywałam się coraz bardziej.

W następny weekend wybrałam się na warsztaty WenDo prowadzone przez Joannę Piotrowską z „Feminoteki”. O WenDo słyszałam od dawna i mam nadzieję, że wy też. To warsztaty samoobrony stworzone przez kobiety dla kobiet. Nie jest to sztuka walki, lecz sztuka wychodzenia cało z nieprzyjemnych lub groźnych sytuacji. Na początku miałyśmy wypisać, czego się boimy. I okazało się, że wszystkie boimy się ośmieszenia Jasne, że jeszcze wielu innych rzeczy, ale to ośmieszenie wszystkim nam przyszło do głowy. Wspólnych lęków mamy zresztą więcej. Boimy się na przykład, że w sytuacji, kiedy trzeba krzyczeć, głos odmówi nam posłuszeństwa. Tak jak w koszmarnym śnie, gdy dzieje się coś strasznego, chcemy krzyczeć i… nic. Nie mamy władzy nad własnym głosem.

I zaraz potem przyszła pora, żeby przełamać deseczkę. Mam nadzieję, że słyszałyście o deseczce? Wiedziałam, że można ją rozwalić - aż do chwili, gdy ją zobaczyłam. Jest co prawda z drewna sosnowego, które nie jest bardzo twarde, ale drewno to drewno i spróbuj się z nim zmierzyć! Deseczka ma 20 na 20 centymetrów i 2 centymetry grubości. Byłam pewna, że nie dam rady jej przełamać gołą ręką. Wyobraziłam sobie ból uderzenia i trzask pękającej kości, a nie deski. Dziewczyny podchodziły po kolei i rozwalały deseczkę jednym ciosem. Chude, drobne i dawały radę. To, że one potrafią, nie zwiększyło mojej wiary w siebie. Byłam pewna, że mnie się nie uda. W końcu walnęłam, pękła z trzaskiem. A więc mam taką siłę? Tyle lat żyję i nie miałam o tym pojęcia!

Gdy potem ćwiczyłyśmy ciosy, wymierzałyśmy je ze świadomością, że to nie uderzenia kobiecych piąstek, ale razy, które łamią deski. Uderzeniom towarzyszył głos. Po doświadczeniu z wodą nie miałam problemu. Dwie inne kobiety też mogły samym głosem rozwalać mury. Ale reszta? Patrzyła na nas z podziwem. Ich ciche popiskiwania brzmiały jak demonstracja słabości, a nie siły. Ćwiczyłyśmy dalej, wspólnie wydając dźwięki. Kiedy ich głos wtapiał się w inne, kiedy nie musiały wydobywać go samotnie, nagle się okazało, że to już nie są jakieś popiskiwania, tylko krzyk, który może zatrzymać napastnika. Bo WenDo nie zachęca do walki, tylko pozwala jej uniknąć. Jeśli wiesz, że dasz radę się obronić, przeciwnik czyta to z twojej postawy i niechętnie będzie sprawdzał, czy się myli.

Znam wiele historii kobiet, które za późno podjęły decyzję, żeby się bronić, wzywać pomocy, uciekać. Czuły się zaniepokojone, ale nie krzyczały, bo jeszcze nic się nie działo, po prostu facet szedł za nimi albo je zaczepiał. Zaczną krzyczeć, a on może nie ma złych zamiarów i się ośmieszą. Ejże! Lepiej wrzasnąć za wcześnie, bo za chwilę możesz nie mieć szansy. Ale żeby wrzasnąć, trzeba nauczyć się krzyczeć. Poćwiczyć w samochodzie, na łące, na ulicy. Poznać siłę swojego głosu, poczuć, że mam nad nim władzę, że mogę na nim polegać. Z badań Hollaback! Polska wynika, że 85 proc. kobiet przynajmniej raz w życiu doświadcza molestowania w sferze publicznej. Gdybyśmy miały świadomość swojej siły i wyrażały ją swoją postawą, byłybyśmy rzadziej atakowane.

Skutki uboczne WenDo? Poczucie własnej mocy, które przenosi się na inne dziedziny. Bo skoro mogę przełamać deskę,  to czego jeszcze mogę dokonać? Wraz z deską rozwaliłam przekonania o własnych ograniczeniach. WenDo to inaczej droga kobiet. Jestem pewna, że warto nią iść.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Trudne pytania, które wstydzimy się zadać swojemu ginekologowi

Wiele z nas w związku z biologicznym i seksualnym wymiarem swojej kobiecości doświadcza lęku, wstydu i niepewności. (Fot. iStock)
Wiele z nas w związku z biologicznym i seksualnym wymiarem swojej kobiecości doświadcza lęku, wstydu i niepewności. (Fot. iStock)
Wiele z nas w związku z biologicznym i seksualnym wymiarem swojej kobiecości doświadcza lęku, wstydu, niepewności. Trudno zresztą nie czuć onieśmielenia wobec „układu moczowo-płciowego”, jak nazywa tę część naszego ciała medycyna. O odpowiedź na pytania, które nieraz chciałyśmy zadać swojemu ginekologowi, ale wstydziłyśmy się to zrobić, poprosiliśmy dr Preeti Agrawal.

W moich rozmowach z kobietami w różnym wieku jedno pytanie powracało często: czy budowa naszych narządów rodnych ma wpływ na jakość życia seksualnego?
Jeśli mamy do czynienia z jakimiś wielkimi deformacjami, to być może, ale nie spotkałam się, żeby któraś z pacjentek skarżyła się, powiedzmy, na swoje zbyt duże wargi sromowe. Czasem blizny po różnych zabiegach mogą przeszkadzać, dawać poczucie dyskomfortu.

Ma pani na myśli zabiegi chirurgii plastycznej, którym kobiety poddają się, by upiększyć swoje pochwy?
To też, ale także blizny po porodzie – kiedy wykonano zbyt duże cięcie albo pękła ściana macicy, rana była źle zszyta, albo niewłaściwie i długo się goiła. Zrosty mogą boleć i przeszkadzać we współżyciu.

Zrosty da się leczyć?
To długi i złożony proces. Pomóc można, ale całkiem wyleczyć trudno. Pamiętajmy jednak, że seks nie mieszka w ciele, w pochwie, lecz w sercu. Ważne, z jaką intencją się kochamy, co mamy dla tej drugiej osoby. To jest istota seksu.

Mówiąc inaczej – seks jest odzwierciedleniem naszego związku, a nie wymiaru, wyglądu czy wydolności organów płciowych.
Dokładnie. Gdy kocham się ze swoim  partnerem, patrzę na niego z miłością, nie mam w sercu żadnych pretensji, żadnego żalu – to takie uczucia zaraz przekładają się na jakość dotyku. Myśli, emocje nie tylko wpływają na reakcje ciała, one wręcz budują jego substancję, pobudzając do pracy cały układ hormonalny, neurologiczny, neurotransmitery. Jesteśmy jednością. Bywa, że między ludźmi jest napięcie i niewyjaśnione spory, uprawiają seks, ale mechanicznie, z różnych powodów: z poczucia obowiązku, z chęci rozładowania napięcia. Podczas takiego instrumentalnie traktowanego zbliżenia ciało nie jest odpowiednio przygotowane przez system neurohormonalny. Jeśli ma jakieś swoje ograniczenia, prawdopodobnie dadzą o sobie znać.

A jeśli uprawiamy seks z dobrą intencją, szacunkiem dla siebie i partnera, w atmosferze bliskości, zaufania?
Wówczas nawet zrosty czy inne fizyczne niedogodności nie powinny przeszkadzać. Dzięki sile umysłu i serca przekraczamy swoje ciała. Świetnie znają to sportowcy, którzy potrafią pokonywać swoje psychofizyczne ograniczenia. My też możemy, jeśli chcemy dotrzeć na szczyt, którym jest orgazm.

Co się dzieje z kobietą, która doświadcza orgazmu?
Wszystkie neuroprzekaźniki i hormony (głównie oksytocyna) odnawiają jej układ immunologiczny. Staje się zdrowsza. Zmiany, które podczas orgazmu zachodzą w naszych ciałach na poziomie biochemicznym, utrzymują się długo. Seks połączony z miłością to źródło regenerującej, życiodajnej energii. Kiedy akt jest świadomy i dwie osoby naprawdę się podczas niego do siebie zbliżają, mają wielką moc uzdrawiania siebie nawzajem. Wschód już tysiące lat temu odkrył istotę zbliżenia: akt seksualny daje początek życiu. Kiedy łączą się ze sobą dwie osoby, powstaje potężna energia: jedni nazywają ją Bogiem, jeszcze inni istotą wszechświata, źródłem. Mędrcy uznali, że taki akt musi być święty. Kiedy mężczyzna wchodzi do ciała kobiety, to jakby wchodził do świątyni. W Indiach umiemy czcić akt miłosny.

Czcić, czyli…
…przygotowywać się do pierwszego zbliżenia jak do święta, ceremonii. Zadbać o odpowiednie światło w sypialni, zapalić kadzidła, przystroić się, włączyć muzykę i pamiętać, że seks jest doświadczaniem boskości. Ja oczywiście idealizuję, ale chcę powiedzieć, że ważna jest świadomość, że to nie tylko akt fizyczny – musimy widzieć partnera, jego duszę. Intencja musi być. Niektórzy mędrcy uważają, że przez seks można doświadczyć oświecenia. Pamiętajmy, że doświadczenie jedności, która towarzyszy nam podczas miłosnego seksu, przenosi się też na inne aspekty naszego życia. To potem widać w pracy, w relacjach z innymi ludźmi, bo ta energia jakby z nas tryska, promieniujemy nią. A to bardzo twórcza energia. Dzięki niej osiągamy sukcesy i czujemy satysfakcję we wszystkich innych dziedzinach życia.

Nie zawsze mamy potrzebę współżycia, miewamy lepsze i gorsze dni.
Ale energię ciała drugiego człowieka możemy poczuć zawsze. Wystarczy się przytulić, być blisko z poczuciem miłości i szacunku do partnera. Umiejętność świadomego zbliżenia to umiejętność dawania i brania, sztuka, której można się nauczyć. Wystarczy być otwartym na potrzeby partnera i, oczywiście, swoje własne.

Masturbacja?
To słowo źle mi się kojarzy.

Jest jeszcze gorsze: onanizm, i najgorsze: samogwałt. Oba pejoratywne.
Nie widzę nic złego w poznawaniu własnego ciała i jego potrzeb. Ważne jednak, żeby i to odbywało się z wielkim szacunkiem do siebie, z miłością, z radością z posiadania tak wspaniałego źródła energii. Dotykanie siebie i sprawianie sobie przyjemności także jest uzdrawiające, regeneruje i odnawia. Podczas orgazmów podarowanych samej sobie też wydzielają się endorfiny, kąpiemy się w energii seksualnej, budując swoje zdrowie.

Wspominałyśmy na początku rozmowy o plastyce pochwy: coraz więcej kobiet zwęża sobie pochwę, przycina wargi sromowe, żeby były mniejsze. Co pani o tym myśli?
Trzeba by zapytać kobiety, które sobie to robią. Ale powiem raz jeszcze – zmianami w wyglądzie narządów nie sprawimy, że nasz seks stanie się życiodajny i uzdrawiający. To smutne, że nie umiemy korzystać z energii aktu miłosnego, nie sięgamy w pełni do naszego potencjału. A moglibyśmy się uzdrawiać, odmładzać. Tak, odmładzać. Osoby regularnie kąpane w energii aktu miłosnego się nie starzeją.

Ale czy nie zakłada pani sytuacji, że dwoje ludzi się kocha, szanuje, dba o siebie nawzajem, ale w seksie im nie wychodzi, bo na przykład jedna z osób bierze leki, które w jakiś sposób wpływają negatywnie na jej libido?
Ale seks to nie tylko penetracja. Siła dotyku jest potęgą. Na penisie mężczyzny rozmieszczone są receptory odpowiedzialne za wszystkie narządy. Jeżeli kobieta całkowicie akceptuje ciało swojego mężczyzny, satysfakcję można przeżyć na różny sposób.

A pani pacjentki zgłaszają swoje problemy seksualne?
Tak. Skarżą się często na bóle podczas stosunku. Ciało tylko odzwierciedla nasze doświadczenia życiowe. Uważa się, że w pochwie kobiety zapisana jest jej cała historia. Miejsca, gdzie zlokalizowane są bóle, mogą wiele powiedzieć o przeszłości. Są nawet specjalne mapy, dzięki którym można odkryć, co kiedy się wydarzyło. Ciało nie istnieje w oderwaniu od myśli i uczuć. Skoro na dłoniach, stopach i twarzy mamy punkty odpowiedzialne za poszczególne narządy i części ciała, dlaczego nie miałybyśmy mieć ich w pochwie? Jej poszczególne części odpowiadają różnym etapom życia: w innym miejscu kodują się traumy z dzieciństwa, w innym te z późniejszych lat.

Ma pani na myśli traumy natury seksualnej?
Tak. Większości z nich możemy nie pamiętać, bo często wypieramy takie historie. Ale mogą to też być zranienia innej natury dotyczące tej części ciała: jakiś niedelikatnie przeprowadzony w przeszłości zabieg czy bolesne badanie.

Jak pozbyć się tych blokad?
Pomagają masaże pochwy, przeprowadzone w odpowiedni sposób. Można je wykonywać samemu lub poprosić o pomoc partnera. Bardzo ważne jest też ćwiczenie mięśni Kegla. Te mięśnie mają wielki wpływ na jakość naszego życia seksualnego – dzięki ćwiczeniom są silniejsze i lepiej ukrwione. Praca nad świadomością, lektury i rozmowy pomagają kobietom się otworzyć.

Poleci pani jakąś lekturę?
„Rytuały więzi małżeńskiej” i inne publikacje Kerry’ego i Diane Rileyów. Ta australijska para poświęciła całe życie na badanie związków seksu z duchowością. Są razem od 40 lat i cały czas dzielą się swoją wiedzą. Mogę polecić też książki Osho – te o seksie i kobiecości, o pożądaniu.

Vulvodynia i pochwica?
Stosunek sprawia ból albo pochwa zamyka się, ale jednej recepty na to nie ma. Leczenie dobiera się indywidualnie. Ważne, żeby znaleźć przyczynę schorzeń. Z mojego doświadczenia wynika, że można je wyleczyć.

Inne problemy kobiet?
Powiem przekornie o męskich problemach z potencją. W większości przypadków można je leczyć i to bez konieczności sięgania po viagrę, o ile pracuje się w wielu wymiarach: emocjonalnym, energetycznym, fizycznym. Właściwie dużo problemów seksualnych można rozwiązać, jeśli oczywiście dotrze się do ich przyczyny i leczy je na wszystkich poziomach.

Zdaje się, że jeśli kochankowie w pełni akceptują siebie takimi, jakimi są, to wielu sytuacji nie postrzegają już w kategoriach „problemu”…
Tak. Siła miłości jest ogromna i ma wielki potencjał uzdrawiający. Kiedy w umyśle nie ma żadnych blokad, energia seksualna płynie szerokim strumieniem. W seksie ciało wyraża nasze intencje. Jest najważniejszym narzędziem do wyrażania uczuć.

Siła dotyku?
Jest ogromna. Dłonie to wspaniałe narzędzia energetyczne. Dotykając siebie lub partnera, można przekazać wiele dobrych uczuć. Przez wzrok i dłonie wyraża się dusza człowieka. Dłonie uzdrawiają.

Co zaburza energię seksualną?
Przede wszystkim stres i przemęczenie pracą. Wielu ludzi tłumaczy się, że nie uprawia seksu, bo są zmęczeni, zapominając, że mają ciągle – przy sobie i w sobie  – świetne narzędzie, żeby się regenerować. Nie zawsze musi dochodzić do penetracji, ale warto poleżeć obok siebie, pogłaskać się, poprzytulać, pomasować, pooddychać razem, popatrzeć sobie czule w oczy. Już taka wymiana energii może sprawić, że nabierzemy ochoty i siły na seks.

Jak – z perspektywy kobiety wychowanej w kulturze Wschodu – widzi pani zachodnią seksualność?
Zachód sprowadził seks do poziomu fast foodu, gry, zabawy, zapominając, czym naprawdę jest akt seksualny. Nie wychowujemy dzieci w przekonaniu, że akt miłosny jest piękny, czysty i wspaniały. I święty, bo dzięki niemu powstaje nowe życie. Wypieramy go ze swojej świadomości, jest tabu. A dzieci trzeba uczyć szacunku do swojego ciała – że seks to nie jest gra, to również odpowiedzialność.

A czego się wstydzimy?
Swoich ciał. Największy problem kobiety mają ze swoimi piersiami. Coraz więcej moich pacjentek – często bardzo młodych dziewczyn – z małych piersi robi wielki problem. Chcą hormonów, rozważają operacje chirurgiczne. Dużo z nimi rozmawiam. Staram się wyjaśnić, że w ostatecznym rozrachunku wygląd nie ma wielkiego znaczenia. Liczy się miłość, szacunek i akceptacja tego, kim naprawdę jesteśmy.

Dr n. med. Preeti Agrawal specjalista medycyny integracyjnej. Jest doktorem nauk medycznych, ukończyła medycynę integracyjną na Uniwersytecie Arizona Center for Integrative Medicine. Jest specjalistą II stopnia z ginekologii i położnictwa. Prezes Fundacji Kobieta i Natura, założycielka pierwszego w Polsce ośrodka leczenia integracyjnego. W okresie 1995-2001 odbyła szereg staży naukowych specjalizacyjnych w Niemczech (m.in. ośrodek Integracyjnego Leczenia Nowotworów prof. Alexandra Herzoga), Danii, Anglii i Kanadzie. Jest autorką m.in. książek: „Zdrowie jest w nas”, „Siła jest w Tobie” i „Droga do siebie”.

  1. Kultura

Aktorka, która wyprzedziła swoje czasy. Marlena Dietrich oczami Tomasza Raczka

Marlenę Dietrich kochały miliony, ale też miliony uważały za zdrajczynię w drogim futrze. (Fot. Getty Images)
Marlenę Dietrich kochały miliony, ale też miliony uważały za zdrajczynię w drogim futrze. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Fascynująca, odważna, burząca stereotypy, a może skoncentrowana na sobie, żądna wrażeń i niemogąca pogodzić się z upływem czasu? Kochały ją miliony, ale też miliony uważały za zdrajczynię w drogim futrze. Jaka była naprawdę Marlena Dietrich, gwiazda starego kina, a jednocześnie na wskroś nowoczesna kobieta, próbujemy ustalić razem z Tomaszem Raczkiem, krytykiem i publicystą, prywatnie jej wielkim fanem.

Marlena Dietrich w jednej ze scen filmu 'Destry znowu w siodle' z 1939 roku. (Fot. East News) Marlena Dietrich w jednej ze scen filmu "Destry znowu w siodle" z 1939 roku. (Fot. East News)

Marlena Dietrich (własc. Marie Magdalene Dietrich) urodziła się 27 grudnia 1901 roku w berlińskiej dzielnicy Schöneberg. Międzynarodowy rozgłos przyniósł jej film "Błękitny anioł" z 1930 roku. Jej najbardziej znane piosenki to "Falling In Love Again", "Where Have All The Flowers Gone" czy "Lili Marlene". Zmarła 6 maja 1992 roku w Paryżu.

W czasach, kiedy Marlena Dietrich była na topie, widzowie po obejrzanym filmie z jej udziałem pytani, co im się najbardziej podobało, odpowiadali: „Nogi Marleny Dietrich”.
W dodatku podobno ubezpieczone na jakieś bajońskie sumy. O niczyich nogach się tyle nie mówiło, co o jej i jeszcze może Josephine Baker. W związku z tym wszyscy chcieli zobaczyć, co jest w nich tak wyjątkowego, że aż tyle kosztują. Rzeczywiście miała piękne nogi, i bardzo długo się nimi chwaliła, nawet jako pani mocno już w latach. Jednak w jej ostatniej  filmowej roli,  filmie „Zwyczajny żigolo” z 1978 roku, już ich nie zobaczymy. W kontrakcie miał się znaleźć zapis, że nie można pokazywać jej od pasa w dół. W scenie, w której występuje, a gra tam epizod szefowej żigolaków, pojawia się w pustej restauracji, staje za fortepianem, który w połowie ją zakrywa i śpiewa tytułową piosenkę „Just a gigolo” tym swoim zduszonym głosem, tak jakby każdy wyraz miał być ostatnim. To było właściwie jej pożegnanie z karierą, ostatni publiczny występ. Wzięła udział jeszcze w dokumencie Maximiliana Schella „Marlene” z 1984 roku, ale jedynie jako narratorka. Od tego czasu aż do śmierci zaszyła się w swoim apartamencie w Paryżu i całkowicie wycofała z życia publicznego.

Mówiono, że – podobnie jak w wypadku jej filmowej rywalki Grety Garbo, która w wieku 36 lat zniknęła z przestrzeni publicznej był to wynik jej niepogodzenia się z upływającym czasem.
Na pewno zdawała sobie sprawę z tego, że jej słynne nogi nie są już takie, jakie chciałaby, by były. Ale poza tym była osobą bardzo inteligentną i nowoczesną, podchodziła do sprawy wręcz marketingowo. Miała świadomość, że w jej interesie jest utrzymać mit pięknych nóg i że dla jej kariery i wizerunku lepiej będzie, jeśli ich już nie pokaże. Myślę, że z jej strony była to czysta kalkulacja.

Kiedy umawialiśmy się na tę rozmowę, powiedział pan, że spośród wszystkich gwiazd złotej ery Hollywood wybrałby pan właśnie Marlenę Dietrich jako tę najbardziej intrygującą, mimo upływu tylu lat. Dlaczego?
Dla mnie ona jest niezmiennie intrygująca i bardzo współczesna w swoim podejściu do kariery i życia. Powiedziałbym nawet, że Dietrich miała kilka żyć, niczym kot. Pewnie nie doliczylibyśmy się aż siedmiu, ale pięciu na pewno. Najpierw była przedwojenną gwiazdą filmową w Niemczech, prawdziwym brylantem w kolekcji aktorek UFA, największej niemieckiej wytwórni filmowej. I zrobiła tam naprawdę porządną, profesjonalną karierę – była po szkole teatralnej, umiała grać na skrzypcach, tańczyć, śpiewać, znała języki obce, nie była tylko piękną kobietą, która świetnie prezentuje się przed kamerą, ale osobą doskonale – oczywiście według europejskich standardów – przygotowaną do tego zawodu. Te jej nogi pojawiły się trochę przez przypadek, w „Błękitnym aniele” Josefa von Sternberga, jej pierwszej znaczącej roli. I wszyscy zwrócili na nie uwagę. W ten sposób zaczęła się jej międzynarodowa kariera. Von Sternberg był nią zachwycony, a że był wtedy już uznanym reżyserem w Hollywood, ściągnął ją tam i kręcili  film za filmem. „Maroko”, „Szanghaj Ekspres”, „Zniesławiona” – stały się głównym elementem jej dorobku filmowego. I tak zaczęło się drugie życie Marleny Dietrich. Bo Marlena niemiecka i amerykańska to były dwie różne aktorki. W Ameryce po raz pierwszy dała się komuś uformować. Tym kimś był Sternberg. Stworzył praktycznie cały jej wizerunek filmowy, łącznie z fryzurą, słynnymi brwiami, sposobem ubierania się, co z dzisiejszego punktu widzenia, kiedy już wiemy, jak silną była osobowością, jest aż zdumiewające. Jej wizerunek nie zasadzał się tylko na tym, jak gra i jak wygląda, ale też – co zależało już tylko od reżysera i operatora – jak jest filmowana, pokazywana. To były te piękne czarno-białe zdjęcia, niesłychanie rzeźbiące jej twarz i sylwetkę.

Jestem prawie pewna, że to właśnie w „Perłach z lamusa”, które prowadził pan z Zygmuntem Kałużyńskim, usłyszałam po raz pierwszy, że Dietrich wiedziała, że ma dość płaską twarz i trzeba oświetlać ją z góry, by tworzyła coś na kształt trójkąta.
I moim zdaniem fakt, że ona się tego nauczyła, był właśnie zasługą von Sternberga. Tworząc jej wizerunek, w pełni świadomie odrzucił to, co w niej było słabsze, a wyeksponował to, co było najlepsze. A ona równie świadomie się na to zgodziła. I z tym perfekcyjnie uszytym wizerunkiem dotrwała do II wojny światowej. Wtedy dopiero pokazała się od zupełnie innej strony, która nie jest wcale typowa dla gwiazd ekranu, mianowicie od strony poglądów politycznych. Powiedziała: „W żadnym wypadku nie wracam do Niemiec, bo jestem przeciwko faszyzmowi”. To była bardzo trudna decyzja dla niej jako Niemki, bo opowiedziała się przeciwko swojej ojczyźnie.

Ale ona opowiedziała się przeciw faszyzmowi…
Pani mówi to z dzisiejszej perspektywy. Jeśli przy niej zostaniemy, to można by pomyśleć: a co w tym heroicznego, że nie popierała Hitlera? Wtedy dla Niemców znaczyło to jedno: opowiedziała się przeciwko ich realnej władzy – faszystowskiej czy nie. Nie dość tego, w Niemczech została jej matka. Dietrich, odmawiając powrotu do Berlina, zamknęła więc sobie jakąkolwiek drogę do kontaktu z nią. Tamta decyzja miała swoje konsekwencje do końca życia aktorki, a nawet jeszcze długo po jej śmierci. Kiedy po raz pierwszy wystąpiła po wojnie w Berlinie, to wcale nie powiedziano jej: „Wiemy, że Hitler i faszyzm były wielką pomyłką i plamą na historii Niemiec – miałaś rację”. O nie, mówiono nadal: „Ty zaparłaś się swojej ojczyzny”. Nie wybaczono jej tego. Bardzo trudno jej było odbudować swoją pozycję w Niemczech. Właściwie do dzisiaj zdarzają się protesty wokół jej grobu na berlińskim cmentarzu.

Czytałam o napisie bezczeszczącym jej grób: „tu leży „k... w futrze”. Dopiero po jej śmierci, w stulecie urodzin, w 2001 roku burmistrz Berlina Klaus Wowereit przeprosił ją za krzywdy, których doznała ze strony rodaków.
Oczywiście ta bardziej światła część społeczeństwa rozumiała jej powody i zgadzała się z nimi, ale byli tacy – w Polsce też by pewnie się znaleźli – którzy nigdy jej tego nie zapomnieli. Krótko mówiąc, wtedy rozpoczęło się kolejne, trzecie już życie Marleny Dietrich. Silnej, świadomej intelektualnie i politycznie osoby, w dodatku odważnej, która jest w stanie podjąć decyzje formujące jej życie, z konsekwencjami ciągnącymi się przez lata. A to nie było typowe!

Gdybym teraz panią zapytał, jakie poglądy polityczne miała Pola Negri albo Greta Garbo – nie wiemy tego, bo wtedy gwiazdy nie zdradzały się ze swoimi sympatiami lub antypatiami politycznymi. A Marlena robiła więcej – jeździła na front śpiewać dla amerykańskich żołnierzy. I tego nie mogli jej zapomnieć rodacy: „Jak to?! Śpiewała dla tych, którzy walczyli z naszymi chłopcami?! Faszyści, nie faszyści, ale to byli nasi chłopcy. A ona śpiewała dla wrogów, którzy ich zabijali”. Uważam, że to był z jej strony wielki akt odwagi. Gdybym miał wymienić współczesną gwiazdę, która byłaby jej największą spadkobierczynią, to wskazałbym na Jane Fondę. Ona wzięła to, co najlepsze, z przykładu Marleny. Może nie ma jej talentu wokalnego, ale ma tę samą świadomość, tę samą odwagę i to samo zdecydowanie, by bronić swoich poglądów.

Skończyła się II wojna światowa. Czy dla Marleny zaczęło się kolejne, czwarte życie?
Próbowała wrócić do filmu, ale to było już niemożliwe. Świat się zmienił. Dla tej Marleny Dietrich, którą była przed wojną, nie było już miejsca. Skończyło się zapotrzebowanie na gwiazdy w starym stylu. Weszliśmy w lata 50., 60., pojawiły się nowe twarze i nowe kariery. Przykładem ich była choćby Brigitte Bardot, bezpośrednia, zwyczajna, bosonoga. A mądra Marlena, kiedy zobaczyła, że jej kariera w Stanach Zjednoczonych się wypaliła, wyjechała do Paryża, który zawsze kochała, a że była poliglotką, mogła sobie na to swobodnie pozwolić. Z Paryża było też bliżej do Niemiec, zaczęła więc jeździć do ojczyzny i odwiedzać matkę, dawać koncerty, od początku oswajać Niemców ze sobą. Zagrała w kilku filmach, w tym w „Wyroku w Norymberdze”, ostatnim dużym filmie ze znaczącą rolą. I cóż, trzeba było wymyślić siebie na nowo. A ponieważ zawsze śpiewała w filmach, wpadła na pomysł, że bardziej płynnym przejściem z tamtej kariery do nowej stanie się estrada. Będzie wychodziła na scenę nadal jako wielka gwiazda, posągowa, niedostępna i odpowiednio oświetlona – do tego wyśpiewująca swoim niesamowitym, seksownym głosem największe standardy (Dietrich nigdy nie miała wielkiego głosu, ale miała ogromny talent posługiwania się nim). I to zaiskrzyło! Tak narodziło się czwarte wcielenie Marleny, z którym objechała cały świat.

W tym Polskę, gdzie koncertowała dwukrotnie.
Zgadza się, i za każdym razem była niesamowicie magnetyczna, fascynująca. Do tego z szerokimi artystycznymi horyzontami. Dowód? Nie wahała się wziąć od młodego muzyka Czesława Niemena piosenki „Czy mnie jeszcze pamiętasz?”, którą usłyszała w Sali Kongresowej, podczas koncertu Czarno-Czarnych, i włączyć ją do swojego repertuaru z nowym tekstem w języku niemieckim. Nawet dzisiaj mało jest artystów światowej klasy, którzy biorą jakąś polską piosenkę, bo zobaczyli w niej potencjał. We wszystkim, co robiła, co mówiła i co pisała Marlena Dietrich, przejawiała się niezwykła umiejętność krytycznego spojrzenia i nazwijmy to po imieniu – inteligencja, która wcale nie jest taka częsta i oczywista u gwiazd.

Dietrich była też trendsetterką. To ona wymyśliła na przykład słynne naked dress, czyli sukienki, które wyglądają jakby się nie miało niczego na sobie, jedynie kryształki i frędzle.
I pajety! Wyglądała w nich zjawiskowo. Widziałem jej ostatni zarejestrowany koncert w Londynie, była ubrana w tak wymagającą suknię, że każdy mankament figury byłby w niej od razu widoczny – podobno zszywano ją na niej przed wejściem na estradę – a prezentowała się bez zarzutu. Myślę, że ona całe życie miała świadomość, że musi być właśnie bez zarzutu, a jeśli zarzuty się pojawią, to nie będzie jej wcale.

To również w pewnym sensie akt odwagi.
Też bym tak to określił. Marlena wiele razy dała wyraz swojej niepokornej naturze, że wspomnę jeszcze o wielokrotnym odrzuceniu zaproszenia Adolfa Hitlera, który bardzo chciał ją ściągnąć ze Stanów do Niemiec i za każdym razem obiecywał, że będzie grała, w czym będzie chciała, a ona za każdym razem mówiła: nie.

Kiedy myślę o filmie, który najbardziej oddaje jej charakter i osobowość jako artystki, wybrałabym chyba „Maroko”, w którym nie dość, że pali papierosa za papierosem, to jeszcze gra w smokingu i całuje kobietę.
Można powiedzieć, że „Maroko” było jej „Casablancą”. Ja wymieniłbym jeszcze „Szanghaj Ekspres”. Oczywiście należałoby się zastanowić, ile w tej kreacji było geniuszu reżysera, a ile jej inwencji, ale na pewno czuła się w tej odsłonie jak ryba w wodzie. Nie była laleczką, która daje się ustawić i wystylizować, ale działo się to przy jej udziale, a od pewnego czasu nawet z jej inicjatywy.

Marlena Dietrich w słynnej 'naked dress' podczas koncertu Deutsches Theater w 1960 roku. (Fot. A.Schorr/BEW Photo) Marlena Dietrich w słynnej "naked dress" podczas koncertu Deutsches Theater w 1960 roku. (Fot. A.Schorr/BEW Photo)

Dużo się mówiło o jej życiu miłosnym. Miała tylko jednego męża – filmowca Rudolfa Siebera, któremu urodziła córkę Marię i z którym przyjaźniła się do końca, choć wiedli życia całkowicie osobne. Miała też kochanków, w tym tak znanych jak Erich Maria Remarque czy Jean Gabin, oraz kochanki…
Marlena była biseksualna, co na tamte czasy było bardzo ekscentryczne. Powiedziałbym, że jej życie uczuciowo-seksualne ukazywało ją pod jeszcze innym kątem, że to było jej piąte życie. W tej sferze okazała się chyba najbardziej postępowa. Jej córka podsumowała to wprawdzie w swoich wspomnieniach tak, że matka z niej była żadna: zawsze niedostępna, skoncentrowana na sobie i chłodna. Macierzyństwo ewidentnie nie było dla niej przeżyciem artystycznym. A seks – owszem. Ona stale potrzebowała bodźców. Męskie, powiedziałbym nawet: lesbijskie elementy jej wizerunku, jak wspomniany przez panią smoking czy pocałunek z inną kobietą, nie wisiały w powietrzu, tylko odnajdywały uzasadnienie w jej osobowości, co czyniło ją jeszcze bardziej fascynującą. I to dla obu płci. Mężczyźni byli ogromnie zauroczeni Marleną, ale i kobiety ją podziwiały. Niektóre aktorki irytują inne kobiety, a są takie, które kobiety kochają. Zygmunt Kałużyński zawsze powtarzał, że gwiazdą, która stała się sławna dzięki temu, że właśnie kochały ją kobiety, bo mężczyźni mniej zwracali na nią uwagę – była Audrey Hepburn. Dziś przyznałbym mu rację. Natomiast Marlena fascynowała po równo.

Marlena Dietrich i mężczyźni jej życia: pisarz Erich Maria Remarque, który uwiecznił ją na kartach powieści 'Łuk triumfalny' (na pierwszym planie) i reżyser Josef von Sternberg, który stworzył jej filmowy wizerunek. (Fot. East News) Marlena Dietrich i mężczyźni jej życia: pisarz Erich Maria Remarque, który uwiecznił ją na kartach powieści "Łuk triumfalny" (na pierwszym planie) i reżyser Josef von Sternberg, który stworzył jej filmowy wizerunek. (Fot. East News)

Czytałam, że największe gwiazdy kina miały w sobie właśnie to coś, co przyciągało obie płcie. Na przykład James Dean czy współcześnie – Angelina Jolie.
Angelinę Jolie to bym tu jednak oprotestował. Mam z nią taki problem, że dużo wiemy o jej wydarzeniach miłosno-rodzinnych czy zdrowotnych, nawet o jej zaangażowaniu społecznym, natomiast gdybym miał wymienić jej wybitne role, to nie wymieniłbym żadnej. Dlatego nie nazwałbym jej gwiazdą. Natomiast rzeczywiście może pociągać swoim wyglądem i seksapilem.

Kiedy patrzę na życie Marleny Dietrich, zastanawiam się, czy epoka gwiazd się już ewidentnie skończyła. Czy aktorki wzbudzają dziś takie emocje jak kiedyś? Może – jak powiedziała Catherine Deneuve – stały się zbyt dostępne, zbyt zwyczajne?
Myślę, że obecnie największe emocje, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, wzbudzają gwiazdy, które nazwałbym działaczkami. To kobiety z silną osobowością, inteligencją i silnym ego, do tego zaangażowane w sprawy społeczno-polityczne w sposób wyrazisty, biorące udział w marszach, a nawet dające się aresztować. Wspomnieliśmy już Jane Fondę. Do tego grona zaliczyłbym jeszcze Meryl Streep, której poczynania śledzę z zainteresowaniem zarówno kiedy gra, jak i kiedy przemawia. Z całego grona kobiet, o których mówimy, jest ona zdecydowanie najwybitniejszą aktorką. Natomiast młode gwiazdy, moim zdaniem, są dziś głównie celebrytkami: wiemy o tym, w co się ubierają czy jak mieszkają, a rzadko wiemy, jakie mają poglądy. Ale dzisiaj jest miejsce i na takie gwiazdy, i na inne oraz na dziesiątki celebrytek, co więcej – i będzie to najbardziej rewolucyjna koncepcja mojego autorstwa – uważam, że nie tylko nastąpił koniec zapotrzebowania na gwiazdy, do których się ludzie modlą i które uważają za archetypy kobiecości, ale że gwiazdami przyszłości będą… twory wirtualne, wykreowane, nieistniejące w realnym życiu.

Marlena Dietrich ze swoją przyjaciółką, piosenkarką Edith Piaf. (Fot. East News) Marlena Dietrich ze swoją przyjaciółką, piosenkarką Edith Piaf. (Fot. East News)

Ma pan na myśli na przykład postaci z gier komputerowych, jak Tomb Raider?
Dokładnie tak. Edward Gordon Craig, wielki reformator teatru, który wraz z kilkoma kolegami wymyślił na początku XX wieku zawód reżysera, powiedział, że żeby teatr mógł zrobić krok dalej, potrzebna jest Nadmarioneta, czyli sztuczny aktor lub aktorka. Bo największym problemem dla sztuki jest fakt, że aktorzy są ludźmi. Nadmarionetka nie dozna kontuzji, nie powie, że się nie rozbierze do tej sceny czy nie powie jakiejś kwestii, bo obraża jej uczucia religijne. Dzisiaj, czyli 100 lat później, okazało się, że teoria Craiga jest możliwa do realizacji – stało się to w „Avatarze” Jamesa Camerona. Moim zdaniem będzie coraz więcej wirtualnych aktorów z „wkładką” ludzką, potrzebną do tego, by odwzorować ludzkie ruchy czy mimikę. I powiem pani, że ja jestem gotowy na taką gwiazdę.

Czyli Marlena, stworzona komputerowo, może powrócić?
Myślę, że jeśli już, to będzie to nad-Marlena, ktoś zupełnie inny, kto nie będzie powtarzał tego, co już było i kto – co najważniejsze – nie będzie się starzał ani umierał.

Tomasz Raczek, teatrolog, krytyk filmowy i publicysta, wydawca Instytutu Wydawniczego Latarnik. Autor programów radiowych, telewizyjnych i internetowych, m.in. legendarnych „Pereł z lamusa”, które prowadził wspólnie z Zygmuntem Kałużyńskim. Obecnie ma swój kanał „Wideorecenzja Tomasza Raczka“ na YouTubie, a w nowo powstałym Radiu Nowy Świat prowadzi program „Raczek Movie”.

  1. Psychologia

Wstyd. Zdrowy czy toksyczny?

Obszar głębokiego wstydu może objąć każdy aspekt własnego Ja. Jestem zbyt agresywna, zbyt uległa, za gruba, za chuda, za słaba, za brzydka, zbyt biedna... (Fot. iStock)
Obszar głębokiego wstydu może objąć każdy aspekt własnego Ja. Jestem zbyt agresywna, zbyt uległa, za gruba, za chuda, za słaba, za brzydka, zbyt biedna... (Fot. iStock)
Zrobiłam coś w niezgodzie ze swoimi wartościami, zraniłam bliską mi osobę, popełniłam towarzyską gafę. To wstyd zdrowy, pełniący funkcję informacyjną. Gorzej, gdy wstyd staje się częścią naszej tożsamości, obezwładnia, potęguje złe myślenie o sobie. Wstyd pojmowany jako głęboko wdrukowane poczucie „gorszości” jest toksyczny, podcina skrzydła, blokuje bliskość z drugim człowiekiem.

Poczucie zawstydzenia w jego zdrowym wymiarze najbardziej można powiązać z odczuwaniem winy za określone czyny. Czasem bardziej dotyka istoty człowieka – jego braków, słabości, wad. Nie przejaskrawia ich jednak i nie przesłania pozytywnych aspektów osobowości. Jest raczej bodźcem zachęcającym do zmiany, ulepszenia czegoś, poprawy.

Toksyczny wstyd jest o wiele silniejszy i ma destrukcyjny charakter. Osoby nim dotknięte przeżywają ze wstydem same siebie. I to niezależnie od kontekstu, od czyjejś obecności czy też poczucia bycia ocenianym. Ich wstyd to permanentne poczucie gorszości, ułomności, wybrakowania.

Poczucie wadliwości

Obszar głębokiego wstydu może objąć każdy aspekt własnego Ja. Jestem zbyt agresywna, zbyt uległa, za gruba, za chuda, za słaba, za brzydka, zbyt biedna... Mogą to być cechy, wygląd, pochodzenie. W zasadzie wszystko, co nas definiuje jako człowieka.

Uwewnętrzniony wstyd niszczy codzienne życie. Ciągle towarzyszące poczucie gorszości i bezwartościowości rzutuje na relacje z innymi ludźmi. Osoby, które zmagają się z toksycznym wstydem, częstokroć uważają się za niegodne miłości czy też głębokiej przyjaźni. Obawiają się bliskości z powody swojego wyimaginowanego wybrakowania. Są przekonane, że ich wadliwość zostanie odkryta, że zostaną prędzej czy później odrzucone jako niewarte miłości, uwagi, akceptacji. Ten lęk może dotyczyć bliskich relacji, ale także bardziej publicznej sfery życia.

Zwykle takie osoby są bardzo krytyczne wobec siebie, ale też trudno znoszą krytykę ze strony innych. Mogą na nią reagować z jednej strony smutkiem lub nawet silnym przygnębieniem, z drugiej – złością i gniewem. Zawsze siebie obwiniają za wszelkie niepowodzenia w relacjach z innymi ludźmi.  Zdarza się, że wchodzą w toksyczne związki, w których są źle traktowane – poniżane, krytykowane, odrzucane. To tylko utwierdza je w dotychczasowym sposobie myślenia i odczuwania siebie. W skrajnych przypadkach w ogóle nie wchodzą w związki, unikają zażyłych relacji z ludźmi.

Poczucie wadliwości może również prowadzić do nadużywania substancji psychoaktywnych, zaburzeń odżywiania oraz innych poważnych problemów.

Skąd się bierze obezwładniający wstyd?

Co jest praźródłem toksycznego wstydu? W dużej mierze zakorzeniony jest on w zaburzonej relacji rodzic-dziecko. Zwykle rodzice osób wstydliwych byli bardzo krytyczni, odrzucający, nieakceptujący dziecka. Dodatkowo uzasadniali swoje odrzucenie lub brak akceptacji tym, jakie dziecko jest (słabe, głupie, mazgajowate, niezdarne, brzydkie, grube, leniwe etc.). Nie krytykowali konkretnych zachowań, tylko bombardowali dziecko niewybrednymi epitetami, przyczepiali raniące i niesprawiedliwe łatki. Często nagminnie zawstydzali dziecko w związku z jego wyglądem, cechami lub emocjami albo stosowali emocjonalny szantaż czy straszyli, że inni odrzucą dziecko z powodu tego, jakie jest.  Zwykle środowisko rodzinne osób, które w życiu dorosłym paraliżuje toksyczny wstyd, charakteryzował chłód emocjonalny, wycofanie z relacji z dzieckiem, niekiedy nieprzewidywalność rodzica lub przemoc z jego strony. W takich rodzinach brakowało poczucia bezpieczeństwa, akceptacji, troski, empatii i szacunku.

Poczucie „gorszości” ma charakter permanentny, ale bywa odczuwane wyraźniej w określonych sytuacjach, które aktywują ten sposób reagowania. Może to być bliska relacja z drugim człowiekiem, która uruchamia lęk przed odrzuceniem, ale także spotkanie się z krytyką, wyśmiewaniem, poniżaniem czy też występowanie publicznie (pojawia się obawa, że gorszość zostanie zauważona przez innych).

Pokonać wstyd

Jak zmierzyć się z demonem wybrakowania? Najbardziej podstawową zmianą, jaka musi zajść w procesie terapii, jest uznanie siebie za osobę zasługującą na miłość, szacunek i akceptację ze strony innych. Wymaga to przyjęcia do wiadomości, że poczucie wadliwości było błędne lub znacznie przesadzone. Osoba poddająca się terapii ma za zadanie przyjąć i w pełni zaakceptować to, że jej wady i słabości nie negują jej jako istoty ludzkiej.

Niektórzy pacjenci kompensują swoje poczucie gorszości poprzez perfekcjonizm, wyższość, arogancję czy też przywdziewanie maski nadmiernego poczucia własnej wartości. Inni „zapadają” się w poczuciu wybrakowania, uznają je za oczywiste i w rezultacie wycofują się z życia - unikają związków, wyzwań, rozwoju. W obu przypadkach bardzo ważne jest stworzenie bezpiecznej bazy. Relacji, w której te osoby odważą się pokazać siebie w pełni  i zostaną zaakceptowane. Niektórzy zatajają różne informacje o sobie i potrzebują sporo czasu, zanim będą gotowe podzielić się wszystkimi odczuciami, myślami i wspomnieniami.

Gdy terapia zakończy się sukcesem, relacje z innymi ludźmi nabierają nowego wymiaru. Po pokonaniu głęboko zakorzenionego wstydu człowiek zwykle czuje się o wiele swobodniej w kontaktach międzyludzkich. Wchodzi w lepsze dla siebie relacje, wybiera odpowiednich partnerów życiowych i przyjaciół. Takich, które nie krzywdzą, nie ranią, za to szanują i darzą akceptacją. Jest także mniej wrażliwy na krytykę, więc i mniej podatny na zranienie. Postrzega ludzi jako mniej osądzających, a bardziej akceptujących. A co najważniejsze, ocenia siebie dużo bardziej realistycznie – dostrzega wady, ale i zalety, widzi słabość, ale też i siłę.

Dorota Nowocin jest absolwentką psychologii, posiada certyfikat psychoterapeuty Polskiego Towarzystwa Terapii Poznawczej i Behawioralnej. Od kilku lat współpracuje z Interdyscyplinarnym Centrum Genetyki Zachowania Uniwersytetu Warszawskiego przy realizacji projektów badawczych dotyczących wpływu wydarzeń traumatycznych na zdrowie psychiczne oraz skuteczności terapii poznawczo-behawioralnej. Prowadzi konsultacje psychologiczne, psychoterapię indywidualną, terapię par oraz diagnostykę psychologiczną. Zajmuje się osobami, które doświadczają objawów lękowych i depresyjnych oraz nerwic, są pod wpływem długotrwałego stresu lub kryzysu, mają problemy z odżywianiem. Pracuje również z osobami zmagającymi się z trudnościami w relacjach, mającymi problemy z samoakceptacją i poszukującymi zmiany i satysfakcji z własnego życia.

  1. Psychologia

Poczucie winy - jak nie zadręczać się bez przerwy popełnionymi błędami?

Poczucie winy może nam towarzyszyć przez całe życie. Zadręczamy się wtedy bez końca, żyjąc w przekonaniu, że nie możemy sobie wybaczyć. I zwykle towarzyszy temu inny problem: nasz wizerunek samych siebie, jako osób dobrych, bez skazy, pomocnych.. po prostu się rozsypał. (fot. iStock)
Poczucie winy może nam towarzyszyć przez całe życie. Zadręczamy się wtedy bez końca, żyjąc w przekonaniu, że nie możemy sobie wybaczyć. I zwykle towarzyszy temu inny problem: nasz wizerunek samych siebie, jako osób dobrych, bez skazy, pomocnych.. po prostu się rozsypał. (fot. iStock)
Nie wybaczę sobie tego! Nigdy! – powtarzamy poniewczasie. Kaliber przewin bywa różny – oszustwo, celowo wyrządzona krzywda, ale i niedopatrzenie, zaniedbanie, zlekceważenie… Gdyby dało się cofnąć czas… Jak żyć z takim ciężarem?

Ewka zdradziła – głupio, z przypadkowym facetem, po dwóch butelkach wina – miłość swojego życia, wieloletniego chłopaka. Nie umiała tego przed nim ukryć, on nie umiał o tym zapomnieć, poprosił, by się wyprowadziła. Odkąd to się stało, Ewa przestała jeść, nie może spać – wyrzuca sobie bez przerwy, że przez głupotę straciła szansę na szczęśliwe życie z najfajniejszym facetem na świecie. Nie potrafi sobie tego wybaczyć. Czuje, że zdradziła nie tylko jego, ale i siebie.

Karolina zawsze znajdowała wymówki, by nie pojechać do domu na weekend, choć mama ciągle ją zapraszała. „Nie mogę, właśnie kończymy ważny projekt” – mówiła przez telefon. Albo: „Mamo, z Warszawy to jest trzy godziny w jedną stronę, a ja muszę na poniedziałek zrobić raport”. Nie odbierała telefonów, bo nie chciała słuchać o zmartwieniach, do mamy dzwoniła, gdy czuła się samotna w wielkim mieście lub przeciwnie – gdy była bardzo szczęśliwa. Niedawno się zakochała i spędziła święta z ukochanym, w górach. Było cudownie. Gdyby wiedziała, że to będą ostatnie święta mamy…

Tyle pytań zostało bez odpowiedzi, tyle rzeczy odkładanych „na później”. Teraz znalazłaby czas i gadałaby z mamą godzinami, nawet codziennie, wysłuchując po raz kolejny znanych sobie opowieści. Żaden projekt nie wydaje się Karolinie teraz ważny, żaden raport nie jest już pilny. Nie może sobie wybaczyć, że traktowała mamę jako kogoś, kto będzie zawsze, jak tylko Karolina znajdzie czas…

Dlaczego tak trudno sobie wybaczyć?

„Najtrudniej wybacza się małe błędy ludziom posiadającym wielkie właściwości” – powiedziała baronesa Marie von Ebner-Eschenbach, austriacka autorka powieści psychologicznych. Wysoko postawiona sobie poprzeczka to często pasmo celów nie do osiągnięcia, wymagań nie do spełnienia. Ale czy na pewno jesteś istotą bez skazy? Niezdolną do błędów i pomyłek?

Jeśli zrobiłaś coś, co nie zgadza się z twoim wyobrażeniem o sobie samej, twój idealny obraz siebie jako osoby niezłomnej, szlachetnej i dobrej rozpada się na kawałki, a w najlepszym razie powstają na nim widoczne rysy. Myślisz o sobie, że jesteś dobrą córką – a tu proszę, nie okazałaś się dość przewidująca, wystarczająco opiekuńcza, na miarę rangi, jaką sobie przyznawałaś. Albo wierzyłaś, że jesteś lojalna w przyjaźni, że można na tobie polegać jak na Zawiszy – jednak stało się, zawiodłaś, zdradziłaś. Także swoje ideały i obraz samej siebie. To nie daje spokoju, budzi poczucie winy. Zaczynasz się oskarżać, a nawet karać.

Poczucie winy jest tak naprawdę informacją, że naruszyliśmy swój wewnętrzny system wartości.
Z mojego doświadczenia wynika, że to bardzo indywidualna sprawa – mówi trenerka rozwoju osobistego Lesława N. Jaworowska. – To, co dla jednego jest przekroczeniem zasad, dla drugiego już takie nie będzie. Wiele zależy od systemu wartości, jaki wynieśliśmy z domu. Złość na siebie i lęk przed konsekwencjami mogą być drogą do poznania siebie, do odzyskania kontaktu ze swoim potencjałem i do samoakceptacji.

Los bywa przewrotny

Psycholog, prof. Everett L. Worthington bada problematykę przebaczania od 1980 roku, napisał ponad dwieście artykułów i wydał kilka książek na ten temat. W 1996 roku los – przewrotnie – postawił go w dramatycznej sytuacji – została zamordowana jego matka i musiał stanąć twarzą w twarz ze swoimi dotychczasowymi teoriami dotyczącymi wybaczania.

– Wybaczyłem mu – odpowiedział dziennikarzowi, spytany o mordercę. Dlaczego? Bo, jak mówi, jest chrześcijaninem, ale też dlatego, że z racji swojego zajęcia był lepiej przygotowany do wybaczenia. Wcześniej, gdy opanowała go wściekłość, uzmysłowił sobie, że i on jest skłonny do posiadania silnych emocji, moralnej słabości – to wyzwoliło w nim empatię do mordercy swojej matki. Nie nastąpiło to jednak od razu, to był proces, droga, na początku której stał na stanowisku, że takiej przewiny nie można wybaczyć.

Worthington twierdzi, że wybaczenie jest decyzją. Racjonalnym, konstruktywnym myśleniem, zastąpieniem emocji negatywnych pozytywnymi. Pomocne w tym mogą być wspomnienia dawnych i obecnych cierpień, empatia ze sprawcą (zrozumienie, dlaczego to zrobił), przypomnienie sobie, kiedy sami chcieliśmy, by nam przebaczono, świadome altruistyczne wybaczenie, a następnie trwanie w nim.

Twierdzi też, że nie ma człowieka, który by nie zawiódł się na sobie i nie skrzywdził kogoś. On sam potępiał się wiele lat za to, że nie zapobiegł, jako bliska osoba i jako psycholog, samobójczej śmierci brata, który nie poradził sobie z przeżyciami po śmierci matki. Wyrzucał sobie też, że jako starszy brat dokuczał mu, gdy oboje dorastali. Żyje z poczuciem, że nie jest już możliwe naprawienie błędów przeszłości. Ale czy sobie wybaczył? Tak, bo twierdzi, że nie ma krzywd, których nie można wybaczyć. Także sobie samemu.

Okaż sobie szczyptę łaskawości

Nie da się przejść przez życie, nie wyrządzając innym – mniej lub bardziej świadomie – krzywdy i nie ponosząc porażek. Nie jesteśmy idealni, nigdy nie będziemy – czas się z tym pogodzić.

Czas też przyjrzeć się swoim normom, standardom – czy nie są zbyt wyśrubowane? Czy są nasze, czy narzucone – przez wychowanie, szkołę, społeczeństwo? Racjonalne czy raczej trudne do osiągnięcia?

Może pora uznać, że nie jesteśmy tak dobrzy, jak byśmy chcieli się widzieć, i popracować nad zmianą, ale też zaakceptować, że jesteśmy wystarczająco dobrzy, wystarczająco odpowiedzialni. Z naszymi słabościami i ułomnościami. Przy czym wybaczenie wcale nie zwalnia z odpowiedzialności.

Chrześcijaństwo mówi o zadośćuczynieniu grzechom i – jak przyznają psycholodzy – taka praktyka może rzeczywiście dużo zdziałać. Jeśli nie możesz zadośćuczynić osobom, które realnie skrzywdziłaś, zrób coś dobrego dla innych. Rozpamiętywanie, złość, żal – mają negatywny wpływ na ludzki organizm, osłabiają układ odpornościowy, podnoszą ciśnienie krwi, stwarzając warunki do rozwoju ciężkich chorób. I niczego pozytywnego do życia nie wnoszą, nie rozwijają nas. Uznanie siebie takim, jakim się jest, to wyraz największej miłości. I najważniejszej – do samych siebie.

  1. Psychologia

Żeby poczuć swoją moc, potrzebujemy innych kobiet

Rozkwitamy nie tylko w otoczeniu mężczyzn, ale właśnie wśród innych kobiet. A kiedy zbieramy się razem w jakiejkolwiek sprawie, to dajemy sobie nawzajem wielką siłę. (Fot. Getty Images)
Rozkwitamy nie tylko w otoczeniu mężczyzn, ale właśnie wśród innych kobiet. A kiedy zbieramy się razem w jakiejkolwiek sprawie, to dajemy sobie nawzajem wielką siłę. (Fot. Getty Images)
Kreowanie jest częścią naszej natury. Kobiety tworzą życie, więc mogą tworzyć wszystko! – Jednak, żeby poczuć swoją moc, potrzebujemy innych kobiet – mówi Komala Sunder, nauczycielka tantry, medytacji i technik pracy z ciałem.

Podczas warsztatów „Świątynia kobiecości” Komala zawsze siada z kobietami w kręgu, tak aby każda czuła, że jest częścią grupy. Aby miały możliwość wniesienia czegoś i brania dla siebie od innych. To daje też szansę przywołania Wewnętrznej Kobiety, która w nas mieszka. Trzeba się otworzyć i być szczerą, aby ją poczuć. Tylko w grupie innych kobiet możemy sobie pozwolić na jej odkrywanie. Poprzez kontakt i bliskie relacje z nimi.

Często jakości związane z kobiecością, takie jak czucie, wrażliwość, są w codziennym życiu niedoceniane lub nieobecne. Nauczono nas wszystko pojmować myślą, umysłem, a to w ogóle nie jest kobiece. Kobieta czuje, to jej pierwotne pojmowanie świata. Myślenie analityczne jest także piękne i potrzebne, ale kiedy taka męska energia bierze w nas górę, tracimy coś cennego. Być może świetnie funkcjonujemy w pracy, na poziomie umysłu, ale uśpiona jest nasza kobieca energia i organy z nią związane, czyli serce, biodra, brzuch i łono. Żeby ujawnić swój pełen potencjał i żyć w harmonii, potrzebujemy równowagi męskiego umysłu i kobiecej cielesności.

Natura jest kobietą

Kobieca energia potrzebuje ugruntowania, połączenia z żywiołem Ziemi. Dlatego wszystkim uczestniczkom moich warsztatów radzę, by chodziły jak najczęściej boso, starały się być blisko z naturą, bo to ułatwia kontakt ze sobą. Często w życiu jesteśmy tak zaganiane, zajęte, że przestajemy pamiętać, co jest dla nas ważne. Bardzo trudno nam żyć obok naszego ciała, bo rodzimy się z nim, ze strukturą, która jest żywa. A dla kobiet ta relacja jest szczególnie ważna. Nasz sposób tworzenia pochodzi z czucia, z ciała, w odróżnieniu od męskiego, który czerpie bardziej z działania. Bardzo ważne jest przebudzenie świadomości siły, którą posiadamy. Mamy w sobie niewiarygodny potencjał, ale jeśli go sobie nie uświadamiamy, może obrócić się przeciwko nam. Często objawia się to frustracją lub depresją. Mówi się teraz dużo o agresji wśród kobiet, a to nieuwolniona moc, zgromadzony w ciele potencjał złości. Dzieje się tak, bo kumuluje się w nas wiele silnej energii, której nie umiemy się bezpiecznie pozbyć. Jeśli kobieta nosi w sobie za dużo takiej mocy to albo ją wyrzuca w sposób niekontrolowany (agresja), albo spycha w podświadomość, ściska w ciele i wtedy pojawia się depresja. Dlatego warto uczyć się wyrażać emocje w sposób szczery, ale też bezpieczny, aby nie był destrukcyjny i raniący.

Czułość, czucie, delikatność wobec siebie i innych nie jest słabością. W tym tkwi nasza moc. Bycie kobietą to rozumienie energii, która płynie w naszych ciałach. Poczucie jej w sobie ułatwia też poczucie jej w innych i lepszy kontakt z nimi (dziećmi, partnerem, przyjaciółmi).

Moje ciało to ja

Dziś kobiety straciły połączenie z istotą życia, mocą, kreatywnością, ponieważ nie obserwują swojego ciała. Dbają o nie powierzchownie, ale często nie rozumieją, co się z nimi dzieje. Starają się, czasem dosyć desperacko, nadać sobie „piękny wygląd”, a są odłączone od piękna płynącego z wnętrza. Brzuch to miejsce naszej mocy, kreatywności, połączony jest też z piersiami. A jakie jest dziś podejście do nich? Brzuch ma być płaski, biust jędrny i duży. Piersi straciły swoją „jakość” – karmienia, wspierania, są obiektem pożądania seksualnego. Zrozumienie i dotarcie do energii piersi daje możliwość pełnego połączenia z własnym sercem. Z kolei cykl miesięczny to coś nieprzyjemnego, kobiety często wypierają jego istnienie, traktują jak kłopot, którego trzeba się pozbyć. To warto zmieniać, na przykład obserwując siebie w różnych fazach cyklu – jak się czuję, jak reaguję, kiedy potrzebuję więcej odpoczynku. Często tego nie rozumiemy, nie czujemy i nie umiemy czerpać z energii swojego ciała.

Ciało, brzuch, łono są kobiecą świątynią, to stąd pochodzi nasza seksualność, zmysłowość, piękno, stąd płynie energia. Jeśli o jakiejś kobiecie mówimy, że jest seksowna, zmysłowa – to dlatego, że jej atrakcyjność pochodzi właśnie z wnętrza. Jeżeli jest przepływ, jest też piękno. Można być stulatką i mieć to COŚ! Można nie być w związku i emanować niezwykłą zmysłowością, mieć dużo energii seksualnej, witalnej, przepływu w ciele. Aby to poczuć, trzeba lubić i obserwować siebie, ale też inne kobiety. Dlatego tak ważna jest praca w grupie. Kobiety, kiedy są razem, mogą się uczyć siebie nawzajem, wzajemnie inspirować. A kiedy energia kobieca ujawnia się we wspólnocie, jest pełniejsza. Każda z uczestniczek wnosi swoje doświadczenia, emocje, swój ból, lęk, nieśmiałość, ale też radość, odwagę. Gdy jesteśmy w tym obecne, wzrusza nas to, otwiera. Pojedyncza osoba coś przynosi, a inne przyjmują ten dar i czerpią z niego.

Siostra, nie rywalka

Z moich obserwacji wynika, że kobiety bardzo potrzebują wsparcia innych kobiet, takiej siostrzanej energii. Tęsknią za przestrzenią, w której mogą być prawdziwe, szczere. Jest też duże zapotrzebowanie na pracę z energią kobiecości, z ciałem. Taka możliwość daje obcowanie z innymi kobietami. To bardzo ważne, aby nie traktować siebie nawzajem jak konkurentki. Rywalizacja nie jest kobieca, pochodzi raczej z męskiego świata. Kobiety znacznie lepiej czują się wtedy, kiedy współpracują, niż gdy konkurują. Dzisiejszy świat być może temu nie sprzyja, jednak warto szukać kobiecej solidarności, „miękkości”, empatii.

Stworzenie kobiecej wspólnoty ułatwia nie tylko bycie w pełni sobą i w zgodzie ze sobą, ale przede wszystkim jest ogromnym wsparciem w codzienności. Kto zrozumie nasze problemy lepiej niż mama, przyjaciółka, siostra? Warto dzielić się tym, co czujemy, szczerze, w bezpiecznej, kobiecej przestrzeni. Praca z kobietami polega na otwieraniu emocji. Jednak należy zadbać o to, aby one nas nie zalewały, bo wtedy działamy po omacku. Trzeba jakoś pomieścić je w przestrzeni i wyrazić, przekazać innym kobietom, ale nie wylewać na nie swoich problemów.

Bardzo kobiecą cechą jest zaufanie, i ono może się ujawnić właśnie w kontakcie z innymi. Kiedy czujemy oparcie, może rozkwitnąć kobiecość. Szukając swojej unikalnej drogi, potrzebujemy obserwacji i kontaktu z innymi kobietami. Rozkwitamy nie tylko w otoczeniu mężczyzn, ale właśnie wśród innych kobiet. A kiedy zbieramy się razem w jakiejkolwiek sprawie, to dajemy sobie nawzajem wielką siłę!

Komala Sunder pochodzi z Brazylii, mieszka w Austrii i podróżuje po całym świecie, dzieląc się swoją wiedzą o pracy z ciałem. Jest nauczycielką sztuki, tantry i medytacji, terapeutką techniki czaszkowo-krzyżowej, biodynamiki oraz pieśniarką.